sobota, 21 lutego 2015

Mediolan, czyli moda i uroda.



Każdy, kto choć trochę interesuje się modą wie, że obok Paryża Nowego Jorku, to właśnie Mediolan jest najważniejszym centrum decydującym o tym, co będzie wiodącym trendem w tej materii. Tutejsze krawiectwo nie od dziś cieszy  się najwyższym uznaniem a do tego jest ważnym źródłem dochodu dla państwa włoskiego. Jeśli wybierzemy się na przechadzkę po okolicy pomiędzy Castello Sforzesco a kościołem Santa Maria delle Grazie (gdzie w dawnym klasztornym refektarzu można zobaczyć sławną "Ostatnią wieczerzę "Leonarda da Vinci), zapewne zwróci naszą uwagę oryginalna fontanna, znajdująca się w centrum placu Cadorna. Składa się ona ze sporej sadzawki skąd w lecie tryskają  pióropusze wody; nieopodal tkwi ogromna stalowa igła z wielokolorową nitką która zanurza się w wodzie, żeby wychynąć po drugiej stronie fontanny, gdzie tworzy fantazyjny supełek. Jest to symbol Mediolanu a jednocześnie hołd dla włoskiej sztuki krawieckiej. Mimo swoich rozlicznych walorów wielkiego miasta, Mediolan nie może się równać z Rzymem, czy Florencją, jednak jak rok długi, przybywają tu liczni turyści z całego świata a wśród nich rej wodzą Japończycy. Oczywiście, jednym z magnesów jest możliwość nabycia z pierwszej ręki ubrań z firmową metką, której obecność jednoznacznie świadczy o tym, że nabywca nie ma kłopotów finansowych a do tego cechuje go dobry gust.


Zakupy można zacząć już nieopodal Dumo, w samym centrum miasta, w dużym, kilkupiętrowym domu handlowym "Rinascente", gdzie między innymi znajdują się stoiska wiodących włoskich firm. Ale naprawdę ekskluzywne butiki mieszczą się nieco dalej, w okolicy placu San Babila, na ulicy Montenapoleone i  San Andrea. Tam, w zwykłych, niezbyt okazałych kamienicach są sklepy, w których sprzedaje się ekskluzywne produkty z najwyższej półki. Ktoś nieuprzedzony nie mógłby zgadnąć, że za prostymi, niewielkimi oknami wystawowymi, gdzie stoi jeden lub dwa manekiny, pojedyncza para butów albo samotna torebka, ceny zaczynają się od cyfr z dwoma zerami na końcu a dotyczy ona tylko i wyłącznie drobnych  akcesoriów, zaś bluzka lub sukienka to koszt równy niezłej, miesięcznej pensji. Mimo to, wiele osób  tu przychodzi, nie tyle na zakupy, lecz aby poczuć powiew luksusu lub w nadziei spotkania jakiegoś VIP-a. To tutaj można zobaczyć na zakupach wzięte modelki i aktorki, prezentujące swoje wdzięki i najnowszego narzeczonego a także panie z arystokracji i bogatej burżuazji, ubrane z elegancką prostotą, nieodmiennie patrzące pustym, wystudiowanym spojrzeniem ponad głowami przechodniów. Jak już pisałam, naprawdę ekskluzywne sklepy nie epatują bogactwem wystaw z nadmiarem towaru, zazwyczaj ozdabia je jeden lub dwa przedmioty i prosty napis z nazwą firmy. Jednak po bliższym przyjrzeniu się, można zauważyć, że eksponowana odzież  ma wyszukany, elegancki fason i  doskonałe wykończenie a tkanina jest najwyższej jakości. Nic więc dziwnego, że kiedy nadejdą "saldi" czyli posezonowa wyprzedaż, wiele osób poluje na możliwość zakupów po znacznie niższej cenie.
    

Wyprzedaże to prawdziwe szaleństwo, które trwa kilka tygodni. W tym czasie na ulicach widać mnóstwo ludzi obojga płci z firmowymi torbami. Jeszcze kilka lat temu, podczas wyprzedaży wszystkie ceny spadały o 50 %, obecnie kryzys daje się wszystkim we znaki i często zniżki są o wiele mniejsze, rzędu 20 %, natomiast mniej chodliwe produkty wypycha się ze zniżką aż 75 %. Innym sposobem na zdobycie ubrań znanych marek, jest polowanie w sklepach, które sprzedają odzież noszoną przez modelki podczas pokazów. Niestety - z racji mody na szczupłe sylwetki, są one z reguły w rozmiarze 34 lub 36 a na dodatek oferowana odzież niejednokrotnie nosi wyraźne ślady użycia, jest przybrudzona lub popruta. Ale Mediolan oferuje zakupy na każdą kieszeń, więc dla mniej zasobnych elegantek są sklepy również posiadające dobrą markę jak "Zara" czy "Promod". Dużą popularnością cieszy się też  Benetton i H&M, których jest kilka w różnych punktach miasta, na dodatek prowadzą one swoistą politykę, polegającą na tym, że nie proponują tego samego asortymentu, więc żeby  dobrze zorientować się w ich ofercie, trzeba nieco pobiegać po mieście. Wiele ciekawych sklepów jest nieopodal "Rinascente" w galerii Pasarella przy Corso Vittorio Emanuele, gdzie są takie sklepy jak "Nadine" czy "Stefanel". Na Corso jest zawsze mnóstwo osób, ponieważ oprócz sklepów z odzieżą i butami są tam też wspaniałe perfumerie a także butiki "Intimissimi" czy "Calzedonia" z piękną bielizną oraz cudnymi rajstopami, pończochami i figlarnymi, kolorowymi skarpetkami. 



Osoby, których nie stać na zakupy przy via Montenapoleone, mogą się udać do sklepów przy Corso Buenos Aires. Jest to szeroka i długa na półtora kilometra arteria, z mnóstwem sklepów (jest ich ok. 350) o cenach może nie najniższych, ale mimo to do przyjęcia dla normalnie zarabiającej osoby. Bardzo lubiłam tę ulicę, gdyż choć zawsze panuje tam ogromy ruch, ma ona swoisty klimat i wielkomiejski wdzięk, ze swoimi ukrytymi pasażami i uroczymi barami. Nieco inny charakter ma via Dante, piękna, szeroka ulica wiodąca od Placu Duomo  w bezpośrednie sąsiedztwo Castello Sforzesco. Również tam są doskonałe sklepy o może nie najbardziej znanych, ale nie mniej dobrych, ustalonych markach. Via Dante to także popularny "deptak" gdzie można pospacerować, posłuchać ulicznego koncertu, wypić kawę lub zjeść pyszne lody a przy okazji popatrzeć na eleganckie wystawy o wysmakowanej prostocie. Osoby, które hołdują modzie typowo młodzieżowej, nie mogą ominąć via Torino, ulicy zaczynającej się na Placu Duomo. Ulica jest bardzo długa, znajdziemy przy niej całe mnóstwo większych i mniejszych sklepów z odzieżą oraz butami o nie wygórowanych cenach. Tu króluje kolor fuksji, pistacjowa zieleń, czerwień, szafir, żółty i pomarańczowy. Wystawy nie są może tak eleganckie, ale za to nieopisanie barwne i przyciągające wzrok. Klientela to młodzi ludzie obojga płci, szczupłe i zadbane nastolatki z modnymi fryzurami, ubrane w barwne, obcisłe ciuchy, podkreślające figurę. 

Jeszcze dalej, za via Torino, zaczyna się ulica Corso di Porta Ticinese, królestwo mediolańskiej alternatywy, gdzie pod kolumnami San Lorenzo spotykają się punki, metale i goci. Tu na wystawach sklepowych dominuje kolor czarny, skóra, ćwieki i ciężkie, toporne buty. Oczywiście, nie są to jedyne miejsca w Mediolanie, gdzie można zrobić zakupy lub po prostu nasycić oczy widokiem produktów włoskiego przemysłu odzieżowego. Sklepów jest mnóstwo i jedynie nowe osiedla pełniące funkcję "sypialni" są pod tym względem upośledzone, ale nie ma w tym nic dziwnego, gdyż o ile milej jest pobuszować w bogatej ofercie starszej części miasta... Można rzec, że Mediolan ma w swoim zanadrzu propozycje na każdy gust i na każdą kieszeń. Dla tych, którzy z racji ograniczonej ilości środków płatniczych nie gonią za jakością a również chcieliby wyglądać może nie tyle elegancko, co po prostu modnie, jest mediolański "Chinatown"  czyli ulice Bramante i Paolo Sarpi, wraz z kilkoma pomniejszymi uliczkami. Jest tam ogromna ilość sklepików i hurtowni, gdzie można kupić kolorową, lecz dość tandetną odzież pochodzącą z Chin, najczęściej o pretensjonalnych fasonach i w krzykliwych barwach, ale za to po bardzo niskich cenach. Tu jakość zdecydowanie przechodzi w ilość, wystawy są po prostu zapchane odzieżą przyciągającą wzrok, która po bliższym przyjrzeniu się najczęściej pozostawia wiele do życzenia. Oczywiście, również tu można znaleźć coś interesującego a młode Chinki, które z reguły ubierają się w tych sklepach, prezentują się zupełnie ładnie i schludnie, ale być może, jest to raczej zasługa ich filigranowych, zgrabnych figur i kocich twarzyczek a nie tego, co mają na sobie w myśl powiedzonka, że ładnemu jest we wszystkim do twarzy.


Osobnym rozdziałem są mediolańskie bazary. Procedura jest taka, że w każdej dzielnicy są wyznaczone ulice, które w określone dni zmyka się dla ruchu kołowego a na wydzielonym odcinku jezdni handlujący rozkładają swoje stoiska. W Mediolanie każdego dnia odbywa się kilka tego rodzaju targów w różnych punktach miasta, niektóre z nich są naprawdę ogromne i cieszą się wielką popularnością a ich oferta jest bardzo bogata i różnorodna. Oprócz tandetnej, czasem używanej odzieży za przysłowiowy grosik, są tu zupełnie przyzwoite włoskie produkty a także stoiska, gdzie za cenę 5 lub 10 euro można kupić nową markową odzież, pochodzącą z zasobów magazynowych z poprzednich sezonów. Najczęściej leży ona w bezładzie, rzucona na gromadę, ale mimo to, można tam znaleźć prawdziwe perełki a jedynym problemem jest wyszukanie sztuki w odpowiednim dla siebie rozmiarze.
Oprócz tego w ostatnich latach rozwijają się "sklepy tymczasowe" czyli "temporary shop". Idea polega na tym, że na krótki czas wynajmuje się lokal w dobrym punkcie, gdzie sprzedaje się towar po (podobno) okazyjnych cenach. Co prawda, na podstawie tego co widziałam, mam wrażenie, że jest to raczej marketingowy chwyt psychologiczny, gdyż jak wiadomo, ludzie są podatni na tego rodzaju sugestię i często robią zakupy bez większego zastanowienia. Innego rodzaju okazje oferują przedsięwzięcia typu "outlet" w Fidenzie koło Parmy i Serravalle. Można tam kupić ze sporą zniżką nawet (70%) produkty najlepszych marek, chociaż czasem powodem przeceny jest jakaś ukryta lub bardzo nieznaczna wada. Te miasteczka handlowe są czynne cały rok a z Mediolanu można tam dojechać za symboliczną opłatą specjalnym, firmowym autobusem .



Włosi zwłaszcza młodzi, są narodem, który przywiązuje ogromną wagę do wyglądu. Stąd przemysł odzieżowy i obuwniczy a także kosmetyczny, wciąż oferuje nowe produkty a ich reklama jest wyjątkowo nachalna. Jednak choć wielkie domy mody wciąż lansują nowe trendy, ulica wybiera z tego to, co chce. Kiedy pewnego lata weszły w modę spodnie z obniżonym stanem, zdawało się, że jest to rzecz, która przeminie wraz z nastaniem jesieni. O dziwo, większość dziewcząt i kobiet paradowała z paskiem gołej skóry pomiędzy spodniami i kusą, pikowaną kurtką, nawet wtedy, kiedy temperatura spadała znacznie poniżej zera. Innym, swoistym dziwactwem była moda na letnie botki, która w lombardzkim klimacie wymagała naprawdę sporego poświęcenia, zważywszy, że ta część narodu, który do wyglądu przywiązuje nieco mniejszą wagę, optuje w lecie za japonkami, przewiewnymi szortami i bluzką na ramiączkach...

Generalnie, naród włoski jest raczej urodziwy, jednak trudno mówić o jakimś określonym typie urody, gdyż jest to zależne od regionu, z jakiego dana osoba pochodzi. Uroda i elegancja u obu płci jest w cenie, u kobiet bardzo zwraca się uwagę na naturalne krągłości, zgrabne nogi i dobrą  prezencję, natomiast u mężczyzn wysoko się ceni oryginalny styl i klasę. Panie, w tym również polityczki i kobiety biznesu na eksponowanych stanowiskach, nie stronią od podkreślania swoich kobiecych walorów poprzez strój, nieraz wręcz frywolny i ekstrawaganckie fryzury. Szczerze mówiąc, kiedy tam zamieszkałam, wszyscy ( zwłaszcza Włosi z południa ) wydawali mi się podobni do siebie, dopiero po kilku latach dzięki podróżom i telewizji nauczyłam się widzieć różnice, niekiedy bardzo znaczące. Jedna cecha wspólna u większości Włochów to piękne, grube włosy, o które bardzo się dba i z upodobaniem eksponuje. Wiele pań nawet w dojrzałym wieku pozostaje przy długich rozpuszczonych włosach prostych albo falowanych, nawet przy bardzo oficjalnych okazjach. Zapewne z tego wynika dość wysoka cena usług fryzjerskich a także ogromna ilość produktów do stosowania w zaciszu domowym. Dbanie o siebie nie jest zarezerwowane dla kobiet i dziewczyn a mężczyźni, zwłaszcza młodzi, absolutnie nie pozostają w tyle za paniami. Inna rzecz, która mnie zaskoczyła, to wysoki (przynajmniej u mieszkańców dobrze mi znanych, północnych regionów) poziom higieny osobistej, co widać (i czuć) szczególne w środkach komunikacji publicznej. Korzystałam z nich bardzo często i prawdę powiedziawszy, jeśli ktoś sprawiał zawód pod tym względem to był to raczej cudzoziemiec. Myślę, że nie bez znaczenia jest tu lekka i dobrze zbilansowana dieta śródziemnomorska z dużą ilością warzyw i owoców, sprzyjająca prawidłowej przemianie materii. Zresztą większość osób, z którymi się zetknęłam przywiązywała dużą wagę do sposobu odżywiania i zdrowego trybu życia; dieta, siłownia, bieganie i zabiegi służące zachowaniu urody, to istotny element włoskiego stylu życia, zwłaszcza wśród ludzi młodych oraz w średnim wieku.

środa, 11 lutego 2015

Valsolda, Oria. Spełnione marzenie, czyli z wizytą w Willi Fogazzaro.


Po długim milczeniu postanowiłam powrócić do kreowania mojej "Sukienki". Nie bez znaczenia są tu życzliwe komentarze zaprzyjaźnionych blogerów, którzy zauważyli przydługą przerwę, jaka mi się przydarzyła... Nie wykluczone, że za jakiś czas pojawi się wpis na temat  niedawnych przejść związanych z przeprowadzką i nowym mieszkaniem, jednak tym razem chciałabym napisać o innym domu, który pragnęłam odwiedzić od chwili, kiedy dowiedziałam się o jego istnieniu... Ktoś, kto  czytał i pamięta moje wcześniejsze wpisy na temat Valsoldy, zna genezę tej fascynacji; pozostałych zachęcam do zapoznania się z nimi, ponieważ ten post jest zarazem wynikiem i ukoronowaniem owej historii. Wynikiem, ponieważ bez wcześniejszego obejrzenia filmu "Piccolo mondo antico " i wędrówek po Valsoldzie, zapewne nie przyszło by mi do głowy, aby w Dniu Otwartym FAI udać się w tak odległe miejsce, podczas gdy w bezpośrednim sąsiedztwie miałam wiele innych, interesujących obiektów do odwiedzenia. Ukoronowaniem, gdyż od czasów mojej pierwszej wizyty w Orii zapragnęłam ponad wszystko zobaczyć dom pisarza, któremu zawdzięczałam jedną z najpiękniejszych niespodzianek, jakie ofiarowały mi Włochy. Być może, nie dla wszystkich jest to do końca zrozumiałe, gdyż pisarstwo Fogazzara w Polsce jest mało znane, zapewne też nie każdemu odpowiada jego styl oraz idee jakie głosił. Jest jeszcze jeden szkopuł, jeśli chodzi o spotkanie z pisarzem i książką; miejsce, czas, zasób doświadczeń życiowych i stan naszego ducha w momencie, kiedy to się dzieje. Bez wątpienia, mają one decydujący wpływ na fakt, że daną książkę albo przyjmujemy jako coś własnego lub przeciwnie, choć dostrzegamy kunszt autora w artystycznym kreowaniu rzeczywistości, pozostajemy jedynie jej chłodnymi obserwatorami.

Ja sama niekoniecznie zgadzam się ze światopoglądem Fogazzara, ale jak już wspominałam wcześniej, urzekły mnie przepiękne opisy krainy, którą tak bardzo kochał, ponadczasowa prawda o odruchach ludzkich serc, głęboka analiza charakterów, tolerancja i humanizm, jakie zawarł w swoich książkach. Być może to właśnie długie, samotne wędrówki po górskich szlakach i niemal bezludnych wioskach sprawiły, że nauczyłam się odcinać od szumu mentalnego, w jakim zwykle żyłam a moje zmysły i intuicja wyostrzyły się nadzwyczajnie? Dzięki nim mój umysł i serce otwarły się szeroko na nowe doznania i wchłonęłam w siebie nieporównany nastrój małego świata, który przeminął, jak wchłania się zapach ziół, dawno temu włożonych do rzadko otwieranej szuflady...Być może, gdyby nie pewien nieprzewidziany splot okoliczności, nigdy bym nie poznała tego przepięknego zakątka ziemi, nie zaznała wzruszeń, jakie były mi dane i nie miała okazji do poznania przemyśleń pisarza, na temat spraw bliskich każdej ludzkiej istocie: miłości, śmierci, sprawiedliwości, powinności wobec drugiego człowieka i ojczyzny. Szczęśliwie dla mnie tak się złożyło, że okruszki przypadków spotkały się w sprzyjającym miejscu i czasie a dzięki temu przydarzyła się mi się ta historia, podobna do obrazu impresjonisty, który choć z bliska zdaje się być jedynie zbiorem kolorowych kropek, widziany z oddalenia pozwala ujrzeć pejzaż niezrównanej urody...

W jednym z poprzednich postów na temat Valsoldy link wspominałam już, że podczas mojego pierwszego pobytu w Orii pewien młody człowiek pracujący w willi, powiedział mi, że prawnuk Antonia Fogazzaro markiz Giuseppe Roi, zapisał ją w testamencie FAI pod warunkiem, że powstanie tam muzeum poświęcone pamięci jego sławnego przodka. Markiz już wtedy był człowiekiem w bardzo podeszłym wieku, więc tak się stało, że po niespełna  dwóch latach opuścił ten świat. Wejście w prawa spadkowe przez Fundację i organizacja muzeum również zajęły nieco czasu, ale nadszedł dzień, kiedy pod koniec marca 2011 roku willa została udostępniona zwiedzającym właśnie z okazji Dni Otwartych FAI. Byłam bardzo szczęśliwa, ponieważ akurat miałam dzień wolny od pracy i bez przeszkód mogłam go poświęcić na wycieczkę do Orii. Po przybyciu na miejsce, na niewielkim placyku pomiędzy willą i kościołem zastałam spore grono osób, oczekujących na wizytę w muzeum. Z oczywistych przyczyn zwiedzający mogli wchodzić do wnętrza w niewielkich grupach, pod opieką wolontariuszy - przewodników, którzy dbali o to, aby poruszały się one płynnie, nie wchodząc sobie w drogę. Zwiedzanie rozpoczęłam od miejsca leżącego pomiędzy kościołem a brzegiem jeziora, opisanego w "Piccolo mondo antico" jako ogród Franca. Ten niewielki ogródek z pergolą porośniętą wiekowymi glicyniami, oferuje przepiękny widok na Lago di Lugano. Mogłam jedynie żałować, że nie zobaczyłam ich w rozkwicie, gdyż delikatne, pokrętne gałązki, starannie przycięte wprawną ręką doświadczonego ogrodnika, zapowiadały, że niedługo pokryją się delikatnym seledynem świeżych listków i fioletowymi kiściami kwiatów.

Na razie ostre marcowe słońce przepięknie wydobywało z delikatnej mgiełki unoszącej się nad wodą ciemną zieleń bluszczu, kosmate gałęzie okazałych pinii rosnących w głębi, błyszczące liście zimoodpornych magnolii i oleandrów. Ten widok, tak dobrze mi znany z kart  powieści, przypomniał mi wszystkie wspaniałe opisy tego miejsca i jeszcze raz pomyślałam o tym, jak wspaniale splata się dzisiejsza rzeczywistość z tą oglądaną przez pisarza i tą, którą zawarł w swojej książce. Do willi weszliśmy przez inny ogród, znajdujący się po jej drugiej stronie, zwykle niewidoczny zza ogrodzenia i gęstego żywopłotu. Tam znów przywitała nas bujna zieleń ogromnych cyprysów, zimozielonych magnolii i strzyżonych szpalerów. Pomiędzy nimi stało mnóstwo wielkich donic z terakoty, czekających na kolorowe, wiosenne i letnie kwiaty. Po wygodnych schodach weszliśmy na taras i po chwili znalazłam się w willi, sprawiającej wrażenie, że za moment wyjdą do nas jej mieszkańcy... 


Ten nastrój miejsca nadal zamieszkanego, podkreślały zapalone lampy, rzucające ciepłe światło na sprzęty i bibeloty. Markiz Giuseppe, podobnie jak poprzedni spadkobiercy pisarza, odznaczał się nadzwyczajnym pietyzmem w stosunku do otrzymanego dziedzictwa i widać było, że wszyscy oni starali się nie wprowadzać zbędnych elementów wystroju, burzących niegdysiejszy porządek. Jedynym detalem niepasującym do dziewiętnastowiecznego wystroju był telefon, zresztą także on miał swoje lata, gdyż był to model popularny w połowie ubiegłego stulecia. Z tego co mówił przewodnik wynikało, że markiz pozostawił szczegółowe instrukcje co do urządzenia willi, zastrzegając w testamencie, że wszystko co jest w jej wnętrzach ma rygorystycznie pozostać na swoim miejscu i żadna, nawet najmniejsza figurka, czy łyżeczka leżąca na stole, nie ma prawa go zmienić. Ze wzruszeniem pomyślałam o tym, jak na przestrzeni stulecia potomkowie Fogazzara kultywowali ten porządek, aby przekazać potomnym jego domostwo w nienaruszonym stanie.

Powoli chodziliśmy z pokoju do pokoju; tu znowu odnajdywałam miejsca, w których pisarz umieścił bohaterów swojej powieści - pokój z alkową, będący sypialnią Franca i Luizy, salon, który wuj Piero nazywał Syberią, z racji niskiej temperatury, jaka w nim notorycznie panowała, wąską galerię z oknami wychodzącymi na jezioro i drzwiami prowadzącymi na niewielki balkon. To tam Franco z przyjaciółmi muzykował przy kawie i papierosach a przy tej pozornie niewinnej okazji toczyły się konspiracyjne narady nad sposobami walki z austriacką okupacją i perspektywami na odzyskanie niepodległości. Nadal miałam w pamięci dzień, kiedy po raz pierwszy stanęłam na niewielkim placyku przed kościołem i zamarłam na widok tego balkonu, gdyż w tym momencie zrozumiałam, jak bardzo imaginacja pisarza  splotła się w jedno z rzeczywistością...Tym razem sama mogłam stanąć na tymże balkonie i popatrzeć na panoramę jeziora. Ten sam widok roztaczał się przed oczami Fogazzara, kiedy jako młodzieniec mieszkał w willi i próbował w swoich wierszach zawrzeć niepowtarzalne uroki Valsoldy i później, gdy jako człowiek doświadczony kolejami życia z głową pełną nowatorskich idei i poczuciem  misji społecznej, pisał swe książki, będące nie tylko wyrazem jego światopoglądu, lecz w równej mierze świadectwem niezmiernej miłości do tej ziemi. Pisarz był bardzo zaangażowany w misję odnowy kościoła katolickiego, co niestety nie spotkało się z uznaniem hierarchów i poskutkowało umieszczeniem na Indeksie Ksiąg Zakazanych "Świętego" powieści, w której najpełniej wyraził swoje poglądy. Wspominałam już w poprzednich postach, że ta żarliwość ideologiczna nie poszła w parze z efektem końcowym, bowiem zarówno "Mały światek nowożytny" jak i "Święty" nie powtórzyły sukcesu pierwszej części cyklu. Zwłaszcza ten ostatni sprawia wrażenie publicystyki ubranej w powieściowe szaty, jednak czasu poświęconego na ich przeczytanie nie uważam za stracony, choć tezy w niej zawarte są mi kompletnie obce. Również i w nich znalazłam wiele interesujących fragmentów a poza tym książki te dały mi możliwość lepszego zapoznania się z pisarzem i jego twórczością. Nie mają tu nic do rzeczy moje osobiste poglądy - Fogazzaro, jako osoba walcząca o to, w co głęboko wierzył, wydaje mi się godnym najgłębszego szacunku. Wiele myślałam o tym, jakim wspaniałym doświadczeniem może być dla współczesnego człowieka takie duchowe spotkanie z kimś, kogo już od dawna nie ma pomiędzy żywymi, które mimo to porusza w nas delikatne struny sentymentu, zapładnia naszą wyobraźnię i ofiaruje niezapomniane przeżycia. Także o tym, że potrzeba nam wewnętrznej ciszy i samotności, aby doszła do głosu ta lepsza część naszej istoty, uważna i wrażliwa i  że ten stan ducha niekoniecznie jest zależny od braku fizycznej bliskości innych ludzi...Miałam wrażenie, że podobne doznania były udziałem pozostałych zwiedzających, w skupieniu oglądających dom pisarza. Nie było wśród nas przepychanek, żeby coś zobaczyć z bliska, nie słyszało się śmiechów i rozmów nie na temat, jedynie od czasu, do czasu padało jakieś pytanie do przewodnika z prośbą o dodatkową informację, co świadczyło o tym, że nikt z nas nie znalazł się w tym miejscu przypadkowo.

Powoli przemieszczaliśmy się po pokojach willi a nasz opiekun opowiadał o dziejach pisarza i jego rodziny oraz różnych przedmiotach związanych z ważnymi momentami ich życia. W jednym z pokoi mogliśmy zobaczyć biurko, przy którym Fogazzaro tworzył swoje powieści a na dnie niedomkniętej szuflady wyskrobany napis, jaki tam umieścił po śmierci syna Mariana. Antonio Fogazzaro miał troje dzieci, Mariano był jego jedynym synem; choć mówi się, że bardzo kochał je wszystkie, to właśnie z Marianem wiązał szczególne nadzieje. Być może z tego powodu, że w głębi ducha był tradycjonalistą a role, jakie w ówczesnym społeczeństwie mogli odegrać mężczyzna i kobieta były dość odmienne? Nie można też wykluczyć, że w tym obiecującym chłopcu widział odbicie siebie samego, doskonalszego, pełnego zapału i szlachetnych porywów młodości? Mariano podobno był nie tylko niezwykle uzdolniony, posiadał także piękne cechy charakteru, które sprawiały, że nadzieje ojca z nim związane mogły być jak najbardziej zasadne.
Jednak pisarzowi nie było dane długo cieszyć się  bliskością ukochanego syna i patrzenie, jak przeistacza się w  dojrzałego człowieka, gdyż Mariano zmarł na tyfus w wieku zaledwie 20 lat. Czytając w "Piccolo mondo..."strony poświęcone śmierci małej Marysi, zwanej przez wuja Piera Ombrettą oraz dalsze rozdziały powieści, w których pisarz zamieścił opis stanu ducha Franca i Luizy po przedwczesnym zgonie dziecka i analizę rozłamu, jaki nastąpił pomiędzy małżonkami, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że tak głębokie i subtelne rozważania musiały mieć swoje źródło w rzeczywistości. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o tym, że w rodzinie pisarza zdarzył się podobny wypadek, z tą różnicą, że dziesięcioletni Mariano nie utonął wpadając do darseny, gdyż od śmierci uratowała go matka, jednak to cudem ocalone życie trwało zaledwie następne dziesięć lat...
Geniusz pisarza sprawił, że opis tych przeżyć stał się jedynym w swoim rodzaju dokumentem, uderzającym swoją głęboką prawdą. Mówi on o tym, na jakie niebezpieczeństwa jesteśmy narażeni, kiedy życie wystawia nas na ciężką próbę a także, jak we własnym sercu i umyśle szukać pociechy, by pogodzić się z trudnym losem, który przypadł nam w udziale.


Willa Fogazzaro to spore i wygodne domostwo z kilkoma sypialniami, pokojami gościnnymi, jadalnią, salonem, biblioteką, gabinetem do pracy i obszerną kuchnią, więc jego zwiedzanie trwało dość długo. W tym czasie mogliśmy wyrobić sobie pogląd na poziom życia pisarza i jego rodziny, zainteresowania oraz potrzeby fizyczne i duchowe. Mogliśmy zobaczyć jego osobiste przedmioty, portrety i zdjęcia rodzinne, książki, które czytał w złotym świetle lamp przesłoniętych umbrelkami, zastawę stołową, jakiej używał, zegary, które być może własnoręcznie nakręcał o wyznaczonej godzinie; poczuć atmosferę tego domu zasobnego i wykwintnego, lecz bez przesadnego zbytku, pełnego przedmiotów, które cieszą oko i wiążą serce wspomnieniami... Kiedy zakończyliśmy zwiedzanie, ponownie znalazłam się na placyku przed kościołem; moje oczy uderzył ostry blask marcowego słońca i znów mogłam popatrzeć na jezioro, tak piękne w pełnym świetle dnia, na góry porośnięte lasem na jego drugim brzegu i ośnieżone szczyty Alp w głębi. Jak zwykle w takich magicznych momentach, przyszła do mnie chwila zadumy nad wszystkim co się wydarzyło, zanim tu przybyłam. Myślałam też o tym, jak pięknie życie mi wynagrodziło bóle i troski emigracyjnej egzystencji, również o tym, ile w tym było splotu przypadków i okoliczności a ile mojej woli przetrwania i szukania własnej drogi...

P.S. Jeśli chodzi o drugą i trzecią część trylogii Fogazzara, to (choć 
 pisarzy dzieliła różnica trzydziestu lat życia ) nieodmienne kojarzą mi się "Ludźmi bezdomnymi "Żeromskiego, gdzie bohater z rozdartym sercem odrzuca miłość do kobiety, aby realizować swe idee. Co prawda, ich motywy są odmienne (u Fogazzara wiara w Boga a u Żeromskiego posłannictwo i poczucie misji) jednak ścieżka rozwoju duchowego głównych postaci pozostaje bardzo podobna. Dziś inaczej patrzymy na te sprawy, ale takie to były czasy i filozofia społeczna a autorom trudno odmówić zarówno przekonań, jak i głębi w opisach ludzkich rozterek. Tu muszę dodać istotną uwagę, mianowicie Fogazzaro, który bardzo kochał swoją rodzinę chyba miał podobne osobiste doświadczenia.  Mając trzydzieści dziewięć lat poznał młodą, wykształconą kobietę, dwudziestopięcioletnią  Felicitas Buchner, z którą połączyła go wspólnota poglądów na temat problemów socjalnych i konieczności reformy kościoła katolickiego. 

Z tego co wiadomo było to uczucie platoniczne i raczej nie nie doszło między nimi do romansu a ich trzydziestoletnie kontakty były na ogół korespondencyjne, jednak połączyła ich ta sama idea i głęboka więź duchowa, czego wyrazem był stworzony przez nich ruch chrześcijaństwa społecznego. Mimo tej wzajemnej fascynacji Fogazzaro pozostał przy żonie a Felicitas, osoba bardzo światła i wyemancypowana, do końca życia pracowała  jako edukatorka i społecznica na rzecz kobiet i dzieci. Ta działalność spotkała się z dużym uznaniem jej współczesnych, więcej na ten temat  można przeczytać w Encyklopedii kobiet link.

W trakcie mojego przydługiego milczenia zdobyłam nową sprawność; nauczyłam się edytować filmiki na You Tube -  poniżej zamieszczam jeden z efektów finalnych,  gdzie można obejrzeć pokaz slajdów z willi Fogazzaro.


Dla osób mniej cierpliwych, jak zwykle jest album zdjęć pod linkiem>

wtorek, 13 maja 2014

Wokół jeziora Lugano. Valsolda - z ziemi włoskiej do Polski.



Mam wielkie wyrzuty sumienia - nie tylko dlatego, że zaniedbałam blogowanie a nawet zwyczaj natychmiastowego odpowiadania na komentarze (przepraszam wszystkich!) lecz również regularne czytanie innych blogów...Z tego, co zauważyłam, wielu z nas miało lub ma podobne kryzysy a tym razem chyba padło na mnie!

Niestety, nie tylko nawarstwiło mi się wiele problemów rodzinnych, zdrowotnych i zawodowych, które sprawiały, że po prostu brakowało mi czasu, aby je ogarnąć. Na domiar złego, towarzyszyło temu wszystkiemu poczucie mentalnego wyjałowienia i wrażenie, że cała moja włoska egzystencja, o której dotychczas pisałam, jest ode mnie tak daleko, jakby to było życie nie moje, lecz zupełnie innej osoby... Myślę, że stało się tak z powodu nadmiaru zajęć, jakie ostatnio były moim udziałem (o jednym z nich, być może kiedyś napiszę, ponieważ chciałabym się pochwalić pewnym moim maleńkim, ale jednak, sukcesem). Mam też nadzieję, że tym razem uda mi się wszystko poukładać w taki sposób, abym mogła znaleźć czas i energię konieczne do realizacji wszystkich zamierzeń. Tymczasem jednak powróćmy nad jezioro Lugano, do Valsoldy, która niegdyś tak mnie oczarowała... Od dnia, kiedy byłam tam ostatni raz minęło kilka lat, ja jednak nadal pamiętam niezwykłe chwile, jakie tam spędziłam. Wspominałam już, że nie bardzo wiedziałam, jak mam "ugryźć" ten temat, ponieważ były to doznania tak intymne i ulotne, że przekazanie tego wszystkiego wydaje mi się po prostu niemożliwe. Bo jak mam wyrazić to co czułam, gdy otwierał się przede mną ten cudowny pejzaż, drżący w słonecznej poświacie lub spowity w zasłony mgieł unoszących się nad wodą, lekko zmarszczoną powiewami wiatru? Jak oddać słowami urodę gór, pokrytych świeżą, wiosenną zielenią, rysujących się ostro na tle błękitu nieba, zapach wody i wonie kwitnących ogrodów? Jak opisać mroźne, jesienne poranki, gdy żółknące liście jaskrawo złociły się w promieniach słońca, niebo i jezioro przyjmowały barwę ultramaryny a powietrze nabierało przejrzystości szkła, pozwalając dostrzec na odległym horyzoncie ostre kontury gór, pokrytych śniegiem? 


Mogłabym do znudzenia mnożyć kolejne entuzjastyczne przymiotniki, ale czy to wystarczy, by opisać tę krainę, na którą patrzyłam nie tylko oczami, ale i sercem? Jak mam oddać te wszystkie uczucia, towarzyszące mi podczas leniwych wędrówek, gdzie oczy i nogi poniosą? Po przyjeździe na miejsce wysiadałam z autobusu, żeby wyruszyć przed siebie, bez planu i celu; niejednokrotnie też zatrzymywałam się wiedziona nagłym impulsem, bo moje oczy przyciągał nieoczekiwany widok, budzący chęć zobaczenia z bliska jakiegoś miejsca, gdzie dostrzegłam coś interesującego. Lubiłam chodzić do wyżej położonych wiosek, leżących na zboczach gór, lecz nie stroniłam też od drogi wiodącej z Porlezzy do Lugano, łączącej niewielkie miejscowości, leżące tuż nad brzegiem jeziora. Najczęściej  to właśnie tam, w przypadkowych rozmowach z ich mieszkańcami, zdarzało mi się dowiedzieć interesujących rzeczy na temat okolicy. Szczególnie mile wspominam trafikę w San Mamete, która pełniła również funkcję punktu informacji turystycznej. Oprócz papierosów i prasy były tam różne ulotki i książki na temat Valsoldy a młody sprzedawca miał sporą wiedzę o regionie i chętnie się nią dzielił. To od niego dowiedziałam się, że z okolicznych wiosek wywodziło się wielu uznanych artystów i zdolnych rzemieślników, którzy od średniowiecza wędrowali po całej Europie, zostawiając w odległych krajach dzieła swoich rąk. Wielu z nich dotarło do Polski, gdzie niejednokrotnie byli nagradzani szlachectwem, zdobywali też znaczne majątki, ciesząc się sławą i uznaniem swych współczesnych oraz  łaską ówczesnych władców. 


Chciałabym wspomnieć o kilku najsławniejszych, gdyż ich nazwiska na stałe splotły się z historią naszego kraju. Zacznę od wymienienia Paolo Antonio Fontany, nadwornego architekta Sanguszków, urodzonego w Castello w ostatnich latach XVII wieku, projektanta licznych kościołów a także innych, znaczących budowli, w Lublinie, Chełmie i Lwowie. Nazwisko Fontana wiele znaczy w historii polskiej architektury i sztuki, gdyż od czasów renesansu przybywali do Polski liczni przedstawiciele tej rodziny, pochodzący z niewielkich miejscowości leżących nad jeziorem Lugano. Inni, jak Józef Fontana i jego syn Jakub urodzili się już w Polsce, której bez reszty poświęcili swoje siły twórcze. Nieco wcześniej niż Paolo Antonio Fontana bo w 1622 roku, w sąsiednim Albogasio przyszedł na świat Isidoro Afaitati, inżynier i architekt pracujący dla króla Jana Kazimierza ( do Polski ściągnął go brat, będący spowiednikiem królowej Marii Ludwiki). Jemu to Warszawa zawdzięcza odbudowę Pałacu Kazimierzowskiego, zrujnowanego w czasie potopu szwedzkiego (nota bene, od tamtej pory pałac zewnętrznie bardzo się zmienił, gdyż w późniejszych czasach był poddany dalszym przeróbkom). To właśnie ten budynek stał się pierwowzorem Villi Salve w Albogasio, którą Afaitati zbudował dla siebie, kiedy po latach pracy na obczyźnie, na pewien czas wrócił w rodzinne strony. Być może, czytelnicy pamiętają, jak pisałam o kościele w Albogasio i o tym, że jego sylwetka wydała mi się znajoma; otóż nie ma w tym nic dziwnego, gdyż w zasadzie jest on kopią warszawskiego kościoła Reformatów a podobną, choć bardziej ozdobną bryłę ma także kościół Karmelitów z Krakowskiego Przedmieścia, również dzieło Isidora Afaitati.


Co ciekawe, są źródła przypisujące temu architektowi zasługi przy wzniesieniu warszawskich kościołów Św. Krzyża i Św. Anny, choć większość z nich wymienia inne nazwiska, w tym nazwisko Giuseppe Bellotiego, architekta także pochodzącego z Castello, który istotnie działał na terenie Polski, jako współpracownik Tylmana z Gameren. Afaitati pracował też przy projektowaniu fortyfikacji Torunia oraz Krakowa i z pewnością jest postacią zasługującą na uwagę. W związku z tym, postanowiłam nabyć książkę na jego temat, napisaną przez profesora Mariusza Karpowicza, z której zapewne dowiem się wielu interesujących szczegółów. Żoną Isidora została jego krajanka, pochodząca z Valsoldy Franceschina Barrera, wywodząca się z tej samej rodziny, co urodzona  wiele lat później matka Antonia Fogazzaro. Jednak o ile być może Afaitati nie jest dziś osobą powszechnie znaną, to nazwisko Merlini zna każdy, kto kiedykolwiek przekroczył bramę warszawskich Łazienek. Domenico Merlini również urodził się w Castello, skąd jako dwudziestoletni młodzieniec wyruszył do Polski. Tu rozpoczął naukę w pracowni Jakuba Fontany, naczelnego architekta królewskiego, będącego krewnym jego matki. Zdolny młodzieniec w wieku zaledwie trzydziestu lat objął to wysokie stanowisko po swoim zmarłym mistrzu a jego pracowitość i lista dokonań jest długa i imponująca. Oprócz licznych budowli w Łazienkach możemy wymienić Królikarnię, pałac w Jabłonnie, przebudowę Zamku Ujazdowskiego, niektórych sal Zamku Królewskiego, prace rekonstrukcyjne na Wawelu, warszawskie pałace Brochów, Krasińskich i Bruhla, odbudowę ratusza w Piotrkowie oraz wiele innych pałaców, kościołów i budynków publicznych. W 1722 roku w Castello urodził się architekt Antonio Ludovico Paracca (z matki Marty Merlini), który jako młody człowiek wyjechał do Polski, gdzie ożenił się z dobrze urodzoną panną. Początkowo pracował wyłącznie dla rodziny Platerów, lecz w późniejszych latach na zlecenie innych mecenasów stworzył wiele znaczących i rozpoznawalnych budowli, na ziemiach obecnej Litwy i Białorusi. Bardzo ciekawą postacią jest urodzony w Castello w 1655 roku malarz Paolo Antonio Pagani (z matki Maddaleny Paracca) także w pewnym okresie swego życia związany z Polską. Ongiś to właśnie do niego należał najpiękniejszy dom w Castello, który mnie zachwycił, kiedy byłam tam po raz pierwszy.

Wtedy moją uwagę zwróciły bogate zdobienia i wspaniały herb nad bramą, obok której widniała niewielka wywieszka mówiąca, że jest to "Casa Pagani" dom - muzeum, niestety rzadko i na krótko otwierający swe podwoje dla zwiedzających. To właśnie w trafice w San Mamete dowiedziałam się, kim był Paolo Pagani i o tym, że jego dziełem są malowidła pokrywające sklepienie kościoła w Castello. Kiedy powiedziałam sprzedawcy, że jestem Polką, nie omieszkał mnie poinformować, iż ów twórca zostawił swe prace także w Krakowie. Dodał również, że w Albogasio mieszka pisarz, historyk i wydawca w jednej osobie, Giorgio Molisi, który podobnie jak profesor Karpowicz, bada związki z Polską artystów pochodzących z Valsoldy i kantonu Ticino. Muszę przyznać, że te wszystkie odkrycia były dla mnie nie tylko ogromnym zaskoczeniem, ale również nieoczekiwaną przygodą; jakby nagle otworzyła się przede mną wielka księga pełna tajemnic, którą czytałam z wypiekami na twarzy... Te czasy, tak odległe a mimo to tak mi bliskie, więzy łączące dwie krainy oddzielone tysiącami kilometrów, wszystko to zaczęło się splatać przed moimi oczami, niczym kolorowe nici w misternym gobelinie o fascynującym rysunku...
Ale wróćmy do opowieści o Paolo Paganim, zdolnym malarzu, który podczas swojej wędrówki po Europie tworzył w Wenecji, Londynie i na Morawach, skąd niejako przy okazji zawitał również do Krakowa, aby ozdobić freskami kaplicę św. Sebastiana w kościele św. Anny. Kiedy osiągnął wiek dojrzały, wraz z żoną i synkiem wrócił do rodzinnego Castello, gdzie zamieszkał w swoim pięknym domostwie. W tutejszym kościele parafialnym pod wezwaniem św. Marcina, możemy zobaczyć jego najwspanialsze dzieło - freski, którymi pokrył sklepienie. Miałam okazję je oglądać podczas jednej z wizyt w Castello.


Jak już wspominałam w pierwszym poście na temat Valsoldy, miejscowość zwykle wyglądała na wymarłą a kościół był zamknięty. Jednak pewnego razu dopisało mi szczęście; kiedy dotarłam na niewielki placyk przed świątynią, okno na piętrze jednego z domów otworzyło się niespodziewanie i zobaczyłam starszą panią podlewająca kwiaty. Kiedy zapytałam o kościół usłyszałam, że ma klucz i jeśli chwilkę zaczekam zejdzie na dół, żeby pokazać mi wnętrze. Prawdę mówiąc, w duchu liczyłam na taki obrót spraw, bo z doświadczenia wiedziałam, że zwykle ktoś mieszkający w pobliżu kościoła ma klucze do niego i chętnie go otworzy jeśli się o to poprosi a nawet zapali światło, żeby można było wszystko dokładnie obejrzeć. Dzięki miłej pani mogłam zwiedzić świątynię, miałam też okazję podziwiać kunszt malarski Paganiego. Freski są namalowane z typową dla baroku manierą; okazałe, muskularne sylwetki kłębią się nad głową widza w wyszukanych, dramatycznych pozach. Całość wygląda naprawdę imponująco i aż trudno uwierzyć, że podobno ich twórca nie używał żadnej z technik, jakie zazwyczaj się stosuje do przenoszenia projektu z kartonu na tynk. Niestety, malowidło nie zostało ukończone i wiele elementów pozostało jedynie w formie szkicu nie wypełnionego kolorami, co widać na zdjęciu poniżej. Jest pewna opowieść wyjaśniająca ten fakt, choć nie mogę ręczyć za jej prawdziwość... Otóż mówi się, że gdy malarz na powrót zamieszkał w Castello, podobno zachorował jego jedyny synek. W intencji wyzdrowienia potomka Pagani złożył ślubowanie, że w ciągu półtora roku ozdobi freskami sklepienie kościoła, nie żądając za to żadnej zapłaty. Niestety, dziecko zmarło, więc malarz poczuł się zwolniony z przysięgi i porzucił niedokończoną pracę. Jednak śmierć dziecka nie ma żadnego potwierdzenia w kościelnych rejestrach, gdzie zapisywano wszystkie narodziny i zgony, natomiast jest notatka, że mniej więcej w tym czasie zmarł brat malarza, więc być może, to w jego intencji Pagani złożył owo ślubowanie? Swoją drogą, jest zastanawiające jak to się stało, że freski pozostały niedokończone, tym bardziej, że ich twórca miał przed sobą jeszcze dwadzieścia lat życia, które spędził w Castello i Mediolanie, więc nie brakowało mu ani czasu ani możliwości dokończenia tego malowidła.


Podczas innej wizyty w Castello, miałam okazję zobaczyć wnętrze domu malarza i dwa obrazy jego autorstwa, "Ofiarę Izaaka" i "Alegorię Eucharystii" jednak szczerze mówiąc, nie zachwyciły mnie i mam wrażenie, że nie był to rodzaj malarstwa, w którym Pagani realizował się w pełni.  Kiedy byłam w muzeum znajdowało się ono zalążku, podobno obecnie zbiory są znacznie bogatsze i można tam znaleźć ciekawe dokumenty mówiące o licznych artystach urodzonych na terenie Valsoldy. Oprócz tych, o których już pisałam, są to rodziny Pozzo, Costa, Vietti, Pedrazzini, Picozzi, Muttoni, Cocchi, Ceroni, Piola i Puttini. W XVII i XVIII wieku były to całe dynastie, które wydały zdolnych malarzy, architektów, sztukatorów, kamieniarzy i rzeźbiarzy, w większości pracujących na terenie Polski. Jest doprawdy niezwykłym zjawiskiem to dziedziczenie uzdolnień i miłości do sztuki, w tak małej i raczej zamkniętej społeczności. Myślę, że zapewne były to geny przekazywane nie tylko w linii męskiej, ale i żeńskiej, zważywszy, że matki tych utalentowanych ludzi również były córkami i siostrami artystów...
Nie tylko Castello może się poszczycić wydaniem tak wybitnych postaci, także inne wioski Valsoldy, okolic Lugano i Como a także leżącej po drugiej stronie jeziora Valle d' Intelvi zapisały się w historii sztuki z tego samego powodu, lecz ponieważ nie ma to bezpośredniego związku z Polską, napiszę o tym przy innej okazji.

Zdjęcia jesiennej Valsoldy można zobaczyć w albumie>

poniedziałek, 24 marca 2014

Lombardia. Wokół Jeziora Lugano - Albogasio i Castello di Valsolda.



Po długich tygodniach milczenia spowodowanych różnymi perturbacjami, (które mi odbierały energię i chęć robienia czegokolwiek) postanowiłam, że spróbuję znów coś napisać na temat moich spotkań z Valsoldą i jeziorem Lugano. Nie ukrywam,  zmobilizowały mnie sympatyczne komentarze zaprzyjaźnionych blogerów, gdyż wynikało z nich, że moja absencja nie pozostała niezauważona. Niejednokrotnie zawierały one także słowa otuchy i życzenia powrotu do zdrowia, za co jeszcze raz wszystkim bardzo, bardzo dziękuję! Myślę, że dla każdego z nas jest to najmilsza rzecz, kiedy okazuje się, iż komuś nas brakuje w ogromnym zalewie blogów...


W związku z tym postanowiłam, że wezmę się w garść i napiszę dalszy ciąg historii, która rozpoczęła się od streszczenia książki Antonio Fogazzaro "Piccolo mondo antico". Część czytelników zapewne pamięta, jak pisałam o Castello, małej miejscowości, położonej na zboczu góry, gdzie mieszkała Luiza wraz ze swą matką i gdzie w kościele św. Marcina ona i Franco przysięgali sobie miłość po grób. Oczywiście, był to dla mnie wystarczający powód, aby się tam wybrać, ale nie bez znaczenia było też to, że Castello widziane z brzegu jeziora wyglądało nadzwyczaj malowniczo, z bryłą kościoła i zwartą ścianą piętrowych domostw, ciasno przytulonych do siebie, uczepionych do zbocza góry niczym ptasie gniazdo. Nie bardzo wiedziałam, jak tam dotrzeć, ale postanowiłam, że na początek po prostu pójdę przed siebie, w stronę kościoła w Albogasio, wiosce położonej powyżej Orii, po drugiej stronie drogi z Porlezzy do Lugano.


Niebawem znalazłam się przy stromych, kamiennych schodach a gdy pokonałam wszystkie 110 stopni, natknęłam się na żółtą tablicę informującą, że jest to "Calcinera" gdzie Fogazzaro kazał Luizie czekać na markizę i gdzie wiatr zwiastujący nadchodzącą burzę odwrócił jej parasol a tym samym momencie z wioski nadbiegły lamentujące kobiety, wołające, że mała Ombretta wpadła do jeziora...Schody zaprowadziły mnie na niewielki taras obok kościoła, który co prawda z powodu braku tynków wyglądał na niewykończony, ale mimo to, pięknie się prezentował ze swoją harmonijną i elegancką sylwetką. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest w nim coś znajomego i gdzieś już widziałam podobną fasadę. O tym, że to wrażenie mnie nie omyliło dowiedziałam się dużo później i było to dla mnie prawdziwym zaskoczeniem; jednak o tym, co odkryłam, napiszę  w innym poście. Wioska Albogasio składa się z dwóch frakcji; ta położona niżej nosi nazwę Albogasio Inferiore (Dolne), zaś ta znajdująca się wyżej, zgodnie ze swym usytuowaniem, Albogasio Superiore (Górne). 

Tu chciałabym wtrącić małą dygresję; w języku włoskim w odniesieniu do niewielkich miejscowości używa się nazwy "paese" co oznacza zarówno wioskę, jak i kraj. Jednak te wioski niczym nie przypominają naszych wsi, gdzie zazwyczaj domy usytuowane są wzdłuż drogi, w bezpośrednim sąsiedztwie rozległych pól lub luźno rozrzucone na nieco większej przestrzeni. 
Lombardzkie paese bardziej przypomina małe miasteczko, ze swoją zwartą, wiekową zabudową, plątaniną wąziutkich uliczek i wspólną infrastrukturą, na którą składa się kościół (czasem jeden a czasem dwa lub nawet trzy) publiczne ujęcie wody zwane "fontana", najczęściej będące obudowanym źródłem, na co wskazuje również jego nazwa (słowo "fonte" oznacza źródło). Oprócz tego, nie może też zabraknąć "lavatoio" czyli pralni, gdzie niegdyś kobiety z wioski przychodziły, aby zrobić pranie, wielkiego, kamiennego koryta z odpływem, pełnego bieżącej wody, również płynącej ze źródełka.

Lavatoio, najczęściej znajduje się w pod zadaszeniem wspartym na eleganckich arkadach, lecz zdarza się też, że jest to po prostu murowana wiata o trzech ścianach. Szeroki, kamienny brzeg koryta niegdyś służył kobietom za tarę a upraną odzież płukało się w przepływającej wodzie. Dziś jest to jedynie relikt przeszłości, ale mimo to, nikomu z mieszkańców nie przychodzi do głowy, że można by go zlikwidować; wręcz przeciwnie, najczęściej są to miejsca wysprzątane i zadbane, niejednokrotnie wyposażone w ławkę i ozdobione kwitnącymi kwiatami. 
Fontanna i lavatoio to prawdziwe błogosławieństwo dla strudzonego łazika; można tam zaczerpnąć czystej, świeżej wody, obmyć twarz i ręce lub po prostu usiąść na ocembrowaniu, aby odpocząć w cieniu, w sąsiedztwie szemrzącej wody. Ja również podczas moich wędrówek korzystałam z tego dobrodziejstwa, jakim jest nieograniczony dostęp do wody w kraju, gdzie w letnich miesiącach upał jest naprawdę obezwładniający, dlatego też do fontann i wiejskich pralni mam stosunek sentymentalny a wśród moich zdjęć jest sporo takich, na których je uwieczniłam.

Dawniej mieszkańcy górskich wiosek zajmowali się pasterstwem, kultywowali niewielkie tarasowe poletka albo gaje oliwne. Dziś rolnictwo i pasterstwo straciły na znaczeniu, ludzie, którzy tu żyją, najczęściej jeżdżą do pracy w mieście, niektórzy przenieśli się tam na stałe a rodzinny dom odziedziczony po przodkach jest dla nich jedynie miejscem weekendowego lub wakacyjnego wypoczynku. 
W związku z tym, w dzień powszedni trudno kogoś spotkać na ulicy; miejscowości te sprawiają wrażenie wymarłych, wiele domostw ma pozamykane okiennice, dobitnie świadczące o tym, że nikogo nie ma w domu. Osobiście uwielbiałam tę senną atmosferę, gdyż mam naturę kota samotnika chadzającego własnymi drogami, poza tym spotkanie przypadkowego przechodnia w takiej małej wiosce nabiera innego, bardziej osobistego wymiaru, niż ma to miejsce w gęsto zaludnionych miejscowościach. Zazwyczaj staje się ono okazją do wymiany pozdrowień i kilku nie zobowiązujących słów, lecz czasem przeradza się w bardzo ciekawą rozmowę. Zauważyłam też jedną rzecz, która pięknie świadczy o tamtejszych mieszkańcach, mianowicie niesłychaną życzliwość wobec przybysza z innych stron. Kiedy już udało mi się spotkać kogoś i np. pytałam o drogę, czy też prosiłam o informację na temat jakiegoś miejsca albo budynku, zawsze otrzymywałam wyczerpującą odpowiedź, przeplataną grzecznościami i wyrazami sympatii.


Oczywiście, były też nieliczne wyjątki, ale te mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, gdyż Włosi z natury są narodem szczerym, raczej łatwym w codziennych kontaktach i w stosunku do obcych naprawdę rzadko bywają niegrzeczni, czy agresywni bez żadnego powodu, ja osobiście nigdy z tym się nie spotkałam. Mam nadzieję, że czytelnicy mi wybaczą tę przydługą dygresję, ale to co napisałam, jest dość istotne dla atmosfery moich włóczęg po Valsoldzie, gdzie cisza, spokój i ludzka życzliwość, są chyba nieodłącznym elementem codziennej egzystencji. Podczas pierwszej wędrówki do Castello, jedynie rzuciłam okiem na Albogasio Superiore, gdzie nad wszystkimi budynkami górowały dwie wille, które zauważyłam, kiedy byłam w Orii. Jedna z nich szczyciła się rzędem białych kolumn na froncie, więc nic dziwnego, że nadano jej nazwę "Palazzo delle Colonne", choć nie wykluczone, że ma ona związek z nazwiskiem pierwszych właścicieli, należących do rodziny Colonna.

Ten dom opisał Fogazzaro w "Piccolo mondo antico" o czym wspomina jedna ze znanych nam już, żółtych tablic, stojąca nieopodal. Co ciekawe, miał tam mieszkać powieściowy pan Giacomo Puttini (wraz z wujem Pierem był on świadkiem na ślubie Franca i Luizy) co w pewnym sensie jest zgodne z prawdą, gdyż tak się nazywał rzeczywisty właściciel domostwa, żyjący w Albogasio w połowie XIX wieku. Jednak nigdzie nie znalazłam wzmianki mówiącej o tym, czy bohater książki oprócz nazwiska otrzymał również  inne cechy swego 
pierwowzoru. Natomiast drugi, okazały dom, wzniesiony nieopodal, miał jeszcze bardziej zaskakującą formę. Front korpusu głównego zdobiły dwa piętra arkadowych portyków, natomiast po bokach widniało coś, co wyglądałoby na wieże, gdyby dodano im hełmy, zamiast przykrywać całość jednym dachem. Z napisu umieszczonego na froncie dowiedziałam się, że jest to willa Salve, powieściowy dom austriackiego urzędnika, pana Pasotti (przyjaciela markizy, babki Franca) i jego żony Barbary, zwanej Barborin.  Podobnie, jak Palazzo delle Colonne, willa wyraźnie odcinała się swoim wielkopańskim wyglądem na tle okolicznych skromnych, kamiennych domków. Jak się później dowiedziałam, ma ona bardzo interesującą historię, którą opiszę w oddzielnym poście, wraz z innymi ciekawostkami, dotyczącymi związków Valsoldy z Polską. 

W Albogasio nie zatrzymałam się na dłużej, bowiem czas uciekał a mnie czekała dalsza wędrówka do Castello, więc bez ociągania pomaszerowałam asfaltową drogą, aż do zakrętu, gdzie na zboczu widniała ścieżka, prowadząca pomiędzy ogrodami. W jednym z nich pracował jakiś pan, którego zapytałam, czy mogę tamtędy przejść, by nieco skrócić drogę do wioski. Okazało się, że istotnie jest to skrót, powszechnie używany przez osoby idące pieszo; po chwili dróżka zaprowadziła mnie wprost na placyk przed kościołem. Kiedy znalazłam się w Castello, od pierwszej chwili poczułam, że jestem w innym świecie. To wrażenie jeszcze się wzmogło, gdy zagłębiłam się w wąziutkie uliczki, chłonąc ich niepowtarzalną atmosferę z zachwytem oglądając piękne portale z marmuru i piaskowca, ażurowe balkony z kutego żelaza i naścienne freski. Szczególnie mnie zachwyciła jedna z kamienic, wspaniale zdobiona z okazałym herbem nad wejściem. Miasteczko było kompletnie wymarłe, tym razem nie spotkałam  tam żywego ducha, słyszałam jedynie dźwięk dzwonków powietrznych i plusk wody w niewidocznej fontannie.

Zaczęłam się rozglądać wokoło, dostrzegłam dzwonki, zawieszone w oknie na najwyższym piętrze wąskiej kamieniczki, jednak nie miałam pojęcia, skąd dobiega odgłos ciurkającej wody. Na nieodległym placyku co prawda znalazłam piękną fontannę, lecz jej kran był zakręcony a granitowa misa sucha. Zapuściłam się w jedną z uliczek, ale i tu nie było widać źródła tego intrygującego dźwięku. Czas, jaki miałam do dyspozycji mijał niebłaganie i musiałam myśleć o powrocie, jednak odchodząc z Castello wiedziałam, że jeszcze nie raz odwiedzę to magiczne miejsce. Tak też się stało i wkrótce ponownie zawitałam do Valsoldy, jednak tym razem nie pojechałam do Orii, wysiadłam nieco wcześniej w San Mamete i poszłam w górę mulatierą biegnącą poród gajów oliwnych. 

Tym razem do Castello weszłam od strony północnej, gdzie znajdują się antyczne domostwa wzniesione na litej skale. Wydrążono w niej płytkie korytarze, zaś na nich dobudowano ściany z łupanego kamienia wzmocnione cementem, tworzące wąskie portyki. Stąd mogłam popatrzeć na południową ścianę Pizzo di Cressogno z wioskami Puria i Loggio u stóp oraz przepaścistą dolinę o urwistych zboczach, gdzie kaskadami spada w dół strumień Soldo, kończący swój bieg w wodach jeziora Lugano. Ponownie ruszyłam wąskimi zaułkami Castello, oglądając subtelne detale mijanych budynków; znów usłyszałam znajomy odgłos dzwonków tańczących na wietrze i radosny plusk fontanny. Skręciłam w stromą uliczkę biegnącą pod górę i po chwili znalazłam się na dwupoziomowym placu, gdzie zobaczyłam fontannę, której dźwięk przyprowadził mnie w to miejsce. Jej forma była dość prosta, nie wyglądała też szczególnie antycznie, wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że jest jak najbardziej współczesnej proweniencji.

Jednak mimo to, jej stylizowany, sześciokątny granitowy basen, nieźle się komponował z zabytkowymi budynkami. Na środku owego basenu znajdował się również sześciokątny obelisk a na nim umieszczono dwa ozdobne odpływy z kutego żelaza. 
To z nich cienkim, lecz nieprzerwanym strumieniem płynęła woda, wydająca subtelny odgłos, jaki usłyszałam podczas mojej pierwszej wizyty. Także i tym razem nie zobaczyłam żadnego z mieszkańców Castello, nie wykluczone, że za zamkniętymi bramami domostw był ktoś, kogo rankiem nie wygnała z domu konieczność udania się do pracy lub szkoły, jednak znowu miałam wrażenie, że w tej chwili jestem tam jedyną żywą istotą... Nie zobaczyłam żadnej głowy, która ukazałaby się w otwartym oknie, żadnego poszczekującego psa, czy przemykającego kota...Słońce, stojące już dość nisko, rzucało ostre cienie, dzieląc ściany budynków na połowę; ich górna część kąpała się w jego blasku, zaś dolna, gdzie wiekowe kamienie porastał zielonkawy mech, w wilgotnym, chłodnym cieniu.

Niezależnie od tej pustki i pozornego wyludnienia, Castello nie sprawiało smutnego wrażenia, raczej było w tym onirycznym nastroju coś ze snu, w którym mamy poczucie zawieszenia w nierzeczywistej przestrzeni albo baśniowej scenerii, uwiecznionej na pastelowym obrazku. W dzieciństwie uwielbiałam książkę "Pinokio" z prześlicznymi ilustracjami Jana Marcina Szancera, szczególnym sentymentem darzyłam tę, przedstawiającą scenę, kiedy to ślimak odprawia Pinokia spod drzwi Błękitnej Wróżki. Portal zdobiący wejście i maleńkie  okienko obok, zauroczyły mnie do tego stopnia, że narysowałam moją własną wersję tej sceny (nawiasem mówiąc, był to całkiem udany obrazek) a zamiłowanie do tego typu architektury pozostało we mnie do dziś.  Być może, w Castello poczułam się tak swojsko, ponieważ odnalazłam tam to, co najbardziej kocham, prostotę bryły i piękno detalu, skromne uroki, stworzone niegdyś przez ludzi, którym były one potrzebne niczym chleb powszedni; ślady przeszłości, nienaruszone przez potomnych, choć nieco poczerniałe na przestrzeni wieków, jakie minęły od chwili ich powstania... 

Jednak również w Castello  miała miejsce pewna zmiana, jak dotąd nieodwracalna. Myślę tu o zamku, od którego pochodzi nazwa wioski. Istotnie, dawno temu był tu zamek obronny, zbudowany prawdopodobnie jeszcze w pierwszym tysiącleciu, który odegrał znaczącą rolę w XII i XIII wieku, kiedy to trwały krwawe walki pomiędzy Mediolanem i Como. W XVI stuleciu został on zrównany z ziemią na polecenie Karola Boromeusza, biskupa Mediolanu, sprawującego w Valsoldzie władzę zwierzchnią. Nie ma zgody co do motywów tej decyzji, mówi się o warunkach, na jakich został zawarty traktat pokojowy ze Szwajcarią, lecz także o tym, że zamek, opuszczony przez wojsko, stał się schronieniem miejscowych rozbójników i zagrażał bezpieczeństwu publicznemu w tych stronach. W XIX wieku pozostały z niego jedynie mizerne ruiny; co prawda kupił je pewien Anglik z zamiarem odbudowania zamku, lecz zamysł ten nigdy nie został zrealizowany. Dokonano rekonstrukcji jedynie jego niewielkiej części, będącej prywatnym domostwem. 

Zauroczona tym spokojnym i pięknym zakątkiem, nie mogłam się oprzeć chęci aby go odwiedzić co jakiś czas, więc zapewne wzmianki na ten temat pojawią się jeszcze niejednokrotnie. W następnym poście chciałabym napisać o dwóch najważniejszych zabytkach Castello, jakimi są kościół św. Marcina i Casa Pagani oraz związkach Valsoldy z Polską. 

Jak zwykle zapraszam do obejrzenia albumów z tego niezwykłego miejsca >