sobota, 23 listopada 2013

Lombardia. Wędrując wokół Jeziora Lugano, Brusimpiano - Ardena, sanktuarium i fortyfikacje.



Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Lavena Ponte Tresa nad jeziorem Lugano  i rozejrzałam się wokoło, mój wzrok zatrzymał się na  długim wzniesieniu po prawej stronie. Porastał je ciemnozielony las; dzięki pięknej pogodzie, na tle niebieskiego nieba wszystkie szczegóły pejzażu widać było jak na dłoni. Zapowiedź tego wspaniałego widoku miałam już wtedy, gdy dojeżdżałam do celu; ponieważ droga wiedzie dość wysoko pomiędzy górami i dopiero nieopodal miasta schodzi serpentyną w dół z okien autobusu świetnie widać  jezioro oraz całą okolicę Podobną wspaniałą wizytówkę prezentuje przybyszowi również miasto Como, jeśli przyjeżdża się pociągiem lub samochodem od północnej strony. Wspominam o tym nie bez powodu, gdyż kiedy po raz pierwszy byłam w Como, mój wzrok zatrzymał się na zielonym wzgórzu ponad miastem, gdzie widniała piękna biało - różowa willa w stylu liberty a ten widok spowodował, że natychmiast zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się tam, na górze...


Natomiast tutaj mój wzrok przyciągnął niewielki kościółek z barokową fasadą w ciepłych barwach, zatopiony w zieleni. Nieopodal widać było szeroką przesiekę i w pierwszej chwili miałam nadzieję, że jest tam kolejka linowa, lecz szybko zorientowałam się, że to jedynie trakcja elektryczna, więc jeśli chciałabym tam dotrzeć pozostawał mi spacer na własnych nogach. Kiedy obejrzałam bulwar i przylegającą do niego frakcję miasteczka, postanowiłam niezwłoczne poszukać drogi na górę lub znaleźć kogoś, kto mógłby być źródłem wiedzy na ten temat. Zwykle dopisywało mi szczęście jeśli chodzi o dobór przygodnych informatorów i na ogół na moje pytania otrzymywałam bardzo szczegółową odpowiedź wraz z różnymi dodatkowymi wskazówkami. Szczerze powiem, że było to nadzwyczaj miłe i mam wrażenie, że oprócz zwykłej ludzkiej grzeczności, dochodził tu do głosu lokalny patriotyzm mieszkańców, dumnych z tego, że mogą przybyszowi z innych stron pokazać uroki swej ziemi.

Podobnie było i tym razem, zagadnęłam pewną starszą panią i dowiedziałam się, że ów kościółek to sanktuarium w Ardenie, niewielkiej frakcji miejscowości Brusimpiano a drogi są dwie; jedna to asfaltowa droga jezdna (zdecydowanie dłuższa) i mulatiera, która co prawda szybko mnie zaprowadzi na górę, jednak ma tę niedogodność, że w zasadzie jest nieużywana i z tego powodu nieco zaniedbana. Pani powiedziała mi też, że za czasów jej młodości okoliczna ludność często chodziła tamtędy na modlitwę, jednak to się zmieniło, ponieważ dziś te praktyki nie są już tak powszechne a do tego większość wiernych jeździ tam samochodami. 
Z tego powodu, obecnie owa mulatiera służy przede wszystkim turystom, którzy podobnie jak ja, preferują piesze wędrówki. Pani wspomniała też, że po drodze mogę zobaczyć okopy i stanowiska należące do Linii Cadorna. Był to jeszcze jeden argument za wybraniem tej drogi, bo chociaż jestem przeciwniczką wszelkich wojen, zawsze mnie interesowały również i te świadectwa przeszłości. 
W okolicy jest wiele takich stanowisk, rozrzuconych w różnych miejscach wzdłuż granicy ze Szwajcarią pomiędzy Varese i Luino; podobne umocnienia widziałam również w górach nad jeziorem Como. Mulatiera rzeczywiście wyglądała na nieuczęszczaną, w niektórych miejscach było sporo połamanych gałęzi a nawet przewróconych drzew, leżących w poprzek drogi. Jej szerokość wskazywała na to, że była to raczej tzw. strada militare a nie dróżka, którą wieśniacy przemieszczali się na pola i pastwiska. Muszę powiedzieć, że ta krótka trasa, którą można swobodnie przejść w ciągu trzydziestu minut, sprawiła na mnie bardzo niemiłe wrażenie. Nie ukrywam, że szłam robiąc sobie w duchu wyrzuty, iż chyba jakiś diabeł mnie podkusił, abym wybrała tę drogę, bo skóra mi ścierpła na plecach, kiedy dotarłam do okopów połączonych tunelami i krytymi przełazami, dzięki którym niegdyś można było bezpiecznie pokonywać różnicę poziomów. Przyjrzałam im się z zewnątrz, ponieważ nie mając żadnego przygotowania w tej mierze, czy chociażby latarki, nie odważyłabym się w pojedynkę zapuszczać do ich wnętrza. Oprócz tego, jak już pisałam, przez całą drogę czułam dziwny i niewytłumaczalny niepokój...
Osoby, które regularnie czytają tego bloga, być może pamiętają, jak już wcześniej wspominałam o tym, że kilkakrotnie zdarzało mi się, iż miałam wrażenie, że znajduję się w miejscu emanującym jakąś nadzwyczajną energią. Czasem było to uczucie przyjemne, pozwalające mi doładować mój wewnętrzny akumulator, zaś innym razem towarzyszył mi zupełnie irracjonalny lęk i poczucie zagrożenia. Z natury jestem osobą rozsądną, nie szukam sensacji tego rodzaju, poza tym uważam, że podobne odczucia w większości dają się wytłumaczyć w sposób, jak najbardziej naukowy, To, czy te wrażenia odbieramy zupełnie jednoznacznie, czy też jako zaledwie dostrzegalną zmianę aury, w dużej mierze zależy od naszej osobniczej wrażliwości, która może być zmienna na różnych etapach naszego życia. Jednak mimo wszystko nie odżegnuję się od poglądu, że na ziemi i niebie są rzeczy o jakich nie śniło się filozofom, gdyż nie wszystko co nas otacza daje się zważyć i zmierzyć. Być może, pierwotna, zwierzęca część naszej natury czasami dochodzi do głosu  i wtedy mamy do czynienia z emocjami, których nie potrafimy zrozumieć...

Tym razem sądziłam, że to przykre uczucie powoduje obraz opuszczenia graniczący z ruiną, zwalone drzewa, połamane gałęzie i murki porośnięte mchem po obu stronach drogi. To wszystko wyglądało dość ponuro, więc miałam ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie i byłam po prostu szczęśliwa, kiedy tak, jak mi powiedziała moja informatorka, droga dość szybko zaprowadziła mnie na niewielką łąkę u podnóża tarasu, na którym wzniesiono kościół. Niewiele wiadomo o tym, jak się przedstawia historia tego miejsca, podobno w wiekach średnich było tu oratorium, przy którym mieszkał pustelnik. Mówi się też, że swego czasu otaczano tu szczególną czcią wizerunek Czarnej Madonny, do którego zanoszono modły w czasach zarazy, jaka nawiedziła te okolice. 
Obecny kościół pochodzi z XVII wieku a w głównym ołtarzu widnieje obraz "Madonna del Latte", czyli Maria karmiąca Dzieciątko Jezus, który jak się przypuszcza pochodzi ze szkoły Bernardino Luini i jest datowany na XV wiek. Kościół jest niewielki ale bardzo harmonijny a jego główną ozdobą jest piękny portal i zegar słoneczny umieszczony na południowej ścianie.
Z tym kościołem wiąże się pewna niezwykła historia; podobno w latach siedemdziesiątych XX wieku miały tu miejsce zadziwiające zjawiska, zakwalifikowane jako paranormalne. Mówi się o przedmiotach przemieszczających się samoistnie i unoszonych w powietrze przez nieznane siły a także o tym, iż w biały dzień zaczynały dzwonić dzwony, choć nie było widać nikogo, kto by je wprawiał w ruch. Nie wiem na ten temat nic więcej, ale widocznie tajemnicze zjawiska ustały tak samo nagle, jak się pojawiły. Natomiast nieco później zupełnie przypadkowo znalazłam w internecie kilka ciekawostek na temat fortyfikacji, które mnie tak wytrąciły z równowagi. Otóż wynikało z nich, że te sensacje nie były tylko moim udziałem i swego czasu zainteresowali się nimi "łowcy duchów" czyli osoby próbujące w sposób fizykalny zbadać zjawiska uchodzące za paranormalne, przy użyciu bardzo czułej i skomplikowanej aparatury. Szczerze mówiąc, nie jest dla mnie do końca jasne, czy dwaj poszukiwacze potwierdzili fakt istnienia w tym miejscu niewyjaśnionych zjawisk. Co prawda oglądałam ich film na You Tube, ale nic nie wskazywało, że te działania zakończyły się spektakularnym sukcesem.


Jednak jak już wspomniałam, te przykre sensacje minęły jak zły sen, kiedy dotarłam na taras przed kościółkiem, gdzie wszystko rozjaśniał blask słońca i skąd roztaczał się widok na jezioro i góry. Przed sobą miałam miasteczko z mostem stanowiącym przejście graniczne, Monte Lema, o której pisałam w poprzednim poście a po lewej stronie była Monte Caslano i przesmyk u jej podnóża, gdzie właśnie przepływał statek zmierzający z Ponte Tresa do Porto Ceresio i dalej, do Lugano.



Piękne widoki wiosny rozkwitającej wokoło, szybko zatarły niemiłe wrażenie, jakie mi towarzyszyło podczas wędrówki przez las, ale dziś, kiedy wracam do wspomnień o tamtym dniu, nadal zadaję sobie pytanie, co właściwie mi się przydarzyło? Czy był to tylko nieprzyjemny nastrój, wywołany widokiem tego zaniedbanego i odosobnionego miejsca, czy może ja również jestem jedną z tych osób, które mogą zaświadczyć, że jest to naprawdę miejsce niezwykłe...

Więcej zdjęć jak zwykle w albumie >

sobota, 16 listopada 2013

Szwajcaria. Górskie fascynacje - Monte Lema.



Jak wiele innych moich wycieczek, również ta na Monte Lema miała ciekawą genezę i dłuuugą historię. Zaczęła się ona zupełnie przypadkiem, kiedy pracowałam w Domu Opieki w Saronno, dzięki pewnemu włoskiemu małżeństwu. Jedną z pensjonariuszek była niepełnosprawna pani, osoba o wielkiej kulturze osobistej, która mimo  wieku i problemów zdrowotnych, nie miała zamiaru odstąpić od swojej pasji do podróży. Jej mąż co prawda mieszkał  na zewnątrz, ale większość czasu spędzał w naszej strukturze; z biegiem czasu, kiedy z obojgiem zawarłam bliższą znajomość, niejednokrotnie dzieliliśmy się wrażeniami z naszych wycieczek. W sobotę lub niedzielę, przy sprzyjającej pogodzie ów pan wynajmował niewielkiego busa, do którego można było wstawić wózek inwalidzki i zabierał żonę na wyprawę. Pewnego razu wybrali się do Szwajcarii, gdzie nieopodal Lugano wznosi się góra zwana Monte Tamaro, mająca niemal 2000 m wysokości. Można tam wygodnie wjechać kolejką linową, do czego nigdy nie brakuje chętnych, gdyż jest to miejsce znane z tego, że oferuje piękny widok na Jezioro Lugano i całą okolicę. Po powrocie opowiedzieli mi o tym, co zobaczyli i bardzo mnie zachęcali do pójścia w ich ślady. Żeby dać mi choć częściowe wyobrażenie o atrakcyjności wycieczki, przywieźli mi ulotkę z mapką. Kiedy ją dokładnie obejrzałam, zorientowałam się, że chodzi o masyw, który widziałam będąc w Porto Ceresio, gdzie zamykał horyzont po lewej stronie, wznosząc się ponad wodami Jeziora Lugano.


Ten sam górski grzbiet jest też doskonale widoczny nad północną częścią Lago Maggiore, ponieważ oddziela te dwa akweny, które sąsiadują ze sobą. Po jego zboczach przebiega włosko-szwajcarska granica; ma on długość ponad 15 km i kilka szczytów, w tym dwa leżące na przeciwległych krańcach; to wspomniana już wcześniej Monte Tamaro (1962m)  i Monte Lema  (1624m) znajdująca się niedaleko miasteczka Ponte Tresa. Oczywiście, jest tu szlak pieszy prowadzący na górę a dla osób nieskłonnych do tego rodzaju wyczynów, zbudowano również wygodną kolejkę linową.

Jest ona nieco odmienna od innych kolejek, ponieważ nie kursuje tu jeden wagonik, lecz skład złożony z trzech niewielkich kabin. Dzięki temu, pasażerowie nie muszą się tłoczyć i w zasadzie każdy z nich ma swobodny dostęp do okien oraz widoku na zewnątrz. Gdybym mogła wybierać, wolałabym wejść na górę na własnych nogach, ale czas na tę wycieczkę miałam mocno ograniczony i nie mogłam sobie pozwolić na stratę kilku dodatkowych godzin. Aby dotrzeć do stacji kolejki linowej, miałam do przebycia ponad sześćdziesiąt kilometrów z licznymi przesiadkami. Co prawda nie raz w takich sytuacjach żałowałam, że nie mam prawa jazdy, gdyż samochodem z pewnością mogłabym dotrzeć na miejsce o wiele szybciej, lecz mimo wszystko ta perspektywa jazdy "rzemiennym dyszlem" nigdy mnie nie zrażała do podróży. Tym razem skoro świt udałam się na dworzec w Saronno, żeby pociągiem dojechać do Varese a tam przesiadłam się na autobus jadący do Ponte Tresa. Tu już mogłam z bliska popatrzeć na cel mojej podróży, jednak po przejściu mostu i posterunku granicznego miałam przed sobą następny odcinek drogi do pokonania, co też uczyniłam, wsiadając do szwajcarskiego pociągu relacji Ponte Tresa -  Lugano. Wysiadłam na dworcu w  Magliaso; tu znów przesiadłam się do autobusu, którym pojechałam aż do wioski Miglieglia, gdzie jest stacyjka kolejki linowej. Nigdy się specjalnie nie użalałam na te zmiany środka lokomocji, mogę rzec, że nawet je lubiłam ponieważ miałam wtedy poczucie czegoś ekscytującego, niczym podróż w nieznane. Jednak nie da się ukryć, że pociągało to za sobą sporą stratę czasu, który mogłabym przeznaczyć na wędrówkę sensu stricto.

Podczas jazdy kolejką miałam okazję popatrzeć na trawiaste zbocze góry, gdzie jak na dłoni widać było białą serpentynę ścieżki, kończącej się nieopodal zabudowań schroniska. Nieco dalej zauważyłam dziwną konstrukcję, która jak się później okazało, kryje w sobie obserwatorium astronomiczne. Na szczycie było sporo ludzi, nie tylko pasjonatów trekkingu, ale również tych, których tam sprowadziły świetne warunki do uprawiania lotniarstwa. Kiedy zeszłam nieco niżej, na płaskim terenie stanowiącym swego rodzaju taras, spotkałam także wielu miłośników szybownictwa. Co prawda nie były to aparaty zdolne unieść człowieka, lecz okazałe modele sterowane radiem, jednak widać było, że ich właściciele świetnie się bawią, obserwując jak wznoszą się i opadają niesione prądem powietrza. To co mnie przyjemnie zaskoczyło, to ogromny spokój panujący na górze. Ludzie rozproszeni na sporym obszarze łagodnie wysklepionego wierzchołka, nie przeszkadzali sobie nawzajem w kontemplowaniu tego cudu natury, jakim jest widok gór; tym wspanialszy, że pomiędzy nimi widać było błękitne wody jezior. Dość długo chodziłam po szczycie, wracając do raz już obejrzanych widoków, gdyż po niebie przepływały liczne cumulusy a ta gra światła i cienia powodowała, że wciąż odkrywałam nowe elementy w tej oszałamiającej panoramie.






Na wschodzie mogłam dostrzec jezioro i miasto Lugano na tle szmaragdowych stoków Valle d'Intelvi a za nimi trójkątne, skaliste szczyty Grigni i Legnone. Jeszcze dalej, na północy, widać było pokryte śniegiem Alpy, ciągnące się długim łukiem w stronę zachodu, gdzie na pierwszym planie daleko w dole, poniżej zalesionego zbocza leżało ciemnoniebieskie Lago Maggiore. Nie mniej piękny widok był na południu, gdzie pomiędzy ślicznymi stożkami zielonych Prealp uważne oko mogło zauważyć dwa małe, niebieskie lusterka wody. Były to jeziorka Ganna i Ghirla, leżące na trasie Varese - Ponte Tresa, znane mi z poprzednich wypraw w tamte strony.
Choć na szczycie spędziłam sporo czasu wcale mi się on nie dłużył, podobnie chyba było z innymi osobami, jakie tam spotkałam, że wspomnę choćby dziewczynę siedzącą pod wiatrowskazem, która jak zahipnotyzowana długo wpatrywała się w przestrzeń... Jednak mimo całego zachwytu widokiem, jaki się przede mną roztaczał, ciągnęła mnie perspektywa wędrówki wzdłuż grzbietu w stronę Monte Tamaro, choć zdawałam sobie sprawę, że nie dysponując należytą ilością czasu, nie zajdę daleko. Na przejście całego szlaku trzeba poświęcić przynajmniej trzy i pół godziny, co w tym przypadku nie wchodziło w grę, ponieważ czekała mnie jeszcze długa droga powrotna.






Mimo to, poszłam ścieżką przed siebie wspinając się na kolejne garby masywu, aż do momentu, kiedy definitywnie musiałam zawrócić aby nie stracić zaplanowanych połączeń kolejowo - autobusowych i przed nocą dotrzeć do Saronno. Kiedy ponownie zjechałam kolejką linową do wioski, okazało się, że mam nieco czasu do odjazdu autobusu, więc postanowiłam obejrzeć miejscowy cmentarz, na którym znalazłam kilka starych i bardzo interesujących nagrobków. Na przystanek poszłam okrężną drogą,  dzięki temu dotarłam do malutkiego placyku, gdzie napotkałam fontannę a raczej studnię publiczną, jedyną w swoim rodzaju, bowiem zamiast obelisku, postaci kobiecej czy też mitologicznej, na jej szczycie umieszczono ni mniej ni więcej, tylko wierzgającego osiołka. Ten widok nadzwyczajnie poprawił mi nastrój, bo pomyślałam sobie, że mieszkańcy muszą być ludźmi o niebanalnym poczuciu humoru, tym bardziej, że na kranie z którego wypływała woda, umieszczono metalowego ślimaka z pokaźną muszlą na grzbiecie, mogącego służyć za zaczep dla wiaderka. Zmęczona fizycznie, ale w doskonałym nastroju, wsiadłam do autobusu jadącego wprost do Ponte Tresa. Na szczęście cała podróż poszła sprawnie niczym w przysłowiowym szwajcarskim zegarku, więc po powrocie ja również mogłam z satysfakcją podzielić się moimi niezapomnianymi wrażeniami.


Mam nadzieję, że zamieszczone zdjęcia przynajmniej w części potwierdzają powszechną opinię, że szlak Monte Lema - Monte Tamaro zapewnia jedne z najwspanialszych widoków, jakie oferują wycieczki w Prealpy. Co prawda pogoda (jak to często bywa w tej części świata) nie sprzyjała fotografowaniu, ponieważ znaczna ilość wilgoci w powietrzu odbierała mu przejrzystość. Początkowo pejzaż widziany gołym okiem, dzięki tym delikatnym welonom foschii wyglądał tajemniczo i romantycznie, lecz ponad Alpami gromadziły się coraz większe chmury kłębiaste, zapowiadające rychłe nadejście deszczu. Nad szczytem Monte Lema obłoki również przepływały często i wyjątkowo nisko, więc  kilkakrotnie znalazłam się w ich gęstej otulinie, co sprawiało niesamowite wrażenie, gdyż nagle  wszystko wokół znikało a blask słońca stawał się tylko nierzeczywistym wspomnieniem...

piątek, 1 listopada 2013

Chwała bohaterom, czyli pomniki poległych w Lombardii.


Podczas moich wędrówek po północnych rejonach Włoch, wielokrotnie widziałam pomniki poświęcone żołnierzom, którzy zginęli podczas działań wojennych. Takie monumenty można spotkać nie tylko w miastach, lecz również w małych wioskach a  jeśli nie jest to pomnik z prawdziwego zdarzenia, to z pewnością będzie to tablica pamiątkowa, gdzie wyryto imiona i nazwiska mężczyzn, niegdyś będących ich mieszkańcami zanim zostali powołani pod broń. 

Myślę, że po wielu latach niewoli, kiedy to Lombardia znajdowała się we władaniu Austrii, bycie żołnierzem w narodowej armii z pewnością mogło stanowić powód do dumy. Jednak Włosi nie mają szczególnego zamiłowania do wojaczki, więc odejście z rodzinnego domu, czy wioski, gdzie się spędziło całe życie, 
z pewnością stanowiło dla nich bardzo ciężkie doświadczenie, tym bardziej, że podczas Wielkiej Wojny włoska armia źle wyposażona i nieudolnie dowodzona, ponosiła ogromne straty. Szczególnie oddziały walczące na terenie Alp przeżyły prawdziwą gehennę. Te straszne cztery lata sprawiły, że zarówno ci, co je przetrwali, jak i ci, którzy stracili życie na polach bitew, zostali otoczeni glorią należną bohaterom. Nieco inaczej przestawiała się sprawa z żołnierzami walczącymi podczas II wojny, zapewne z przyczyny rozziewu pomiędzy szacunkiem dla ich poświęcenia i ofiary życia, jaką złożyli a uczuciem niesmaku pozostałym po faszystowskim reżimie i późniejszym odwrocie w ostatnim momencie, co mówiąc szczerze, bardzo przypominało ucieczkę z tonącego okrętu. Jednak i dla tych żołnierzy znalazło się miejsce w zbiorowej pamięci, więc także ich nazwiska widnieją na pamiątkowych tablicach. Często też (zwykle nieopodal kościoła) można zobaczyć alejki, gdzie zasadzono drzewa ku czci poległych i ustawiono niewielkie tabliczki z ich nazwiskami. 

W Lombardii tradycje militarne są nadal w cenie, zwłaszcza w wśród tych, którzy służyli w wojsku przed utworzeniem armii zawodowej. W domu, gdzie mieszka były żołnierz, często na honorowym miejscu można zobaczyć alpejski kapelusz z piórem. Nadal też pamięta się rzewne alpejskie piosenki o prostym tekście, mówiącym o tęsknocie za ciepłym, rodzinnym domem, lęku przed śmiercią i trudach życia w okopach... W wielu miejscowościach są koła A.N.A. czyli stowarzyszenia zrzeszającego byłych alpejskich żołnierzy a jedną z form działalności owych kół są chóry, specjalizujące się w śpiewaniu tradycyjnych, alpejskich utworów i dawnych piosenek żołnierskich. Pamiętam, jak na początku mojego pobytu w Lombardii, po raz pierwszy usłyszałam jedną z nich... Właśnie wracałam do domu wieczornym pociągiem z Mediolanu; kiedy zatrzymaliśmy się na niewielkiej stacji w Varedo, otworzyłam okno, aby wyjrzeć na peron. Stała tam grupka niemłodych panów w charakterystycznych, filcowych kapeluszach z piórem, kamizelkach i kraciastych koszulach. Jeden z nich wsiadł do wagonu a pozostali zaczęli coś cichutko nucić na pożegnanie. Ta rzewna melodia i zapadający wieczór sprawiły, że do dziś pamiętam tamto ulotne wrażenie... Po kilku latach, kiedy lepiej zaznajomiłam się z miejscową kulturą i tradycją, poznałam wiele alpejskich piosenek, również tę, którą wtedy słyszałam. Dowiedziałam się, że jest to jeden z najbardziej znanych utworów z czasów Wielkiej Wojny, noszący tytuł "La tradotta" - to słowo oznacza pociąg, którym żołnierze udawali się na front a sam tekst jest niezwykle przejmujący:


La tradotta che parte

da Torino
a Milano non si ferma più,

ma la va diretta al Piave,

cimitero della gioventù.


Siam partiti, siam partiti

in ventinove,

solo in sette siam tornati qua,

e gli altri ventidue

son rimasti tutti a San Donà'.


“Cara suora, cara suora son ferito,

a domani non arrivo più;

se non c’è qui la    

mia mamma, un bel fiore me lo porti tu?”.


A Nervesa a Nervesa c’è una croce,

mio fratello è sepolto là,

io ci ho scritto su “Ninetto" 

che la mamma lo ritroverà.


(Transport, który wyruszył z Turynu, nie zatrzymał się w Mediolanie, wiezie nas prosto nad Piave, gdzie pogrzebano naszą młodzież.

Wyruszyło nas dwudziestu dziewięciu, lecz zostało tylko siedmiu, dwudziestu dwóch pochowali na cmentarzu w San Dona'.

"Droga siostro, jestem ranny i nie dożyję jutrzejszego dnia, jeśli nie przybędzie moja mama, ty połóż mi kwiat na grobie".

W Nervesa jest grób mojego brata, napisałem na krzyżu “Ninetto” żeby mama mogła go odnaleźć.


Próbowałam przetłumaczyć ten tekst najlepiej, jak potrafię, lecz było to bardzo trudne, gdyż jest on niezwykle prosty i emocjonalny. Chcąc wyrazić jego sens powinno się użyć dłuższych omówień lub słów, które choć znaczą to samo, w żaden sposób nie oddają nastroju oryginału, co sprawia, że tłumaczenie wypada dość drętwo...
(Dla przykładu mogę tu powiedzieć, że "suora" co prawda po polsku znaczy "siostra" lecz nie chodzi tu o osobę z rodziny, ale o zakonnicę lub siostrę Czerwonego Krzyża pielęgnującą rannych, zaś "cimitero della gioventu' " można rozumieć dwojako, jako miejsce gdzie pogrzebano wielu młodych ludzi, lecz także jako cmentarz utraconej młodości, albo straconego pokolenia).

Na zakończenie chciałabym jeszcze podzielić się zdjęciem pięknej tablicy pamiątkowej poświęconej wszystkim zmarłym, jaką swego czasu znalazłam na cmentarzu w Torno.


A TUTTI I MORTI
 DI QUESTA TERRA
CHE PIU NON HANNO
NE NOME NE TOMBA
FIORI E PREGHIERE
NEL COMUNE RIMPIANTO
PER IL RICORDO PERENNE


(Wszystkim zmarłym, którzy nie mają imienia ani grobu, kwiatów ni modlitwy, we wspólnym żalu, na wieczną pamiątkę)


Osoby, które chciałyby zobaczyć więcej zdjęć pomników poświęconych poległym żołnierzom zapraszam do albumu>


Natomiast jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć video z nagraniem piosenki "La Tradotta" zapraszam do kliknięcia w strzałkę na zdjęciu. Na You Tube jest ona dostępna w kilku wersjach, może nawet lepiej zaśpiewanych, lecz wybrałam tę, ze względu na autentyczne fotografie z czasów Wielkiej Wojny, stanowiące niezwykle wymowną ilustrację do tego utworu.



P.S. Z czasem dowiedziałam się też, że panowie śpiewający na dworcu Varedo, byli członami lokalnego chóru, który wykonuje  tradycyjne piosenki.

sobota, 26 października 2013

Lombardia. Lavena - Ponte Tresa.



Mam nadzieję, iż każdy kto zobaczy powyższe zdjęcie, podzieli moją opinię, że położenie tej miejscowości jest naprawdę przepiękne a cała okolica wręcz niezwykłej urody. Tak jest w istocie, bowiem Lavena Ponte Tresa leży wśród gór otaczających północno-zachodnią odnogą jeziora Lugano, sprawiającą wrażenie osobnego akwenu, który w tym miejscu rozlewa się dość szeroko. Z pozostałą częścią łączy ją jedynie wąziutki przesmyk u stóp Monte Caslano, niezbyt wysokiej góry pokrytej bujną zielenią, przeglądającej się w spokojnych wodach. Jak wspominałam w jednym z poprzednich postów, przebiega tu granica; północny brzeg jeziora należy do Szwajcarii a południowy do Włoch. Przejście graniczne znajduje się na moście łączącym dwa brzegi Tresy, rzeki łączącej Lago di Lugano i Lago Maggiore.


Lavena - Ponte Tresa to w zasadzie zlepek dwóch miejscowości, które z czasem zlały się w jeden organizm. Zabudowa w większości składa się z niewielkich domów i willi, wzdłuż wybrzeża ciągnie się piękny bulwar, skąd jak na dłoni widać panoramę gór w okolicy Lugano. Bardzo polubiłam tę miejscowość, byłam tam kilkakrotnie przy różnych okazjach. Mój pierwszy pobyt miał miejsce na początku kwietnia, kiedy drzewa kasztanowe porastające okoliczne góry zaczynały rozwijać swe delikatne, jasno - zielone listki. Po wilgotnym i nieco mglistym poranku, około południa niebo się wypogodziło i cała okolica zajaśniała w blasku wiosennego słońca. 


Podobnie jak w Como, tu także z wody jeziora tryska pióropusz fontanny, jednak całe urządzenie jest nieco bardziej estetyczne, gdyż w stanie spoczynku sprawia wrażenie, że są to cztery białe boje a nie nasmołowana beczka, jak to ma miejsce w pierwszym przypadku. Ponieważ były to pierwsze wczesnowiosenne dni, wyższe alpejskie szczyty widoczne na horyzoncie nadal pokrywał śnieg, co wyglądało szczególnie pięknie na tle szafirowego nieba, po którym płynęły puszyste białe obłoki. 
Z ogromną przyjemnością szłam bulwarem, chłonąc spokój i ciszę tej malowniczej miejscowości. Przy długich pomostach stało mnóstwo łodzi, jeszcze uśpionych pod swoimi plandekami, którymi je okryły troskliwe ręce właścicieli. Za to wodne ptactwo bez zastrzeżeń poddało się wiosennemu nastrojowi, łabędzie łączyły się w romantyczne pary, przebojowe samce kaczek krzyżówek uderzały w zaloty do swoich skromnych koleżanek a łyski brały upiększające kąpiele trzepocząc skrzydłami i rozpryskując wodę, jakby chciały zrobić konkurencję fontannie.


Jezioro Lugano (jak już pisałam poprzednio) jest zupełnie odmienne od pozostałych lombardzkich jezior, jego brzegi są słabiej zaludnione, nie ma tu wystawnych willi podobnych do tych z nad jeziora Como albo z renomowanych miejscowości wypoczynkowych, jakimi się szczyci Lago Maggiore. To jezioro swoje uroki zachowuje dla okolicznych mieszkańców i gości, którzy może nie są tak liczni, ale za to potrafią docenić to, co ta nadal nieco dzika okolica ma do zaoferowania. Tu nic nas nie oszałamia swoim światowym blichtrem i gdybym miała użyć personifikacji, przedstawiłabym je jako piękną dziewczynę o świeżej urodzie w uroczym, lecz skromnym, ludowym stroju i włosach splecionych w warkocze.  

Rozmyślając o tych różnicach stylistycznych oraz krajobrazowych, zawędrowałam do miejsca, gdzie jezioro przechodzi w krótki i wąski przesmyk aby znowu rozszerzyć się w następny akwen ciągnący się aż do Porto Ceresio. Przesmyk wygląda niczym niezbyt szeroka rzeka i  prosi o jakiś most, ale z racji granicy przebiegającej pomiędzy jego brzegami, można sobie jedynie popatrzeć stąd na Szwajcarię, będącą niemal na wyciągnięcie ręki. Jednak ta bliskość w przeszłości miała wielkie znaczenie dla rzesz uchodźców, którzy w czasie wojny znaleźli schronienie w granicach tego neutralnego państwa. To braterstwo narodów i pomoc ze strony Konfederacji Szwajcarskiej upamiętnia pomnik, znajdujący się w parku po stronie włoskiej, nieopodal przejścia granicznego. Na jego cokole umieszczono pełen prostoty napis, przypominający przyszłym pokoleniom o czasach wojny i faszyzmu. Bardzo mi się spodobał ów pomnik, zarówno ze względu na swoją symboliczną wymowę jak i ciekawą formę. Jak widać na zdjęciu obok, przedstawia on dwoje ludzi wspartych stopami o kulę ziemską i trzymających się za ręce, przy czym ich sylwetki napięte niczym cięciwa łuku są dla siebie przeciwwagą i oparciem.

Po szwajcarskiej stronie znajduje się interesujący zabytek architektury przemysłowej, zwany fornace Torrazza di Caslano. Jest to piec, w którym niegdyś wypalano wapno, używając jako surowca kruszywa z okolicznych skał. Podobne wapienniki widziałam również nad Lago Maggiore i bardzo mnie zafascynowała ich niezwykła forma. Oczywiście, owe piece od dawna nie spełniają swojej funkcji, ale z tego co słyszałam, jest plan umieszczenia ich na liście zabytków wymagających pilnej konserwacji, ze względu na ich walory poznawcze jako świadectwa dawnych technik przemysłowych. Nie wspomniałam tu o pewnym miejscu, które przyciągnęło moją uwagę natychmiast po przyjeździe do Ponte Tresa. Było to długie, zalesione wzniesienie, gdzie na szczycie pomiędzy drzewami widniała fasada samotnego kościoła. Z reguły staram się odwiedzać podobne miejsca, zarówno ze względu na ich wartość historyczną a niejednokrotnie również artystyczną, jak i z powodu uprzywilejowanej pozycji, dzięki której można podziwiać rozległe przestrzenie wokoło. Także i tym razem postanowiłam, że udam się tam niezwłocznie po obejrzeniu miasteczka i zasięgnięciu informacji na temat prowadzącej tam drogi. Tak też się stało, ale o tym napiszę w następnym poście.


Dodam jeszcze, że napis na pomniku, o którym pisałam powyżej w tłumaczeniu na język polski brzmi tak:

Pamięci braterstwa ludów
dla Konfederacji Szwajcarskiej
gościnnej ziemi w latach ciemności
przyjaciółka na zawsze
13.12.1987

Ta przyjaciółka to oczywiście Italia. Podobało mi się, że zostawiono to w domyśle, bo dzięki temu  napis jest mniej patetyczny.

niedziela, 20 października 2013

Włoskie osiołki.



Aby uniknąć wycieczkowej monotonii, postanowiłam odświeżyć mój stary wpis z Bloxa na temat osiołków. Wtedy zadedykowałam go pewnej rodaczce, autorce bloga "Ogr i Osiołek w Irlandii" która, niestety, dość dawno temu zamilkła. Ponieważ podobnie jak ja była na emigracji, sądzę, że być może definitywnie wróciła do Polski... Oczywiście ta dedykacja jest nadal aktualna, bo to Jej sympatia do tych zwierząt i pseudonim, jaki przybrała, natchnęły mnie do napisania tego posta. Materiał miałam już wcześniej, więc skwapliwie skorzystałam z nadarzającej się okazji. Moja "ośla przygoda" na dobre rozpoczęła się podczas pobytu we Włoszech. Oczywiście, jako dziecko widziałam osiołki w ZOO, ale szczerze mówiąc, wówczas nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.

Zresztą, jak to wszyscy wiemy, osiołek (poza tym z bożonarodzeniowej stajenki) nie jest  zwierzęciem cieszącym się szczególnym zainteresowaniem, czy estymą. Nie wiadomo też właściwie, dlaczego właśnie on stał się synonimem głupoty... Trudno to zrozumieć, chyba że za jej dowód uznamy niestrudzoną pracę tego gatunku na rzecz człowieka, który często, gęsto, nie karmi go jak należy, a do tego niejednokrotnie okłada kijem. Oprócz tego posądzanie o złośliwy upór i lenistwo, też wydaje mi się na wyrost. W końcu każde stworzenie ma swój instynkt samozachowawczy i broni się jak może! Gatunek ludzki, sam niedoskonały, lubi przypinać łatki innym kreaturom i ustanawiać stereotypy na swoją miarę. Kiedy jako dziecko czytałam "Kubusia Puchatka" Kłapouchy i Mama Tygrysica byli moimi ulubionymi bohaterami. Samego Kubusia niezbyt lubiłam, bo zawsze uważałam, że jest zbyt łakomy, no i ten mały rozumek... Kiedyś, na początku mojego pobytu w Lombardii, zdarzyło mi się wędrować na piechotę w okolicy Erby, miasta leżącego u podnóża Prealp.

Jak zwykle, piesza wędrówka była dla mnie okazją do rozmyślań, więc dusza moja bujała w obłokach, podczas kiedy ciało mechanicznie przebierało nogami. Raptem poczułam ostry zapach stajni, a po chwili jakiś przeraźliwy głos zmroził mi krew w żyłach. Kiedy doszłam do siebie po przeżytym wstrząsie, stanęłam oko w oko z grupą osiołków, które pasły się za płotem. Wtedy po raz pierwszy, lecz nie ostatni, miałam okazję widzieć te miłe zwierzaki. Od tamtej pory spotykałam je wielokrotnie i na ogół zawsze zatrzymywałam się, żeby na nie popatrzeć i zrobić zdjęcie, jeśli któryś miał ochotę aby mi pozować. Lubię ich miękkie pyski, długie uszy i ufne, spokojne oczy. Nie ukrywam, że boję się zwierząt większych ode mnie i właśnie osiołek był pierwszym zwierzęciem, któremu podałam coś do zjedzenia, nie myśląc przy tym, że może mi odgryźć rękę.


Kiedy Marta zobaczyła zdjęcie, jakie zamieściłam obok, skomentowała je mówiąc:
 "O, ośle dziecko!".
Faktycznie, trudno tak nie pomyśleć, widząc jego nieporadność,
i duży, jeszcze niekształtny, łebek. Jest to jedno z pierwszych zdjęć, jakie zrobiłam i jestem do niego bardzo przywiązana. Pozdrawiam wszystkich, którzy lubią zwierzęta a osiołki w szczególności.

A tak po cichu i między nami, myślę, że każdy z nas chociaż raz w życiu usłyszał, że jest bliskim krewnym Kłapouchego.....

Mam nadzieję, że osobom, które przeczytały ten wpis spodobają się "moje" osiołki.
Jak zwykle zapraszam wszystkich do albumu, gdzie jest więcej zdjęć osiołków (zaplątał się tam także ich przyrodni brat, muł) >



niedziela, 13 października 2013

Włochy i Szwajcaria. Wokół jeziora Lugano.



Po krótkim intermezzo, jakim był post o łodziach, postanowiłam wrócić do tematu Jeziora Lugano i moich wycieczek w tamte strony. Pisałam już o pierwszym zauroczeniu okolicą i późniejszym rozczarowaniu, które (paradoksalnie) z biegiem czasu zamieniło się w silne i stałe uczucie. Kiedyś przyszło mi do głowy, że moja miłość do lombardzkich jezior w każdym przypadku miała zupełnie odmienny charakter, podobnie, jak różne bywają sentymenty w stosunku do osób przewijających się przez nasze życie.


Jezioro Como porównałabym do pierwszej młodzieńczej miłości, gwałtownej i bez zastrzeżeń, która na zawsze determinuje nasze sentymenty. Maggiore i Garda to dojrzałe uczucie - tak się dzieje, kiedy niewątpliwa uroda a także inne, nieco bardziej przyziemne zalety, powodują, że z pełnym respektu podziwem patrzymy na obiekt naszego oczarowania. Najmniejsze z nich, śliczne jezioro Orta porównywałabym do kokietki roztaczającej wszystkie swe wdzięki i oferującej szał zmysłów. Na tym tle Jezioro Lugano było niczym późne uczucie, którego już nie oczekujemy. Tak się dzieje, kiedy mając za sobą szmat życia poznajemy kogoś, kto na pierwszy rzut oka nie robi na nas nadzwyczajnego wrażenia; jednak czym dłużej z nim przebywamy, tym większy urokiem nas otacza, aż przychodzi dzień, kiedy zadajemy sobie pytanie jak to możliwe, że w pierwszej chwili nie dostrzegliśmy tego, co jest tak oczywiste ...


Jak wiadomo, jeśli jest jezioro, musi też być podróż statkiem...   Mój pierwszy rejs po jeziorze Lugano miał miejsce podczas długo odkładanej wycieczki, jaką zrobiłam, by zobaczyć Lugano - miasto. Po opuszczeniu portu, najpierw opłynęliśmy całą zatokę nad którą się ono posadowiło, następnie statek skręcił na północny wschód i wpłynął do obszernego basenu, zamkniętego pomiędzy zielonymi stokami gór. Przez tę część jeziora, mniej więcej w połowie, przebiega granica pomiędzy Włochami i Szwajcarią a w głębi na jej krańcu, leży włoska miejscowość PorlezzaTen rejs świetnie pamiętam z dwóch powodów - pierwszy z nich to wspaniała słoneczna pogoda i ​​kryształowo czyste powietrze, pozwalające na podziwianie wszystkich uroków pejzażu; drugi - to przenikliwy, zimny wiatr, który przenikał mnie do szpiku kości. Było to dość dziwne, bo mieliśmy pierwsze dni września i na lądzie nadal było bardzo ciepło.


Szybko założyłam wiatrówkę z kapturem, którą przewidująco zabrałam ze sobą, lecz mimo to, prawie przez cały rejs szczękałam zębami a i tak byłam szczęściarą w przeciwieństwie do licznych pasażerów, którzy wsiedli na statek w samych podkoszulkach. Chociaż ich nagie ramiona szybko pokryły się gęsią skórką, dzielnie próbowali podziwiać widoki z odkrytego pokładu, jednak po kilkunastu minutach zrezygnowali z nierównej walki i udali się do przeszklonej kabiny. Ten zimny wiatr nieco mniej dawał się we znaki, kiedy statek okrążył Monte Bre' i znaleźliśmy się nieopodal Gandrii, malowniczej miejscowości leżącej u jej podnóża, tuż przy włosko - szwajcarskiej granicy. W głębi można było podziwiać ośnieżone stoki gór leżących w pobliżu północnej części jeziora Como a po prawej stronie Valle d'Intelvi, ze stromymi, zalesionymi stokami schodzącymi wprost do wody.


U ich podnóża, na niewielkich cyplach przytuliło się kilka rybackich domków; jak się później dowiedziałam, w tych na oko niepozornych miejscach można znaleźć niewielką restaurację lub oberżę, gdzie można zjeść świetnie przyrządzone regionalne dania, dlatego też nie brakuje ludzi przybywających tam na obiad, czy romantyczną kolację. Muszę przyznać, że mimo wspaniałego pejzażu ta pierwsza wycieczka również nieco mnie rozczarowała. Po niewątpliwych atrakcjach Jeziora Como, gdzie na obu brzegach jest mnóstwo wspaniałych willi otoczonych ukwieconymi ogrodami, jezioro Lugano wydało mi się bardzo surowe i raczej pozbawione wdzięku. Wtedy  jeszcze nie wiedziałam o tym, że byłam bardzo blisko miejsca, które za jakiś czas odkryje przede mną swe niezliczone tajemnice i ofiaruje przeżycia, które na zawsze zmienią moje widzenie świata...


Jednak ta przygoda to materiał na kilka dłuższych postów, więc dziś chciałbym opisać moją następną wycieczkę statkiem. Tym razem był do rejs po południowej części jeziora z Lavena Ponte Tresa do Porto Ceresio. Ponte Tresa jest miastem granicznym, jego nazwa pochodzi od mostu na rzece Tresa, długiej na 13 km, łączącej Jezioro Lugano z Jeziorem Maggiore. Rzeka dzieli miasto i jezioro na dwie części, granica biegnie środkiem akwenu, przy czym południowy brzeg należy do Włoch, zaś północny do Szwajcarii. Jezioro tworzy w tym miejscu liczne meandry, ale największe wrażenie robi przesmyk tak wąski, że zdawać by się mogło, iż żaden statek nie zdoła przez niego przepłynąć


Bardzo miło wspominam tę drugą wycieczkę, ponieważ po kilku pobytach w tej okolicy rozsmakowałam się w jej niewątpliwych urokach. Była piękna, majowa pogoda; słońce błękit wody oraz młoda świeża zieleń sprawiły, że oprócz podziwiania widoków mogłam się oddać relaksowi, aż do chwili, gdy statek zawinął do Porto Ceresio, gdzie byłam już kiedyś późną jesienią. Wtedy urzekł mnie ten pełen zadumy krajobraz tonący w ciszy i spokoju.  Podczas drugiego rejsu mogłam podziwiać prześliczny wiosenny krajobraz, jednak byłabym w kłopocie, gdyby mi przyszło wybrać ten, który bardziej przypadł mi do serca. Bez wątpienia, widok zielonych lasów na zboczach przeglądających się w lazurowej wodzie jest naprawdę prześliczny, jednak późnojesienna szata w zgaszonych brązach i szarościach, z górami pobielonymi śniegiem i perłowym niebem także ma swój nieodparty urok...