piątek, 8 grudnia 2023

Lombardia. Orticolario, czyli Targi Ogrodnicze w Cernobbio. Silvia i jej lampy.



Cernobbio to niewielka, bardzo malownicza miejscowość, leżąca nieopodal miasta Como, na lewym brzegu jeziora o tej samej nazwie. Znajduje się tu kilka przepięknych willi, które można podziwiać podczas rejsu statkiem. Widać wtedy w całej okazałości ich wspaniałe, ozdobne frontony, zwrócone w stronę lustra wody. Kiedy po raz pierwszy wybrałam się w taki rejs moją uwagę zwróciła jedna z nich, nosząca nazwę (jak się niebawem dowiedziałam) Villa Erba, od nazwiska swych pierwszych właścicieli. Jednak dla miłośników kina i kultury ważne jest przede wszystkim to, że jednym z jej lokatorów był Luchino Visconti o czym swego czasu pisałam w poście  Lombardia. Cernobbio - willa Erba, czyli wakacje Viscontich.  Do willi należy duży park, na jego terenie znajduje się  piękny pawilon, częściowo ukryty pośród zieleni, swą architekturą nawiązujący do secesyjnych szklarni. Całość bardzo rzadko otwiera swe bramy dla szerszej publiczności, jednak pewnego razu dowiedziałam się, że właśnie odbywają się tam miejsce targi ogrodnicze. Ponieważ miałam dzień wolny, pogoda była ładna, więc  postanowiłam skorzystać z nadarzającej się okazji, żeby spędzić miły dzień w pięknym miejscu. Dlatego też bez zbędnej zwłoki udałam się do Como, skąd do Cernobbio można dojechać autobusem lub dopłynąć statkiem. Gdy okazało się, że w kasie żeglugi wraz z biletem na statek można też nabyć bilet wstępu na targi, bez namysłu skorzystałam z tej opcji, co pozwoliło mi ominąć kilometrowa kolejkę przy bramie do parku willi.






Targi zaskoczyły mnie swoim rozmachem, stoiska nie tylko wypełniały okazały pawilon wystawowy, było ich mnóstwo również w parku, przede wszystkim w tej części, która jest mniej zadrzewiona i otwiera się na jezioro. Na targach zaprezentowano niemal wszystko, czego potrzeba, aby urządzić piękny ogród; nie tylko mnóstwo roślin, ale i gustowne ogrodowe ozdoby, była również estetyczna odzież dla uroczych ogrodniczek i przystojnych ogrodników. Nie brakowało nawet ręcznie robionej biżuterii z naturalnych materiałów, słomkowych kapeluszy i pięknie wyplecionych koszyków.
Były też różne ciekawe niespodzianki - mnie szczególnie zainteresowała możliwość zwiedzania willi Erba. Odważni mogli skorzystać z krótkiego rejsu balonem na uwięzi, którym można było wzlecieć na wysokość kilkudziesięciu metrów i z góry popatrzeć na tę piękną okolicę. Bardzo ciekawą atrakcję oferowali wysportowani panowie, na co dzień zajmujący się wycinką alpinistyczną; na konarach ogromnych, wiekowych dębów umieścili mnóstwo lin wspinaczkowych, dzięki nim można było się przemieścić na wysokość korony drzewa. Ich stanowisko było oblegane przez nastolatki i starsze dzieci, te bardziej przebojowe korzystały z uprzęży do wspinaczki a te wygodnickie z krzeseł brazylijskich; po chwili jedni i drudzy kołysali się wśród gałęzi, wciągnięci na naprawdę znaczną wysokość.







Ja skupiłam się na oglądaniu wspaniałych kwiatów, ze szczególnym uwzględnieniem niezliczonych odmian prześlicznych hortensji. W Północnych  Włoszech są one bardzo popularne, widzi się je nie tylko na Równinie Padańskiej, 
te krzewy można spotkać również w wysoko położonych, górskich wioskach. Pamiętam, jak wybrałam się do alpejskiej  Doliny Gressoney, nieopodal masywu Monte Rosa. Jechałam wtedy autobusem drogą wzdłuż rzeki Lys i nagle, choć był to dopiero koniec września, zaczął padać śnieg. Niebawem zatrzymaliśmy się w jednej z wiosek, gdzie zobaczyłam kwitnące hortensje w towarzystwie sporej palmy, przyozdobione śniegowymi czapami. Bardzo mnie to zaskoczyło, więc zapamiętałam tamten widok, mówiący o tym, że są to rośliny potrafiące sobie poradzić również w surowszych warunkach.





Oczywiście, na targach prezentowano również inne rośliny, między innymi ciekawe sukulenty, pnącza, wiele odmian róż a także gotowe aranżacje ogrodowe. Moją uwagę zwróciły pawilony, gdzie oferowano kandyzowane owoce i apetyczne ciastka z rzemieślniczych wytwórni. Równie ciekawie wyglądały stoiska oferujące półprodukty do kompozycji zapachowych z mnóstwem suszonych owoców a także piękne obrazy z zasuszonych kwiatów i liści. Te produkty prezentowały się bardzo atrakcyjnie, więc było przy nich sporo kupujących. Z regionu Veneto przybyli rzemieślnicy specjalizujący się w wytwarzaniu kaczek i innych ptaków z sitowia i drewna, które zapewne świetnie wyglądają na wodach ogrodowego oczka albo przy fontannie. Zauważyłam też piękne ozdoby z weneckiego lustrzanego szkła i ceramiki, do zawieszania na gałęziach drzew lub pod dachem tarasu. 






Urzekły mnie także śliczne ogrodowe figurki, wykonane z metalu. Były to przeróżne ptaki, zwierzątka i motyle i owady, niektóre w kolorze rdzewiejącego żelaza, inne zaś pokryte barwną emalią. Były naprawdę urocze i choć ich cena nie należała do najniższych, to bardzo chętnie zaprosiłabym parę egzemplarzy do swego ogrodu. Powstrzymało minie to, że ponieważ mój ogród leżał na terenie ROD, więc nie bez podstaw obawiałam się, iż pewnego dnia mogłyby mnie opuścić bez pożegnania... 






Na koniec relacji zostawiłam zdjęcia lamp o pięknych abażurach. Wspominałam o nich w tytule a to dlatego, że po pierwsze - bardzo mi się podobały a po drugie- ponieważ miałam przyjemność zawarcia znajomości z ich twórczynią, Silvią. Była to bardzo sympatyczna młoda kobieta, której figura wskazywała, że za kilka miesięcy zostanie mamą. Zainteresowała mnie technika wykonania tych lamp, więc rozmawiałyśmy przez dłuższą chwilę i dowiedziałam się, że są zrobione z miedzianego drutu i barwionego, woskowanego papieru. Silvia bardzo chętnie opowiedziała mi o procesie ich tworzenia a ja na koniec pogratulowałam jej tego oryginalnego pomysłu i doskonałego wykonania. Wyobrażałam też sobie, jak pięknie wyglądają te wielkie, kolorowe kwiaty, lśniące w ciemnościach ogrodu albo w odpowiednio zaaranżowanym wnętrzu...
Na koniec życzyłam Silvi szczęśliwych narodzin zdrowego dzieciaczka i poprosiłam o pozwolenie dotknięcia jej brzucha. Chętnie się zgodziła, gdyż we Włoszech sporo osób uważa, że jest to gest błogosławieństwa, przynoszący szczęście zarówno matce i dziecku, jak i osobie, która jej dotyka.





Ten post, niegdyś opublikowany w innej formie, później przywróciłam do wersji roboczej, ponieważ w pewnym momencie zniknęły z niego zdjęcia. Teraz postanowiłam go  rozbudowywać i zamieścić ponownie, gdyż jak sądzę, zdjęcia kwiatów oraz widoków lata nikomu nie sprawiają przykrości, kiedy za oknem jest mróz i biało...


Osoby, które chciałyby obejrzeć więcej zdjęć zapraszam bo albumu>



wtorek, 28 listopada 2023

Do Szwajcarii przez przełęcz San Gottardo. Kaskady Trummelbach i Lucerna.



Aczkolwiek moje wycieczki najczęściej odbywałam w pojedynkę lub z moją córką Martą, to podczas pobytu w Włoszech trzykrotnie się zdarzyło, że skusiła mnie oferta biura podróży w Saronno, gdzie w tym czasie mieszkałam. Oferowało ono jednodniowe, niedzielne wycieczki autokarowe, pod opieką pilota, który miał pełnić również rolę przewodnika. Były to propozycje wyglądające bardzo atrakcyjnie, więc postanowiłam zaryzykować, gdyż miejsca docelowe były dość odległe i bez własnego środka komunikacji raczej słabo dostępne. Na pierwszy ogień wybrałam wycieczkę do Szwajcarii; skusiła mnie możliwość zobaczenia Lucerny i jej krytych mostów a do tego w planie była jeszcze piękna alpejska dolina Lauterbrunnental, słynąca ze swoich siedemdziesięciu dwóch wodospadów, z czego dwa najsłynniejsze to Staubbach i Trummelbach. Z Saronno wyjechaliśmy skoro świt i po chwili autokar (wypełniony  do ostatniego miejsca) ruszył w kierunku Como. W Chiasso przekroczyliśmy granicę ze Szwajcarią a następnie przez Lugano i Bellinzonę udaliśmy się w stronę przełęczy San Gottardo. 
Tu czekała na nas wspaniała niespodzianka - ponieważ droga szybkiego ruchu wiedzie nieopodal bardzo malowniczej, starej dziewiętnastowiecznej drogi, która pnie się niezliczonymi zakosami po zboczach Doliny Tremolo, widok z okien autokaru był po prostu niesamowity. Ciasne zakręty serpentyny pięły się po zielonej ścianie stromego zbocza, przyprawiając o zawrót głowy. Żałowałam, że z racji szybkości, z jaką jechał autokar nie byłam w stanie zrobić żadnego zdjęcia, gdyż sceneria zmieniała się po prostu w mgnieniu oka. Nowa droga również jest serpentyną, lecz jej zakręty nie są aż tak liczne. Niebawem osiągnęliśmy najwyższy punkt na przełęczy (2108 m n.p.m.), gdzie autokar zatrzymał się na chwilę, abyśmy mogli popatrzeć na przepiękną panoramę Alp Lepontyńskich (tam zrobiłam zdjęcie tytułowe). Po tym krótkim postoju pojechaliśmy dalej i niebawem mogliśmy podziwiać głęboką, szmaragdowo zieloną dolinę Schollenen.


Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów dojechaliśmy do dwóch jezior rynnowych- Brienzersee i Thunersee. Nazwy jezior pochodzą od miejscowości, leżących na ich przeciwległych krańcach a pomiędzy nimi jest przesmyk lądu, gdzie rozsiadło się miasteczko (nomen omen) Interlaken. Tu autobus skręcił na południe i wjechał w dolinę Lauterbrunnental. Środkiem doliny płynie rzeka o spienionych, białych wodach, nie bez powodu nosząca nazwę Weisse Lutschine a wzdłuż jej koryta biegnie droga prowadząca w głąb doliny. Dolina jest dość szeroka; po jej obu stronach ciągną się wyniosłe pasma Alp Berneńskich. Z lewej strony autokaru widzieliśmy ich pochyłe, zalesione stoki, zaś z prawej kilkusetmetrowe, pionowe skalne ściany, gdzie z ogromnej wysokości spadały w dół większe i mniejsze strumienie wody, tworząc przepiękne wodospady. Miałam nadzieję, że zatrzymamy się w tym miejscu choć na chwilę, tym bardziej, że przejeżdżaliśmy koło największego z nich, niemal trzystumetrowego wodospadu Staubbach. Niestety, nie mieliśmy tego w planie a poza tym czekała na nas główna atrakcja, czyli wodospad Trummelbach. Bardzo żałowałam, ale cóż, musiałam się zadowolić robieniem zdjęć przez okno autokaru, który na moje szczęście w tym miejscu jechał dość wolno. Obiecałam sobie, że jeśli będzie taka możliwość, spróbuję to samo zrobić w drodze powrotnej, co mi się zresztą udało, bo już wiedziałam, na czym mam skupić uwagę.



Niebawem dotarliśmy do końca doliny, gdzie w głębi był parking, schronisko i kilka dużych plansz informacyjnych na temat wodospadu. Szczerze mówiąc, nie odrobiłam lekcji i przed wyjazdem nic nie poczytałam na ten temat, więc zaskoczyło mnie to, że jedynie jego niewielka część, a właściwie tylko ujście do rzeki, znajduje się na zewnątrz, zaś cały ten ogromy strumień wody kłębi się w skalnych korytarzach we wnętrzu góry. 
Niezwykłość wodospadu Trummelbach polega na tym, że jest dostępny jedynie latem, dzięki wymyślnemu systemowi szybów i wind a do jego oglądania służą wykute w skale chodniki i platformy widokowe. Cały wodospad ma ok 140 metrów wysokości i składa się z dziesięciu  krętych tuneli na różnych poziomach. Jego wody pochodzą z topniejących lodowców na zboczach Eigeru, Jungfrau i Mnicha; w łożysku wodospadu przemieszcza się ona w ilości aż 20 000 litrów na sekundę, spada z ogromną siłą i w dalszym ciągu żłobi skałę. Podobno ilość wypłukanego materiału oblicza się na 20 000 ton rocznie. Aby obejrzeć ten cud natury, trzeba cierpliwie poczekać na swoją kolej, gdyż chętnych jest sporo a ze względów bezpieczeństwa tworzy się niezbyt duże, bo czterdziestoosobowe grupy. 




Wszyscy zwiedzający są przewożeni nowoczesną, szybkobieżną windą na wysokość 100 m. po czym cała grupa przemieszcza się w dół po chodnikach i platformach, dzięki którym można z bliska oglądać wodospad. Nie ma problemu, że ktoś zabłądzi albo stanie mu się krzywda, ponieważ droga, choć kręta, nieuchronnie prowadzi do wyjścia a solidne barierki zabezpieczają przed upadkiem. Korytarze są oświetlone lampami elektrycznymi, jednak i tak panuje w nich półmrok, dlatego też robienie zdjęć jest bardzo trudne a chwilami wręcz niemożliwe. Poza tym woda chlapie bez miłosierdzia, tworząc w powietrzu tysiące kropelek i zalewa obiektyw. To samo dotyczy zwiedzających - wejście bez nieprzemakalnej kurtki z kapturem jest skazane na porażkę, tym bardziej, że w korytarzach jest nie tylko mokro ale i zimno. Szczerze mówiąc, osobiście czułam się tam niesamowicie oszołomiona; półmrok, woda spadająca z hukiem w szaleńczym pędzie i konieczność ciągłego ocierania oczu z wszechobecnej wilgoci sprawiły, że czułam się niczym w transie. Kiedy przemierzyłam całą trasę i wreszcie wyszłam na zewnętrzny taras, na widok zieleni i słońca niemal westchnęłam z ulgą.




Oczywiście, było to bardzo ciekawe doznanie, jednak bez wątpienia dość zaskakujące ekstremalnymi warunkami, jakie panują w głębi zbocza. Nie jest to wycieczka dla wszystkich, nie można zabierać na nią młodszych dzieci oraz zwierząt, jest też niewskazana dla osób nie do końca sprawnych fizycznie, cierpiących na klaustrofobię, czy łatwo wpadających w panikę. 

Krótki piknik nad rzeką i kawa w schronisku, zakończyły tę część wycieczki. Kiedy nasza grupa zebrała się ponownie, wyruszyliśmy drogą wzdłuż rzeki, lecz tym razem w odwrotną stronę. Znów przez okna autokaru mogliśmy oglądać srebrne strugi wodospadów spadających ze skalnych ścian i góry wypiętrzające się coraz wyżej w miarę, jak rosła przestrzeń, która nas od nich dzieliła.






Po wyjeździe z doliny pojechaliśmy na północny wschód, w stronę ostatniego etapu naszej wycieczki. Po drodze minęliśmy bardzo malowniczy, południowy kraniec Jeziora Czterech Kantonów i niebawem wysiedliśmy w Lucernie. Jest to miasto niespełna stutysięczne i uchodzi za jedno z najpiękniejszych w Szwajcarii. Polemizowałabym z tą opinią, ponieważ osobiście wyżej stawiam Lugano czy Locarno, ale to dlatego, że według mnie mają więcej niewymuszonego wdzięku. Oczywiście, w Szwajcarii wysoko cenię prześliczne, górskie wioski, jednak miasta, choć nie brak w nich uroczych elementów, trochę wieją chłodem. 
Znakiem rozpoznawczym Lucerny są dwa kryte mosty, spinające brzegi  rzeki Reuss, są to Kapellbrucke (Most Kapliczny) i Spreuerbrucke (Most Plewny). Kapellbrucke znajduje się nieopodal miejsca, gdzie rzeka wpada do jeziora. Jest on bardzo długi, obecnie ma 204 metry - od czasu powstania skrócono go o 71 metrów, w związku z umocnieniem i zabudowaniem brzegów rzeki. Jest to najstarszy most drewniany w Europie, szacuje się, że powstał w połowie XIV wieku. Niestety, dwukrotnie uległ częściowej destrukcji, raz podczas wielkiej powodzi w XVIII wieku a po raz drugi w 1993 roku z powodu pożaru. Podczas tych dwóch wypadków uległa zniszczeniu część bardzo oryginalnych, trójkątnych malowideł, jakie umieszczono pod krokwiami dachu w XVII wieku. Pierwotnie było ich 158, po powodzi zostało 112, ale pożar strawił lub poważnie uszkodził aż 86 z nich. Na szczęście most odrestaurowano i wyciągnięto wnioski z tego zdarzenia; w jego obrębie nie wolno używać żadnych źródeł ognia z papierosami włącznie a oprócz tego, zainstalowano czujniki dymu. Most jest usytuowany ukośnie do nurtu rzeki; mniej więcej w połowie przylega do niego ośmiokątna Wieża Wodna (Wasserturm) wzniesiona z piaskowca. Na przestrzeni wieków, była ona częścią miejskich umocnień a także więzieniem i skarbcem. Most Kapliczny jest bardzo piękny, wykonany z ciemnego drewna o mahoniowym odcieniu, kryty gontem i ozdobiony mnóstwem kwiatów; na tle wód rzeki wygląda po prostu zjawiskowo. Bardzo żałowałam, że pogoda trochę się popsuła, powietrze straciło przejrzystość a na niebie pojawiła się warstwa pierzastych chmur, za którymi skryło się słońce. Nie była to aura sprzyjająca robieniu zdjęć i mogłam sobie jedynie wyobrazić, jak pięknie wygląda most w całej krasie swoich kolorów. 






Drugi z drewnianych mostów, czyli Most Plewny, nazwany tak z powodu młyna, jaki  niegdyś działał w pobliżu, jest dużo krótszy i na pierwszy rzut oka skromniejszy. Również on został zniszczony przez wielką powódź a następnie odbudowany. Wzniesiono go z podobnego budulca, jak Most Kapliczny, także i tu zobaczymy cykl trójkątnych malowideł na desce, ze scenami w stylu "dance macabre". Oprócz tego, zdobi go mnóstwo kwiatów i śliczna czerwona wieżyczka; na jej ścianie umieszczono ciekawe malowidło, przedstawiające Ukrzyżowanie. 

Trochę przewrotnie to właśnie ten most, choć nie tak spektakularny, bardziej przypadł mi do gustu, chyba ze względu na swój kameralny charakter. 






Ponieważ nasza wycieczka z racji znacznych odległości do przebycia miała ścisły limit czasowy, siłą rzeczy nie mieliśmy go wystarczająco dużo, aby dokładnie obejrzeć miasto. Jednak nie sposób było zrezygnować ze spaceru po starówce, która jest znana z okazałych kamienic o pięknie malowanych fasadach a także zobaczenia placu, gdzie wznosi się ratusz. W tej części miasta jest też kilka ciekawych fontann, w tym ta najbardziej znana, przedstawiająca legendarną rodzinę Frischi, napotkałam też sympatyczną rzeźbę, przedstawiającą pasterza okrytego peleryną i jego dwie owieczki.





Saronno i Lucernę dzieli odległość 220km, więc późne popołudnie było właściwym momentem, aby wyruszyć w  drogę powrotną. Wracaliśmy tą samą trasą, jednak  tym razem nie jechaliśmy drogą prowadzącą przez przełęcz, lecz tunelem wydrążonym w górskim masywie. Tunel San Gottardo ma długość nieco ponad 16 km, więc przejazd nim trwa kilkanaście minut. Jest on jednym z bezpieczniejszych dzięki licznym drogom ewakuacyjnym, jednak i tak nie obyło się bez tragedii, kiedy  w 2001 roku wybuchł tam straszliwy pożar, w którym 20 osób straciło życie (inne źródła mówią o 24 ofiarach). 
Zresztą pożary nadal się zdarzają, choć ich skutki nie są tak dramatyczne. Starałam się o tym nie myśleć, ale widok potężnych wentylatorów tłoczących powietrze i wyświetlacze, umieszczone co kilkadziesiąt metrów, nie pozwalały zapomnieć o zagrożeniach. Dzięki monitoringowi kierowca jest na bieżąco informowany, czy porusza się z zalecaną prędkością, jeśli coś jest nie tak, widzi nakaz zwolnienia lub przyspieszenia. Te wskazówki ukazujące się na wyświetlaczach mają na celu wymuszenie na użytkownikach zachowanie stałej odległości pomiędzy pojazdami, co z pewnością pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo. Po wyjeździe z tunelu i przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów, znów znaleźliśmy się w znajomym pejzażu Kantonu Ticino, zdominowanym przez niezbyt wysokie góry o zielonych stokach. Jeszcze tylko Bellinzona ze swymi trzema zamkami, Jezioro Lugano, z autostradą prowadzącą po długim moście, granica w Chiasso i wreszcie Como, gdzie wszystko nam mówiło, że zbliża się  koniec podróży. Kiedy przyjechaliśmy do Saronno, zapadał wieczór, to był naprawdę długi dzień, pełen niezwykłych wrażeń...

Szwajcaria, to naprawdę dobrze poukładany kraj, rządzący się własnymi zasadami. Czasem jest to dolegliwe ( przekonałam się o tym, kiedy nie mogłam zapłacić kartą za lody ) ale za to, co ludzie robią tu dla infrastruktury celem przyciągnięcia turystów, naprawdę należy się szacunek. Przedsięwzięcia, takie  jak umożliwienie zwiedzania wodospadu Trummelbach, wysokogórska linia kolejowa na Jungfrau, różne wymyślne kolejki linowe, wyciągi narciarskie, mosty i wiadukty, pozwalające dotrzeć do na pozór niedostępnych miejsc, to nie tylko świadectwo wspaniałej myśli technicznej, ale i potężne inwestycje w turystykę. Dzięki temu przez cały rok ciągną tu tłumy ludzi, aby zwiedzać, odpoczywać i uprawiać sporty (a przy okazji zostawić mnóstwo pieniędzy).

Gdybym miała podsumować tę wycieczkę, to musiałabym powiedzieć, że miała ona swoje wady i zalety. Zaletą było to, że z Saronno komunikacją publiczną trudno jest dotrzeć do tych wszystkich miejsc w jeden dzień a nawet powiedziałabym, że jest to niemożliwe, więc korzyść była ewidentna. Natomiast fakt, że trzeba się poruszać w określonym tempie i rygorystycznie trzymać planu oraz ram czasowych, to dla mnie duży minus, bo uwielbiam elastycznie zarządzać czasem przeznaczonym na zwiedzanie. Jednym słowem, siła wyższa, bo nie można mieć wszystkiego na raz!

Więcej zdjęć z tej wycieczki jest w albumie>