sobota, 8 czerwca 2013

Lombardia. Lago d'Iseo i Monte Isola.



Lago d'Iseo (albo Sebino) leży nieopodal Brescii i jest najmniejsze z czterech wielkich, lombardzkich jezior. Wiele osób uważa je za najładniejsze, choć o to mogłabym się kłócić, ponieważ w moim sercu pierwsze miejsce ma nieodmiennie jezioro Como. Ale podobnie, jak to bywa z pierwszą miłością - przychodzą po niej inne, lecz czym więcej czasu od niej upływa, z tym większym sentymentem ją wspominamy... Być może, nie powinnam się wypowiadać tak autorytatywnie, gdyż mimo chęci całego jeziora nie udało mi się zobaczyć. Ponieważ byłam tam jeszcze przed rozpoczęciem sezonu turystycznego, kiedy rejsy do bardziej odległych miejscowości są mocno okrojone, z konieczności musiałam się ograniczyć do tej części, gdzie komunikacja drogą wodną funkcjonuje przez cały rok.





Tak, czy inaczej, również to jezioro ma swoje atrakcje i niezaprzeczalne uroki. Podobnie, jak Lago di Garda i Maggiore charakteryzuje się tym, że jego południowa część ma prawie płaskie brzegi, natomiast północna leży pośród gór. Również i tu, w każdej z miejscowości leżącej w pobliżu wody znajduje się większa lub mniejsza przystań, gdzie zawijają statki. Z tego co zauważyłam, wszystkie one są nieduże, i pełnią rolę "tramwaju wodnego". Niestety, jak już wspomniałam, pojechałam tam zanim na dobre zaczął się letni sezon i dłuższe rejsy w głąb jeziora, na jego północny kraniec, odbywały się jedynie w weekendy. Ja wybrałam się tam w środku tygodnia, więc nie udało mi się dotrzeć do Lovere, jednej z najdalej położonych miejscowości, jak to miałam w planie. W poprzednich wpisach wspominałam, iż Region Lombardia wprowadził do obrotu całodzienne bilety, uprawniające do swobodnego poruszania się wszystkimi środkami transportu publicznego, w tym również statkami po Lago d'Iseo (jako jedynym, na innych jeziorach, niestety, ta zasada nie obowiązuje). 





Jak sądzę, jest to spowodowane tym, że to jezioro posiada atrakcję jedyną w swoim rodzaju, czyli największą wyspę w Europie położoną na wodach śródlądowych a statek lub łódź prywatna jest dla jej mieszkańców i przybyszów z innych stron jedynym środkiem łączności ze stałym lądem. Wyspa nazywa się nieco dziwnie - Monte Isola, czyli Góra - Wyspa. Rzeczywiście, wygląda ona niczym dość spora góra pokryta bujną roślinnością, wyrastająca na środku jeziora. Ma ona ciekawy kształt, gdyż w zasadzie składa się z dwóch wzniesień o różnej wysokości, pomiędzy którymi znajduje się coś na kształt przełęczy. Przyjrzałam jej się dokładnie kiedy w Sulzano czekałam na statek, który miał mnie tam zawieźć. Zauważyłam wtedy, że wyższy stok wzniesienia stromo schodzi do wody, a na jego szczycie, pomiędzy drzewami widać sylwetkę kościoła. Ponieważ przed wyjazdem "odrobiłam lekcję" wiedziałam, że jest to Sanktuarium Madonna della Ceriola natomiast na niższym szczycie, pośród drzew dostrzegłam okrągłą wieżę gotyckiego zamku. Słyszałam o tej wyspie już wcześniej, kiedy swego czasu we włoskiej telewizji, wspominano pielgrzymkę Jana Pawła II do Brescii i Bergamo. Teraz, na widok tych atrakcji które miałam na wyciągnięcie ręki, szybko zaczęłam snuć plany dotarcia na górę. Ponieważ w owym czasie z powodu uporczywego zapalenia ścięgien w stopach miałam problemy z chodzeniem na dłuższych trasach, nie mogłam działać "na żywioł" lecz musiałam liczyć siły na zamiary. Postanowiłam, że na miejscu zasięgnę języka co do odległości, stanu ścieżek, itd. Kiedy dopłynęłam do portu w miejscowości Peschiera Maraglio, okazało się, że sytuacja przedstawia się lepiej, niż mogłam przypuszczać.





Na wyspie jest absolutny zakaz używania samochodów prywatnych, więc siłą rzeczy, istnieje dobra komunikacja publiczna. Monte Isola jest jednocześnie gminą (comune) składającą się z jedenastu niedużych wiosek. Te położone nad brzegiem jeziora mają swe przystanie, gdzie zawijają statki i łodzie. Część wiosek jest położona wyżej, na stoku góry, a wszystkie łączy asfaltowa droga, która niczym wąż wije się po zboczach wzniesień. Najwyżej i jednocześnie najbliżej Sanktuarium leży wioska Cure, skąd, jak się dowiedziałam, na sam szczyt prowadzą dwie odrębne ścieżki, o długości mniej więcej kilometra każda. Uznałam, że dotarcie tam nawet na obolałych nogach nie powinno mi  sprawić większego problemu. Czekając na autobus obejrzałam miejscowość Maraglio, gdzie szczerze mówiąc, do oglądania nie ma zbyt wiele, bo miejscowość jest naprawdę mała, składa się z bulwaru będącego jednocześnie portowym nabrzeżem oraz kilku wąziutkich uliczek na zboczu góry. Mimo to, ma ona wiele uroku a wiekowe, kolorowe domki są w większości zadbane i ładnie utrzymane. Wiele z nich liczy sobie dwieście - trzysta lat a kilka pochodzi z okresu średniowiecza. Jest tu też zabytkowy kościół oraz zamek, będący niegdyś własnością rodziny Oldofredi (niestety, niedostępny dla zwiedzających, gdyż nadal pełni rolę prywatnego mieszkania).



















































Podobnie, jak to widziałam w Portofino, w większości budynków przy nabrzeżu mieszkania są na piętrze, zaś na parterze znajduje się bar, restauracja lub sklep z pamiątkami. Nie brakuje tu pięknych kwiatów, które kolorowymi kaskadami zdobią okna, loggie i balkony. Mnie jednak najbardziej urzekł sklep z sieciami rybackimi, więc pozwoliłam sobie wejść do środka, aby popatrzeć z bliska na pracę nad ich produkcją, która odbywa się na miejscu, w wydzielonej części tego obszernego pomieszczenia. Oprócz różnego rodzaju sieci i siatek na ryby, można tam kupić siatkowy hamak, huśtawkę lub plecioną torbę. Wszystko to wyglądało bardzo atrakcyjnie, i jak się przy tej okazji dowiedziałam, jest to rodzinna wytwórnia z dużą tradycją. Niewykluczone, że skusiłabym się na piękny, biały hamak z frędzlami (jak znalazł, do mojego ogrodu) gdyby nie stanowczy zakaz wydany mi przez Martę, kupowania we Włoszech rzeczy, które mogę kupić w Polsce, bez narażania się na transportowanie dodatkowych bagaży. Ponieważ zdawałam sobie sprawę, że jest to tak zwana "święta racja" z żalem opuściłam sklep i pomaszerowałam na przystanek, skąd miał odjechać autobus do Cure.
Autobus okazał się pakownym mini - busem, w którym bez trudu znaleźli miejsce wszyscy chętni.







Podczas jazdy krętą drogą miałam okazję dość dobrze obejrzeć prawie całą wyspę. Okazało się, że linia komunikacyjna prowadząca na wyższy ze szczytów, obsługuje siedem z jedenastu miejscowości, stanowiących gminę Monte Isola. Ponieważ wyspiarzy jest niewielu, nic więc dziwnego, że kierowca zna wszystkich swoich pasażerów, którzy mieszkają tu na stałe, od wiekowych dziadków, do maluchów w wózku. Z przyjemnością muszę podkreślić, iż mimo dużej ilości turystów, jacy co roku tu się przewijają, wyspiarze traktują obcych z sympatią i chętnie udzielają wyczerpujących wyjaśnień na zadawane pytania. Przez chwilę nawet przyszło mi do głowy, że to być może dzieje się tak z powodu poczucia izolacji, ale po namyśle doszłam do wniosku, że zapewne jest to raczej wrodzona pogoda ducha z powodu życia bliżej natury, w zdrowym środowisku. Wyspa bowiem jest istotnie prawdziwą oazą spokoju. Jej całkowita powierzchnia wynosi nieco ponad 12 km2 , obwód 9 km, a wyższe wzniesienie, na którym znajduje się Sanktuarium, liczy 600 m n.p.m. Na wyspie mieszka ogółem około 1800 stałych mieszkańców, i jak już pisałam, jest tu całkowity zakaz ruchu samochodowego dotyczący osób prywatnych. Jedyne samochody to ambulans medyczny, mini - busy komunikacji publicznej, samochód policyjny oraz te, którymi porusza się lekarz i miejscowy ksiądz. Pozostali mieszkańcy jeśli nie korzystają z busa, przemieszczają się na rowerach i skuterach oraz motocyklach. Są też dwa parkingi, gdzie w sezonie letnim turysta może wypożyczyć rower jeśli nie dysponuje własnym.  









Również kontakt ze stałym lądem nie sprawia większych problemów, gdyż statki w dzień kursują co kwadrans, natomiast w nocy - co czterdzieści minut przy czym można nimi dotrzeć do wszystkich wiosek na Brzezinski gdyż okrążają całą wyspę. Mimo to, życie na wyspie zapewne nastręcza wiele problemów; np. nie ma tu rozwiniętego handlu, szkół średnich i szpitala, lecz w zamian za to jest spokój oraz nieskażone środowisko. Większość mieszkańców wyspy żyje z rzemiosła, uprawy oliwek i winorośli. Myślę też, że po prostu kochają ten skrawek ziemi i przywykli do trybu życia, jaki prowadzi się tu od pokoleń. Gdy statek wiozący mnie na wyspę zbliżał się do przystani, pierwsza rzecz, która zwróciła moją uwagę, to długi rząd skuterów i motocykli stojących na nabrzeżu. Wraz ze mną przypłynęło wiele osób, przeważnie miejscowych kobiet w różnym wieku, obładowanych torbami i paczkami. Byłam w szoku, widząc jak układają te pakunki na podnóżku skutera i bagażniku, mniejsze zawieszają na jego wystających elementach, na koniec instalują się na swoim pojeździe trzymając jeszcze po torbie w każdej ręce, chwytają za kierownicę, żeby ruszyć w drogę. Potwierdziło to moją teorię o niesamowitych zdolnościach adaptacyjnych gatunku ludzkiego, ale z całą pewnością w tym wypadku sprzymierzeńcem tych pań była też ładna pogoda. Trudno sobie wyobrazić podobną jazdę, kiedy pada deszcz lub śnieg, a od jeziora wieje zimny wiatr...






Na szczęście w odwodzie jest komunikacja publiczna, która zapewne cieszy się wtedy większym powodzeniem. Jak zauważyłam, z nastaniem cieplejszej pory roku tę ostatnią preferują przede wszystkim turyści, matki z małymi dziećmi oraz osoby w naprawdę podeszłym wieku, które nie czują się na siłach aby korzystać z "czaru dwóch kółek". Ja również dołączyłam do tej grupy i po mniej więcej trzydziestu minutach, podczas których autobusik jechał wciąż wyżej i wyżej, znalazłam się w maleńkiej miejscowości Cure. Tu zaznajomiłam się z mapą, gdzie przedstawiono ścieżki prowadzące do Sanktuarium. Choć było ono niedaleko, nie widziałam jego zabudowań, ponieważ zasłaniały je wysokie drzewa rosnące na zboczu. Ruszyłam przed siebie uliczką prowadzącą pomiędzy domostwami z szarego kamienia, a kiedy znalazłam się poza obrębem wioski, wygodna droga poprowadziła mnie dalej, pośród tarasowo położonych gajów oliwnych i winnic porastających zachodnie zbocze góry. Teraz mogłam do woli cieszyć się wspaniałą panoramą przeciwległego brzegu jeziora i niżej położonej części wyspy. Podczas tego spaceru towarzyszyło mi uczucie wszechogarniającego spokoju, jakie daje widok błękitu wody i nieba oraz bujnej zieleni traw, poprzetykanej ciemnymi kolumnami cyprysów oraz zielonkawo- srebrnymi oliwkami. Po kilkunastu minutach mulatiera przywiodła mnie do okazałej bramy, za którą zaczynały się kaplice drogi krzyżowej, więc wszystko wskazywało na to, że byłam blisko Sanktuarium Madonna della Ceriola.








Ale na temat mojej wizyty w Sanktuarium będzie następny wpis, więc ciąg dalszy nastąpi.

Jak zwykle, zapraszam też do obejrzenia albumu >

sobota, 25 maja 2013

Lombardia. Varenna i zamek w Vezio.



Jak już wspominałam w poście o willi Monastero, Varenna widziana podczas rejsu statkiem, przedstawia jeden z najpiękniejszych widoków w obrębie jeziora Como. Pod tym względem może śmiało konkurować z innymi miejscowościami leżącymi na jego obu brzegach, dzięki niezwykłej harmonii z otaczającym pejzażem i prześlicznej zabudowie. Miasteczko składa się z niewielkich domków w pastelowych kolorach, schodzących na sam brzeg wody; ich tło stanowią górskie stoki, gdzie szare skały prześwitują pośród zieleni porastających je lasów.

Varennę od innych okolicznych miejscowości odróżnia to, że nie widać tu imponujących hoteli w pałacowym stylu, jakie powstały w tej okolicy na przełomie XIX i XX stulecia w Bellagio, Cernobbio, czy Menaggio. Zwarta zabudowa znajduje się na różnych poziomach, więc domki wyglądają ciekawie jeden zza drugiego, niczym grupa dzieciaków, ustawiona do zdjęcia według wzrostu. Ponad nimi widać szpiczastą wieżę kościoła a nad całością dominuje wysokie wzgórze. Uważne oczy pośród drzew na szczycie dostrzegą resztki murów i zamkową wieżę. To właśnie zamek Vezio, który wziął swą nazwę od maleńkiej miejscowości, gdzie go wzniesiono. Varenna podobnie jak większość miasteczek i wiosek w tej okolicy, ma bardzo bogatą historię, sięgającą VI wieku p.n.e. Z pewnością przewinęły się tu ludy celtycko-liguryjskie a prawdopodobnie również etruskie. Później przyszli Rzymianie, którzy mając na uwadze znaczenie tych terenów dla obrony cesarstwa przed najazdem barbarzyńców z północy, intensywnie wprowadzali tu  swoją kulturę poprzez osadnictwo i budowę dróg.

W późniejszych czasach miasteczko przechodziło zmienne koleje losu, kilkakrotnie padając ofiarą lokalnych wojen. Ta bogata choć trudna przeszłość, ma swoje świadectwo w interesujących odkryciach archeologicznych, lecz przeciętny turysta zachwyca się raczej urokliwymi zaułkami, restauracyjkami i barami pod okapem kwitnących pnączy oraz małymi sklepikami, gdzie można kupić wyroby miejscowych rzemieślników lub lokalne specjały. Spacer po miasteczku niesie ze sobą niezapomniane wrażenia, gdyż mimo jego niewielkich rozmiarów, można tu długo krążyć po uliczkach, pokonując liczne kamienne schody, nad którymi przerzucono łukowate mostki i balkony, łączące domki leżące po ich przeciwległych stronach. Kaskady bluszczu, donice z kwitnącymi kwiatami i koty wygrzewające się na słońcu, dają wrażenie leniwego spokoju, który udziela się także przybyszom, chętnie przysiadającym  na ławkach i murkach aby odpocząć w cieniu drzew. Jeśli zechcemy udać się do niedalekiej willi Monastero, czeka nas niedługi spacer brzegiem jeziora po malowniczym pomoście wiszącym ponad wodą. Stąd można popatrzeć na leżący nieopodal półwysep Bellagio, miasteczko Menaggio na przeciwległym brzegu i piękne kształty gór, zamykające horyzont. Ponieważ jest to miejsce, gdzie jezioro jest najszersze, jego wody nie odbijają zieleni górskich stoków, lecz błękit nieba, co daje im piękną, szafirową barwę. W dniu w którym przybyłam do Varenny by zobaczyć zamek Vezio, pogoda nie była najlepsza; zanosiło się na burzę i od czasu do czasu kropił lekki deszczyk, choć dzień w zasadzie był słoneczny a chwilami było naprawdę gorąco. Jednak jak to się zazwyczaj dzieje przy tego rodzaju pogodzie, nad jeziorem unosił się opar wilgoci zacierający kontury pejzażu, co nadawało  mu wdzięk rozmytej akwareli. 



Na szczyt wzgórza, gdzie leży Vezio, można dojść korzystając z asfaltowej drogi jezdnej lub dawnej mulatiery, wybrukowanej okrągłymi kamieniami. Ja wybrałam mulatierę i po niedługim czasie znalazłam się w wiosce. Po drodze do zamku wstąpiłam na niewielki cmentarzyk, gdyż zwykle jest to miejsce dające nieocenione świadectwo lokalnej historii. Tu podobnie jak w innych małych miejscowościach, na tablicach nagrobnych dostrzegłam powtarzające się nazwiska, mówiące o rodzinnych powiązaniach w obrębie tej niewielkiej społeczności. Moją uwagę zwróciła okazała kaplica nagrobna i pamiątkowy monument poświęcony poległym żołnierzom a także kilka tablic umieszczonych w lapidarium, gdzie wielokrotnie powtarzało się  nazwisko Greppi. Jak się później dowiedziałam, są to obecni właściciele zamku, którzy wspaniale zadbali o przeprowadzenie prac konserwatorskich i jego promocję.




Sam zamek jest częściowo zrujnowany lecz to, co z niego pozostało, daje dobre wyobrażenie o jego niegdysiejszym wyglądzie. Dochodząc do celu, na trawiastym pagórku wśród drzew oliwnych natknęłam się na dawne monumentalne schody zamkowe, dziś prowadzące donikąd, sprawiające niesamowite wrażenie swą bezużytecznością... Nieco dalej wznoszą się mury obronne i potężna wieża, do której prowadzi zwodzony most. Niegdyś były tu jeszcze mury zewnętrzne otaczające również Varennę, schodzące ze wzgórza aż na brzeg jeziora. Historycy twierdzą, że zamek powstał we wczesnym średniowieczu, na co skazują jego cechy charakterystyczne, lecz o dziwo, stuprocentowo pewne informacje o nim pochodzą  z czasów znacznie późniejszych, niż można by się było spodziewać. To jednak nie dowodzi, że wcześniej nie istniał, gdyż źródła pisane z owej epoki nie są zbyt liczne. Lokalna tradycja przypisuje jego powstanie Teodolindzie, królowej Longobardów (jest też pewna udokumentowana wzmianka na ten temat) co datowałoby go na VI wiek. Jak już pisałam, zamek został poddany pracom konserwatorskim i śmiało można powiedzieć, że wykonano tu naprawdę dobrą robotę. Mury zostały zabezpieczone, cały teren pięknie oczyszczony i wzbogacony o nowe atrakcje. 



Jedną z nich jest pokaz tresowanych sokołów, mieszkających na stałe na terenie zamku. Wszystkie ptaki są urodzone i wychowane w niewoli, więc nie  mogłyby przeżyć na wolności, tu zaś budzą podziw swoimi podniebnymi akrobacjami i doskonałym porozumieniem z prowadzącym je sokolnikiem. Podczas mojego pobytu w Vezio na zamku była również grupa dzieci, które aż piszczały z zachwytu, kiedy ptak słysząc gwizd sokolnika zwijał się w kulę i niczym kamień spadał z nieba wprost na jego ramię. Szczególny entuzjazm wzbudziła Regina, piękna samica myszołowa, siedząca spokojnie  na murku i pozwalająca  się podziwiać rozentuzjazmowanym dzieciakom. Oprócz ptaków w zamku można obejrzeć rycerskie zbroje oraz wystawę skamielin z odciskami prehistorycznych roślin i zwierząt znalezionych w okolicy. Niebanalnym akcentem są drewniane i ceramiczne totemy umieszczone na dziedzińcu i "armia duchów" zasiedlająca zamek, wykonana z gazy zmoczonej w roztworze gipsu, którą drapuje się na modelach i czeka aż wyschnie. Takie odlewy wykonuje się co roku na początku sezonu  (zwykle za modele służą turyści, chcący wziąć udział w tym przedsięwzięciu) i  umieszcza  w różnych nieoczekiwanych miejscach. Miłośnicy nowszej historii na stoku poniżej zamku mogą obejrzeć umocnienia należące do linii Cadorna, systemu obronnego wykorzystywanego w czasie I Wojny Światowej. 


Podobnie jak w innych miejscach położonych na znacznej wysokości, także i tutaj można bez końca patrzeć na panoramę jeziora zamkniętego pomiędzy pasmami gór. Ja również nie mogłam oderwać oczu od tego widoku, mimo iż widziałam jezioro wiele razy z innych miejsc o różnych porach dnia i roku. Tym razem zobaczyłam je pomiędzy szarymi blankami murów, zatopione w lazurowej mgle a wokoło szczyty gór, gdzie kiedyś byłam...
Jego gładką błękitną taflę gdzieniegdzie marszczyła drobniutka fala, unosząca maleńkie punkciki żaglówek. Kiedy tak patrzyłam miałam wrażenie, że śnię; ten zamglony pejzaż wydawał się wprost nierealny, niczym senne widziadło, znajome lecz nierzeczywiste. Długo stałam na murach, chłonąc ten błękit w magicznym momencie odosobnienia, pomiędzy niebem i wodą. Gdzieś niedaleko usłyszałam nawoływania dzieci z wycieczki a po chwili dobiegł mnie dźwięk kościelnego zegara wybijającego godziny. Po raz ostatni spojrzałam w dół, na zbocze przebite ostrzami cyprysów, pod którym przycupnęła kolorowa Varenna ze swoimi uroczymi domkami i ruszyłam w powrotną drogę...

Więcej zdjęć z zamku Vezio i Varenny znajduje się w albumach>

środa, 15 maja 2013

Lombardia. Triangolo Lariano, Visino-Valbrona.




Swego czasu, przypadkowo natrafiłam na bardzo interesującą stronę internetową, zawierającą wiele ciekawych informacji na temat Triangolo Lariano. Bardzo lubiłam tę okolicę, gdyż oprócz wspaniałych widoków oferuje wiele atrakcji drogich memu sercu - maleńkie, romańskie kościółki z szarego kamienia, barokowe świątynie i piękne, eleganckie wille, zatopione w parkach pełnych wspaniałych roślin. Cieszyło mnie, że wstając rano mogę wsiąść do lokalnego pociągu i wyruszyć, gdzie mi podpowiada fantazja, czasem zupełnie bez planu, za to biletem "open" w kieszeni (co zapewniało mi możliwość zmiany środka transportu w dowolnym momencie). Dawało mi to cudowne poczucie wolności, zapowiedź nieznanego, i niespodzianki, która być może, już tam na mnie czeka... Czasem była to zupełnie nowa okolica, zaś innym razem, miejsce gdzie już wcześniej byłam, lecz wiedziałam, że zawsze mogę tam znaleźć coś, co dotychczas umknęło mojej uwadze.

Jedną z takich ulubionych i wielokrotnie odwiedzanych okolic było dla mnie jezioro Lario, bardziej znane pod nazwą Como (Como to w zasadzie jedynie jego zachodnie odgałęzienie). Jak już wspominałam w innych postach, ma ono kształt odwróconej litery "Y"
i składa się z trzech części. Najmniej poznałam jego wschodnią odnogę, zwaną Lecco. Nie jest ona tak efektowna jak Como, również miasto
Lecco mimo wszystko nie ma tej gracji,
co Como-miasto. Ta część jeziora wciska się pomiędzy pasma gór, nieco wyższych niż te, które otaczają zachodnią odnogę. Tam zielone stoki spływają łagodnie w stronę brzegu - tu posępne skały niejednokrotnie prawie pionowymi ścianami schodzą wprost do wody. Również żegluga w tej części jeziora jest o wiele słabiej rozwinięta niż na jeziorze Como, gdzie ustawicznie krążą większe i mniejsze jednostki. Kiedy przybyłam do Lombardii nie było żadnych rejsów do Lecco, dopiero po kilku latach sytuacja zmieniła się na lepsze. Obecnie można tam przypłynąć statkiem z Bellagio, jednak mankamentem jest niewielka ilość kursów w dni powszednie. Mimo to, udało mi się opracować stosowną marszrutę, z wykorzystaniem pociągu, autobusu oraz statku i doprowadzić do skutku również tę wycieczkę. Była ona zupełnie inna niż moje dotychczasowe rejsy pomiędzy Como i Bellagio, które momentami wręcz przytłaczały nadmiarem wrażeń związanych z widokiem uroczych miasteczek i willi. Tym razem mogłam spokojnie oddać się kontemplacji natury, podziwiając zmieniające się widoki na dwa skaliste szczyty leżące na lewym brzegu, zwane odpowiednio Grigna Settentrionale i Grigna Meridionale (Grigna Północna i Południowa). Są to dość wysokie góry liczące niemal 2500 m, z wieloma dobrze oznaczonymi szlakami pieszymi, chętnie uczęszczanymi przez turystów. Natomiast prawy brzeg, od godzin południowych tonący w cieniu, to potężne urwisko o kilkusetmetrowej wysokości, przecięte głęboką rozpadliną, pod którym przycupnęła niewielka miejscowość Onno.

Nieco bardziej na północ widać charakterystyczną sylwetkę Corni di Canzo, górskiego grzbietu, z którego wyrastają dwie skały z oddali wyglądające niczym rogi byka. Podczas rejsu statkiem zauważyłam, że ze wzniesienia na zachodnim brzegu schodzi w dół malownicza droga, wiodąca na brzeg jeziora. Mając w pamięci mapę tej okolicy wiedziałam, że prowadzi do dobrze mi znanego miasteczka Asso, gdzie z mojego miejsca zamieszkania mam wygodny dojazd pociągiem. Natychmiast powzięłam zamysł, aby w najbliższym czasie wybrać się na  przechadzkę w te strony. Odległość sześciu - siedmiu kilometrów dzielącą Asso i Onno można pokonać idąc górskimi ścieżkami lub niezbyt uczęszczaną, asfaltową drogą. I tu właśnie zaczęła się moja nieoczekiwana przygoda...Kiedy szukałam w internecie informacji na temat ścieżek w tej okolicy, trafiłam na stronę, gdzie pisano o kościołach na terenie Triangolo Lariano, czyli trójkątnym, górzystym obszarze, pomiędzy jeziorami Como i Lecco. Okazało się, że w miejscowości Valbrona, którą będę mijać po drodze (a właściwie jej części noszącej nazwę Visino) znajduje się niewielka świątynia, a w niej skarby sztuki, których nikt nie oczekuje w wiejskim kościółku na odludziu. Mianowicie są tam obrazy pędzla takich mistrzów, jak Ambrogio da Fossano, zwany Bergognone, Andrea Appiano, Daniele Crespi i Pier Francesco Mazuchelli, znany jako Il Morazzone.

Znam sporo obrazów i fresków stworzonych przez nich zarówno dla innych, sławniejszych i bogatszych lombardzkich kościołów oraz opactw, jak i z mediolańskich muzeów. Jednak fakt obecności takich dzieł w wiosce, o której mało kto słyszał, to zupełnie inna sprawa! Pozostało mi tylko poczekać na dzień wolny od pracy i wybrać się tam, aby zobaczyć to tak ciekawe miejsce.
Kiedy doszłam do Visino i ujrzałam pomiędzy drzewami szarą wieżę kościółka, zaczęły mnie dręczyć obawy, że ze względu na zbliżające się południe może on być zamknięty.
Kiedy dotarłam na miejsce, okazało się, że prawda jest o wiele bardziej okrutna... Dwóch starszych panów siedzących na ławeczce nieopodal, powiedziało mi, że kościół jest otwierany jedynie w maju na wieczorne nabożeństwa oraz sporadycznie z okazji ślubów.
Nie mogłam wprost uwierzyć w to, co usłyszałam i po prostu przyjąć do wiadomości, że odejdę z kwitkiem, całując na pożegnanie klamkę zamkniętych drzwi! Zaczęłam intensywnie myśleć, co by tu zrobić w tej sytuacji? Szukać proboszcza? Wrócić ponownie, licząc na to, że będzie jakiś ślub? Nieco speszona, ale nie załamana, postanowiłam iść za moim szóstym zmysłem, który nakazywał mi obejście świątyni dookoła. W ten to sposób dotarłam do dwóch domków przyklejonych do jej południowej ściany. Było tam dwoje drzwi, a przy każdych po dwa dzwonki. Na chybił trafił zadzwoniłam, w głębi zaszczekał pies, a jakaś kobieta gromko wrzasnęła - kto tam? Po chwili w oknie na piętrze ukazała się głowa właścicielki donośnego głosu. Z głupia frant zapytałam, czy może wie, kto ma klucze od kościoła? Jaka była moja radość, gdy okazało się, że trafiłam w dziesiątkę!

Usłyszałam bowiem, że pani nie tylko ma klucze, ale chętnie otworzy kościół specjalnie dla mnie. Po chwili zeszła na dół w towarzystwie przyjacielsko nastawionego psiaka, otworzyła podwoje i zapaliła wewnątrz światło, abym mogła zrobić zdjęcia. Przy okazji wdałyśmy się w rozmowę, kiedy pani dowiedziała się, że jestem Polką, powiedziała mi, iż jej ojciec był żołnierzem i w czasie II Wojny Światowej stacjonował w okolicy Poznania. Nigdy więcej nie wrócił do Włoch, gdyż w Polsce założył drugą rodzinę, natomiast ją wychowała matka. Ojca i przyrodniego rodzeństwa
nigdy nie poznała...
Dokładnie obejrzałam wnętrze kościoła robiąc przy okazji sporo zdjęć, podziękowałam serdecznie miłej pani, po czym pożegnałam ją oraz  jej sympatycznego pieska. Oczywiście, uiściłam też ofiarę na fundusz restauracji kościoła i bardzo szczęśliwa ruszyłam w dalszą drogę. Miałam nadzieję, że zrobione przeze mnie zdjęcia wyszły przynajmniej znośnie, ponieważ szczerze mówiąc, byłabym wprost niepocieszona, gdyby tak nie było, a druga okazja mogłaby się nie powtórzyć...Visino to mała wioska, kościółek również jest bardzo skromny, więc tym bardziej zaskakujący jest fakt, iż znajdują się tam dzieła tej klasy. Ołtarz główny to właśnie poliptyk pędzla Bergognone, gdzie w bocznych skrzydłach malarz umieścił wizerunki św. Michała i Jana Chrzciciela, jego dziełem są również postacie innych świętych w dolnej części ołtarza.

Część centralną poliptyku wypełnia wizerunek Madonny z Dzieciątkiem, który wykonał Andrea Appiani, swego czasu nadworny malarz Napoleona. Szczerze mówiąc, samo połączenie dzieł tak odmiennych stylistycznie osobiście uważam za niezbyt szczęśliwe, niezależnie od talentu twórców. Prawdopodobnie pierwotnie znajdował się tam inny wizerunek, dziś  nie wiadomo, czy był to obraz, czy figura, gdyż nie ma doniesień na ten temat. W XVII wieku poliptyk umieszczono w marmurowym ołtarzu, który oglądamy obecnie. Natomiast dwa mniejsze boczne ołtarze zdobią wizerunki świętych - Antoniego, dzieło Morazzone i  Karola Boromeusza, pędzla Daniela Crespi. Obydwaj malarze blisko współpracowali z Janem Baptystą Crespi, zwanym Cerano, a ich dzieła mogłam podziwiać między innymi w przepięknym opactwie Certosa di Pavia, Sacromonte w Varallo, Orcie oraz Varese. Właściwie trudno się dziwić, że w dobie kiedy bez skrupułów kradzione są obrazy z kościołów, świątynie kryjące podobnie wartościowe dzieła zamyka się na klucz (zauważyłam, że jest tam również dość rozbudowany system alarmowy). Mogę się jedynie cieszyć, że mój szósty zmysł mnie nie zawiódł a wyprawa nie poszła na marne. Po wyjściu z kościoła pomaszerowałam dalej, wzdłuż zielonego masywu Corni di Canzo, drogą wiodącą do Onno, miejscowości leżącej tuż nad brzegiem jeziora.
Ale to już inna historia, którą opowiem następnym razem.


 Więcej zdjęć można zobaczyć w albumie >

sobota, 4 maja 2013

Lombardia. Willa Monastero w Varennie.



Varenna to obok Bellagio najbardziej urokliwe miasteczko, spośród wszystkich leżących w obrębie Jeziora Como. Może się poszczycić prześliczną panoramą, którą możemy podziwiać kiedy przypływamy tam statkiem. Miejscowość ta, prezentuje się równie pięknie gdy wysiądziemy na ląd, wyruszymy na spacer po jej malowniczych zaułkach i wąskich uliczkach, które aż proszą o uwiecznienie ich pędzlem malarza...




Varenna leży pomiędzy brzegiem wody i długim górskim grzbietem. W tym miejscu jezioro mające kształt odwróconej litery "Y" rozdziela się na trzy części; zachodnie odgałęzienie czyli Como oraz wschodnie zwane Lecco, ciągną się w stronę południa, natomiast na północy zaczyna się odnoga nosząca nazwę Lario. Varenna cieszy się wielką i zasłużoną popularnością wśród turystów ze względu na swoje walory a także z powodu dwóch interesujących zabytków, jakie można zobaczyć w okolicy. Jeden to Castello di Vezio (napiszę o nim niebawem) zaś drugi to willa "Monastero" ze swoim pięknym ogrodem, rozciągającym się na terenie dzielącym Varennę i sąsiednią miejscowość Fiumelatte. 

Podobnie, jak inne wille, o których pisałam dotychczas, również i ona ma  bardzo bogatą i ciekawą historię. Jej początki sięgają XII stulecia, kiedy w tym miejscu powstał klasztor sióstr cysterek, istniejący aż do drugiej połowy XVI wieku, kiedy z powodu małej liczby zakonnic został zlikwidowany na polecenie  kardynała Karola Boromeusza. Opuszczone klasztorne budynki kupił zamożny szlachcic Paolo Mornico; Lelio, jego syn i spadkobierca, po dokonaniu wielu wyburzeń i przeróbek stworzył tu luksusową rezydencję. 
Domostwo przez dwa stulecia pozostawało w rękach kolejnych członków tej rodziny, później zostało sprzedane i przez następne siedemdziesiąt lat kilkakrotnie zmieniało właścicieli. W 1897 roku nabył je bogaty niemiecki przemysłowiec, Walter Kees. Dzięki niemu, willa wraz z otaczającym ją ogrodem przeszła następną transformację i osiągnęła dzisiejszy wygląd, jemu też zawdzięcza swą obecną nazwę. Jednak i Kees nie cieszył się długo jej pięknem, gdyż po I Wojnie Światowej cała posiadłość (podobnie jak niedaleka willa Carlotta) została przejęta przez państwo włoskie. W 1925 roku kupił ją Marco de Marchi, uczony i przemysłowiec w jednej osobie, wieloletni prezes Włoskiego Towarzystwa Naukowego.

 Po śmierci jego i jego żony Rosy, na mocy testamentu willa przeszła na własność Instytutu Hydrobiologii i stała się centrum kongresowym, gdzie urządzane są spotkania i konferencje naukowe. W jej wnętrzach pozostało praktycznie całe wyposażenie, zarówno to, które pochodzi z czasów Waltera Keesa, jak i małżonków de Marchi. Zgodnie z wolą tych ostatnich, willa z biegiem czasu uzyskała również status muzeum i dzięki temu można ją zwiedzać w wyznaczonych dniach. Kiedy wiele lat temu byłam tam po raz pierwszy, nie było jeszcze takiej możliwości, więc musiałam się ograniczyć do wizyty w ogrodzie. Natomiast podczas mojego drugiego pobytu podwoje willi były zachęcająco otwarte, a przy wejściu stali mili panowie z ochrony, którzy z ogromną kurtuazją zapraszali do wejścia wszystkich posiadaczy biletu wstępu. Muszę przyznać, że wnętrze ze swoim wystrojem naprawdę robi wrażenie! Po poprzednich właścicielach pozostały tu piękne arrasy, rzeźby i obrazy, wspaniałe porcelanowe wazy a także misternie kute żyrandole. W pokojach rozmieszczonych na dwóch kondygnacjach, znajdują się imponujące marmurowe kominki, ściany pokrywają mięsiste tapety, naśladujące tłoczoną skórę, oprócz tego zgromadzono tu cenne meble z różnych epok, wielkie lustra w rzeźbionych ramach i zegary pochodzące z najlepszych pracowni.

Jest tu również oryginalna klatka schodowa, ze ścianami pokrytymi zdobionymi kafelkami, tworzącymi podobizny wybitnych przedstawicieli kultury i nauki oraz łazienka w stylu pompejańskim z wanną wpuszczoną w podłogę, do której wchodzi się po kilku schodkach. Także tutaj użyto pięknych kobaltowych i niebieskich kafelków oraz ozdobnych ceramicznych paneli. Ta wspaniała wanna pochodzi z czasów Waltera Keesa, natomiast państwo de Marchi kontentowali się skromniejszą wanną z białej porcelany. Jedna z sal na parterze nosi imię Enrico Fermi, włoskiego laureata nagrody Nobla, który w 1954 roku prowadził tu wykłady podczas konferencji z zakresu 
fizyki. 
Po zwiedzeniu willi udałam się na wędrówkę po ogrodzie; co prawda widziałam go podczas poprzedniego pobytu, ale ponieważ jest to miejsce naprawdę urokliwe, więc z prawdziwą przyjemnością zrobiłam to ponownie. Ogród, z racji swego usytuowania pomiędzy taflą jeziora i zboczem góry, jest bardzo wąski, ale ten teren został świetnie wykorzystany. znajdziemy tu mnóstwo zakątków zagospodarowanych w bardzo przemyślany sposób z fontannami, kwietnymi tarasami, posągami i nieoczekiwanymi perspektywami. Na jego południowym krańcu znajduje się niewielka, ośmioboczna altanka, zwana Caffe-Haus, zbudowana w mauretańskim stylu, z niewielkim balkonem zawieszonym nad wodami jeziora. 

Altanka jest bardzo interesująca również z tego względu, że jej sześć ścian to umieszczone na przemian zwierciadlane panele i okna, co sprawia, że kiedy parzymy w lustro widzimy w ni odbity pejzaż za oknem, zwielokrotniony dzięki złudzeniu optycznemu. Po chwili zaczynamy się zastanawiać, czy to, co mamy przed sobą, to rzeczywisty ogród, czy też jego odbicie? To właśnie tam zrobiłam sobie dla żartu zdjęcie, które teraz widnieje przy moim blogowym profilu. Ogród willi ma rangę ogrodu botanicznego, gdyż można tu zobaczyć wiele cennych i rzadkich roślin, sprowadzonych z różnych zakątków świata. Jednak jego największy walor stanowi niezapomniany widok na drugi brzeg jeziora, z leżącym na wprost Menaggio wraz z otaczającymi je górami, zielony i górzysty półwysep Bellagio oraz rozległą połać jeziora Lecco z charakterystyczną sylwetką Corni di Canzo w głębi. Parząc na północ widzimy cypel, nad którym góruje wieża kościoła w Varennie; jeszcze wyżej, ponad miastem, pośród drzew możemy dostrzec szare mury zamku królowej Teodolindy, zwanego Castello di Vezio.




Chociaż zarówno willa jak i ogród stanowią zlepek wielu stylów, całość sprawia miłe i gustowne wrażenie. Zapewne nie bez wpływu jest to, że długi i wąski ogród jest wprost predysponowany do tego, aby stworzyć tu  odrębne części o odmiennym charakterze, płynnie przechodzące jedna w drugą. Natomiast willa mimo swego eklektyzmu również nie sprawia wrażenia dysharmonii, dzięki umiejętnemu doborowi mebli i pozostałych elementów wystroju. Wszystkich czytelników zapraszam do obejrzenia zdjęć w albumach, mam też nadzieję, że przynajmniej w części oddają one atmosferę tego miejsca.

Link do albumu  >


Jeśli ktoś miałby ochotę zwiedzić willę Monastero radzę zasięgnąć informacji o dniach, w których jest otwarta, w tym roku podobno jest to piątek po południu oraz sobota i niedziela przez cały dzień.