piątek, 12 kwietnia 2013

Piemont. Wyspa Rybaków czyli Isola dei Pescatori.



Niedawno pisałam o ogrodowo - pałacowych wspaniałościach na Isola Bella, więc teraz dla kontrastu chciałabym zaprezentować coś o zupełnie odmiennym klimacie, czyli drugą z trzech wysp należących do rodziny Borromeo. Prawdę mówiąc, gdybym miała wybierać pomiędzy nimi, byłabym w niemałym kłopocie. Nie sposób bowiem przejść obojętnie obok niewątpliwych wdzięków ukwieconych tarasów Pięknej Wyspy, która z całą pewnością zasługuje na swoją nazwę, jednak mimo to, mojemu sercu chyba jest bliższy skromny urok wioski na Wyspie Rybaków...




Kiedy po raz pierwszy wybrałam się w rejs po Lago Maggiore, oczarował mnie widok długiej i wąskiej wysepki z kolorowymi domkami, nad którymi góruje szpiczasta wieża małego kościółka. Wysepka nosi nazwę Isola Superiore lub dei Pescatori, jest bardzo wąska, gdyż liczy sobie zaledwie 100 m szerokości przy 350 m długości. Wioska leży na małym garbie w jej południowej części, natomiast w niżej położonej części północnej jest aleja wysadzona drzewami, skąd roztacza się piękny widok na trzecią z wysp, zwaną Isola Madre oraz miasteczka na piemonckim brzegu: Baveno i Pallanza.

Leżą one u podnóża gór, na samym brzegu jeziora. Nieopodal Baveno zwracają uwagę widoczne z daleka ściany wyrobisk, gdzie wydobywa się jasnoróżowy granit; natomiast w niedalekiej miejscowości Candoglia znajdują się sławne kamieniołomy biało -różowego marmuru z którego zbudowano mediolańską katedrę. Dzięki wspaniałomyślności książąt Viscontich Fabbrica di Duomo otrzymała wyłączność na jego wydobycie, stąd barkami spławiano marmur przez jezioro a następnie rzeką Ticino i system kanałów aż do Mediolanu (pisałam o tym tutaj). Rybacka wioska na wyspie jest naprawdę maleńka, tworzy ją nabrzeże z niewielką przystanią i jedna uliczka. Wąskie zaułki pomiędzy domostwami łączą schodki i przejścia w kształcie łukowato sklepionych bram. Większość domków pomalowanych na żywe kolory ma charakterystyczne balkony, służące rybakom do suszenia ryb. Część mieszkańców wyspy nadal trudni się połowem, o czym świadczy spora ilość rybackich łodzi zacumowanych przy nabrzeżu oraz suszące się sieci. Bary i knajpki, naprawdę liczne na tym tak małym skrawku lądu podają świeżą rybę, jako specjalność kuchni. 



Podobnie, jak na Isola Bella nigdy nie brakuje tu zwiedzających, którzy przypływają statkami niestrudzenie kursującymi pomiędzy wyspami i stałym lądem. W związku z tym, w sezonie letnim wyspa żyje przede wszystkim z turystów, czyli z gastronomii, wynajmowania pokoi i sprzedaży pamiątek. Są tu małe, stylowe bary i restauracyjki ze ślicznymi ogródkami, gdzie stoliki stoją pod kaskadami kwitnących glicynii i jaśminów. Na nabrzeżu jest też kilka straganów oferujących gustowne pamiątki: kosze, torby i kapelusze wyplatane ze słomki, haftowane serwetki oraz piękną ceramikę.

Niestety, nie brakuje też typowo jarmarcznych produktów, a nawet weneckich masek (o zgrozo!) Made in China...W samym centrum wioski znajduje się gotycko - renesansowy kościółek pod wezwaniem San Vittore, patrona wyspy. Ma on bardzo bogatą przeszłość, gdyż został dobudowany do romańskiej kaplicy, z której do naszych czasów zachowała się jedynie niewielka apsyda. Kościółek jest nieduży i dość skromny, ale szczyci się wspaniałym freskiem przedstawiającym świętą Agatę, datowanym na XIV wiek. Niestety, żadne źródła nie podają kto jest autorem tego malowidła... Mnie oczarowały jego delikatne kolory i pełna wdzięku postać świętej, przedstawionej przez malarza z atrybutami męczeństwa, gałązką palmy i tacą, na której leżą jej odcięte piersi. Z parafią San Vittore jest związana ciekawa tradycja - otóż 15 sierpnia odbywa się tu  procesja na łódkach, wtedy też obwozi się figurę świętego patrona wokół wyspy. Niestety, z racji mojej pracy nigdy nie udało mi się zobaczyć tej uroczystości, czego bardzo żałuję... Za kościółkiem leży mały cmentarzyk usytuowany pomiędzy budynkami mieszkalnymi, na którym od wieków grzebani są mieszkańcy wyspy. Na otaczających go murach jest też małe lapidarium, gdzie można obejrzeć płyty ocalałe z nieistniejących już nagrobków.


Społeczność wyspy jest nieliczna, stanowi ją zaledwie pięćdziesięciu stałych mieszkańców. Na wyspie żyje też sporo kotów, które na ogół zupełnie nie reagują na turystów i bez skrępowania okupują miejsca na ławkach, czemu trudno się dziwić, bo w końcu są u siebie...Na Wyspie Rybaków byłam kilkakrotnie, ponieważ bardzo polubiłam to nastrojowe miejsce, jego wąskie zaułki, drewniane balkony a także przepiękną panoramę, jaka się przede mną roztaczała kiedy stałam na skraju wody.



W ciągu kilkunastu minut idąc bez pośpiechu można okrążyć całą wysepkę, a przy okazji nacieszyć oczy widokami zarówno piemonckiego, jak i lombardzkiego brzegu jeziora. Po lombardzkiej stronie mamy skalną ścianę z klasztorem świętej Katarzyny i miasto Laveno z górującym ponad nim zielonym wzniesieniem Sasso di Ferro a bardziej w prawo widzimy ogromny obszar jeziora, które ciągnie się daleko, daleko, w stronę szwajcarskiego Locarno. Natomiast na piemonckim brzegu znajduje się łańcuch dość wysokich gór, tworzących malownicze tło dla ślicznych, kolorowych miasteczek. 




Nieopodal, na północy, leży  Isola Madre, największa z Wysp Boromejskich, gdzie pośród bujnej roślinności widać czerwony dach willi, zaś na wprost południowego cypla znajduje się Isola Bella, z dużą bryłą pałacu, który stąd można podziwiać w całej okazałości. Podczas jednej z moich wycieczek zdarzyło się, że pogoda gwałtownie się pogorszyła i zaczął wiać bardzo silny wiatr. Był to niesamowity widok, w ciągu kilku chwil niebo się zachmurzyło zmieniając kolor na szaro-granatowy, a na niewielką plażę zaczęły wybiegać coraz większe fale. 




Turyści dotąd spokojnie odpoczywający pod drzewami w obawie przed nadchodzącą burzą umknęli pomiędzy zabudowania. Na tle ciemnego nieba rysowały się jeszcze ciemniejsze góry, co wyglądało niczym sceneria z romantycznego filmu grozy. Zdawać by się mogło, że za chwilę spadnie ulewa lub zaczną bić pioruny, jednak na szczęście nic takiego się nie zdarzyło, wkrótce niebo wypogodziło się i wróciło słońce.

Po tym doświadczeniu inaczej spojrzałam na ten skrawek lądu oraz problemy jego stałych mieszkańców, żyjących tu przez cały rok, również kiedy kończy się sezon turystyczny i nadchodzą jesienno - zimowe słoty. Podobno w tym czasie zdarza się, że woda podnosi się do tego stopnia, iż kompletnie zalewa brzegi wyspy i jej północną część. Z tego powodu od wieków pozostają one niezabudowane, a nieliczne domki znajdują się jedynie na niewielkim wzniesieniu w części południowej. Jednak od wiosny do jesieni to piękne miejsce przyciąga wiele osób, które za niewielkie pieniądze chcą tu zjeść smaczny obiad lub nastrojową kolację; słyszałam też, że wielu nowożeńców wybiera wyspę z jej niepowtarzalną i romantyczną scenerią na miejsce swojego przyjęcia weselnego.

Jak zwykle wszystkich chętnych zapraszam do obejrzenia albumu >


wtorek, 9 kwietnia 2013

Piemont. Isola Bella - jej pałac i czarodziejskie ogrody.



Na rozległym obszarze Lago Maggiore, nieopodal Stresy, miasta położonego na jego zachodnim, piemonckim brzegu, wyraźnie się odcina  zatoka z trzema niewielkimi wyspami. Od wieków należą one do rodziny hrabiów Borromeo, która wydała wiele wybitnych osób: świętego Karola Boromeusza, kilku kardynałów (w tym  Federico, pisałam o nim niedawno w związku z historią kolosa w Aronie tutaj ) a także wielu senatorów i dowódców wojsk.




Szczególnie znany jest wspomniany już kardynał Federico Borromeo, mający ogromne zasługi dla włoskiej kultury, gdyż to  właśnie dzięki niemu powstała w Mediolanie Pinakoteka i Biblioteka Ambrosiana, gdzie znajduje się mnóstwo cennych zbiorów, w tym słynny "Kodeks Atlantycki" Leonarda da Vinci. Nazwisko tej rodziny nadal noszą w swej nazwie liczne wille, pałace i zamki na terenie Lombardii, co świadczy o bogactwie rodu i rozległości jego dóbr. 

Jednak  Boromeusze, mimo iż od wieków związani z tą ziemią, wywodzą się  z Toskanii - w XIV wieku jeden z członków tej rodziny przeniósł się do Mediolanu, gdzie dzięki Viscontim i Sforzom, on i jego następcy uzyskali spore posiadłości, które umiejętnie pomnażali dzięki swym wrodzonym zdolnościom .Dzisiejsi  przedstawiciele rodu chociaż nadal posiadają znaczny majątek, także nie spoczywają na laurach, pracują jako menadżerowie i prężni przedsiębiorcy, działający również na polu turystyki. Większość ich dawnych siedzib została (w całości lub częściowo) przekształcona w luksusowe hotele, a także udostępniana publiczności jako obiekty muzealne, miejsca gdzie organizuje się konferencje i bankiety. Wpływy z tych przedsięwzięć pozwalają między innymi na należyte utrzymanie owych obiektów, co ze zrozumiałych przyczyn jest ogromnie kosztowne. Jednym z takich „klejnotów w koronie” hrabiów Borromeo jest Isola Bella, maleńka wysepka, gdzie wzniesiono piękny pałac a obok niego jedyny w swoim rodzaju ogród, wspaniały przykład włoskiej architektury parkowej epoki baroku.























Jeśli przypływamy na wyspę z Verbanii, naszym oczom jako pierwszy ukazuje się właśnie ów pałac, zbudowany na jej północno - zachodnim cyplu, natomiast jeśli przybywamy od strony południowej, z niedalekiej Stresy, wita nas widok zielonych tarasów z licznymi obeliskami i posągami. Niech nikogo nie zraża brak różnorodnych kolorów na zdjęciu - jest tam mnóstwo kwiatów, jednak nie widać ich od strony wody, gdyż tarasy są zabezpieczone niewysokimi murkami, za którymi kryją się liczne rabaty i klomby. Ogród widziany z tej strony ma kształt schodkowej piramidy; ponad balustradą najwyżej położonego tarasu góruje posąg Amora na jednorożcu. To mityczne zwierzę było bowiem jednym z ulubionych symboli rodu Borromeo, a także elementem ich herbu. W ciągu mojego pobytu we Włoszech byłam kilkakrotnie na tej wyspie, gdyż  jest to miejsce, którego uroda nigdy mi nie spowszedniała.




Dziś, kiedy spacerujemy po tym wspaniałym parku pełnym zieleni i kwitnących roślin, aż trudno uwierzyć, że do lat trzydziestych XVII wieku, był to po prostu niewielki ( 320x180 metrów) skalisty kawałek gruntu.
Ówczesna głowa rodu, hrabia Carlo III Borromeo nadał jej nazwę Isola Isabella na cześć swojej pięknej żony, Isabelli d'Adda, i zlecił, aby na wysepce zbudowano pałac otoczony ogrodem. Prace rozpoczęto w 1632 roku, lecz przerwała je epidemia dżumy. Ukończono je dopiero czterdzieści lat później, dzięki staraniom synów hrabiowskiej pary Vitaliana i Gilberta, jednak swój obecny wygląd wyspa ( a przede wszystkim jej północna część) przybrała dopiero w połowie XX wieku. Czteropiętrowy budynek hrabiowskiej siedziby mimo swych znacznych rozmiarów z zewnątrz nie przytłacza nadmiarem ozdób, natomiast jego wnętrze świadczy zarówno o bogactwie rodziny a także o jej bardzo dobrym guście. 




Kiedy byłam na Pięknej Wyspie po raz pierwszy wnętrza wyglądały na nieco zaniedbane, więc gdy zawitałam tam ponownie w ubiegłym roku przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie, ponieważ zastałam wszystko odświeżone, a ściany, których nie pokrywają tapety lub obicia, pomalowane na delikatne, pastelowe kolory. Obecnie szczególnie pięknie prezentuje się ogromny salon honorowy ze swoimi wspaniałymi sztukateriami i wielkimi oknami, przez które można podziwiać panoramę jeziora. (Nie wykluczone, że te prace przeprowadzono z okazji ślubu Lawinii Borromeo z Jaki Elkannem, o którym pisałam tutaj).




Zwiedzającym udostępniono jedynie pomieszczenia reprezentacyjne, stanowiące niewielką część budynku i tzw. groty, czyli otwarte na jezioro komnaty, znajdujące się nieomal na poziomie tafli wody. Są one chłodne i cieniste nawet w czasie największych upałów; ich ściany pokrywa wspaniała mozaika w stonowanych kolorach, wykonana z muszli, masy perłowej i tufu  wulkanicznego. W pałacowych komnatach można podziwiać cenne, flamandzkie arrasy, portrety rodzinne, piękne rzeźby, obrazy i meble, jednak  mnie szczególnie urzekła bogata kolekcja marionetek w ślicznych kostiumach. Kiedy parę lat wcześniej zwiedzałam pałac, również groty nie przedstawiały się szczególnie atrakcyjnie. Wówczas były to niemal piwniczne, puste i ciemne pomieszczenia, a ich wymyślne dekoracje straciły blask. Jak się okazało, na przestrzeni tych kilku lat także i one przeszły gruntowną renowację, obecnie  umieszczono tam wspaniałą ekspozycję (jak chociażby rzeźba przedstawiająca śpiącą Wenus widoczna na zdjęciu  powyżej) co jest doprawdy budujące, gdyż widać, że niemałe wpływy z biletów są dobrze spożytkowane.




O ile wspaniałości tej siedziby (mimo iż faktycznie godne uwagi) mieszczą się w granicach "pałacowej normy" to ogrody są po prostu bajeczne. W zasadzie to samo można powiedzieć o wszystkich sławnych ogrodach  barokowych ( i nie tylko) gdyż większość z nich, stworzona przez architektów doskonale przygotowanych do tego rodzaju zadań i dysponujących ogromnymi sumami pieniędzy, do dzisiaj zachwyca roślinnością, posągami, fontannami i kaskadami oraz nieoczekiwanymi perspektywami.
Jak już wspominałam, ogrody  Isola Bella leżą  na dziesięciu tarasach, najwyższy z nich wznosi się na wysokości trzydziestu siedmiu metrów.

Nieco niżej znajduje się tzw. amfiteatr, pełen posągów z przepiękną fontanną w głębi, ozdobiony mnóstwem kwiatów jest naprawdę prześliczny, nic więc dziwnego, że  na tym wspaniałym tle niegdyś wystawiano spektakle teatralne, traktując go jako swego rodzaju naturalną dekorację.
Po obu stronach umieszczono schody, którymi można wejść na obszerny, najwyższy taras, otoczony balustradą i stanowiący wspaniały punkt widokowy na ogród oraz jezioro. A widok jest doprawdy przepiękny! Pełna kolorów wyspa wyłania się z błękitnych wód Lago Maggiore niczym kosz kwiatów. W ciepłym i wilgotnym klimacie rośliny rosnące w ogrodzie mają wspaniałe warunki do wegetacji. Oprócz tych typowych dla włoskiej flory, jest tu też wiele delikatnych roślin egzotycznych, które zimę spędzają w szklarni. Tak duży i piękny park wymaga wiele pracy, więc nie można  pominąć nieopisanych wprost starań tutejszych ogrodników, dbających o to, żeby całość utrzymać w należytym porządku. (Wspomnę tylko o panu, który za pomocą zwykłych nożyczek przycinał wystające listki bluszczu porastającego mur, żeby wyglądał jak jednolita, zielona ściana.) W ogrodzie mieszka liczna rodzina białych pawi, ale podczas moich ostatnich odwiedzin nie udało mi się zobaczyć "panów"  z rozłożonymi ogonami; co więcej, miałam wrażenie, że biedacy stracili swe najpiękniejsze pióra. W zamian  za to widziałam "panie pawiowe" z przychówkiem -  pisklętami, które mimo młodego wieku szczyciły się maleńką koroną na główce, wypisz- wymaluj, niczym ta w hrabiowskim herbie. Te oswojone ptaki są przyzwyczajone do obecności ludzi i bez obawy krążą w pobliżu stolików wystawionych na zewnątrz z parkowej kawiarenki, szukając okruchów pozostawionych przez turystów. 




Doprawdy trudno mi opisać wszystkie cudowności tego ogrodu, kwiatowe rabaty, strzyżone szpalery, kaskady pnączy i kilkusetletnie drzewa. Do tego z wyspy jest niezapomniany widok na zatopione w błękicie jezioro z łańcuchem gór na północy i zielonymi stożkami Pre Alp na lombardzkim brzegu. Ta panorama, kolory, zapachy i blask słońca, sprawiają, że chciałoby się tu pozostać na zawsze... Kiedy rozpoczyna się sezon turystyczny, statki kursujące po jeziorze są wprost oblegane i przewożą prawdziwe tłumy ludzi, zarówno do miejscowości na stałym lądzie, jak i na trzy wysepki, Isola Bella, Isola Pescatori i Isola Madre. Jak już pisałam, Isola Bella jest niewielka, lecz oprócz  sal muzealnych i ogrodów jest tu też obszerny taras przed pałacem i dość długa, zadrzewiona aleja, prowadząca na jej północny cypel. 




Od strony przystani wznosi się ładny, barokowy kościół oraz kilka domów, gdzie znajdują się sklepy z pamiątkami, niewielkie galerie i małe, przytulne knajpki. W związku z tym,  nikt nie narzeka na brak miejsc, gdzie w spokoju a nawet w samotności, można kontemplować zarówno piękno natury, jak i tego wspaniałego dzieła ludzkich rąk.

Jeśli kogoś zainteresował opis i chciałby zobaczyć więcej zdjęć z wyspy, zapraszam do albumu
>


sobota, 6 kwietnia 2013

Lombardia. Laveno-Mombello i Sasso di Ferro.



Jeśli  chcemy wyruszyć komunikacją publiczną z okolic Mediolanu na lombardzki brzeg Lago Maggiore, mamy do wyboru dwie linie kolejowe. Pierwsza to Ferrovie dello Stato, czyli pociąg jadący ze Stazione Centrale i zmierzający w stronę Szwajcarii, drugą opcją są lokalne Ferrovie "TreNord" obsługujące większość małych miejscowości w północnej części regionu, wyjeżdżające z dworca Milano Cadorna. Obydwa pociągi zawiozą nas do Laveno- Mombello, niewielkiej, lecz bardzo malowniczej miejscowości. 




Pierwsza linia ma swój dworzec nieco na uboczu miasteczka, natomiast pociąg lokalny zatrzymuje się nieopodal centrum, praktycznie nad samym brzegiem jeziora. Tu się kończą perony a umieszczone na ich krańcu zapory sprawiają wrażenie, iż ustawiono je po to, by cały skład wraz z podróżnymi nie zażył przypadkowej kąpieli... Osobiście preferowałam jadący dłużej pociąg lokalny, dający możliwość oglądania pejzażu i malowniczych miejscowości na trasie. Kiedy po raz pierwszy wybrałam się nad Lago Maggiore, po wyjeździe z Varese mój wzrok najpierw przyciągnął wspaniały widok masywu Monte Campo dei Fiori, który mogłam oglądać za oknami pociągu po prawej stronie; później, tuż przed Laveno, wyłoniła się potężna, prawie pionowa ściana Sasso di Ferro, porośnięta liściastym lasem oraz nieco niższe, zielone pagórki u jej stóp. Gdy pociąg się zatrzymał i wyszłam na peron, pomiędzy kwitnącymi oleandrami zobaczyłam wielką, błękitną przestrzeń z gładką połacią jeziora, zamkniętą wysokimi górami widocznymi na horyzoncie. Pomimo ciepłej, wiosennej pogody ich szczyty nadal okrywał śnieg, więc odcinały się wyraźnie na tle błękitnego nieba. Tuż obok dworca zobaczyłam nieduży port z pomostem dla jachtów i żaglówek oraz okazały ruchomy trap, gdzie przybija prom kursujący pomiędzy przeciwległymi brzegami jeziora.




Później byłam tam jeszcze wiele razy i przekonałam się, że podobnie jak to było w przypadku Jeziora Como, również Lago Maggiore pokazało mi się wtedy ze swojej najlepszej strony. Taka piękna pogoda z kryształowo przejrzystym powietrzem w Lombardii nie jest regułą i często ogromna ilość wilgoci ogranicza widoczność do minimum. Co prawda daje to bardzo interesujące efekty wizualne bo promienie słońca wydobywają z oparów kontury gór, jednak te uroki można docenić raczej przy kolejnych wizytach, gdy już wiemy co się kryje za tymi mglistymi zasłonami. Będąc w okolicy po raz pierwszy chciałoby się zobaczyć coś więcej i nacieszyć oczy nieznanym miejscem, więc miałam dużo szczęścia, że trafiłam na odpowiednią aurę. W Laveno  byłam jeszcze wiele razy, gdyż stąd wyruszałam na dalsze wędrówki po okolicy. Jedna wycieczek budzących moje najmilsze wspomnienia to ta, której celem był punkt widokowy nieopodal szczytu Sasso di Ferro. Można tam wejść pieszo, wybierając jedną ze ścieżek a latem w sezonie turystycznym wjechać wyciągiem kubełkowym. Szczerze mówiąc, nigdzie poza Laveno nie widziałam podobnego urządzenia, gdzie zamiast zwyczajowych siedzisk są transportery przypominające wysokie wiadro otwierane z boku, do którego należy szybko wskoczyć, gdyż wyciąg funkcjonuje metodą non-stop.




Przy wsiadaniu można liczyć na pomocne ramię personelu, który dba o bezpieczeństwo podróżnych. Obsługa chętnie pomaga mniej sprawnym osobom a poza tym każdemu bez wyjątku  fachowo zatrzaskuje blokadę drzwiczek. Jak zwykle w takich wypadkach, wjazd na górę jest atrakcją sam w sobie, więc ja również postanowiłam skorzystać z tego udogodnienia i muszę przyznać, że widok  jest  po prostu fantastyczny. Stojąc w  takim "kubełku" ma się możliwość oglądania całej okolicy, co naprawdę jest niezapomnianym przeżyciem.  Wyciąg tego typu posiada tę wyższość nad wyciągiem krzesełkowym, że mamy tu swego rodzaju "dwa w jednym". Ponieważ możemy się dowolnie obracać, patrzeć przed - i za siebie,  podczas jednego przejazdu podziwiamy widoki, które z wyciągu krzesełkowego oglądamy jedynie podczas jazdy tam i z powrotem. Kolejka linowa również nie zapewnia podobnych wrażeń, gdyż nie tylko porusza się na większej wysokości, do tego fakt, że jesteśmy zamknięci w ciasnym pudle z możliwością patrzenia przez szybę nie daje poczucia bezpośredniego kontaktu z naturą. Tym razem niemal na wyciągnięcie ręki miałam rozległe korony drzew a poniżej mogłam podziwiać śliczne kępki dziko rosnących żółtych żonkili.
Kolejka zatrzymuje się na wysokości 1000 m n.p.m. nieco poniżej właściwego szczytu, na skalnym występie, który nosi nazwę Poggio Sant' Elsa. W budynku stacyjki oprócz maszynowni kolejki jest piękny, obszerny taras widokowy a także hotel oraz restauracja (również z dużym tarasem) i sklep z pamiątkami.




Kiedy się tam wybrałam, był początek kwietnia i właśnie zaczynała się wiosna. W Lombardii jest to przepiękny czas a jeśli pogoda dopisze, można nie tylko skorzystać z pierwszych promieni słońca, które niejednokrotnie podnosi temperaturę do 20 ( i więcej) stopni, ale także z przejrzystego powietrza, dzięki czemu nasz wzrok biegnie daleko, daleko...A jest wtedy co podziwiać, gdyż góry właśnie pokrywają się świeżą zielenią, zaś niebo i wody jeziora nabierają głębokiej, szafirowo - kobaltowej barwy. Część drzew liściastych jest już okryta delikatnymi listeczkami podczas kiedy inne dopiero pokazują swoje nabrzmiałe, kosmate pączki. W ogrodach na dole kwitną gardenie, magnolie, azalie i glicynie, lecz góry także oferują naszym oczom to, co mają najpiękniejszego -  śliczne kwiaty tarniny o delikatnym zapachu, kępki narcyzów, krokusów i alpejskich fiołków. Włoski kwiecień naprawdę zasługuje na swoją nazwę a przebudzona przyroda robi wszystko, żeby kolorami i zapachami wynagrodzić nam miesiące zimowej szarości. Jednak chyba największe wrażenie wywołuje kontrast zieleni gór, błękitu jeziora oraz nieba z ośnieżonymi szczytami gór.




Wiosenne noce nadal są chłodne, więc na wysokości powyżej 1200 metrów śnieg utrzymuje się dość długo a to sprawia, że ostre, wiosenne światło pięknie wydobywa wszystkie kontury i modeluje załamania terenu. Szczególne mnie zafascynował widok kopulastego wierzchołka Monte Rosa, rozłożystego czterotysięcznika, który bardzo lubiłam obserwować od chwili, kiedy niespodziewanie zobaczyłam go podczas jazdy pociągiem do Mediolanu. Ta ogromna góra, mimo iż dość odległa, przy dobrej pogodzie jest nieźle widoczna w okolicy Como i Varese. Tym razem miałam ją jak na dłoni, widoczną po drugiej stronie jeziora, wyraźnie dominującą nad pozostałymi szczytami. Równie wspaniale prezentowała się cała reszta okolicy, z kobaltowym jeziorem w dole, zamknięta od wschodu masywem Monte Lema, ze szmaragdową Monte Campo dei Fiori oddzielającą lombardzką równinę od przedalpejskich wzniesień. Długo mogłabym podziwiać widok z tarasu, jednak przyszedł czas aby ruszyć w drogę, gdyż chciałam wejść na właściwy szczyt góry a następnie zejść na dół, do Laveno. Po drodze minęłam chłopaka krzątającego się przy paralotni, miałam nawet ochotę poczekać, aż wystartuje, gdyż nigdy nie widziałam tego momentu na żywo. Niestety, nie zanosiło się na to, że ów start nastąpi w miarę szybko więc udałam się w dalszą drogę. Wygodna ścieżka wśród drzew poprowadziła mnie zakosami po zboczu wprost do portu, gdzie cumowało mnóstwo żaglówek o nagich masztach, cierpliwie czekających, aż ich właściciele znowu ruszą w rejs...

Wzdłuż brzegu jeziora wiedzie bulwar z zadbanymi kwietnikami, gdzie można odpocząć na jednej z licznych ławek. Tu, na małym cyplu umieszczono bardzo ładną grupę rzeźb, przedstawiających wołu i osiołka oraz św. Franciszka, który prezentuje zwierzętom Dzieciątko Jezus. Bardzo lubiłam ten pomnik, zawsze mnie wzruszało jego ekologiczne przesłanie, dlatego oniemiałam, kiedy podczas jednej z kolejnych wizyt zobaczyłam, że otoczono go pancernymi szybami! Zapytałam jakiegoś przechodnia o przyczynę tego stanu rzeczy i usłyszałam, iż wiele osób wdrapywało się na grzbiety zwierzaków aby zrobić sobie zdjęcie. Działo się tak, choć obok umieszczono tablicę z napisem nawołującym do zaniechania podobnych zachowań. Z tego powodu, żeby zapobiec dewastacji rzeźby, posunięto się do tak drastycznego środka i umieszczono ją w szklanej klatce...W tym momencie miałam ochotę zawołać niczym Cyceron " O tempora, o mores!" Ci, co myślą podobnie, pewnie chętnie by się przyłączyli, lecz dla myślących inaczej są one jedynie wołaniem na puszczy....Z tym monumentem jest związana bardzo ciekawa historia, gdyż wzniesiono go aby upamiętnić XV Kongres Konstruktorów Bożonarodzeniowych Szopek, który odbył się właśnie w Laveno-Mombello. Miasteczko w tym stowarzyszeniu cieszy się znaczną sławą, ponieważ ma jedyną na świecie podwodną szopkę. Jej figury (naturalnej wielkości) są umieszczone na dnie jeziora, na wprost centralnego placu. Co roku w Wigilię odbywa się uroczysta procesja, uczestnicy przenoszą figurkę Dzieciątka Jezus z pobliskiego kościoła na brzeg, gdzie przejmują ją płetwonurkowie, aby następnie umieścić ją w podwodnym żłóbku. Pomysłodawcami i wykonawcami tej niezwykłej szopki byli  płetwonurkowie z grupy "Amici del Presepio" którzy po raz pierwszy zrealizowali ten niezwykły pomysł w 1979 roku. Niestety, osobiście nigdy nie widziałam owej procesji, gdyż  zwykle w okresie przedświątecznym intensywnie pracowałam albo wyjeżdżałam do Polski, żeby spędzić święta z moimi bliskimi. Jednak znając zamiłowanie Włochów do spektakularnych uroczystości nie wątpię, że jest ona imponująca w każdym calu!

Więcej zdjęć z Laveno Mombello i Sasso di Ferro jest pod linkiem>

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Nasze "znajdki".

Temat tego posta nie ma nic wspólnego z turystyką ale ponieważ wiem, że wśród znajomych blogerów jest wiele osób, które kochają zwierzęta, postanowiłam nieco rozwinąć temat "prezentu" jaki otrzymałam od wielkanocnego zajączka (choć zdaje się, że raczej stoi za tym święty Franciszek). Co ciekawe, jest to historia bliźniaczo podobna do tej, jaką kilka dni temu komentowałam na łamach zaprzyjaźnionego bloga  z tą różnicą, że tam w grę wchodził piesek.

Sprawy miały się tak, że w Wielki Piątek wyszłam rano z domu ponieważ miałam jechać do niedalekiej  wioski, aby zrobić opatrunek jednemu z moich pacjentów. Przechodząc koło śmietnika zobaczyłam niedużego, czarnego kotka, który chodził wokoło miaucząc żałośnie. Biedactwo wyglądało na wygłodzone, więc bez namysłu wzięłam go na ręce. Dzikie koty zwykle w takich sytuacjach nie pozwalają się do siebie zbliżyć, gdyż są przyzwyczajone traktować ludzi jako zagrożenie. O dziwo, ten zwierzaczek wcale się nie bronił i natychmiast zaczął mruczeć! Był jednak poważny problem, gdyż w domu mamy już kotkę Santanę, która jest bardzo zazdrosna o swoje terytorium i po prostu szaleje jeśli na nasz balkon (mieszkamy na parterze) wejdzie jakiś obcy kot. Jednak postanowiłam zaryzykować, z nadzieją, że tym razem sprawy może potoczą się inaczej z uwagi na młody wiek kociaka. 

Przezornie zamknęłam kotka w łazience, wyposażając go uprzednio w legowisko, miseczki z wodą oraz jedzeniem i udałam się do pracy. Po powrocie zauważyłam, że miseczka z jedzeniem jest wylizana do czysta a kotek nadal głodny... Obejrzałam go dokładnie, i stwierdziłam, że jest to koteczka, więc nadałam jej imię ulubionej przez Martę  bohaterki serialu "Buffy, postrach wampirów". Nawiasem mówiąc Buffy to zdrobnienie od Elizabeth, więc  poniekąd jest ona moją imienniczką. Kotka chyba tułała się od dłuższego czasu, bo nie tylko była wychudzona, ale również bardzo brudna, więc postanowiłam ją wykąpać. Ablucje odbyły się nadzwyczaj sprawnie i bez szczególnych problemów. Po kąpieli i wysuszeniu suszarką, okazało się, że Buffy ma śliczne, gęste futerko o rudych refleksach. Z punktu zaczęła zwiedzać dom i szybko uznała go za miejsce odpowiednie do zamieszkania. Na szczęście, Santana mimo iż trochę fuka i syczy na małą, nie jest wobec niej agresywna, więc można mieć nadzieję na ich pokojową koegzystencję.  Dobrze się składa, że w dniach poświątecznych ja i Marta nie pracujemy, więc możemy mieć sytuację pod kontrolą. Bardzo byśmy nie chciały stresować Santany, która też jest kotką po przejściach i podobnie jak Buffy z pewnością wychowała się wśród ludzi. Kiedy ją znalazłam trzy lata temu, była wysterylizowana i miała wszystkie nawyki kota domowego. Biedaczka także z niewiadomych powodów trafiła na ulicę i błąkała się po naszym osiedlu w okolicy sklepu mięsnego, gdyż pani sprzedawczyni dokarmiała ją okrawkami wędlin. 

Bardzo chętnie dała się przynieść do naszego domu, szybko objęła go w posiadanie i równie szybko zawojowała nasze serca, mimo że charakter ma niełatwy, a jeśli jej się coś nie podoba, gryzie bez miłosierdzia... Jednak jej śliczne, mądre oczy, różowy nosek i delikatne łapki oraz sposób, w jaki podnosi łebek żeby ją podrapać pod bródką, zawsze budziły w nas ciepłe uczucia. Niestety, kilka miesięcy temu okazało się, że jest nieuleczalnie chora, a lekarz weterynarii nie rokuje jej długiego życia... Na razie czuje się w miarę dobrze, lecz wiemy, że przyjdzie dzień, kiedy zauważymy niepokojące objawy zbliżającego się końca, i będzie to sygnał, że ostatnia rzecz jaką będziemy mogły dla niej zrobić, to nie dać jej cierpieć...

Kiedy usłyszałyśmy tę diagnozę był to dla nas straszny szok i opłakałyśmy ją szczerymi łzami. Dlatego też nie chciałybyśmy żeby w ciągu tego niedługiego czasu, jaki jej został, czuła się zagrożona i zdenerwowana. W związku z tym, umówiłam się z moją mamą, że w razie potrzeby zabierze Buffy do siebie, jeśli sytuacja rozwinie się w niepożądanym kierunku. Na szczęście, jak dotąd wszystko wskazuje na to, że obydwie kotki nawet jeśli się nie zaprzyjaźnią, to przynajmniej nie będą walczyć o terytorium. Ponieważ Buffy jest jeszcze młoda, (wygląda na jakieś  5-6 miesięcy) więc Santana nie traktuje jej jak rywalki. Mała nie jest zbyt natrętna ani zaczepna, to typowa milusińska, chętnie daje się brać na ręce i mruczy niczym  traktorek. Kiedy zastanawiam się nad jej nieoczekiwanym zjawieniem, przychodzi mi do głowy myśl, że nic nie dzieje się bez przyczyny i być może jest to prezent, który za jakiś czas nieco złagodzi nasz ból po odejściu Santany...