niedziela, 14 lutego 2016

Lombardia. Val Perlana - bazylika San Benedetto, fascynujący zabytek zagubiony w górach.



Val Perlana, to głęboki wąwóz, przecinający z góry na dół górskie pasmo, zwane Monti di Tremezzo. Nazwa doliny pochodzi od strumienia Perlana, wpadającego do jeziora Como, pomiędzy niewielkimi miejscowościami Lenno i Ossuccio. Źródło strumienia znajduje się na Monte Galbiga (1698 m) będącej częścią długiego łańcucha wzniesień, jakie widzimy po lewej stronie, kiedy płyniemy statkiem z Como do Bellagio. Choć od tej chwili minęło kilkanaście lat, nadal pamiętam mój pierwszy taki rejs, jakby to było wczoraj...


Widok zielonych, zalesionych stoków stromo schodzących w kierunku wody, z wioskami rozrzuconymi wzdłuż brzegu, oczarował mnie tak bardzo, że kiedy zamknę oczy, nadal go widzę siłą mojej wyobraźni... Wyższe partie gór to rozległe, trawiaste łąki, niegdyś będące pastwiskami, gdzie niejednokrotnie można napotkać budynki, jakie przed laty służyły za schronienie pasterzowi i jego zwierzętom. Dziś zdarza się, że są one przerabiane na letnie domy lub gospodarstwa agroturystyczne, lecz większość została opuszczona i powoli idzie w ruinę. Pamiętam, że podczas tego pierwszego rejsu poczułam przemożne pragnienie aby stanąć na szczycie tych wzniesień i żal mi ścisnął serce na myśl, iż pozostanie ono tylko w sferze marzeń... Jednak stało się inaczej, kiedy nieco oswoiłam się z włoskimi realiami, zaczęłam się zapuszczać w okoliczne góry; początkowo były to krótkie spacery, które z biegiem czasu przerodziły się w coraz dłuższe, całodzienne wyprawy.

Jedną z nich była wycieczka do San Benedetto, kościoła o niemal tysiącletniej historii, przy którym niegdyś znajdował się niewielki klasztor braci benedyktynów. 
Jest to cenny zabytek budownictwa romańskiego, wzniesiony z wapienia wydobywanego z kamieniołomów w niedalekim Moltrasio. Jego budowniczymi byli mistrzowie kamieniarscy, którzy przeszli do historii jako magistri comacini i intelvesi (wspominałam o nich kilkakrotnie w moich postach min. tutaj). Leży on w połowie zbocza Monte Galbiga, na wysokości 810 m; dotarcie do niego nie jest szczególnie trudną wyprawą, choć miejscami ścieżka pnie się bardzo stromo. Do San Benedetto można dojść zarówno z Ossuccio, jak i z Lenno, idąc po lewej lub po prawej stronie wąwozu, można też rozpocząć wędrówkę w jednej miejscowości a zakończyć w drugiej zataczając przy tym koło. Dzięki temu wycieczka jest bardziej urozmaicona, gdyż po drodze można odwiedzić Sacro Monte di Ossuccio (pisałam o nim tutaj) i piękne Sanktuarium Madonna del Soccorso, natomiast pod koniec wycieczki zboczyć do klasztoru zwanego Abbazia dell' Aquafredda, wzniesionego na obrzeżach Lenno.
Na taką właśnie wyprawę wybrałam się w towarzystwie dwóch znajomych Włoszek, Silvany i Aldy, mieszkających w jednej z sąsiednich miejscowości nieopodal Limbiate.

Do Como dotarłyśmy lokalnym pociągiem a następnie pojechałyśmy autobusem do Ossuccio, gdzie rozpoczęłyśmy nasz trekking. Ścieżka poprowadziła nas pomiędzy kaplicami Sacro Monte, dzięki czemu miałam okazję zobaczyć je ponownie a także porównać ich obecny stan z tym, w jakim je widziałam po raz pierwszy.
Na przestrzeni tych kilku lat, które minęły od mojej pierwszej wizyty, wykonano tam wiele prac konserwatorskich a rzeźby odkurzono i zrekonstruowano. Wcześniej Sacro Monte przedstawiało widok dość opłakany, natomiast po renowacji nieco razi nowością i jaskrawymi barwami (co podobno jest zgodne z jego pierwotnym wyglądem) jednak pocieszające jest to, że ten cenny zabytek sztuki sakralnej znajdujący się na liście UNESCO nie ulega dalszej degradacji. Poświęciłyśmy też nieco czasu na odwiedzenie Sanktuarium i krótki odpoczynek na jego pięknym tarasie, skąd jest wspaniały widok  na jezioro Como. Pogoda nam dopisała, był początek października, kiedy to we Włoszech zaczyna się złota jesień; zwykle w tym czasie nadal jest bardzo ciepło, ale już nie upalnie a liście powoli zmieniają swą barwę. W powietrzu nie widzi się foschii, więc często jest ono wprost kryształowo przejrzyste, co sprawia, że kolory stają się głębokie i nasycone, w stopniu mogącym przyprawić o zawrót głowy kogoś, kto podobnie jak ja, nigdy nie miał dość oglądania tego przepięknego pejzażu.

Po chwili wytchnienia ruszyłyśmy w dalszą drogę; początkowo szłyśmy mulatierą, pomiędzy poletkami otoczonymi niskimi murkami wzniesionymi metodą "al secco" pośród pachnących ziół, drzewek oliwnych i laurowych krzewów. Dalej poprowadziła nas wygodna ścieżka, biegnąca pomiędzy zielonymi pastwiskami; na koniec weszłyśmy w gęsty las, porastający zbocze góry. Tu już było widać pierwsze oznaki jesieni, liście kasztanowców zaczynały zwijać się i płowieć a niewielkie brzozy na skraju szlaku, niczym złociste fontanny wystrzelały pomiędzy ciemnozielonymi świerkami. Dzień był przepiękny, powietrze lekkie i niezbyt wilgotne, więc z radością, choć nie bez pewnego wysiłku, szłyśmy w górę. Jak wspominałam na wstępie, ścieżka miejscami pnie się dość ostro, więc co jakiś czas zatrzymywałyśmy się, żeby wyrównać oddech. Cała trasa ma długość około trzynastu kilometrów; można rzec, iż jest to niezły kawałek drogi, zważywszy, że do pokonania jest także 600 m przewyższenia. Nasz szlak prowadził  zboczem głębokiego wąwozu, aż do chwili, kiedy przekroczyłyśmy wąski strumień San Benedetto, toczący w dół swe wody i tworzący niewielkie kaskady w łożysku wypełnionym skalnymi odłamkami. Nieopodal znalazłyśmy małą tabliczkę, upamiętniającą turystkę, która w tym miejscu straciła życie skutkiem upadku ze skarpy; ta smutna pamiątka przypomniała nam, że nigdy dość ostrożności na górskich szlakach.


Okazało się, że do opactwa było już niedaleko i po przejściu niewielkiego odcinka drogi wyszłyśmy na otwartą przestrzeń. W głębi rozległej polany, na tle zielonego zbocza łańcucha Monti di Tremezzo, po drugiej stronie wąwozu ukazała się nam szara bryła kościoła i niewielki budynek dawnego klasztoru. Opactwo San Benedetto na pierwszy rzut oka nie oszałamia swoją urodą, architektonicznie jest dość skromne i mało ozdobne, wręcz prymitywne, lecz według mnie, właśnie ten aspekt w połączeniu z jego historią daje nam poczucie, że patrzymy na coś zupełnie wyjątkowego. Wygląda, jak by je wzniosły ręce niezbyt wyrafinowanych budowniczych, skupiających się przede wszystkim na jego funkcji użytkowej; jednak kiedy przyjrzymy mu się uważnie, zadziwi nas nie tylko precyzja w obróbce kamiennych elementów oraz ich doskonałe dopasowanie, ale także sposób, w jaki związano budynki z pochyłym, nierównym terenem, świadczący o wiedzy i kunszcie ówczesnych architektów.  Dla ozdoby świątyni przydano jej dwa rzędy arkatur oraz bloczki kamienne, ułożone ukośnie niczym zęby piły, odcinające tympanon od fasady. Ponad drzwiami widać okrągły zarys, który być może niegdyś był rozetą, choć uboga sylwetka kościoła nie wskazuje na to, że ten zamysł mógł być kiedykolwiek zrealizowany.


Podobna skromność i umiarkowanie cechuje trzy absydy; centralna, największa a nich, ma trzy otwory okienne typu monofora i cztery półkolumny połączone rzędem arkatur; dwie mniejsze, znajdujące się po jej obu stronach wyglądają podobnie z tą różnicą, że mają jedynie pojedyncze okna. Dzwonnica, wzniesiona na bazie kwadratu, jest kompletnie pozbawiona ozdób i wszystko wskazuje na to, że pełniła również rolę wieży obserwacyjnej. Obok kościoła wznosi się mały budynek niegdyś będący klasztorem, obok są ruiny dawnych zabudowań gospodarczych a na skarpie na wprost kościoła znalazłyśmy wkopaną w zbocze dawną piwnicę oraz źródło obudowane kamieniami.


Jak już pisałam, całość przedstawia się bardzo skromnie i świadczy o tym, że było to miejsce nie tyle przeznaczone do życia spędzanego na modlitwie i kontemplacji, co poświęcone przede wszystkim pracy fizycznej. Niegdyś na zboczu tych gór znajdowały się pastwiska i pola uprawne, dopiero później, kiedy zostały opuszczone i zaprzestano ich kultywacji, wziął je w swoje posiadanie bujnie rosnący las. Społeczność zakonna przetrwała w tym miejscu jedynie dwa stulecia; kiedy poniżej powstał klasztor i kościół Acquafredda,  opactwo przestało pełnić swoją funkcję a zakonnicy opuścili je definitywnieW następnych stuleciach było używane przez okolicznych wieśniaków jako schronienie dla zwierząt i ludzi, aż powoli zamieniło się w niemal kompletną ruinę. Na szczęście, nie doszło do jego całkowitego upadku, ponieważ w połowie XX wieku podjęto prace nad zabezpieczeniem kościoła, co jednak tylko na krótko poprawiło sytuację tego zabytku.

Dzięki wieloletnim wysiłkom lokalnej społeczności, w latach osiemdziesiątych XX wieku  ponownie podjęto się restrukturyzacji obiektu, która tym razem dała lepsze wyniki i pozwoliła nie tylko na należyte zabezpieczenie świątyni oraz klasztoru, ale przywróciła temu miejscu również jego wymiar duchowy. Co prawda dziś w klasztorze nikt nie mieszka, lecz mimo to, kościół nadal pełni swą dawną funkcję i kilka razy do roku odprawia się w nim nabożeństwa.
Miałyśmy szczęście, ponieważ zastałyśmy kościół otwarty; idąc nie miałyśmy pewności, że tak będzie, jednak ku naszej radości mogłyśmy wejść do jego wnętrza. Muszę powiedzieć, iż  mimo swojego surowego wystroju zrobiło ono na mnie ogromne wrażenie, nie sposób było nie zachwycić się prostotą tej świątyni, którą jeszcze bardziej podkreślały współcześnie dodane elementy, doskonale wpisujące się w jej styl: kamienny ołtarz, proste, nieliczne meble służące do odprawiania liturgii oraz ławki wykonane z surowego drewna i świeczniki z kutego żelaza. Wchodząc do kościoła, zauważyłam granitową płytę, umieszczoną tuż przed wejściem niczym swego rodzaju próg, gdzie wyryto znak równoramiennego krzyża wpisany w okrąg, rzecz, jakiej nie widziałam nigdy dotąd. Tuż za drzwiami, w przedsionku kościoła, znajduje się niewielka kolumna z kropielnicą, wykonaną współcześnie z terakoty. Niestety, oryginalna, wyrzeźbiona w białym marmurze z Muso, została skradziona w latach 70-tych XX wieku.

Mówi o tym tablica umieszczona w pobliżu; nie kryję, że ów napis był dla mnie świadectwem nie tylko ludzkiej podłości i zachłanności, lecz także tego, co w ludziach najlepsze - starania, aby ocalić od ruiny i zapomnienia to, co kiedyś inni podobni nam, stworzyli przed  wieloma wiekami...
Wszystkie trzy długo chodziłyśmy po kościele. Nie przeszkadzając sobie nawzajem, oglądałyśmy jego nawy, oddzielone rzędami ciężkich, kamiennych kolumn tworzących arkady o łagodnie wysklepionych łukach, drewniane belki stropu dźwigające kamienne płyty dachu i patrzyłyśmy przez małe okienka na świat rozświetlony słońcem. Wnętrze nie jest otynkowane, nie ma tam żadnych fresków ani ozdób, na których mogłoby spocząć nasze oko. Mimo to, jak nigdy dotąd, odczułam tam duchowy wymiar świątyni, której nie trzeba przydawać niczego więcej, ponieważ ona sama w sobie jest skończona, pozostając niemal częścią natury, tak, jak jest nią górska grota. Sądzę, że moje dwie towarzyszki miały podobne odczucia, bo także nie przejawiały żadnej chęci do opuszczenia tego niezwykłego miejsca. Na chwilę przysiadałyśmy w zadumie na ławkach, obserwując grę światła i cienia pomiędzy kolumnami, aby za moment ponownie wstać, jeszcze raz przejść wszerz i wzdłuż wnętrze kościoła, żeby popatrzeć przez jego wąskie okienka na pełną słońca dolinę.

Żal mi było opuszczać tę świątynię, gdyż w jej chłodnym, cienistym wnętrzu poczułam się częścią jej niemal tysiącletniej historii. Było to tak piękne i niespodziewane, że kiedy wychodziłam na zewnątrz, miałam wrażenie, że dobrowolnie wyrzekam się czegoś cennego, czego już nigdy nie zaznam...Jeszcze raz obeszłam kościół wokoło i ruszyłyśmy w drogę powrotną. Ponownie przekroczyłyśmy strumień Perlana, po czym przeszłyśmy na drugą stronę wąwozu. Stąd jeszcze raz mogłyśmy spojrzeć na szare mury San Benedetto, wznoszące się pomiędzy drzewami. Miałyśmy do przejścia kilka kilometrów, należało się pośpieszyć, ponieważ południe minęło dość dawno a nas czekała jeszcze  podróż powrotna. Cieszyłam się, że idziemy inną drogą, ponieważ po wyjściu z gęstego lasu od czasu do czasu znajdowałyśmy się na otwartej przestrzeni, co pozwalało nam patrzeć na szafirowe  wody jeziora w dole, półwysep z willą Balbianello i czerwone dachy zabudowań Lenno.  Na drugim brzegu jeziora Como, widać było jak na dłoni zielone stoki gór w obrębie Triangolo Lariano a w głębi za nimi, szary masyw Grigni, który zaczynał nabierać pomarańczowej poświaty od promieni słońca,  powoli chylącego się ku zachodowi. W miarę jak schodziłyśmy coraz niżej, przybywało domostw posadowionych na obrzeżach Lenno, otoczonych bujnymi ogrodami; na chwilę przerwałyśmy wędrówkę, żeby wstąpić do opactwa Aquafredda  (napiszę o nim przy innej okazji) i po niedługim czasie doszłyśmy do centrum miasteczka. Zeszłyśmy na nabrzeże, gdzie postanowiłyśmy odpocząć przed dalszą  podróżą w ogródku przytulnej kawiarenki z pięknym widokiem na jezioro.


W sumie miałyśmy za sobą pięć godzin marszu (co prawda podzielonego na dwa etapy, bo w kościele spędziłyśmy sporo czasu) i trzynaście kilometrów drogi, więc po tym wysiłku przyszła nam ochota na mocną kawę i sporą porcję lodów. Zjadłyśmy je bez żadnych wyrzutów sumienia, gdyż należała się nam ta drobna nagroda za osiągnięcie celu wyprawy. Nasza satysfakcja z niej była tym większa, że dzień był bardzo piękny, opactwo okazało się naprawdę fascynujące a do tego, choć szłyśmy razem po raz pierwszy okazało się, że ta wspólna wędrówka była całkiem udana. Poniżej zamieszczam zdjęcie wąwozu Val Perlana, uważne oko dostrzeże niemal na jego środku (tuż pod białą strzałką)  maleńki, szary punkt pośród zieleni - to właśnie szczyt wieży kościoła, widoczny pomiędzy drzewami.


Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie>

niedziela, 7 lutego 2016

Lombardia. Gravedona, Madonna del Tiglio - styl romański i relaks w błękicie.



Jednym z moich ostatnich wypadów we włoski plener była wycieczka do Gravedony, niewielkiej miejscowości położonej w północnej części jeziora Como, gdzie horyzont zamyka skalista ściana gór leżących nieopodal Chiavenny. Jeszcze dalej jest przełęcz Spluga, stanowiąca bramę pomiędzy Włochami i Szwajcarią, od której dzieli Gravedonę około sześćdziesięciu kilometrów. Jezioro w tym miejscu ma zupełnie inny charakter, niż część rozciągająca się pomiędzy Como i Bellagio. Nie zobaczymy tu mnóstwa wytwornych, letnich rezydencji, także miasteczka, mimo iż malownicze, nie oszałamiają swym urokiem tak bardzo, jak to ma miejsce w przypadku prześlicznej Varenny, Torno, czy Bellagio.


Tu okolica ma wygląd nieco surowy, klimat w zimie jest chłodniejszy a w lecie bardziej wietrzny. Dzięki tym silnie wiejącym wiatrom jest to prawdziwy raj dla osób uprawiających żeglarstwo, wind surfing i kite - surfing.
Statki, bez przerwy kursujące w południowo zachodniej części jeziora, tu zawijają rzadko co ma znaczenie dla bezpieczeństwa na wodzie, rzecz bardzo ważna tym bardziej, że wielu sportowców to nowicjusze, zdobywający pierwsze szlify w różnych szkółkach lub uczestniczący w kursach. Gravedona leży na wprost opactwa Piona, wspaniałego zabytku sztuki sakralnej, wzniesionego na przeciwległym brzegu jeziora, gdzie swego czasu byłam na wycieczce link. Za nim widać charakterystyczny zielony stożek Legnoncino i skalisty, trójgraniasty szczyt Monte Legnone, pięknej góry, której wierzchołek z racji wysokości (2610m)  nawet w cieplejszych miesiącach często pokrywa warstwa śniegu.


Jak już wspominałam pisząc o wycieczce do Piony z Como można tu dopłynąć statkiem typu "rapido" który co prawda zatrzymuje się rzadziej, lecz mimo to dystans pomiędzy tymi dwiema miejscowościami pokonuje w czasie ponad półtorej godziny, co sprawia, że cała wyprawa bardzo się przedłuża, bo przecież trzeba brać pod uwagę także podróż powrotną. Bezpośrednie rejsy odbywają się jedynie dwa razy dziennie, dość wcześnie rano i po południu, więc dla kogoś, kto tak jak ja miał jeszcze  do przebycia spory kawałek drogi do Como, zgranie wszystkich środków lokomocji było niemałym problemem. Poza tym nie lubiłam pływać takim statkiem, ponieważ faktycznie porusza się z prędkością godną swej nazwy i niemal cały czas mknie środkiem jeziora z szybkością błyskawicy, co w sumie nie jest zbyt atrakcyjne. Do tego na górnych, odkrytych pokładach strasznie wieje, więc jeśli ktoś dba o zdrowie lepiej usytuować się na jednej z dolnych kondygnacji i wyglądać przez okno, przez które siłą rzeczy widoczność jest dość ograniczona. Należy też mieć na uwadze kwestię ekonomiczną - bilet kosztuje dość sporo, nawet jak na włoskie realia. Dlatego też znalazłam rozwiązanie pośrednie, pojechałam do Gravedony autobusem a ze statku skorzystałam jedynie po to, aby przepłynąć na drugi brzeg, co pozwoliło mi zaoszczędzić sporo czasu, który w przeciwnym razie musiałabym spędzić na pokładzie. Oczekując na przeprawę do opactwa pobieżnie obejrzałam miasteczko, jednak zabrakło mi czasu, żeby odwiedzić jego najważniejszy zabytek, czyli leżący nieco na uboczu kompleks składający się z dwóch romańskich kościołów.


Co prawda, mogłam na niego popatrzeć płynąc do Piony i muszę powiedzieć, że ten widok bardzo mnie zafascynował. Zobaczyłam wtedy niewielki cypel a na nim wyniosłą, oktagonalną wieżę przykrytą niskim hełmem i masywne, szare bryły świątyń, wyłaniające się z pomiędzy zielonych platanów.
Po powrocie do domu przewertowałam moje przewodniki oraz zasoby internetu, dzięki czemu dowiedziałam się, że kościół z wyniosłą wieżą to Madonna del Tiglio, jedna z wielu romańskich świątyń, jakie można oglądać w okolicy jeziora Como. Leży ona nieco na uboczu Gravedony, w miejscu, które często jest nazywane Świętą Strefą, ponieważ z tego co wiadomo, od dawna było to miejsce kultu, zarówno za czasów pogańskich, jak i później, kiedy wprowadzono tu wiarę chrześcijańską.


Uważa się, że w V lub VI wieku powstało tu pierwsze chrześcijańskie baptysterium, którego resztki odkryto podczas prac restauracyjnych, przeprowadzonych w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jest nawet wzmianka na jego temat w niemieckich kronikach z Fuldy pochodząca z IX wieku, mówiąca o fresku przedstawiającym pokłon Trzech Króli, z którego przez dwa dni bił nieziemski blask. To pierwsze baptysterium prawdopodobnie uległo zniszczeniu; nie wykluczone, że z biegiem czasu uznano je za zbyt skromne, ponieważ w XII stuleciu zbudowano w tym miejscu kościół, jaki widzimy obecnie, chociaż z pewnym zastrzeżeniem - otóż jego charakterystyczna dzwonnica powstawała etapami; niższa część na bazie kwadratu sięga XIV wieku, natomiast część oktagonalną zakończono dopiero w wieku XVI. Być może, właśnie z tą powolną budową związana jest nazwa kościoła, gdyż na niedokończonej dzwonnicy miało wyrosnąć lipowe drzewko (tiglio to włoska nazwa lipy). Tak, czy inaczej, doszłam do wniosku, że z pewnością jest to miejsce bardzo interesujące dla kogoś, kto tak jak ja uwielbia romańskie kościoły, więc pewnego letniego dnia wybrałam się pociągiem do Como, aby ponownie wsiąść do autobusu zmierzającego w stronę Gravedony.

Jazda autobusem trwała dość długo, lecz jak zwykle była dla mnie atrakcją sama w sobie, ponieważ uwielbiałam te podróże ze względu na możliwość podziwiania przepięknej okolicy. Zwykle starałam się usiąść na pierwszym siedzeniu a jeśli było zajęte, wybierałam jakieś inne, znajdujące się przy oknie od strony jeziora, bo choć większość tych widoków znałam na pamięć, to nigdy mnie nie nużyły. Śmiało mogę rzec, że choć miejsca i pejzaż były te same, to nigdy nie wyglądały tak samo, gdyż zmieniały się w zależności od pory dnia i pogody.
Raz mogłam podziwiać jezioro i jego brzegi w oślepiającym blasku słońca rozświetlającego wszystkie kolory, innym razem była to szafirowa lub liliowa zasłona foschii, welon mgły, zacierający kontury albo powietrze ciężkie i pociemniałe od nadciągającej burzy. Kochałam ten pejzaż i te miejsca, były jedną z tych rzeczy, którymi karmiłam moją duszę podczas lat spędzonych z dala od wszystkiego, co zostawiłam wyjeżdżając z Polski... Niebieski autobus kołysał się pokonując kolejne zakręty a ja syciłam oczy tym widokiem, znów czułam się jak mała dziewczynka, która zakłada swoją ulubioną sukienkę w kropki i biegnie na łąkę odkrywać nowe światy...Kiedy dotarłam do przystanku na obrzeżach Gravedony i wyszłam z klimatyzowanego autobusu, okazało się, że na zewnątrz upał jest po prostu nie do zniesienia a powietrze wprost faluje nad rozgrzanym asfaltem; szybko pomaszerowałam w stronę brzegu jeziora w poszukiwaniu zarówno kościoła, jak i odrobiny chłodu, który mógł mi przynieść wiatr wiejący od wody.

Minęłam długi kamienny mur; Madonna del Tiglio ukazała mi się niespodziewanie i muszę powiedzieć, że ten widok był dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż bryła świątyni wydała mi się raczej nieduża w stosunku do dość masywnej, wyniosłej wieży i skojarzyła mi się z sylwetką żyrafy o wyciągniętej szyi. Mimo to, trudno było jej odmówić swoistej urody i elegancji. Wzniesiono ją z materiału dostępnego w okolicznych kamieniołomach; niemal czarnego kamienia z Olcio i białego marmuru z Muso, ułożonych w poprzeczne pasy. Architekt dla ozdoby dodał jej fryzy arkadowe, ciągnące się zarówno pod dachem głównego korpusu, jak i trzech absyd, z których dwie znajdują się po bokach, natomiast trzecia naprzeciwko głównego wejścia. Absydy zdobią delikatne, smukłe kolumny, w tych bocznych umieszczono także pojedyncze, okrągłe okna, natomiast w trzeciej, podobnie jak w głównym korpusie, przebito wąskie otwory okienne typu monofora. Patrząc na nie widzimy, jak grube są ściany jednak choć same okienka są niewielkie, dzięki temu, że od strony zewnętrznej rozszerzają się one niczym luneta, całość świątyni nabiera nieco lekkości.

Nad głównym wejściem dostrzeżemy takie pojedyncze okienko- kiedy patrzymy na nie z dołu, wydaje się, że jest to jedynie wąska szczelina; nad nim umieszczono marmurową rzeźbę w kształcie ludzkiej głowy a po jego obu stronach widnieją symboliczne płaskorzeźby, wyryte w białym marmurze. Uważa się, że głowa pochodzi ze starożytnej steli nagrobnej, natomiast płaskorzeźby prawdopodobnie zdobiły pierwotną świątynię. Górna, oktagonalna część wieży wygląda nieco mniej masywnie dzięki dużej ilości okien, w tym również dwu i trójdzielnych oraz fryzom, utworzonym z ukośnie ułożonych kamiennych bloczków i arkatur. Jak już wspomniałam, Madonna del Tiglio pełniła rolę baptysterium dla sąsiedniego  kościoła San Vicenzo, lecz w przeciwieństwie do innych budowli tego typu, wzniesionych na planie okręgu, zbudowano ją na planie kwadratu.
Wnętrze świątyni jest niezbyt duże i dość ciemne, gdyż wpada tam niewiele światła dziennego, jednak jej architektura robi wielkie wrażenie dzięki półokrągłym niszom i wnękom absyd oraz dwóm niewielkim krużgankom przeznaczonym dla kobiet, umieszczonych wysoko na ścianach bocznych. Niegdyś te wewnętrzne ściany zdobiły piękne freski a część z nich zachowała się do czasów nam współczesnych. Możemy tu zobaczyć malowidło przedstawiające pokłon Trzech Króli, które zastąpiło fresk wspomniany w  kronikach z Fuldy, Sąd Ostateczny i wizerunki świętych a w absydzie po lewej stronie, częściowo zniszczone malowidła naścienne, przedstawiające Madonnę z Dzieciątkiem, świętego Mikołaja z Bari oraz innego świętego, którego z braku atrybutów do tej pory nie zidentyfikowano.

Twarz i część korpusu Madonny uległa destrukcji, na ocalałym fragmencie możemy podziwiać jedynie jej dłonie i pięknie oddaną szatę. Muszę powiedzieć, że wszystkie te freski wzbudziły mój szczery zachwyt; wiele razy na łamach tego bloga pisałam o tym, że patrząc na podobne malowidła czuję swego rodzaju ponadczasową więź z ludźmi, którzy je stworzyli. Nie przeszkadzają mi widoczne  niedoskonałości, nie myślę o brakach warsztatowych, czy niedostatku talentu nieznanego mistrza; widzę w nich ponadczasowe świadectwo szlachetnego dążenia człowieka do pokonania własnych ograniczeń i wyrażenia tego, co niewyrażalne. Podziwiam w nich przemożną chęć przedstawienia za pomocą skromnych środków istoty wiary, poprzez tworzenie swego rodzaju katechizm dla niepiśmiennych, gdzie obraz zastępuje słowo, budzi wzruszenie i refleksję. Dla mnie też była to okazja do takiej refleksji; nie mogę powiedzieć, że dzieła sztuki, jakie można oglądać w kościołach z późniejszych epok nie dają mi powodów do podziwu, cenię je, jako wyraz kunsztu, jednak nie budzą one we mnie wzruszenia takiego, jakie jest moim udziałem w kościołach romańskich, gdzie architektura i sztuka pełnią rolę służebną a nie są celem same w sobie. Zdjęcia, jakie wtedy zrobiłam we wnętrzu świątyni nie są dobrej jakości, ponieważ światło nie było najlepsze a z uwagi na ochronę fresków wyłączyłam flesz; jednak mimo to, mam nadzieję, że przynajmniej częściowo dają wyobrażenie o ich dawnej wspaniałości.

W kościele znajduje się jeszcze jeden cenny zabytek - wielki krzyż, wyrzeźbiony w drewnie. Twarz Chrystusa i forma tego krzyża skojarzyły mi się z naszymi stylizowanymi  świątkami i w pierwszej chwili sądziłam, że jest to dzieło współczesne; byłam naprawdę zdziwiona, kiedy okazało się, że pochodzi on z XII wieku! Nie znalazłam informacji na ten temat, jednak mam wrażenie, że poddano go zaawansowanym zabiegom konserwatorskim a poprzeczna belka krzyża według mnie wręcz lśni nowością (ale mogę się mylić). Niestety, robione przeze mnie zdjęcie okazało się kompletnie nieudane, więc zamieszczam jedno z ogólnie dostępnych, jakie znalazłam w internetowej domenie publicznej.  
Drugą ze świątyń należących do opisywanego tu kompleksu jest kościół San VincenzoO wiele większy, został gruntownie przebudowany w XVII i XVIII wieku z tego okresu pochodzi również jego wystrój. W czasie tej restrukturyzacji dodano mu elegancki portyk i skrzydła boczne, gdzie mieszczą się dwa oratoria; dzięki temu powstał bardzo ładny dziedziniec otoczony krużgankiem. Z dawnego, wczesnochrześcijańskiego kościoła, jaki wzniesiono w XI wieku, pozostała piękna, rozległa krypta, poświęcona świętemu Antoniemu. Jest ona dostępna dla zwiedzających, więc mogłam tam podziwiać wspaniałe kolumny i posadzki, gdzie mimo upływu czasu i wielu stóp, które tamtędy przeszły, nadal widać motyw róży o siedmiu płatkach, wyryty ręką nieznanego artysty - kamieniarza. 
  
Cały ten kompleks wzniesiono w bardzo atrakcyjnym miejscu, są tu starannie utrzymane trawniki a piękne platany dają miły cień, tworząc przy tym wspaniałe tło dla kościołów. Nieopodal napotkałam ładny, barokowy budyneczek, który w pierwszej chwili wzięłam za kapliczkę, jednak okazało się, że jest to obudowane źródło z pojemną cysterną na wodę, co zapewne niegdyś dobrze służyło zdrożonym podróżnym. Tuż obok, pośrodku pięknej kępy drzew znalazłam też ciekawą w kształcie fontannę a na przyległym, niewielkim placu, okazały pomnik poświęcony pamięci żołnierzy pochodzących z Gravedony, którzy polegli na wojennych frontach.


Jak wspominałam, obydwa kościoły leżą niemal na skraju wody i jest stąd piękny widok na jezioro oraz otaczające je góry. Można go podziwiać siedząc w cieniu platanów, chłonąc błękit nieba zlewającego się z kolorem połyskliwych fal i zieleń Prealp, dające nawet w upalny dzień miłe  poczucie chłodu. Wszystkie lombardzkie jeziora są naprawdę przepiękne, dostarczają też mnóstwa wrażeń, lecz ten widok był jednym z najbardziej relaksujących, jakie zdarzyło mi się oglądać. Oczywiście nie ma tu mowy o żadnych rankingach, czy porównaniach, każde z nich oferuje coś innego i w zależności od naszych oczekiwań lub nastroju, możemy znaleźć w nich to "coś" co w danym momencie nas oczaruje i sprawi, że właśnie w tej chwili i w tym miejscu poczujemy się wspaniale. Czasem jest to oszołomienie na widok natłoku wspaniałości a innym razem poczucie, że przeżywamy miły moment dolce far niente, słodkiego nieróbstwa, kiedy odpoczywa nasze ciało i umysł, myśli płyną leniwie a oko ogarnia obraz jako całość, nie rejestrując nadmiaru szczegółów... Z takich chwil nie pamięta się detali, jedynie ogólne wrażenie doskonałego odprężenia, swego rodzaju trans, w którym chciałoby się pozostać na długo.


Niestety, każda wycieczka się kończy i moja też dobiegła kresu, przyszedł moment, kiedy należało pomyśleć o powrocie. Tym razem poszłam na przystanek w centrum miasta, aby jeszcze raz rzucić okiem na ładny bulwar i Palazzo Gallio, wielką willę, stojącą na skraju wody. Wybudowano ją  w XVI wieku dla kardynała Tolomeo Gallio, lecz właściciel nigdy w niej nie mieszkał, gdyż nie dożył jej ukończenia. Spadkobiercy kardynała nie byli nią zainteresowani, więc za panowania austriackiego ulokowano w niej szpital. W początkach XIX wieku willa przeszła w ręce prywatne a obecnie jest siedzibą Zrzeszenia Gmin Alto Lario. Wokół niej jest zabytkowy ogród pełen krzewów kamelii; to sprawia, że w okresie ich kwitnienia przybywa tam sporo ludzi, żeby podziwiać ten piękny spektakl natury. Szkoda, że nie starczyło mi czasu na obejrzenie pozostałych zabytków Gravedony, w tym niewielkiej, romańskiej świątyni pod wezwaniem SS Gusmeo e Matteo, wzniesionej w miejscu, gdzie za czasów Maksymiana zostali straceni i pochowani ci dwaj męczennicy. Żałowałam tym bardziej, że można tam zobaczyć ciekawe freski pędzla Gian Maura, młodszego z braci della Rovere, znanych pod przydomkiem Fiammenghini. Gdybym miała więcej czasu mogłabym też pójść do Peglio, górskiej wioski odległej o trzy kilometry od Gravedony; w tamtejszym kościele również są malowidła naścienne tego płodnego artysty, w tym autoportret a także wizerunki jego żony i dzieci, które umieścił pośród wielu innych postaci.


W okolicy jest też wiele ciekawych szlaków, którymi można powędrować w głąb gór, jednak dla mnie było to zbyt daleko aby planować jakieś dłuższe wycieczki, zważywszy, że sam dojazd do Como trwa około godziny a z Como do Gravedony półtorej, co w sumie dawało pięć godzin jazdy, nie licząc przesiadek. Z tego względu zwykle wybierałam górskie trasy położone bliżej domu, dzięki czemu mogłam przeznaczyć więcej czasu na wędrówkę sensu stricto. Jednak zdarzało się ( jak to było w przypadku Madonny del Tiglio, której oktagonalna wieża zafascynowała mnie tak bardzo) iż jakieś miejsce do tego stopnia zawładnęło moją wyobraźnią, że bez względu na odległość po prostu musiałam zobaczyć je z bliska....

Jak zwykle można zobaczyć więcej zdjęć  z Gravedony w albumie>

niedziela, 17 stycznia 2016

Wenecja Wenecjan i wiatr od morza.



Podczas trzeciego dnia spędzonego w Wenecji, zobaczyłyśmy miasto z zupełnie innej strony. Nie było ani tak pocztówkowo piękne i kolorowe, jak pierwszego dnia, ani takie, jakim je widziałyśmy w drugim dniu, romantycznie zatopione w deszczu i popielatym świetle tłumiącym jego barwy. Ponieważ miałyśmy wyjechać po południu, postanowiłyśmy, że tym razem nie pójdziemy w stronę placu Świętego Marka, lecz pozostaniemy w okolicy, gdzie znajdował się nasz hotel. Dzielnica ta nazywa się Cannaregio i leży w północnej części miasta, pomiędzy dworcem Santa Lucia i Ponte Rialto.

Podobnie jak w innych dzielnicach  Wenecji, także i tu można spotkać turystów. Mimo to, ma ona zdecydowanie inny charakter a na mostkach, placach oraz w zaułkach, można zobaczyć o wiele więcej stałych mieszkańców, niż przybyszów. Z tego powodu nazwałam ją Wenecją Wenecjan, bowiem na pierwszy rzut oka widać, że tu się mieszka i żyje dniem codziennym, chodzi na targ, robi zakupy w okolicznych sklepach, czy wyprowadza psa na spacer. Nasze zwiedzanie rozpoczęłyśmy od kościoła, gdzie są przechowywane relikwie św. Łucji. Można je oglądać w jednej z kaplic, leżą w kryształowej trumnie, odziane w haftowaną szatę koloru krwi, ze srebrną maską zamiast twarzy. Wcześniej św. Łucja miała swoją świątynię w miejscu, gdzie obecnie znajduje się wenecki dworzec, jednak do dziś pozostała z niej tylko nazwa, którą dworzec odziedziczył, natomiast relikwie przeniesiono na nowe miejsce, do nieodległego kościoła św. Jeremiasza. Szczerze mówiąc, widok trumny z widocznymi wewnątrz zwłokami, budzi we mnie mieszane uczucia; z jednej strony skłania mnie do refleksji nad życiem i jego przemijaniem, wierności sobie, swoim ideałom i temu co sprawia, że człowiek w ich obronie jest gotów ponieść katusze i śmierć. Z drugiej strony jest to swego rodzaju litość nad kruchymi doczesnymi szczątkami, które dawno powinny obrócić się w proch, z jakiego powstały i znaleźć wieczny odpoczynek... Niestety, relikwie świętej tego spokoju nie zaznały; z Syrakuz, gdzie poniosła męczeńską śmierć, trafiły do Konstantynopola. Po złupieniu tegoż przez krzyżowców podczas IV krucjaty, na polecenie doży Enrico  Dandolo przewieziono je do Wenecji, wraz z czterema rumakami i posągami tetrarchów, o których pisałam w pierwszym poście.




Później kościół, jaki dla nich zbudowano został rozebrany a relikwie przeniesiono, jednak  w roku 1981 nieznani rabusie wykradli je (podobno dla okupu). Zostały odzyskane 13 grudnia tego samego roku, w dniu tradycyjnych obchodów ku czci tej świętej i od tamtej pory nikt już nie popróbował zakłócać ich spokoju. Po obejrzeniu kościoła puściłyśmy się na dalsze zwiedzanie, idąc przed siebie bez planu i celu. Trafiłyśmy w miejsce, gdzie nad wąskim kanałem stało wiele niegdyś wspaniałych domów, dziś chylących się ku upadkowi o odpadających tynkach, z zamkniętymi okiennicami poczerniałymi i spaczonymi od wilgoci. Jednak także w tym obrazie opuszczenia i ruiny ni stąd ni zowąd można było zobaczyć jakieś okno z firanką albo doniczkę z kwiatkiem stojącą na balkonie, co mogło wskazywać na to, że mimo wszystko nadal ktoś tam mieszka. Od lat mówi się o tym, że Wenecja umiera powolną śmiercią a liczba jej ludności systematycznie spada. Ze 164 000 mieszkańców w 1931 roku pozostało niewiele ponad 60 000. Co prawda, ogromna ilość przybyszów z całego świata podwaja tę liczbę, lecz jeśli sprawy nadal będą się toczyć w tym kierunku, nie wykluczone, że z biegiem czasu Wenecja stanie się jedynie skansenem, do którego ze stałego lądu będą przybywać pracownicy świadczący usługi turystom. Jest to czarny scenariusz, lecz ta spadkowa tendencja budzi poważne zaniepokojenie Wenecjan. Chcieliby oni widzieć swoje miasto takim, jakie było niegdyś, co jest o tyle trudne, że poza sektorem usługowo-turystycznym brakuje tu miejsc pracy a remonty murszejących budynków są bardzo kosztowne. Z tego względu, ktoś szukający możliwości urządzenia się w miarę szybko i wygodnie, wybiera życie na stałym lądzie.




Byłyśmy bardzo poruszone tym, co zobaczyłyśmy,  lecz o ile mnie ten widok napełnił smutkiem i poczuciem beznadziei, Marta stwierdziła, że mimo wszystko, wiele by dała za to, żeby tu zamieszkać. Nie powiem, że ten obraz Wenecji nie odznaczał się malowniczością; tak to się jakoś dzieje, że kruszejące mury z liszajami zacieków, piękne kute kraty i balkony powoli pokrywające się rdzą, niegdyś biały wapień portali, dziś poczerniały, z zatartymi konturami płaskorzeźb, w łagodnym świetle odbitym od wody kanału nabierają trudnego do określenia, chorobliwego uroku. Przypomniał mi się jeden z moich ukochanych filmów "Śmierć w Wenecji" Viscontiego i scena, kiedy profesor Aschenbach z twarzą ukrytą pod tandetnym makijażem przypominającym karnawałowa maskę, nosi w sobie śmierć, chodząc po ulicach umierającego miasta. Widziałam ów film wiele razy, jednak te końcowe sceny będące przejmującą metaforą ludzkiego życia, zawsze robią na mnie ogromne wrażenie. Emocje jakie we mnie budzą są trudne do ubrania w słowa, ukazują mi ukryte prawdy, które się odgaduje intuicyjnie i pozostawia tylko dla siebie, gdyż wszelka dyskusja na ten temat jest zbędna, i może jedynie spłycić oraz strywializować to, co czujemy...





Jednak mimo wszystkich zagrożeń ze strony morza, Wenecja nadal żyje i są w niej Wenecjanie. Mogłyśmy się o tym przekonać wędrując przez place i uliczki Cannaregio, gdzie spotkałyśmy wiele osób bez wątpienia będących jego stałymi mieszkańcami, na co wskazywał zarówno ich strój, jak i zachowanie. Widać było, że są stąd, bowiem nie gapili się na okolicę, nie kontemplowali widoków, przemieszczali się z obojętnym wyrazem twarzy, spiesząc do swoich zwykłych zajęć a jeśli ktoś się zatrzymywał, to jedynie na widok znajomego aby sobie z nim uciąć pogawędkę. Znalazłyśmy tam wiele sklepów i punktów usługowych, które nie były nastawione na sprzedaż gadżetów i pamiątek, lecz na zaspokajanie potrzeb dnia codziennego. Szczególnie zafascynował nas widok pracowni kamieniarskiej, gdzie na podwórzu stało mnóstwo rzeźb, kolumn, fontann i rozmaitych ozdobnych detali wykonanych w tradycyjnym, włoskim stylu z marmuru i piaskowca, mogących służyć do uświetnienia pięknej rezydencji albo parku.




Po przekroczeniu jednego z mostków, stanęłyśmy przed wspaniałym, zabytkowym pałacem, w którym obecnie mieści się hotel "Antico Doge". Niegdyś należał on do arystokratycznej rodziny Faliero a jeden z jej członków, Marino, zapisał się w historii Republiki Weneckiej jako spiskowiec i zdrajca. Został on wybrany dożą, lecz urząd ów sprawował jedynie kilka miesięcy, gdyż zapragnął pójść o krok dalej, obalić Republikę i przyjąć tytuł  księcia. Dla swych poczynań zdołał skaptować stronników pośród przedstawicieli niższych klas, jednak spisek wykryto a Marina Faliero skazano na śmierć. Został  ścięty na zewnętrznych schodach  Pałacu Dożów, w tym samym miejscu, gdzie niedawno przysięgał wierność Republice Weneckiej. Oprócz śmierci fizycznej skazano go także na śmierć cywilną; w galerii pałacu, pośród 120 wizerunków tych najwyższych urzędników, w miejscu, gdzie powinien wisieć jego portret, widnieje czarna zasłona i napis przypominający o zdradzie, jakiej się dopuścił. Dość długo krążyłyśmy po uliczkach i placykach usytuowanych nieopodal Ponte Rialto, od czasu do czasu trafiając w miejsce, skąd nieoczekiwanie otwierał się przed nami widok na Wielki Kanał i pałace stojące na jego przeciwległym brzegu. Ten widok przypominał mi wszystkie piękne obrazy, jakie niegdyś widziałam, wspaniałe "weduty" Carlevarisa, Guardiego czy Canaletta, pokazujące Wenecję z fotograficzną dokładnością, cudną, rozświetloną światłem odbitym od wody, statyczną a jednocześnie rozedrganą niczym fatamorgana.



Przebywając we Włoszech  przez wiele lat przestałam się dziwić, że na przestrzeni wieków ściągali tu malarze z całego świata w poszukiwaniu jedynego w swoim rodzaju światła dającego niesamowite efekty, które w niezrównany sposób modeluje kształty i wydobywa kolory. Sądzę, że właśnie to zmieniające się światło stanowi o szczególnym uroku włoskiego pejzażu, gdyż często jakieś miejsce ukazywało mi się w zupełnie innej odsłonie, mimo że niejednokrotnie widziałam je już wiele razy i było mi ono doskonale znane. W takich chwilach chwytałam mój aparat fotograficzny, żeby uwiecznić ten magiczny i jedyny w swoim rodzaju moment, jednak efekt końcowy rzadko był satysfakcjonujący. Nie ma w tym nic dziwnego, bo czym jest martwa soczewka aparatu, wobec doskonałości ludzkiego oka, przesłoniętego łzą wzruszenia i serca bijącego szybciej na widok piękna natury? Wenecja także dała mi wiele okazji do zadziwienia i zachwytu, gdyż jak już wspominałam, wielokrotnie zmieniała swój wygląd na naszych oczach już od pierwszego dnia, kiedy to początkowo ostre słońce powoli chyliło się ku zachodowi, wydłużały się cienie a wszystkie kontury powoli zacierał zmierzch. Później, nocą w nikłym świetle latarni, kiedy domy wznosiły swe ściany wysoko ponad naszymi głowami, niemal stykając się na tle czarnego nieba, pokazała nam inną twarz, uchylając przed nami rąbka swych mrocznych tajemnic. Drugi dzień, to była Wenecja widziana przez delikatną zasłonę deszczu, spowita popielatym woalem, z kolorami nasyconymi, pociemniałymi i stłumionymi.




Trzeciego dnia, kiedy wyszłyśmy z domu, nad miastem snuły się poranne mgły; wszystko zadawało się parować a słońce, niechętnie przebijające się przez te zasłony sprawiało, że nieostre kontury budynków falowały i drgały, dając niesamowite wrażenie, iż miasto jest czymś nierzeczywistym, niczym obraz w lustrze, który jest, lecz wystarczy lekko poruszyć zwierciadło a wszystko zmienia się i odpływa...Choć w porównaniu do poprzedniego dnia pogoda poprawiła się zdecydowanie, deszcz nie dawał za wygraną. Od czasu do czasu nadciągała jakaś chmura i zaczynał padać drobny deszcz, lecz trwało to na tyle krótko, że nie zawsze miałyśmy ochotę na otwieranie parasola.  Zawróciłyśmy z okolic Rialto w stronę hotelu, ale nie poszłyśmy tą samą drogą wiodącą w pobliżu Canale Grande, lecz prosto przed siebie, w stronę północnego krańca lądu. Tu zobaczyłyśmy miasto bardziej zwyczajne, z domami jakich wiele, jedynie z tą różnicą, że także i tu było ono poszatkowane pasami wody, nad którymi przerzucono ceglane mosty, ozdobione ornamentami z białego kamienia z Istrii. Swego czasu, kiedy Istria i Dalmacja znajdowały się pod panowaniem weneckim, przywożono z tamtejszych kamieniołomów ten szczególny rodzaj stosunkowo lekkiego, lecz twardego wapienia, który choć bardziej matowy, po wypolerowaniu całkiem nieźle naśladuje marmur.





To z niego tworzono okładzinę dla weneckich pałaców, w nim wykuwano piękne portale, płaskorzeźby i ornamenty, które nadal można podziwiać chodząc po ulicach miasta. Pod tym względem Wenecja jest miejscem szczególnym, wzniesiona na bagnistym gruncie, w który wbito niewyobrażalną ilość drewnianych pali, będących niczym odwrócony, ukryty las, co zamiast wzwyż, rośnie w głąb ziemi, na zewnątrz pokazuje nam kamień wydobyty z trzewi wyrobisk, powstały z milionów morskich żyjątek...Czy takie miasto można porównywać z innymi? Wenecja była, jest i będzie jedyna w swoim rodzaju i nie ma tu nic do rzeczy fakt, że skutkiem nawały turystów stała się swego rodzaju samograjem, turystyczną Mekką, którą trzeba zaliczyć, ażeby później móc wyrazić swój zachwyt lub dezaprobatę.
W części miasta, do której trafiłyśmy, znowu miałyśmy okazję przyjrzeć się codziennemu życiu Wenecjan. Tu nie zawijały gondole, ich miejsce zajęły zwykłe, wiosłowe łódki i motorówki. Wiele z nich stało przy nabrzeżach, inne uwijały się po kanałach niczym pracowite mrówki, wożąc towary oraz swoich właścicieli. Mogłyśmy popatrzeć na codzienną pracę ludzi, pracowników firmy kurierskiej dostarczającej łodzią paczki, robotników budowlanych wywożących gruz, łódź należącą do zakładu oczyszczania miasta transportującą worki ze śmieciami i panią listonosz, która pływała motorówką w towarzystwie bardzo zdyscyplinowanego wyżła.




Domy w tej okolicy były mniej ozdobne, nie widziało się bogatych ornamentów i balkonów, lecz podobnie jak w starszej części miasta, wiele z nich miało na dachu dość rozległy taras. W perspektywie kanału widać było morze, skąd nadciągał powiew wiatru rozganiającego ciemne chmury i osuszającego ulice oraz place po przelotnych deszczach. Ponieważ dotarłyśmy do krańca miasta, skręciłyśmy w lewo, w stronę dworca i naszego hotelu. Droga niespodziewanie zaprowadziła nas do miejsca, które chciałyśmy zobaczyć, choć miałyśmy obawy, że nie zdołamy go odnaleźć. Tym miejscem było dawne weneckie getto, część miasta przeznaczona dla ludności żydowskiego pochodzenia, niegdyś całkowicie wyodrębnione i zamykane na noc. Zachował się niewielki portyk, gdzie niegdyś znajdowały się drewniane wrota, po których do naszych czasów pozostały jedynie wrzeciądze. Edykt wydany przez Napoleona zrównał wszystkich mieszkańców Włoch przyznając im te same prawa, więc od tej pory weneccy Żydzi mogli się osiedlać w dowolnym miejscu. Mimo to, w obrębie dawnego getta nadal jest sporo obiektów będących we władaniu społeczności żydowskiej, między innymi synagoga, wzniesiona nieopodal centralnego placu z trzema studniami.




Jedną z jego pierzei  zajmuje ceglany mur, na którym umieszczono tablice z brązu, mówiące o eksterminacji tego narodu w czasie II Wojny Światowej, kiedy to dwustu Wenecjan żydowskiego pochodzenia zginęło w obozach koncentracyjnych. Na murze synagogi znalazłyśmy jeszcze jedną tablicę, także poświęconą pamięci ludzi pomordowanych w trakcie Holocaustu. Ponieważ zbliżał się czas odjazdu, opuściłyśmy getto z poczuciem, że w tym mieście, tak przepełnionym świadectwami historii, niespodziewanie otworzyły się przed nami jeszcze jedne drzwi, prowadzące do świata, który minął...Chodząc po dzielnicy Cannaregio, prawdopodobnie (tak samo jak poprzedniego dnia w dzielnicy San Marco) zatoczyłyśmy wielkie koło, gdyż nieoczekiwanie znów znalazłyśmy się nieopodal mostu prowadzącego do kościoła św. Jeremiasza, gdzie rano byłyśmy w kaplicy z relikwiami św. Łucji. Zorientowałyśmy się że kościół jest niedaleko, widząc  na jednym z budynków pamiątkową tablicę, gdzie wyryto nazwiska mieszkańców tej parafii, poległych w czasie Wielkiej Wojny, w latach 1915-1918. W tym mieście o tysiącletniej historii z budynkami, będącymi jej świadectwem, te dwie straszne wojny upamiętnione w miejscach położonych tak blisko siebie, zdawały się niemal współczesne naszym czasom...



Gdybym miała wybrać moment, w którym zobaczyłam Wenecję żywą, to paradoksalnie było to wtedy, kiedy czytałam nazwiska zmarłych i poległych. To już nie było miasto będące zbiorem kolorowych widoczków, historycznych postaci i wspaniałych kostiumów z przeszłości, lecz żywy organizm, zajęty swą codziennością. Miejsce, gdzie być może ktoś nadal wspomina krewnych, których nazwiska wyryto na pamiątkowych tablicach i zapala znicze w rocznicę ich śmierci...
Późnym popołudniem wyjechałyśmy z Wenecji, po długim moście łączącym ją ze stałym lądem. Pogoda poprawiła się definitywnie i podobnie, jak pierwszego dnia, pokazało się słońce. Jego blask był niby cudzysłów dla tych trzech dni, kiedy tak dużo się działo i widziałyśmy tak wiele. Nie żałowałyśmy niczego - ani spacerów w deszczu ani nocnego błądzenia po opustoszałych zaułkach, perche', Venezia e' sempre Venezia....


Album ze zdjęciami jakie zrobiłam trzeciego dnia można obejrzeć tutaj>