Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

niedziela, 7 lutego 2016

Lombardia. Gravedona, Madonna del Tiglio - styl romański i relaks w błękicie.



Jednym z moich ostatnich wypadów we włoski plener była wycieczka do Gravedony, niewielkiej miejscowości położonej w północnej części jeziora Como, gdzie horyzont zamyka skalista  ściana gór leżących nieopodal Chiavenny. Jeszcze dalej jest przełęcz Spluga, stanowiąca bramę pomiędzy Włochami i Szwajcarią, od której dzieli Gravedonę około sześćdziesięciu kilometrów. Jezioro w tym miejscu ma zupełnie inny charakter niż część rozciągająca się pomiędzy Como i Bellagio. Nie zobaczymy tu mnóstwa wytwornych, letnich rezydencji, także miasteczka, mimo iż malownicze, nie oszałamiają swym urokiem tak bardzo, jak to ma miejsce w przypadku prześlicznej Varenny, Torno, czy Bellagio.

Okolica ma wygląd nieco surowy,  klimat w zimie jest chłodniejszy, a w lecie bardziej wietrzny. Dzięki tym silnie wiejącym wiatrom jest to prawdziwy raj dla osób uprawiających żeglarstwo, wind surfing i kite surfing.
 Statki, bez przerwy kursujące w południowo zachodniej części jeziora, tu zawijają rzadko, co ma znaczenie dla bezpieczeństwa na wodzie, tym bardziej, że wielu sportowców to nowicjusze, zdobywający pierwsze szlify w różnych szkółkach lub uczestniczący w kursach. Gravedona leży na wprost opactwa Piona, będącego wspaniałym zabytkiem sztuki sakralnej, gdzie swego czasu byłam na wycieczce, link wzniesionego na przeciwległym brzegu jeziora. Za nim widać charakterystyczny, zielony stożek Legnoncino, i skalisty, trójgraniasty szczyt Monte Legnone, pięknej góry, której wierzchołek z racji wysokości (2610m)  nawet w cieplejszych miesiącach często pokrywa warstwa śniegu.

 Jak już wspominałam pisząc o wycieczce do Piony, z Como można tu dopłynąć statkiem typu "rapido", który co prawda zatrzymuje się rzadziej, lecz mimo to, dystans pomiędzy tymi dwiema miejscowościami pokonuje w czasie ponad półtorej godziny, co sprawia, że cała wyprawa bardzo się przedłuża, bo przecież trzeba brać pod uwagę także podróż powrotną. Bezpośrednie rejsy odbywają się jedynie dwa razy dziennie, dość wcześnie rano i po południu, więc dla kogoś, kto tak jak ja miał jeszcze spory kawałek drogi do Como, zgranie wszystkich środków lokomocji było sporym problemem. Poza tym nie lubiłam pływać takim statkiem gdyż porusza się on istotnie bardzo szybko i niemal cały czas mknie środkiem jeziora z szybkością błyskawicy, co w sumie nie jest zbyt atrakcyjne. Do tego na górnych odkrytych pokładach strasznie wieje, więc jeśli ktoś dba o zdrowie lepiej usytuować się na jednej z dolnych kondygnacji i wyglądać przez okno, to jednak sprawia, że widoczność jest ograniczona. Pomijam tu kwestię ekonomiczną - bilet kosztuje dość drogo, nawet jak na włoskie realia. Dlatego też znalazłam rozwiązanie pośrednie, pojechałam do Gravedony autobusem a ze statku skorzystałam jedynie po to, aby przepłynąć na drugi brzeg, co pozwoliło mi zaoszczędzić sporo czasu spędzonego na pokładzie. Oczekując na przeprawę do opactwa pobieżnie obejrzałam miasteczko, jednak zabrakło mi czasu, żeby odwiedzić najważniejszy zabytek, czyli leżący nieco na uboczu kompleks składający się z dwóch romańskich kościołów.

Co prawda mogłam na niego popatrzeć płynąc do Piony i muszę powiedzieć, że ten widok bardzo mnie zafascynował. Zobaczyłam wtedy niewielki cypel a na nim masywne, szare bryły świątyń i wyniosłą, oktagonalną wieżę przykrytą niskim hełmem, wyłaniające się z pomiędzy zielonych platanów.
Po powrocie do domu przewertowałam moje przewodniki oraz zasoby internetu i dowiedziałam się, że kościół z wyniosłą wieżą to Madonna del Tiglio, jedna z wielu romańskich świątyń, jakie można oglądać w okolicy jeziora Como. Leży ona nieco na uboczu Gravedony, w miejscu, które często jest nazywane Świętą Strefą, ponieważ z tego co wiadomo, od dawna było to miejsce kultu, zarówno za czasów pogańskich, jak i później, kiedy wprowadzono tu wiarę chrześcijańską.

 Uważa się, że w V lub VI wieku powstało tu pierwsze chrześcijańskie baptysterium, którego resztki odkryto podczas prac restauracyjnych przeprowadzonych w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Jest nawet na jego temat wzmianka pochodząca z IX wieku w  niemieckich kronikach z Fuldy, mówiąca, że znajdował się tam fresk przedstawiający pokłon Trzech Króli, z którego przez dwa dni bił nieziemski blask. To baptysterium prawdopodobnie uległo zniszczeniu; nie wykluczone, że z biegiem czasu uznano je z a zbyt skromne, ponieważ w XII stuleciu zbudowano w tym miejscu kościół, jaki widzimy obecnie, chociaż z pewnym zastrzeżeniem, otóż jego charakterystyczna dzwonnica powstawała etapami; niższa część na bazie kwadratu sięga XIV wieku, natomiast część oktagonalna przybrała obecny kształt dopiero w wieku XVI. Być może właśnie z tą powolną budową związana jest nazwa kościoła gdyż na niedokończonej dzwonnicy miało wyrosnąć lipowe drzewko (tiglio to włoska nazwa lipy). Tak czy inaczej, doszłam do wniosku, że z pewnością jest to miejsce bardzo interesujące dla kogoś, kto tak jak ja, uwielbia romańskie kościoły, więc pewnego letniego dnia wybrałam się pociągiem do Como aby ponownie wsiąść do autobusu zmierzającego w stronę Gravedony.

 Jazda autobusem trwała dość długo, lecz jak zwykle była dla mnie atrakcją sama w sobie, ponieważ uwielbiałam te podróże ze względu na możliwość podziwiania przepięknej okolicy. Zwykle starałam się usiąść na pierwszym siedzeniu, a jeśli było zajęte, wybierałam miejsce przy oknie od strony jeziora, bo choć większość tych widoków znałam na pamięć, to nigdy mnie nie nużyły; śmiało mogę rzec, że choć miejsca były te same, to nigdy nie wyglądały tak samo, gdyż zmieniały się w zależności od pory dnia i pogody.
Raz mogłam podziwiać jezioro i jego brzegi w oślepiającym blasku słońca rozświetlającego wszystkie kolory, innym razem była to szafirowa lub liliowa zasłona foschii, welon mgły zacierający kontury, albo powietrze ciężkie i pociemniałe od nadciągającej burzy. Kochałam ten pejzaż i te miejsca, były jedną z tych rzeczy, którymi karmiłam moją duszę podczas lat spędzonych z dala od wszystkiego, co zostawiłam wyjeżdżając z Polski... Niebieski autobus kołysał się pokonując kolejne zakręty a ja syciłam oczy tym widokiem,  znów czułam się jak mała dziewczynka, która zakłada swoją ulubioną sukienkę w kropki i biegnie na łąkę odkrywać nowe światy...Kiedy dotarłam do przystanku na obrzeżach Gravedony i wyszłam z klimatyzowanego autobusu, okazało się, że na zewnątrz upał jest po prostu nie do zniesienia a powietrze wprost faluje nad rozgrzanym asfaltem; szybko pomaszerowałam w stronę brzegu jeziora w poszukiwaniu zarówno kościoła, jak i odrobiny chłodu, który mógł mi przynieść wiatr wiejący od wody.

Minęłam długi kamienny mur; Madonna del Tiglio ukazała mi się niespodziewanie i muszę powiedzieć, że ten widok był dla mnie sporym zaskoczeniem, ponieważ bryła świątyni wydała mi się raczej nieduża w stosunku do dość masywnej, wyniosłej wieży i skojarzyła mi się z sylwetką żyrafy o wyciągniętej szyi. Mimo to, trudno było jej odmówić swoistej urody i elegancji.  Wzniesiono ją z materiału dostępnego w okolicznych kamieniołomach; niemal czarnego kamienia z Olcio i białego marmuru z Muso, ułożonych poprzeczne pasy; dla ozdoby dodano fryzy arkadowe, ciągnące się zarówno pod dachem głównego korpusu, jak i trzech absyd, z których dwie znajdują się po bokach, natomiast trzecia naprzeciwko głównego wejścia. Absydy zdobią delikatne, smukłe kolumny, w tych bocznych umieszczono także pojedyncze okrągłe okna, natomiast w trzeciej, podobnie jak w głównym korpusie, przebito wąskie otwory okienne typu monofora. Patrząc na nie widzimy jak grube są ściany, jednak mimo że same okienka są niewielkie, całość świątyni sprawia nieco lżejsze wrażenie dzięki temu, że od strony zewnętrznej rozszerzają się one niczym luneta.

Nad głównym wejściem dostrzeżemy takie pojedyncze okienko, kiedy patrzymy na nie z dołu wydaje się, że jest to jedynie wąska szczelina; nad nim umieszczono marmurową rzeźbę w kształcie ludzkiej głowy a po jego obu stronach widnieją symboliczne płaskorzeźby wyryte w białym marmurze. Uważa się, że głowa pochodzi ze starożytnej steli nagrobnej, natomiast płaskorzeźby prawdopodobnie zdobiły pierwotną świątynię. Górna, oktagonalna część wieży wygląda nieco mniej masywnie dzięki dużej ilości okien, w tym również dwu i trójdzielnych oraz fryzom, utworzonym z ukośnie ułożonych kamiennych bloczków i arkatur. Jak już wspomniałam, Madonna del Tiglio pełniła rolę baptysterium dla znajdującego się obok kościoła San Vicenzo, lecz w przeciwieństwie do innych budowli tego typu, wzniesionych na planie okręgu, zbudowano ją na planie kwadratu.
Wnętrze świątyni jest niezbyt duże i dość ciemne, gdyż wpada tam niewiele światła dziennego, jednak jej architektura robi wielkie wrażenie dzięki półokrągłym niszom i wnękom absyd oraz dwóm niewielkim krużgankom niegdyś przeznaczonym dla kobiet, umieszczonych wysoko na ścianach bocznych. Niegdyś te wewnętrzne ściany zdobiły piękne freski, część z nich zachowała się do czasów nam współczesnych, więc nadal możemy oglądać malowidło przedstawiające pokłon Trzech Króli, które zastąpiło fresk wspomniany w  kronikach z Fuldy, Sąd Ostateczny, wizerunki świętych oraz częściowo  zniszczone malowidło naścienne w absydzie po lewej stronie, przedstawiające Madonnę z Dzieciątkiem, świętego Mikołaja z Bari i innego świętego, którego z braku atrybutów do tej pory nie zidentyfikowano.

Twarz i część korpusu Madonny uległa destrukcji, dlatego też możemy podziwiać jedynie jej pięknie oddaną szatę i dłonie. Muszę powiedzieć, że wszystkie te freski wzbudziły mój szczery zachwyt; nie raz na łamach tego bloga pisałam o tym,  że patrząc na podobne dzieło czuję swego rodzaju ponadczasową więź z jego twórcą a ich niedoskonałości są dla mnie nie tyle świadectwem braków warsztatowych czy niedostatku talentu nieznanego mistrza, co szlachetnego dążenia człowieka do pokonania własnych ograniczeń i wyrażenia tego, co niewyrażalne. Widzę w nich próbę przedstawienia skromnymi środkami istoty wiary, swego rodzaju katechizm dla niepiśmiennych, gdzie obraz zastępuje słowo, budzi wzruszenie i refleksję. Dla mnie też była to okazja do takiej refleksji; nie mogę powiedzieć, że dzieła sztuki, jakie można oglądać w kościołach z późniejszych epok nie dają mi powodów do podziwu, oczywiście cenię je jako wyraz kunsztu, jednak nie budzą one we mnie wzruszenia, takiego, jakie jest moim udziałem w kościołach romańskich, gdzie architektura i sztuka pełnią rolę służebną, a nie są celem same w sobie. Zdjęcia jakie wtedy zrobiłam we wnętrzu świątyni nie są dobrej jakości ponieważ światło nie było najlepsze a z uwagi na ochronę fresków wyłączyłam flesz; jednak mimo to, mam nadzieję, że przynajmniej częściowo dają wyobrażenie o ich dawnej wspaniałości.


W kościele znajduje się jeszcze jeden cenny zabytek, wielki krzyż, wyrzeźbiony w drewnie. Twarz Chrystusa i forma tego krzyża skojarzyła mi się z naszymi stylizowanymi  świątkami i w pierwszej chwili sądziłam, że jest to dzieło współczesne; byłam naprawdę zdziwiona, kiedy okazało się że pochodzi on z XII wieku! Nie znalazłam informacji na ten temat, jednak mam wrażenie, że poddano go istotnym zabiegom konserwatorskim a poprzeczna belka krzyża według mnie wręcz lśni nowością (ale mogę się mylić). Niestety, zdjęcie krzyża, które zrobiłam okazało się kompletnie nieudane, więc zamieszczam jedno z ogólnie dostępnych, jakie znalazłam w internecie. San Vincenzo jest drugim z kościołów należących do opisywanego tu kompleksu. O  wiele większy, został gruntownie przebudowany w XVII i XVIII wieku, z tego okresu pochodzi również jego wystrój. W czasie tej restrukturyzacji dodano mu elegancki portyk i skrzydła boczne, w których mieszczą się dwa oratoria, dzięki temu powstał bardzo ładny dziedziniec otoczony krużgankiem. Z dawnego wczesnochrześcijańskiego kościoła, jaki wzniesiono w XI wieku pozostała piękna, rozległa krypta poświęcona świętemu Antoniemu; jest ona dostępna dla zwiedzających, więc mogłam tam podziwiać wspaniałe kolumny i posadzki, gdzie mimo upływu czasu i wielu stóp, które tamtędy przeszły, nadal widać motyw róży o siedmiu płatkach, wyryty ręką nieznanego artysty kamieniarza. Cały ten kompleks wzniesiono w bardzo atrakcyjnym miejscu, są tu ładnie utrzymane trawniki a piękne platany dają miły cień, tworząc wspaniałe tło dla kościołów. Nieopodal napotkałam ładny barokowy budyneczek, sądziłam że jest to kapliczka, jednak było to obudowane źródło z pojemną cysterną na wodę, które zapewne niegdyś dobrze służyło zdrożonym podróżnym. Pośrodku kępy drzew znalazłam też ciekawą w kształcie fontannę a na przyległym, niewielkim placu, okazały pomnik poświęcony pamięci żołnierzy pochodzących z Gravedony, poległych na wojennych frontach.

Jak wspominałam, obydwa kościoły leżą niemal na skraju wody i jest stąd piękny widok na jezioro oraz otaczające je góry. Można go podziwiać siedząc w cieniu platanów, chłonąc błękit nieba zlewającego się z kolorem połyskliwych fal i zieleń Prealp dającą nawet w upalny dzień poczucie chłodu. Lombardzkie jeziora są naprawdę przepiękne, dostarczają też mnóstwa wrażeń, lecz ten widok był jednym z najbardziej relaksujących, jakie zdarzyło mi się oglądać. Oczywiście nie ma tu mowy o żadnych rankingach albo porównaniach, każde z nich oferuje co innego i w zależności od naszych oczekiwań czy nastroju znajdujemy w nich to "coś" co w danej chwili nas czaruje i sprawia, że właśnie w tym miejscu czujemy się wspaniale. Czasem jest to oszołomienie na widok natłoku wspaniałości a innym razem poczucie, że przeżywamy miły moment dolce farniente, słodkiego nieróbstwa, kiedy odpoczywa nasze ciało i umysł, myśli płyną leniwie a oko ogarnia obraz jako całość, nie rejestrując nadmiaru szczegółów... Z takich chwil nie pamięta się detali, jedynie ogólne wrażenie doskonałego odprężenia, swego rodzaju trans, w którym chciałoby się pozostać na długo.

 Niestety, każda wycieczka się kończy i moja też dobiegła kresu; należało pomyśleć o powrocie. Tym razem poszłam na przystanek w centrum miasta, aby jeszcze raz rzucić okiem na ładny bulwar i Palazzo Gallio, wielką willę stojącą na skraju wody. Wybudowano ją dla kardynała Tolomeo Gallio w XVI wieku, lecz właściciel nigdy w niej nie mieszkał, gdyż nie dożył  jej ukończenia. Spadkobiercy kardynała nie byli nią zainteresowani,   więc za panowania austriackiego ulokowano w niej szpital. W początkach XIX wieku willa przeszła w ręce prywatne a obecnie jest siedzibą Zrzeszenia Gmin Alto Lario. Wokół niej jest zabytkowy ogród pełen krzewów kamelii, co sprawia, że w okresie ich kwitnienia  przybywa tam sporo ludzi, żeby podziwiać ten piękny spektakl natury. Żałowałam nieco, że nie starczyło mi czasu na obejrzenie pozostałych zabytków Gravedony, w tym niewielkiej romańskiej świątyni pod wezwaniem SS Gusmeo e Matteo, gdzie za czasów Maksymiana zostali straceni i pochowani ci dwaj męczennicy, tym bardziej, że można tam zobaczyć freski Gian Maura, młodszego z braci della Rovere, znanych pod przydomkiem Fiammenghini, lub pójśc do Peglio, górskiej wioski odległej o trzy kilometry od Gravedony; w tamtejszym kościele również są malowidła naścienne tego płodnego artysty, w tym autoportret i wizerunki jego rodziny, jakie umieścił pośród wielu innych postaci.

W okolicy jest też wiele ciekawych szlaków, którymi można powędrować w głąb gór, jednak dla mnie było to zbyt daleko aby planować jakieś dłuższe wycieczki, zważywszy, że aby dojechać do Como potrzebowałam godziny, a z Como do Gravedony półtorej, co dawało pięć godzin jazdy, nie licząc przesiadek. Z tego też względu zwykle wybierałam trasy położone bliżej domu, dzięki czemu mogłam przeznaczyć więcej czasu na wędrówkę sensu stricto. Jednak zdarzało się ( jak to było w przypadku Madonny del Tiglio, której oktagonalna wieża zafascynowała mnie tak bardzo), iż jakieś miejsce do tego stopnia zawładnęło moją wyobraźnią, że bez względu na odległość po prostu musiałam zobaczyć je z bliska....
Jak zwykle można zobaczyć więcej zdjęć  z Gravedony w albumie>

18 komentarzy:

  1. Patrzeć na te same miejsc wciąż i wciąż - o tym pisze dziś też Ada, zawsze można je zobaczyć w nowym świetle czy z innej perspektywy, a nawet jeśli patrzy się i widzi to samo, to przecież jest to tak piękne dla nas, że można patrzeć bez końca. Ach, teraz rozumiem nazwę bloga -ta ukochana sukienka w kropki z dzieciństwa- to cofnięcie się do utraconej (a może nieutraconej a zachowanej w pamięci) Arkadii. Freski w świątyniach, obrazy - czasami mówiąc między nami bohomazy, rzeźby, choćby nie wiem, jak nieudolne mnie także rozczulają, bo odczytuję je jako wyraz szacunku i oddania, wyznanie wiary tworzącego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małgosiu, jak zwykle trafiłas w sedno, o to własnie chodzi, że nie to piękne, co ładne, ale to, co się podoba...natomiast co do znanych a ukochanych miejsc - zawsze można w nich zobaczyć coś nowego,co umknęło naszym oczom, albo po prostu ujrzeć je inaczej, przez pryzmat naszego nastroju. Tytuł mojego bloga istotnie wiąże się z moimi wspomnieniami z dzieciństwa, o czym pisałam w pierwszym poście (zapraszam), jaki zamieściłam. Zdaję sobie sprawę, że jest mylący, i czasem zagladają tu szafiarki albo krawcowe, ale to skojarzenie jest dla mnie tak ważnym momentem nie tylko dla prowadzenia bloga, ale wręcz mojego życia, że raczej przy nim pozostanę... Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  2. Chętnie bym zajrzała do pierwszego wpisu, teraz mi się zdaje, że chyba kiedyś zaglądałam, choć pewności nie mam, ale nie mogę go otworzyć, bo sięgając do 2012 roku otwierają mi się wpisy od ostatnich grudniowych, a mam problem z przewijaniem - coś nie chce mi chodzić pasek narzędzi- czy jak to nazwać i strasznie długo to trwa, jakbyś podała linka:) byłoby mi łatwiej i szybciej. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gosiu,podaję link http://sukienkawkropki.blogspot.com/2012/04/sukienka-w-kropki-pierwsze-wspomnienia.html

      Usuń
  3. Dzięki, byłam i przeczytałam i ślad zostawiłam. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kolejny raz zabrałaś nas na wycieczkę po nieznanych włoskich okolicach. Miejsca malownicze, a do tego pieknie opisane, oczami wyobraźni wręcz widzę te widoki i Ciebie biegającą po łąkach w sukience w kropki :) no i przyznaję, że ja podobnie jak Ty lubie podróżować i sycić oczy widokami z okien autobusu, pociągu, samochodu... im wolniej jedzie tym lepiej dla mnie :)

    dziekuję za tę podróż, pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, przeciętny turysta będąc nad jeziorem Como raczej się nie zapuszcza do Gravedony bo w okolicy jest wiele atrakcyjnych miejsc o ustalonej renomie, które jak się uważa, koniecznie należy odwiedzić. Ja też bym tam nie pojechała gdybym nie widziała kościoła z daleka, ale nie żałuję bo warto było. Zresztą rozumiesz mnie i to, że człowiek może jeździć dla samego jeżdżenia bo zawsze mozna zobaczyć coś ciekawego. Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Jak dla mnie to najładniejsze włoskie jezioro. Pokazywałaś je już na wielu postach, a ja wciąż mógłbym czytać kolejne. Pamiętam tez przełęcz Spluga, o której wspominasz. Zjazd na włoską stronę dostarcza niesamowitych przeżyć. Pięknie się czyta i ogląda Twoje posty.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Wiesiu, dla mnie jezioro Como też jest pierwszą miłością i chociaż inne także mają swoje niezaprzeczalne uroki, to Como jest naprawdę niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju. Kiedy je zobaczyłam zrozumiałam dlaczego od stuleci ciagnęli tam zarówno artyści jak i zwykli ludzie. Pozdrawiam wzajemnie!

      Usuń
  6. Freski inne niż wszystkie a figura Chrystusa-zupełnie niezwykła. Miałam podobne skojarzenie- do ludowego świątka. Niezwykły kościół i znowu ogromnie interesująca wycieczka. :) BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny, widzę, że nie jestem odosobniona w moich skojarzeniach. Postanowiłam opisać jeszcze parę innych ciekawych kościołów, więc zapraszam, będą następne posty. Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  7. Myślę sobie, że nic nie określa lepiej mojego stanu ducha, kiedy czytam Twoje włoskie zapiski (a już szczególnie TAKIE jak dziś), jak herbertowska fraza "barbarzyńca w ogrodzie". Tak się czuję, właśnie tak. To rodzaj zachwytu połączonego z wielkim żalem, że pomimo wszelkich uczuć, jakie się ma do wiadomego "kraju lat dziecinnych", to jednak gdzieś indziej są takie niezrównane miejsca, ogrody sztuk, kamienne tysiącletnie kościoły przewyższające kunsztem wszystko, co dane mi było widzieć u nas z tej epoki. I jakie smutne i śmieszne wydają mi się spory uczonych o tych kilka kamiennych ciosów tworzących jakąś tam budowlę na wawelskim dziedzińcu (czy była kwadratowa czy może prostokątna z korytarzem, czy miała aby pięterko, czy była spichlerzem)a to przecież, na litość, taka zwykła piwniczka... ależ to jest przygnębiające i niesprawiedliwe. A tymczasem nad jeziorem Como, w jakiejś niewielkiej mieścinie - oraz pewnie w dziesiątkach okolicznych innych miasteczek i wsi wznoszą się takie wspaniałości, jakby rozsiane jakąś hojną ręką, jakby mało było tej wspaniałej przyrody, łagodności klimatu. Pokolenia żyją i umierają w ich cieniu i pewnie nawet nie zachwycają się jakoś szczególnie, że mają tuż obok takie cudo. Wybacz, miła E., moje śmieszne rozżalenie. To wszystko przez cudowną Santa Maria del Tiglio. Poszukałam jeszcze w internecie innych zdjęć z wnętrza (Twoje są przepiękne, te kadry, gdzie pokazujesz ją w przestrzeni, w pejzażu, z zewnątrz - cudowne), znalazłam jedno panoramiczne, dające jakieś złudzenie bycia w środku... Niesamowite wnętrze, prawie czuje się tę ciszę, coś więcej.
    Nie dziwię Ci się absolutnie, że powodowana jakimś dziwnym impulsem postanowiłaś powrócić w tamte strony i zobaczyć z bliska miejsce, które Cię tak przyciągało. Jest w nim coś niezwykłego. Przepraszam za ten wpis egzaltowany ponad miarę (nawet moją), ale wiesz, jak cenię sobie architekturę romańską właśnie, której tutaj, pod tym niebem prawie nie ma. Oddałabym wszystkie wspaniałości - to znaczy możliwość ich widzenia - Sykstyny i cały Luwr za jeden tydzień nad jeziorem Como. Elżbieto, dziękuję za tę piękną podróż, nie przejmuj się - przejdzie mi ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miła A. kiedy piszę o romańskich kościołach zwykle myślę o Tobie, bo znam Twoje uwielbienie dla tego stylu. Nie ukrywam, że możliwość zwiedzenia podobnych miejsc sprawiła, że moje życie nabrało innego wymiaru, i nie darowałaby sobie gdybym nie skorzystała z okazji żeby je zobaczyć. Śpieszę donieść, że będą następne posty na podobny temat, mam nadzieję, że także Ci się spodobają. Jeśli nie czytałaś tego posta http://sukienkawkropki.blogspot.com/2012/05/lombardia-civate-opactwo-san-pietro-al.html to gorąco polecam, nie tylko ze względu na niezwykły zabytek, o którym piszę; jest tam też pewien przyczynek do jego współczesnej historii, rzucający nieco światła na stosunek Włochów (lub przynajmniej ich części) do dóbr kultury. To prawda, że kiedy ich kościoły miały po kilkaset lat u nas budowano tum pod Łęczycą, no cóż, my mamy swoją historię, a oni swoją...Jeśli chodzi o jezioro Como - bogactwo doznań jakie oferuje jest ogromne, ale ja osobiście bardzo żałuję, że nie zaczęłam fotografować kiedy byłam w Bari, jest tam przecudna starówka i wspaniałe kościoły z białego kamienia, wzniesione za czasów kiedy na tych ziemiach panowali Normanowie...Pozdrawiam najserdeczniej.

      Usuń
    2. Masz rację, nie można tego porównywać - to są dwie różne ścieżki historii.
      Perspektywa kolejnych Twoich opowieści z romańskim wątkiem (nomen omen :) ogromnie mnie cieszy. O opactwie nie omieszkam przeczytać, dziękuję!

      Usuń
  8. Przepiękna wycieczka; podczas lektury czułam się tak, jakbym słuchała przewodnika podczas zwiedzania, oglądania, podziwiania... A freski - po prostu zjawiskowe. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za tak pochlebny komentarz, jest mi bardzo miło jeśli czytelnicy uznają za interesujące miejsca, jakie opisuję, a moją relację za obrazową. Mimo iż nade wszystko kocham nasz ojczysty pejzaż, nie kryję, że pokochałam także tamte strony, w końcu przez lata były moją małą ojczyzną...Serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  9. Wspaniałe wspomnienia. Czytanie Twoich postów to dla mnie ogromna przyjemność. Szkoda, że nie ma twoich wspomnień w wydaniu książkowym. Rozumiem, że to spore koszty. To pewne, że u wydawcy nie miałabyś żadnego problemu.
    Od razu chciałabym znaleźć się w opisywanym przez Ciebie miejscu. Muszę przyznać, że tęsknię za Italią. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku nie będę w tym kraju. Marzę by kiedyś zapuścić się w odosobnione miejsca, takie jak w Twoim poście.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń