poniedziałek, 24 marca 2014

Lombardia. Wokół Jeziora Lugano - Albogasio i Castello di Valsolda.



Po długich tygodniach milczenia spowodowanych różnymi perturbacjami, (które mi odbierały energię i chęć robienia czegokolwiek) postanowiłam, że spróbuję znów coś napisać na temat moich spotkań z Valsoldą i jeziorem Lugano. Nie ukrywam,  zmobilizowały mnie sympatyczne komentarze zaprzyjaźnionych blogerów, gdyż wynikało z nich, że moja absencja nie pozostała niezauważona. Niejednokrotnie zawierały one także słowa otuchy i życzenia powrotu do zdrowia, za co jeszcze raz wszystkim bardzo, bardzo dziękuję! Myślę, że dla każdego z nas jest to najmilsza rzecz, kiedy okazuje się, iż komuś nas brakuje w ogromnym zalewie blogów...


W związku z tym postanowiłam, że wezmę się w garść i napiszę dalszy ciąg historii, która rozpoczęła się od streszczenia książki Antonio Fogazzaro "Piccolo mondo antico". Część czytelników zapewne pamięta, jak pisałam o Castello, małej miejscowości, położonej na zboczu góry, gdzie mieszkała Luiza wraz ze swą matką i gdzie w kościele św. Marcina ona i Franco przysięgali sobie miłość po grób. Oczywiście, był to dla mnie wystarczający powód, aby się tam wybrać, ale nie bez znaczenia było też to, że Castello widziane z brzegu jeziora wyglądało nadzwyczaj malowniczo, z bryłą kościoła i zwartą ścianą piętrowych domostw, ciasno przytulonych do siebie, uczepionych do zbocza góry niczym ptasie gniazdo. Nie bardzo wiedziałam, jak tam dotrzeć, ale postanowiłam, że na początek po prostu pójdę przed siebie, w stronę kościoła w Albogasio, wiosce położonej powyżej Orii, po drugiej stronie drogi z Porlezzy do Lugano.


Niebawem znalazłam się przy stromych, kamiennych schodach a gdy pokonałam wszystkie 110 stopni, natknęłam się na żółtą tablicę informującą, że jest to "Calcinera" gdzie Fogazzaro kazał Luizie czekać na markizę i gdzie wiatr zwiastujący nadchodzącą burzę odwrócił jej parasol a tym samym momencie z wioski nadbiegły lamentujące kobiety, wołające, że mała Ombretta wpadła do jeziora...Schody zaprowadziły mnie na niewielki taras obok kościoła, który co prawda z powodu braku tynków wyglądał na niewykończony, ale mimo to, pięknie się prezentował ze swoją harmonijną i elegancką sylwetką. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest w nim coś znajomego i gdzieś już widziałam podobną fasadę. O tym, że to wrażenie mnie nie omyliło dowiedziałam się dużo później i było to dla mnie prawdziwym zaskoczeniem; jednak o tym, co odkryłam, napiszę  w innym poście. Wioska Albogasio składa się z dwóch frakcji; ta położona niżej nosi nazwę Albogasio Inferiore (Dolne), zaś ta znajdująca się wyżej, zgodnie ze swym usytuowaniem, Albogasio Superiore (Górne). 

Tu chciałabym wtrącić małą dygresję; w języku włoskim w odniesieniu do niewielkich miejscowości używa się nazwy "paese" co oznacza zarówno wioskę, jak i kraj. Jednak te wioski niczym nie przypominają naszych wsi, gdzie zazwyczaj domy usytuowane są wzdłuż drogi, w bezpośrednim sąsiedztwie rozległych pól lub luźno rozrzucone na nieco większej przestrzeni. 
Lombardzkie paese bardziej przypomina małe miasteczko, ze swoją zwartą, wiekową zabudową, plątaniną wąziutkich uliczek i wspólną infrastrukturą, na którą składa się kościół (czasem jeden a czasem dwa lub nawet trzy) publiczne ujęcie wody zwane "fontana", najczęściej będące obudowanym źródłem, na co wskazuje również jego nazwa (słowo "fonte" oznacza źródło). Oprócz tego, nie może też zabraknąć "lavatoio" czyli pralni, gdzie niegdyś kobiety z wioski przychodziły, aby zrobić pranie, wielkiego, kamiennego koryta z odpływem, pełnego bieżącej wody, również płynącej ze źródełka.

Lavatoio, najczęściej znajduje się w pod zadaszeniem wspartym na eleganckich arkadach, lecz zdarza się też, że jest to po prostu murowana wiata o trzech ścianach. Szeroki, kamienny brzeg koryta niegdyś służył kobietom za tarę a upraną odzież płukało się w przepływającej wodzie. Dziś jest to jedynie relikt przeszłości, ale mimo to, nikomu z mieszkańców nie przychodzi do głowy, że można by go zlikwidować; wręcz przeciwnie, najczęściej są to miejsca wysprzątane i zadbane, niejednokrotnie wyposażone w ławkę i ozdobione kwitnącymi kwiatami. 
Fontanna i lavatoio to prawdziwe błogosławieństwo dla strudzonego łazika; można tam zaczerpnąć czystej, świeżej wody, obmyć twarz i ręce lub po prostu usiąść na ocembrowaniu, aby odpocząć w cieniu, w sąsiedztwie szemrzącej wody. Ja również podczas moich wędrówek korzystałam z tego dobrodziejstwa, jakim jest nieograniczony dostęp do wody w kraju, gdzie w letnich miesiącach upał jest naprawdę obezwładniający, dlatego też do fontann i wiejskich pralni mam stosunek sentymentalny a wśród moich zdjęć jest sporo takich, na których je uwieczniłam.

Dawniej mieszkańcy górskich wiosek zajmowali się pasterstwem, kultywowali niewielkie tarasowe poletka albo gaje oliwne. Dziś rolnictwo i pasterstwo straciły na znaczeniu, ludzie, którzy tu żyją, najczęściej jeżdżą do pracy w mieście, niektórzy przenieśli się tam na stałe a rodzinny dom odziedziczony po przodkach jest dla nich jedynie miejscem weekendowego lub wakacyjnego wypoczynku. 
W związku z tym, w dzień powszedni trudno kogoś spotkać na ulicy; miejscowości te sprawiają wrażenie wymarłych, wiele domostw ma pozamykane okiennice, dobitnie świadczące o tym, że nikogo nie ma w domu. Osobiście uwielbiałam tę senną atmosferę, gdyż mam naturę kota samotnika chadzającego własnymi drogami, poza tym spotkanie przypadkowego przechodnia w takiej małej wiosce nabiera innego, bardziej osobistego wymiaru, niż ma to miejsce w gęsto zaludnionych miejscowościach. Zazwyczaj staje się ono okazją do wymiany pozdrowień i kilku nie zobowiązujących słów, lecz czasem przeradza się w bardzo ciekawą rozmowę. Zauważyłam też jedną rzecz, która pięknie świadczy o tamtejszych mieszkańcach, mianowicie niesłychaną życzliwość wobec przybysza z innych stron. Kiedy już udało mi się spotkać kogoś i np. pytałam o drogę, czy też prosiłam o informację na temat jakiegoś miejsca albo budynku, zawsze otrzymywałam wyczerpującą odpowiedź, przeplataną grzecznościami i wyrazami sympatii.


Oczywiście, były też nieliczne wyjątki, ale te mogłabym policzyć na palcach jednej ręki, gdyż Włosi z natury są narodem szczerym, raczej łatwym w codziennych kontaktach i w stosunku do obcych naprawdę rzadko bywają niegrzeczni, czy agresywni bez żadnego powodu, ja osobiście nigdy z tym się nie spotkałam. Mam nadzieję, że czytelnicy mi wybaczą tę przydługą dygresję, ale to co napisałam, jest dość istotne dla atmosfery moich włóczęg po Valsoldzie, gdzie cisza, spokój i ludzka życzliwość, są chyba nieodłącznym elementem codziennej egzystencji. Podczas pierwszej wędrówki do Castello, jedynie rzuciłam okiem na Albogasio Superiore, gdzie nad wszystkimi budynkami górowały dwie wille, które zauważyłam, kiedy byłam w Orii. Jedna z nich szczyciła się rzędem białych kolumn na froncie, więc nic dziwnego, że nadano jej nazwę "Palazzo delle Colonne", choć nie wykluczone, że ma ona związek z nazwiskiem pierwszych właścicieli, należących do rodziny Colonna.

Ten dom opisał Fogazzaro w "Piccolo mondo antico" o czym wspomina jedna ze znanych nam już, żółtych tablic, stojąca nieopodal. Co ciekawe, miał tam mieszkać powieściowy pan Giacomo Puttini (wraz z wujem Pierem był on świadkiem na ślubie Franca i Luizy) co w pewnym sensie jest zgodne z prawdą, gdyż tak się nazywał rzeczywisty właściciel domostwa, żyjący w Albogasio w połowie XIX wieku. Jednak nigdzie nie znalazłam wzmianki mówiącej o tym, czy bohater książki oprócz nazwiska otrzymał również  inne cechy swego 
pierwowzoru. Natomiast drugi, okazały dom, wzniesiony nieopodal, miał jeszcze bardziej zaskakującą formę. Front korpusu głównego zdobiły dwa piętra arkadowych portyków, natomiast po bokach widniało coś, co wyglądałoby na wieże, gdyby dodano im hełmy, zamiast przykrywać całość jednym dachem. Z napisu umieszczonego na froncie dowiedziałam się, że jest to willa Salve, powieściowy dom austriackiego urzędnika, pana Pasotti (przyjaciela markizy, babki Franca) i jego żony Barbary, zwanej Barborin.  Podobnie, jak Palazzo delle Colonne, willa wyraźnie odcinała się swoim wielkopańskim wyglądem na tle okolicznych skromnych, kamiennych domków. Jak się później dowiedziałam, ma ona bardzo interesującą historię, którą opiszę w oddzielnym poście, wraz z innymi ciekawostkami, dotyczącymi związków Valsoldy z Polską. 

W Albogasio nie zatrzymałam się na dłużej, bowiem czas uciekał a mnie czekała dalsza wędrówka do Castello, więc bez ociągania pomaszerowałam asfaltową drogą, aż do zakrętu, gdzie na zboczu widniała ścieżka, prowadząca pomiędzy ogrodami. W jednym z nich pracował jakiś pan, którego zapytałam, czy mogę tamtędy przejść, by nieco skrócić drogę do wioski. Okazało się, że istotnie jest to skrót, powszechnie używany przez osoby idące pieszo; po chwili dróżka zaprowadziła mnie wprost na placyk przed kościołem. Kiedy znalazłam się w Castello, od pierwszej chwili poczułam, że jestem w innym świecie. To wrażenie jeszcze się wzmogło, gdy zagłębiłam się w wąziutkie uliczki, chłonąc ich niepowtarzalną atmosferę z zachwytem oglądając piękne portale z marmuru i piaskowca, ażurowe balkony z kutego żelaza i naścienne freski. Szczególnie mnie zachwyciła jedna z kamienic, wspaniale zdobiona z okazałym herbem nad wejściem. Miasteczko było kompletnie wymarłe, tym razem nie spotkałam  tam żywego ducha, słyszałam jedynie dźwięk dzwonków powietrznych i plusk wody w niewidocznej fontannie.

Zaczęłam się rozglądać wokoło, dostrzegłam dzwonki, zawieszone w oknie na najwyższym piętrze wąskiej kamieniczki, jednak nie miałam pojęcia, skąd dobiega odgłos ciurkającej wody. Na nieodległym placyku co prawda znalazłam piękną fontannę, lecz jej kran był zakręcony a granitowa misa sucha. Zapuściłam się w jedną z uliczek, ale i tu nie było widać źródła tego intrygującego dźwięku. Czas, jaki miałam do dyspozycji mijał niebłaganie i musiałam myśleć o powrocie, jednak odchodząc z Castello wiedziałam, że jeszcze nie raz odwiedzę to magiczne miejsce. Tak też się stało i wkrótce ponownie zawitałam do Valsoldy, jednak tym razem nie pojechałam do Orii, wysiadłam nieco wcześniej w San Mamete i poszłam w górę mulatierą biegnącą poród gajów oliwnych. 

Tym razem do Castello weszłam od strony północnej, gdzie znajdują się antyczne domostwa wzniesione na litej skale. Wydrążono w niej płytkie korytarze, zaś na nich dobudowano ściany z łupanego kamienia wzmocnione cementem, tworzące wąskie portyki. Stąd mogłam popatrzeć na południową ścianę Pizzo di Cressogno z wioskami Puria i Loggio u stóp oraz przepaścistą dolinę o urwistych zboczach, gdzie kaskadami spada w dół strumień Soldo, kończący swój bieg w wodach jeziora Lugano. Ponownie ruszyłam wąskimi zaułkami Castello, oglądając subtelne detale mijanych budynków; znów usłyszałam znajomy odgłos dzwonków tańczących na wietrze i radosny plusk fontanny. Skręciłam w stromą uliczkę biegnącą pod górę i po chwili znalazłam się na dwupoziomowym placu, gdzie zobaczyłam fontannę, której dźwięk przyprowadził mnie w to miejsce. Jej forma była dość prosta, nie wyglądała też szczególnie antycznie, wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że jest jak najbardziej współczesnej proweniencji.

Jednak mimo to, jej stylizowany, sześciokątny granitowy basen, nieźle się komponował z zabytkowymi budynkami. Na środku owego basenu znajdował się również sześciokątny obelisk a na nim umieszczono dwa ozdobne odpływy z kutego żelaza. 
To z nich cienkim, lecz nieprzerwanym strumieniem płynęła woda, wydająca subtelny odgłos, jaki usłyszałam podczas mojej pierwszej wizyty. Także i tym razem nie zobaczyłam żadnego z mieszkańców Castello, nie wykluczone, że za zamkniętymi bramami domostw był ktoś, kogo rankiem nie wygnała z domu konieczność udania się do pracy lub szkoły, jednak znowu miałam wrażenie, że w tej chwili jestem tam jedyną żywą istotą... Nie zobaczyłam żadnej głowy, która ukazałaby się w otwartym oknie, żadnego poszczekującego psa, czy przemykającego kota...Słońce, stojące już dość nisko, rzucało ostre cienie, dzieląc ściany budynków na połowę; ich górna część kąpała się w jego blasku, zaś dolna, gdzie wiekowe kamienie porastał zielonkawy mech, w wilgotnym, chłodnym cieniu.

Niezależnie od tej pustki i pozornego wyludnienia, Castello nie sprawiało smutnego wrażenia, raczej było w tym onirycznym nastroju coś ze snu, w którym mamy poczucie zawieszenia w nierzeczywistej przestrzeni albo baśniowej scenerii, uwiecznionej na pastelowym obrazku. W dzieciństwie uwielbiałam książkę "Pinokio" z prześlicznymi ilustracjami Jana Marcina Szancera, szczególnym sentymentem darzyłam tę, przedstawiającą scenę, kiedy to ślimak odprawia Pinokia spod drzwi Błękitnej Wróżki. Portal zdobiący wejście i maleńkie  okienko obok, zauroczyły mnie do tego stopnia, że narysowałam moją własną wersję tej sceny (nawiasem mówiąc, był to całkiem udany obrazek) a zamiłowanie do tego typu architektury pozostało we mnie do dziś.  Być może, w Castello poczułam się tak swojsko, ponieważ odnalazłam tam to, co najbardziej kocham, prostotę bryły i piękno detalu, skromne uroki, stworzone niegdyś przez ludzi, którym były one potrzebne niczym chleb powszedni; ślady przeszłości, nienaruszone przez potomnych, choć nieco poczerniałe na przestrzeni wieków, jakie minęły od chwili ich powstania... 

Jednak również w Castello  miała miejsce pewna zmiana, jak dotąd nieodwracalna. Myślę tu o zamku, od którego pochodzi nazwa wioski. Istotnie, dawno temu był tu zamek obronny, zbudowany prawdopodobnie jeszcze w pierwszym tysiącleciu, który odegrał znaczącą rolę w XII i XIII wieku, kiedy to trwały krwawe walki pomiędzy Mediolanem i Como. W XVI stuleciu został on zrównany z ziemią na polecenie Karola Boromeusza, biskupa Mediolanu, sprawującego w Valsoldzie władzę zwierzchnią. Nie ma zgody co do motywów tej decyzji, mówi się o warunkach, na jakich został zawarty traktat pokojowy ze Szwajcarią, lecz także o tym, że zamek, opuszczony przez wojsko, stał się schronieniem miejscowych rozbójników i zagrażał bezpieczeństwu publicznemu w tych stronach. W XIX wieku pozostały z niego jedynie mizerne ruiny; co prawda kupił je pewien Anglik z zamiarem odbudowania zamku, lecz zamysł ten nigdy nie został zrealizowany. Dokonano rekonstrukcji jedynie jego niewielkiej części, będącej prywatnym domostwem. 

Zauroczona tym spokojnym i pięknym zakątkiem, nie mogłam się oprzeć chęci aby go odwiedzić co jakiś czas, więc zapewne wzmianki na ten temat pojawią się jeszcze niejednokrotnie. W następnym poście chciałabym napisać o dwóch najważniejszych zabytkach Castello, jakimi są kościół św. Marcina i Casa Pagani oraz związkach Valsoldy z Polską. 

Jak zwykle zapraszam do obejrzenia albumów z tego niezwykłego miejsca >

wtorek, 28 stycznia 2014

Lombardia. Valsolda, świat miniony, świat odnaleziony...



Mam nadzieję, że tych osób, które przeczytały poprzedni post, nie zniechęciło moje długie milczenie i znów zechcą powędrować wraz ze mną, aby odkryć czarodziejskie zakątki Valsoldy. Jak już pisałam poprzednio, nad jezioro Lugano trafiłam przez czysty przypadek i splot okoliczności, ale zanim tam dotarłam, upłynęło wiele lat mojej emigracji. W tym czasie niekiedy wspominałam film "Piccolo mondo antico" obejrzany tuż po przyjeździe do Włoch a wtedy znów miałam przed oczami wąskie zaułki górskich wiosek i uliczki schodzące tuż na skraj wody.


Pewnego dnia trafiła w moje ręce ulotka, promująca jednodniową wycieczkę po jeziorach Como i Lugano, jaką można zrobić korzystając z dogodnych połączeń statkiem, pociągiem i autobusem. Propozycja wydała mi się atrakcyjna, tym bardziej, że na bilety przysługiwała zniżka, więc postanowiłam, że kiedyś muszę się tam wybrać. Z tego projektu zwierzyłam się mojej przyjaciółce Patrycji a nasza rozmowa niespodziewanie zeszła na temat filmu, który kiedyś zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Patrycja wspomniała, że podobno sceny plenerowe do niego kręcono właśnie w okolicy miejscowości Porlezza, to wystarczyło, aby ożywić moją wyobraźnię i wzbudzić we mnie przemożną chęć zobaczenia tych stron.


Co prawda, już wcześniej miałam okazję popatrzeć na Valsoldę z drugiego brzegu jeziora, kiedy  wędrowałam po zielonych stokach Valle d'Intelvi, jednak tym razem chodziło o coś więcej, osobiste pójście śladami bohaterów filmu, więc mimo znacznej odległości, nie mogłam sobie odmówić takiej frajdy! Samo dotarcie do Porlezzy okazało się bardzo czasochłonne, ponieważ jak zwykle musiałam odbyć godzinną podróż do Como, by wsiąść do autobusu jadącego do Menaggio, gdzie nastąpił krótki postój. Następnie autobus ruszył w dalszą drogę w stronę Lugano; mniej więcej w połowie drogi dojechaliśmy do północnego krańca jeziora, gdzie leży Porlezza, w sumie ta podróż zajęła mi niemal dwie godziny. Miasteczko okazało się małym rozczarowaniem i nie oszołomiło mnie swoją urodą. Składa się ono przede wszystkim z dużej ilości współczesnych domków, nie odznaczających się niczym szczególnym oraz kilku klockowatych hoteli nieopodal przystani. Do tego pogoda była w kratkę, przez chwilę nawet zanosiło się na deszcz i choć promienie słońca uparcie próbowały przebić się spoza ciężkich chmur, niebo nadal było szaro-bure a jezioro rozhuśtane zimnym wiatrem, miało kolor ołowiu.


Szczerze mówiąc, chyba zbyt wiele oczekiwałam, sądziłam, że zobaczę romantyczne zakątki, podobne do tych, jakie stanowiły scenerię filmu, tymczasem malutkie centrum historyczne w niczym ich nie przypominało... Błąkałam się po bulwarze, gapiąc na jezioro leżące pomiędzy górami z dominującymi szczytami  Monte Sighignola i San Salvatore, które zamykały ten ponury pejzaż. W tej sytuacji pozostawało mi jedynie zasięgnięcie języka u miejscowej ludności, choć tu miałam pewne opory. Wydawało mi się, że kiedy zapytam, gdzie kręcono film, mogę być poczytana za nawiedzoną  dziwaczkę, szukającą taniej sensacji. Ale mimo to, postanowiłam, że chwycę byka za rogi. Weszłam do baru ( w małych miejscowościach często bywa on również ochotniczą agendą informacji turystycznej) gdzie dla niepoznaki zamówiłam kawę i lody. Obsłużyła mnie sympatyczna, rozmowna dziewczyna, z którą szybko nawiązałam kontakt, więc po chwili odważnie wypaliłam, że szukam śladów "Piccolo mondo antico". 


Tu spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo zamiast popukać się w głowę, barmanka zasypała mnie gradem informacji, a z nich wynikało, iż istotnie film (a nawet dwa filmy, bo była też wersja wcześniejsza od tej, którą oglądałam) kręcono w wioskach leżących nieopodal, co więcej, tam toczy się również akcja książki, więc reżyser poszedł za ciosem i starał się wiernie odtworzyć jej klimat, korzystając z tej naturalnej scenografii.
Dowiedziałam się też, że powinnam wsiąść w następny autobus do Lugano i pojechać w stronę włosko-szwajcarskiej granicy, do wioski  Oria, gdzie bez problemu mogę rozpocząć wędrówkę śladami bohaterów powieści Fogazzaro, gdyż znajdę tam specjalne, żółte tablice informacyjne. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi z tymi tablicami, ale uznałam, że nie będę się dopytywać, bo zapewne sama odkryję wszystko na miejscu, więc bez zwłoki udałam się na przystanek.


Wraz ze mną na autobus czekały dwie włoskie turystki, które mi powiedziały, że również jadą do Orii aby zobaczyć willę Fogazzaro. Zaskoczyła mnie ta wiadomość, bo nie miałam pojęcia, iż autor książki mieszkał w tych stronach, ani o tym, jak ścisły związek miało to z jego twórczością. Chociaż jeszcze o tym  nie wiedziałam, był to moment przełomowy w moim spotkaniu z Valsoldą i jej historią, pisarzem oraz jego twórczością.
Od tej chwili zaczęłam ich powolne odkrywanie i poddałam się oczarowaniu, które przerodziło się w trwałą miłość do tego niezwykłego zakątka. Ta fascynacja zaprowadziła mnie jeszcze dalej, zaowocowała przeczytanymi książkami, poszukiwaniami w internecie a także wieloma refleksjami...
Tymczasem nadjechał zatłoczony autobus, do którego oprócz mnie wsiadło jeszcze sporo osób jadących w tę samą stronę; na szczęście jazda trwała dość krótko i po kilkunastu minutach jazdy wysiadłam w Orii. Kiedy rozejrzałam się wokoło, zachwyciła mnie uroda pejzażu, jaki miałam przed oczami. Droga wiodąca do Lugano nie biegnie samym brzegiem jeziora, lecz nieco wyżej, więc lustro wody leżało w pewnej odległości.


Dzieliły mnie od niego czerwone dachy małych domków, ukrytych w bujnej zieleni drzew a pomiędzy nimi wystrzelała szara, kościelna wieża. Po drugiej stronie jeziora widziałam masywną sylwetkę Monte Bisgnago i strome stoki Valle d'Intelvi, porośnięte gęstym lasem, wyglądającym niczym ciemnozielony aksamit. Pogoda poprawiła się zdecydowanie, co prawda powietrze nadal było ciężkie i wilgotne, ale słońce wyjrzało pomiędzy chmurami a te szybko zniknęły pozostawiając po sobie delikatny woal foschii. Miałam okazję podziwiać wspaniały spektakl natury, kiedy to góry i jezioro powoli wyłaniają się z ciemnych zasłon w całej krasie swoich kolorów a kropelki wilgoci rozproszone w powietrzu zacierają wszystkie kontury, lśniąc i migocąc w blasku słońca. Był to urzekający i niezapomniany widok, przez chwilę miałam wrażenie, że jestem tam oczekiwanym gościem i to specjalnie na moje przybycie przyroda przygotowała to niezwykłe widowisko...



Później w książce Fogazzaro przeczytałam opis podobnego zjawiska, dość częstego w tych stronach a wtedy ponownie wróciło do mnie wspomnienie dnia, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Valsodę. Wówczas pomyślałam sobie, że tak musiał czuć się książę z arabskiej bajki, kiedy przyprowadzono mu nigdy nie widzianą oblubienicę a ona powoli podniosła zasłonę i ukazała mu swą piękną twarz...Przez chwilę stałam na niewielkim tarasie, podziwiając jezioro w dole i zalesione zbocza gór, gdzie przytuliło się kilka wiosek połączonych krętą drogą, biegnącą powyżej tej, którą przybyłam. W wioskach można było dostrzec wyniosłe kościoły a w tej położonej najbliżej, zauważyłam dwie wielkie wille, ozdobione kolumnami, odcinające się swoim wielkopańskim wyglądem na tle skromnych domków z szarego kamienia. Nieopodal tarasu, gdzie stałam, były wąskie, kamienne schodki, prowadzące w dół; skierowałam tam swe kroki i po chwili dotarłam do uroczej uliczki sąsiadującej z zielonymi ogrodami, gdzie cichutko szemrały liście drzew prześwietlone słońcem.




Uliczka biegła dość wysoko; poniżej widziałam dach kościoła, zaś przede mną były następne schodki, które zaprowadziły mnie wprost do niewielkiego portyku. Pokonałam jeszcze kilka stopni i znalazłam się na niewielkiej przestrzeni pomiędzy budynkami, wybrukowanej kamiennymi płytami. Przede mną otworzył się widok na wody jeziora, oddzielone skarpą oraz niskim murkiem. Lewą stronę tego placu stanowiła boczna ściana willi z małą loggią i tarasem, po prawej był kościół a pomiędzy nim i jeziorem, tuż na skraju skarpy, wzniesiono okazałą pergolę.  W tym momencie serce zabiło mi mocniej, bo zrozumiałam, że znalazłam się w w samym środku jednej ze scenerii, w jakiej kręcono film! Wszystko było dokładnie tak samo, niczego nie brakowało i nic nie zostało usunięte na potrzeby scenariusza... Przed sobą miałam dom wuja Piera, w którym po ślubie zamieszkali Franco i Luiza, na tarasie ponad loggią stał metalowy stolik z krzesełkami, przy którym Franco z przyjaciółmi pijał popołudniową kawę a pod pergolą był jego ukochany ogród, gdzie z miłością pielęgnował swoje rośliny. Obok zauważyłam pierwszą z licznych tablic, o jakich powiedziała mi barmanka w Porlezza. Umieszczono na niej krótką notkę biograficzną o pisarzu, mapkę Valsoldy oraz fragment "Piccolo mondo antico" nawiązujący do tego miejsca. Tuż obok kościoła rosły wielkie cyprysy, zaś w głębi pinia, dokładnie tak jak w książce - z tą różnicą, że tymczasem stała się okazałym drzewem, podczas gdy w powieści była zaledwie odchowaną sadzonką...



W tym magicznym momencie zachłysnęłam się czarem tego niezwykłego miejsca, które geniusz pisarza unieśmiertelnił a potomni uszanowali i z pietyzmem pozostawili wszystko na swoim miejscu. Jednak to nie była ostatnia niespodzianka, bo na ścianie domu, wśród zielonych liści bluszczu, widniała tablica pamiątkowa, poświęcona pamięci Antonia Fogazzaro z medalionem przedstawiającym jego podobiznę. W tym momencie zrozumiałam, że jestem przed willą niegdyś będącą jego domem, o której wspominały dwie panie, spotkane na przystanku. Postanowiłam obejrzeć wszystko dokładnie, więc weszłam do portyku przecinającego dom na przestrzał. Po lewej stronie miałam darsenę, gdzie wedle powieści utonęła mała Ombretta a po prawej schody prowadzące do kuchni, skąd unosił się smakowity zapach gotujących się potraw.


Przez otwarte drzwi rzuciłam okiem do wnętrza i zobaczyłam duże pomieszczenie z tradycyjnym, kuchennym wyposażeniem, pełne starych mebli oraz naczyń z miedzi i białej porcelany w kobaltowe wzory. Po chwili z głębi domu wyszedł młody człowiek, więc zadałam mu pytanie o willę. Chyba nie był tym specjalnie zaskoczony, bo bardzo chętnie odpowiedział, że istotnie niegdyś był to dom pisarza a obecnym właścicielem jest jego prawnuk, markiz Giuseppe Roi, pracodawca mojego rozmówcy. Nie pytany dodał też, że markiz jest mieszkańcem Vicenzy, ale przyjeżdża do Orii na wakacje i właśnie jest obecny, więc nie ma możliwości obejrzenia wnętrza domu. Zrozumiałam z tej rozmowy, że zapewne nie byłam pierwszą osobą, jaka zwróciła się do niego w poszukiwaniu informacji i zapewne zdarzało mu się ulegać prośbom admiratorów Fogazzaro, pragnących choć przez chwilę popatrzeć na pokoje, które autor tak sugestywnie opisywał w swojej książce. Sympatyczny młodzian powiedział mi też, że markiz jest osobą w podeszłym wieku i jakiś czas temu sporządził testament, w którym zapisał willę FAI z zastrzeżeniem, iż ma w niej powstać muzeum poświęcone pamięci jego pradziadka.
 


Pomyślałam sobie, że to naprawdę piękny gest, bo zapewne jest wiele osób, dla których podobnie jak dla mnie, odwiedziny w tym miejscu będą niezwykle ważnym przeżyciem. Pożegnałam mojego rozmówcę i ruszyłam na dalsze oględziny Orii. Jest to maleńka wioska, składająca się z kilku uliczek, w większości mających formę schodów łączących wąskie domki, wznoszące się tarasowo na stromym zboczu, tulące się do siebie pomiędzy skrajem wody i asfaltową drogą. Maleńki placyk oraz równie mikroskopijna przystań, dopełniały wizerunku miejscowości, gdzie oprócz młodego człowieka, o którym już wspominałam i dwóch pań, przybyłych wraz ze mną, nie spotkałam żywego ducha. Szczerze mówiąc, nie narzekałam z tego powodu, bo lubię takie samotne zwiedzanie, zwłaszcza w miejscach o tak niepowtarzalnym nastroju. Ponownie wróciłam na plac przed kościołem i ruszyłam w przeciwną stronę, mulatierą biegnącą pomiędzy wysokimi murami oddzielającymi ogrody należące do sąsiednich posesji.


Mulatiera zaprowadziła mnie na mały cmentarz, gdzie w otwartej kaplicy znalazłam trzy nagrobki, kryjące szczątki siostry pisarza Iny Fogazzaro Dainioni i jej męża oraz wnuka Fogazzara, Antonia Roi (był on stryjem markiza Giuseppe). Pisarz kilkakrotnie umieszczał ten cmentarz w swojej tetralogii - tu miała spoczywać Ombretta i jej rodzice a po latach również ich synowa Eliza, nieszczęśliwa żona Piera Maironi  i wreszcie on sam. W pobliżu zauważyłam następną tablicę informacyjną z ilustracją oraz fragmentem powieści. Jak już wspominałam, Oria sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej, więc byłam dość zaskoczona, kiedy na drodze nieopodal cmentarza, ni stąd ni zowąd spotkałam niedbale ubranego chłopaka z bujną, potarganą czupryną i grubą książką w ręku. Wyglądał na jakieś osiemnaście lat, mijając mnie uśmiechnął się nieśmiało i grzecznie powiedział tradycyjne "salve" a kiedy mu odpowiadałam, nasze oczy spotkały się w przelotnym spojrzeniu. W tym ulotnym momencie, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, iż mimo wszystkich różnic, jakie nas dzielą, mamy coś wspólnego - obydwoje w tym miejscu szukamy śladów minionego świata...


Czy muszę dodawać, że gdy wracając z cmentarza ponownie znalazłam się na placyku koło willi, w cieniu loggi pod tarasem (gdzie Fogazzaro pijał kawę podobnie jak jego powieściowy bohater Franco) siedział ów chłopak, po uszy zatopiony w lekturze...Być może, poszedł tam, żeby w tym romantycznym zakątku czytać jedną z jego powieści albo  młodzieńcze wiersze Antonia, w których przyszły pisarz opiewał piękno Valsoldy? 
Ukradkiem zrobiłam chłopcu zdjęcie, po czym wycofałam się po angielsku aby swą obecnością nie psuć mu nastroju. Pomyślałam sobie, że może właśnie rośnie nowy pisarz lub poeta, zakochany w tej ziemi i jej przeszłości? To miejsce miało niezaprzeczalną magię, to był dom, gdzie młody Antonio spędzał wakacje, więc kto wie, może i on kiedyś tak siadywał w cieniu loggi, żeby czytać, marzyć i pisać wiersze... Przypomniały mi się też moje lata "chmurne i durne", kiedy to spędzałam moje ostatnie wakacje w Warszawie i pełna romantycznych porywów biegałam do Łazienek, gdzie siadałam pod kasztanami z tomikiem wierszy Byrona, w którym za zakładki służyły mi zasuszone płatki róż...

Po opuszczeniu Orii powędrowałam do Albogasio i Castello, wiosek położonych na zboczu Monte Boglia, jednak ich opis będzie tematem następnego posta.  


Jak wspominałam, ta wędrówka po Valsoldzie nie była ostatnią; na przestrzeni kilku letnich miesięcy 2008 roku byłam tam wiele razy, gdyż nie mogłam się wyrwać z pod uroku tej krainy. Po upływie kilku lat przyszedł też dzień, w którym mogłam przekroczyć progi willi Fogazzaro (będzie o tym oddzielny post). Miało to miejsce wiosną 2011 roku z okazji Dni Otwartych FAI (markiz Guiseppe Roi zmarł w roku 2009 i zgodnie z jego wolą, w willi powstało muzeum) co było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Przez te lata przeczytałam wszystkie książki Fogazzara przetłumaczone na język polski a także ciekawe opracowanie pt. "Antonio Fogazzaro i jego epoka" Katarzyny Biernackiej -Licznar. Pokusiłam się także o lekturę powieści "Piccolo mondo antico" i "Malombra" po włosku, co w moim przypadku było imponującym dokonaniem z uwagi na styl i słownictwo, różniące się od tego, jakim mówi się współcześnie. Te czytelnicze trudności powiększał jeszcze fakt, iż pisarz obficie używał różnego rodzaju dialektów, co sprawia, że język jego postaci wiele mówi zarówno o miejscu oraz klasie społecznej z jakich one pochodzą. Do dziś często słyszy się opinię, że Włoch z północy nie rozumie Włocha z południa a w XIX wieku, kiedy zjednoczona Italia dopiero zaczynała tworzyć język literacki wspólny wszystkim Włochom, te regionalizmy były o wiele bardziej słyszalne.


Swoim zwyczajem, zaczęłam też sklejać w jedno drobne skrawki informacji, na jakie natrafiałam przy różnych okazjach. Tym, co mnie najbardziej zainteresowało, był fakt, do jakiego stopnia realne zdarzenia znalazły swoje odbicie w twórczości Fogazzara. Otóż okazało się, iż  było ich niemało, począwszy od tego, że pierwowzorem Franca Maironi był Mariano, ojciec pisarza, który wbrew woli swego rodzica, bogatego przemysłowca z Vcenzy, wyszedł poza swoją sferę i ożenił się z panną Teresą Barrera, córką architekta pochodzącego z Valsoldy. Jednak rysy matki Fogazzara odnajdziemy nie w postaci Luizy, lecz jej matki, pani Rigey, której pisarz dał nie tylko to samo imię, ale również obdarzył ją podobnymi cechami charakteru. Natomiast wzorcem dla powieściowej Luizy była przyjaciółka rodziny, pani Luiza Venini Campioni, którą pisarz znał od czasów swojego dzieciństwa i to właśnie jej zadedykował 'Piccolo mondo antico". 


Twardy i nieustępliwy charakter, w jaki autor wyposażył markizę oraz jej negatywny stosunek do małżeństwa Franca, miał swe źródło w rzeczywistym konflikcie, jaki podzielił rodziców Fogazzara i jego dziadka, (nota bene, również Antonia). Natomiast pod postacią Piera Ribeiry, bez trudu można odkryć jego pierwowzór, jakim był wuj Teresy, Pietro Barrera, wspaniały człowiek, bardzo kochany przez krewnych, dla których był prawdziwą podporą. Oczywiście, również wiele pomniejszych postaci miało swe żyjące modele, część z nich jest znana, zaś inni zniknęli w mrokach zapomnienia. Także powieściowy opis domu w Orii (matka Fogazzara otrzymała willę w spadku po swoich krewnych i rodzina pisarza zwykle spędzała tam wakacje) oraz całej okolicy, jest nadzwyczaj wierny, bo choć na przestrzeni minionego stulecia na terenie Valsoldy powstało nieco nowych domostw, jednak nie tak wiele, aby zdecydowanie zmienić charakter tych stron.


W zasadzie jedyną taką rzeczą jest asfaltowa droga Porlezza - Lugano, która powstała w okresie międzywojennym. Jej budowa sprawiła, że musiano poświęcić niektóre ogrody, jednak mieszkańcy chyba zrobili to bez żalu, zważywszy na fakt, iż poprzednio komunikacja na wybrzeżu jeziora była mocno utrudniona i ludziom pozostawały piesze wędrówki lub droga wodna. Oczywiście, podczas ciepłych miesięcy rejs statkiem czy łódką był przyjemnością sam w sobie, ale kiedy nadchodził okres niepogody, podróżnym zapewne nie było do śmiechu (taką sceną podróży podczas deszczu i zawieruchy, rozpoczyna się "Piccolo mondo antico") tym bardziej, że wzburzone wody jeziora niejednokrotnie na zawsze pochłaniały swoje ofiary. Tu chciałabym dodać, że również dramatyczny opis śmierci Ombretty był odbiciem realnego zdarzenia, kiedy to  Mariano, dziesięcioletni syn pisarza (imię otrzymał po dziadku ze strony ojca) nieomal się utopił w darsenie należącej do willi i z pewnością straciłby życie, gdyby nie matka, która w porę nadbiegła i wyciągnęła nieprzytomnego chłopca z wody. Podobnie jak Franco w powieści, także Antonio Fogazzaro przebywał wtedy w Lugano i dopiero po powrocie dowiedział się o wypadku. 


Pisarz dla całej trójki swoich dzieci był nadzwyczaj kochającym ojcem (oprócz syna miał jeszcze dwie córki) więc nie trudno sobie wyobrazić, co czuł w tej sytuacji... 
Tym razem los ich oszczędził, jednak dziesięć lat później dwudziestoletni Mariano niespodziewanie zmarł na tyfus, co dla Fogazzara było strasznym ciosem. W sukurs (podobnie jak Francowi) przyszła mu jego głęboka wiara w Boga, jednak ta strata sprawiła, że rozwiały się wszystkie nadzieje, jakie pokładał w tym mądrym i uzdolnionym chłopcu. To straszne przeżycie znalazło swe odbicie na kartach "Piccolo mondo antico" kiedy autor opisywał to, co się działo w domu Maironich po śmierci ich małej córeczki. Szczerze mówiąc, ta część powieści mocno mną wstrząsnęła, gdyż oprócz ogromu i różnorodności emocji opisanych przez autora, całość cechuje tak dogłębna analiza stanów duszy i umysłu, że było dla nie jasne, iż takie strony mógł napisać tylko ktoś, kto sam przeżył coś podobnego. Fogazzaro bardzo prawdziwie przedstawił  uczucia Franca i Luizy a także ich brak wzajemnego zrozumienia z powodu odmiennego przezywania żałoby, co doprowadziło do separacji i nieomal rozpadu małżeństwa. Z racji mojego zawodu bardzo często spotykałam się ze śmiercią i  musiałam patrzeć na rozpacz tych, którzy pozostali. Jestem też matką, dlatego mogę sobie wyobrazić, co czują rodzice po stracie dziecka; jednak wyobraźnia to jedno a znalezienie wiarygodnego sposobu aby myśli ubrać w słowa, to zupełnie inna sprawa... 

W następnych postach napiszę też o związkach Valsoldy z Polską, poprzez przybliżenie postaci kilku wybitnych artystów, urodzonych w okolicznych wioskach. To niespodziewane odkrycie było dla mnie wielkim zaskoczeniem i jednym powodem więcej, abym poczuła jeszcze silniejszą więź z tym pięknym miejscem.

Jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć więcej zdjęć z Orii i Porlezzy, jak zwykle zapraszam do albumu>




wtorek, 14 stycznia 2014

Ostróda mroźnie i zimowo, czyli styczniowy spacer na Mazurach.



Tym razem chciałabym zaprosić wszystkich na zimowy spacer w okolice Ostródy. Zdjęcia, które tu zamieściłam, pochodzą z poprzedniej zimy, zrobiłam je pewnego styczniowego, bardzo mroźnego dnia po południu, kiedy wybrałam się na spacer za miasto razem z moją córką Martą. Pogoda była wspaniała, śnieg skrzypiał pod nogami i skrzył się w słońcu a cała okolica wyglądała po prostu bajecznie. Jezioro Drwęckie znajduje się w centrum Ostródy, ponieważ ma wydłużony kształt, idąc jego brzegiem, w miarę szybko znajdziemy się na obrzeżach miasta, na drodze do pobliskiego lasu. Jest to lubiana trasa spacerowa a jej część prowadzi nasypem, po którym niegdyś jeździł pociąg do pobliskiego Morąga.


Ostróda jest miastem położonym wśród jezior i lasów. Śnieżna zima na Maurach nie zdarza się co roku a szkoda, bo jest naprawdę piękna! Uwielbiam taką baśniową scenerię niczym z filmu rysunkowego albo ilustracji z książeczki dla dzieci z gałęziami potężnych świerków, na których leży masa śniegu. Spacer po zamarzniętym jeziorze to niesamowite przeżycie, ja szczerze mówiąc, trochę boję się chodzić po lodzie, no ale skoro inni mogą... 
Tym bardziej, że rybacy spokojnie siedzący na swoich stołeczkach i łowiący z przerębla, napawają zaufaniem do grubości pokrywy lodowej. Jednak trzeba uważać w miejscu, gdzie jezioro dzieli się na dwie części; tu nad przesmykiem znajduje się most, pod nim woda na ogół nie zamarza a lód wokoło jest bardzo cienki i kruchy Za to zachód słońca oglądany z tego miejsca jest tak zaskakująco kolorowy, że aż kiczowaty. 




Zamarznięta tafla jeziora zawsze jest pokusą dla młodych chłopców i rybaków. Tych pierwszych kusi możliwość popatrzenia na miasto z innej perspektywy lub przejścia suchą nogą na pobliską wyspę, ci drudzy z upodobaniem moczą wędki w przeręblach w oczekiwaniu na taaaką rybę.
 


Rosnący chłód  zapowiadał koniec  dnia, przypominał o tym także różowy blask słońca chylącego się ku zachodowi, oświetlający polanę nieopodal jeziora. Ciepłe kolory bezlistnych drzew wspaniale kontrastowały ze śnieżnobiałym śniegiem i błękitnym cieniami pod mostem.  
                       


Krótkie zimowe popołudnie zakończyło się zmierzchem w fiołkowo - pomarańczowej poświacie, kiedy słońce chowając się za ośnieżonym lasem rzucało na okolicę swe ostatnie, długie promienie.



To już koniec spaceru, mam nadzieję, że wszystkim się spodobała mroźna zima  na Mazurach!