sobota, 26 grudnia 2015

Venezia e' sempre Venezia, czyli Marta i ja przez trzy dni w Wenecji.



Kiedy parę lat temu zbierałam się do definitywnego opuszczenia Włoch, przyjechała do mnie Marta, żeby pomóc mi w przeprowadzce. Przy  tej okazji po raz ostatni chciałyśmy skorzystać z możliwości wspólnego odwiedzenia kilku interesujących miejsc. Byłyśmy wtedy w prześlicznej Orcie i w Varallo a na koniec postanowiłyśmy pojechać na trzy dni do Wenecji. Choć był już listopad, piękna pogoda sprzyjała nam podczas wycieczek  na terenie Piemontu. Niestety, dla Perły Adriatyku prognozy były mniej pomyślne...  Martwiłyśmy się nieco z tego powodu, lecz Dario, zaprzyjaźniony właściciel apartamentu, w którym wówczas  mieszkałam, wygłosił nam na pocieszenie frazę, którą przytoczyłam w tytule co można przetłumaczyć jako "Wenecja jest zawsze Wenecją". Rozszerzył też swoją myśl mówiąc, że w Wenecji pogoda nie ma decydującego znaczenia, ponieważ to miasto zawsze ma wiele do zaoferowania, zaś podczas deszczu (choć wtedy jej urok staje się mniej oczywisty i nie tak pocztówkowy) nastrój jest zdecydowanie bardziej romantyczny. Zawierzyłyśmy mu na słowo ponieważ był tam kilka razy, poza tym my również miałyśmy swoje wyobrażenie o jej mrocznym pięknie, jakie sobie wyrobiłyśmy na postawie świetnego, nastrojowego thrillera "Nie oglądaj się teraz" którego akcja toczy się właśnie w Wenecji;  ja nieco później miałam okazję ponownie przyjrzeć się temu miastu w filmie "Anonimo Weneziano" gdzie para bohaterów krążyła po jego mniej znanych zakątkach. Obydwa filmy były bardzo dalekie od serwowania obiegowych widoczków a my chyba właśnie taką odmienną Wenecję pragnęłyśmy zobaczyć, choć oczywiście nie zamierzałyśmy pomijać popularnych, turystycznych szlaków. Nie robiłyśmy sobie żadnych planów na zwiedzanie, nie zagłębiałyśmy się też w lekturę przewodników, ponieważ chciałyśmy poznać miasto i wchłonąć jego atmosferę zwiedzając je niejako na żywioł. Mimo tych założeń uzbroiłyśmy się w mapę, żeby przynajmniej z grubsza orientować się co do miejsca, w jakim mogłybyśmy się znaleźć oraz zarezerwowałyśmy nocleg w hotelu.

Wenecja - dzień pierwszy, czyli słońce i kolory.



Do Wenecji przyjechałyśmy pociągiem, który swój bieg kończył na dworcu Santa Lucia (według mnie banalnym, klockowatym a do tego dość brudnym, natomiast zdaniem Marty będącym świetnym przykładem modernizmu z elementami Art Deco). Nasz hotel mieścił się bardzo blisko, więc bez zwłoki ruszyłyśmy w jego stronę aby zostawić nasz niewielki bagaż i rozpocząć zwiedzanie miasta. Jak się okazało, pokój był niewiele większy od dużej szafy, jednak były tam dwa wygodne łóżka oraz równie mała, lecz czysta i zadbana łazienka. Sam budynek hotelu wzniesiono w ciemnym zaułku, tak wąskim, iż mogło się zdawać, że gdyby drzwi wejściowe otwierały się nie do wewnątrz, lecz na zewnątrz, dotknęłyby ściany domu stojącego naprzeciwko. To pierwsze wrażenie jeszcze wielokrotnie się powtórzyło, kiedy wędrowałyśmy po mieście; czasem stojąc w tunelu wąziutkiej uliczki, nad głowami widziałyśmy jedynie niewielki skrawek nieba szerokości wstążki.


Przyjrzałyśmy się najbliższej okolicy, odwiedziłyśmy dwa pobliskie kościoły i z przyjemnością skonstatowałyśmy, że lekki wiatr rozgonił poranne mgły a pomiędzy chmurami ukazało się piękne, lazurowe niebo. Ciemnych i ciężkich chmur nadal było sporo, jednak wszystko wskazywało na to, że dzień będzie raczej pogodny. Ponieważ chciałyśmy jak najlepiej wykorzystać czas, postanowiłyśmy wsiąść do tramwaju wodnego, płynącego  Canale Grande aż do końca trasy, czyli do Placu Świętego Marka a później wrócić do hotelu na piechotę. Jednak tu spotkała nas niespodzianka, która co prawda nie wpłynęła na nasze plany, jednak spowodowała w nich pewne zamieszanie.


Otóż tramwaj wodny, do którego wsiadłyśmy co prawda płynął w kierunku placu, jednak nie kanałem, lecz w odwrotną stronę, najpierw obok portu turystycznego a później pomiędzy Wenecją i wyspami Giudecca oraz San Giorgio.
Tym sposobem straciłyśmy możliwość przyjrzenia się historycznym pałacom stojącym po obu stronach Wielkiego Kanału; w zamian za to, miałyśmy okazję obejrzeć na terenie portu piękny, nowy most, przypominający rybi szkielet oraz ginący we mgle drugi most, spinający stały ląd i terytorium Wenecji. 


Po drodze minęłyśmy dwa ogromne, pełnomorskie statki wycieczkowe a właściwie małe pływające miasta, które zabierają na pokład niemal dwa tysiące pasażerów i oferują usługi hotelowe na wysokim poziomie. Swoją drogą, nawet obietnica zobaczenia najpiękniejszych miejsc świata, nie skłoniłaby mnie do wejścia na jego pokład, gdyż taki statek za bardzo mi przypomina luksusowe, pływające więzienie, pełne przypadkowych osób,  uważam też, że jeśli podróżować, to w pojedynkę albo w niewielkim, dobranym towarzystwie. 


Gdy wypłynęliśmy poza rejon portu, po lewej stronie ukazała się naszym oczom Wenecja; urocza, pocztówkowa, oszałamiająca swoimi kolorowymi domami, zawieszonymi pomiędzy turkusową wodą i szafirowym niebem. Domostwa i pałace wprost raziły oczy swoimi wyrazistymi barwami, podkreślonymi białymi detalami. Czyste powietrze i blask słońca sprawiały, że trudno było oderwać wzrok od tego ślicznego obrazka. Kiedy znaleźliśmy się na wysokości wyspy San Giorgio, naszym oczom ukazała się znajoma sylwetka Pałacu Dożów, dwie kolumny stojące niemal na skraju placu, kopuły bazyliki San Marco w głębi a obok nich wyniosła sylwetka dzwonnicy. 

Każda z tych budowli ma swoją odrębną i ciekawą historię; budowę dzwonnicy rozpoczęto w XI stuleciu, lecz ostateczny kształt uzyskała dopiero w XVI wieku, wtedy też Jacopo Sansovino dobudował do niej Loggettę, niewielki, elegancki budynek, stojący u jej podnóża. Niestety, wieża, którą widzimy obecnie, pochodzi z początków XX wieku, ponieważ w 1902 roku oryginalna dzwonnica zawaliła się, zamieniając w ogromną kupę gruzu. Trudno mi sobie wyobrazić, co czuli świadkowie tej sceny, gdy runęła ta niemal stumetrowa budowla; co najdziwniejsze w tym wszystkim, to fakt, że nie zginął wtedy żaden człowiek a jedyną ofiarą katastrofy był podobno kot dozorcy... (Osobiście w to nie wierzę, koty mają niezwykle wyczulony słuch i instynkt nakazujący ucieczkę z miejsca zagrożenia, więc zapewne zwierzak po prostu oddalił się w porę i więcej nie wrócił, jako że jest to jak najbardziej zgodne z kocią naturą, nakazującą szukanie miejsca wygodnego i bezpiecznego.)Tak, czy inaczej, w 1912 roku zakończono odbudowę dzwonnicy w dawnym kształcie i znowu można wejść na jej szczyt, aby podziwiać widok miasta niemal z lotu ptaka. Jak zapewne wszyscy wiedzą, od stuleci doroczny karnawał wenecki rozpoczyna się tzw. "lotem anioła" czyli osoby przebranej w powiewne szaty (obecnie są to piękne kobiety, lecz w przeszłości bywali to również panowie) która zjeżdża po linie przyczepionej do szczytu wieży, aż na plac.

W biografii Wenecji napisanej przez Ackroyda znalazłam informację, że ongiś wyglądało to tak, iż pomiędzy łodzią przycumowaną do nabrzeża a szczytem kampanili rozciągano linę, zaś jej drugi koniec mocowano do dachu Pałacu Dożów. Linoskoczek przebrany za anioła najpierw wdrapywał się po linie na wieżę a następnie zjeżdżał po niej na dach pałacu, po drodze sypiąc kwiaty na ludzi  zebranych na placu. Ten  wyczyn nazywano "volo della colombina" czyli lotem gołębicy; podobno w 1680 roku ów anioł (był to akrobata nazwiskiem Scartenador) wjechał po linie na wieżę konno; konia z rzędem temu, kto powie, jak tego dokonał...Jest to według mnie historia zupełnie nieprawdopodobna, ale przytaczam ją za Acroydem jako ciekawostkę. Obecnie osoby chcące popatrzeć na miasto z góry mogą wjechać na wieżę za pomocą windy, jednak my nie skorzystałyśmy z tej atrakcji, ponieważ odstraszył nas widok ogromnej kolejki wijącej się u jej stóp. Choć była połowa listopada i w zasadzie sezon turystyczny się zakończył, w Wenecji nadal było mnóstwo przyjezdnych, którzy zapewne podobnie jak my, liczyli na to, że o tej porze roku zastaną tam nieco mniej zwiedzających. Jednak widok tego, co się działo na placu, aż trudno było sobie wyobrazić jego widok w pełni sezonu. Jak już wspomniałam, ogromne kolejki stały wszędzie, do wieży, do bazyliki, do pałacu dożów a także do kawiarni, gdzie sprzedawano lody.

Pozostali turyści przechadzali się po placu fotografując co się da, karmiąc gołębie lub po prostu gapiąc się na otaczające cuda a zakochane pary składały sobie zapewnienia o swych gorących uczuciach. Chociaż zasadniczo wolę zwiedzać w bardziej kameralnych warunkach, dałam się wciągnąć tej atmosferze i razem z Martą kręciłyśmy się po placu, podziwiając jego niecodzienną urodę. W zasadzie nie było wiadomo czemu przyznać palmę pierwszeństwa: złocistej fasadzie bazyliki, wyniosłej, szlachetnej prostocie dzwonnicy, czy pałacowi dożów, z rzędem kolumn o prześlicznych kapitelach i subtelnych detalach loggii. Pałac dożów zadziwił mnie swoim kolorytem, ponieważ zawsze sądziłam, że ma raczej jednolitą barwę; tymczasem okazało się, iż jego ściany zdobią romboidalne wzory z okładziny w kolorze jasnopopielatym i łososiowym. Dotychczas znałam go jedynie ze zdjęć i muszę przyznać, że widziany z bliska prezentuje się naprawdę wspaniale. Na pozór zadziwiająca koncepcja, aby masywną bryłę drugiego piętra oprzeć na ażurowym parterze i równie lekkim krużganku pierwszego, w tym wypadku robi wrażenie czegoś zupełnie naturalnego a nie odwrócenia porządku architektonicznego.




Być może ma na to wpływ fakt, że tę ciężką ścianę ozdobiono na górze koronkową attyką i przebito w niej dwa rzędy okien a także dodano wyżej wspomnianą ażurową loggię z balkonem? Tak, czy inaczej, fronton pałacu jest naprawdę przepiękny i nie dziwi mnie, że jest uważany za architektoniczny majstersztyk. Łącznikiem pomiędzy bazyliką oraz Pałacem Dożów jest wspaniała brama w stylu płomienistego gotyku, zwana Porta della Carta; niegdyś była ona głównym wejściem do pałacu i miejscem, gdzie ogłaszano prawa obowiązujące mieszkańców miasta.

Niestety, podobnie jak w przypadku wieży i tu tryby historii starły na proch niektóre z tych wspaniałości; część rzeźb to jedynie kopie, ponieważ oryginały (min. lew i klęczący doża) zostały zniszczone na rozkaz Napoleona, który jak wiemy, nakazał również zdjęcie sławnych rumaków z dachu bazyliki  i wywiezienie ich do Paryża. Posągi koni odzyskano po upadku cesarza, jednak to, co dziś widzimy na dachu są to ich kopie, zaś autentyczne konie można zobaczyć w nieodległym muzeum. Detalem, jaki zrobił na mnie największe wrażenie jest rzeźba umieszczona na narożniku bazyliki nieopodal bramy. Są to porfirowe posągi, przedstawiające czterech mężczyzn, bez wątpienia parających się wojennym rzemiosłem, którzy obejmują się ramionami. Rzeźby pochodzą z Konstantynopola, skąd przywieziono je po złupieniu miasta przez krzyżowców. Ktoś, kto im się dobrze przyjrzy, zauważy, że stopa jednej z postaci jest wyraźnie jaśniejsza. Stało się tak, ponieważ posąg został uszkodzony zanim trafił Wenecji, gdzie dokonano jego rekonstrukcji. Oryginalną stopę odnaleziono później w mieście Bodrum w Turcji, jednak posąg pozostawiono w dotychczasowym stanie a odzyskana stopa trafiła do muzeum. Uważa się, że ta piękna grupa powstała w czwartym stuleciu naszej ery i przedstawia tetrarchów, czyli Dioklecjana, Maksymiana, Chlorusa i Galeriusza, władców, którzy swego czasu wspólnie rządzili rzymskim terytorium, (przy czym każdy odpowiadał za inne prowincje). To wspaniały przykład rzeźby portretowej i muszę przyznać, że mimo uszkodzeń posągi zrobiły na mnie ogromne wrażenie


Wobec pełnej cudów i wspaniałości (choć w zasadzie przeładowanej ozdobami) bazyliki są zadziwiająco skromne, statyczne i niejako osobne, mimo ich ścisłego połączenia z bryłą kościoła. Patrząc na nie, miałam nieodparte wrażenie, iż stanęłam oko w oko z kawałkiem niezwykłej historii i niemym świadectwem ludzkich poczynań o wiele bardziej, niż w przypadku innych, może równie pięknych, szczegółów wystroju...
Gdybym dzisiaj miała powiedzieć, co najbardziej mi utkwiło w pamięci i jakie obrazy ona przywołuje, kiedy pomyślę o Wenecji, z pewnością będą to te postacie o splecionych ramionach, od wieków spoglądające na świat dziejący się wokoło... Jak już wspomniałam, sama bazylika jest tak pełna różnorakich detali, kolumn, posągów, złoceń i mozaik, że jedynym uczuciem, jakie mnie ogarnęło na jej widok było ogromne oszołomienie a z jej wnętrza wyszłam kompletnie zdruzgotana. Rzec można, iż podobnie jak nadmiar szczęścia może być nieszczęściem, to w tym wypadku nadmiar piękna spowodował u mnie zniechęcenie i przygnębienie, gdyż wszystkie te wspaniałości były dla mnie po prostu nie do ogarnięcia wzrokiem i umysłem. We wnętrzu katedry puściłam się na samotne zwiedzanie, jedynie od czasu do czasu podsłuchując co po włosku mówili przewodnicy, natomiast Marta przyłączyła się do grupy angielskojęzycznej.



Martę bardzo zdegustowała informacja, że większość mozaik i innych elementów wystroju (podobnie jak posągi tetrarchów) pochodzi z rabunku i swego czasu weneccy kupcy mieli wręcz obowiązek przywożenia czegoś, co mogłoby służyć do ozdobienia kościoła, przy czym nie miało znaczenia, czy rzecz ta została nabyta w sposób uczciwy. Zresztą samo sprowadzenie ciała św. Marka również wiązało się z jego wykradzeniem z kościoła koptyjskiego w Aleksandrii w 828 roku, więc w pewnym sensie zachowano swoistą ciągłość tradycji, tym bardziej, że relikwie poprzedniego patrona, czyli św. Teodora, także zostały zdobyte drogą kradzieży. Co prawda, w przypadku św. Marka z czasem dorobiono legendę, która całe zdarzenie ukazuje w nieco lepszym świetle, ale prawdopodobnie nie do końca jest ona zgodna z prawdą.



Głównym wrażeniem, jakie wyniosłam po zwiedzeniu katedry była ogromna ilość złota we wszelkiej postaci, gdyż wenecjanie chyba wzięli sobie za punkt honoru, aby jej bogactwo rzucało wiernych na kolana. Natomiast Marta jako kolor dominujący wspomina czerwień marmuru kolumn i posadzki, co dowodzi, że kiedy dwie osoby oglądają to samo, to nie jest to samo...Z wnętrza kościoła nie mamy żadnych zdjęć, ponieważ jego fotografowanie jest surowo zabronione, więc możemy polegać jedynie na własnej pamięci lub na zdjęciach zamieszczonych w internecie. Zważywszy na okoliczności, z pewnością potrzeba o wiele więcej czasu a przede wszystkim spokoju, aby należycie ocenić rangę artystyczną bazyliki. Zwiedzając ją stosunkowo krótko a do tego w tłumie, można się oprzeć jedynie na ogólnym wrażeniu; gdybyśmy chciały ją zobaczyć naprawdę, musiałybyśmy tam spędzić kilka dni w ciszy i skupieniu a do tego uzbrojone w lornetkę. Tak, czy inaczej, utwierdziło mnie to w moim przekonaniu o wyższości stylu romańskiego nad innymi, jeśli chodzi o wyrażenie ducha religii a także zachowanie służebnej roli architektury w stosunku do idei wiary. Po wyjściu z kościoła ponownie obeszłyśmy plac, podziwiając w świetle zachodzącego słońca dwie kolumny, stojące na jego skraju przylegającym do wody, tuż przy nabrzeżu noszącym nazwę Riva degli Schiavoni. Można to przetłumaczyć jako Nabrzeże Słowiańskie, jednak mnie ta nazwa skojarzyła się z niewolnictwem. Ta dwuznaczność wynika z tego, że za czasów rzymskich rejon dzisiejszej Słowenii, Dalmacji i Chorwacji nazywano Sclavonią (w późniejszych czasach Schiavonią lub Slavonią) ponieważ z tych rejonów pochodziło wielu ówczesnych niewolników (sclavi).


Poza tym, z historycznych zapisków wiadomo, że we wczesnym średniowieczu na tym nabrzeżu faktycznie uprawiano handel ludźmi, (od czego wenecjanie nie stronili) zaś nieco później było to miejsce, gdzie przybijali swoimi statkami i wystawiali towary kupcy z Dalmacji, tak więc proweniencja tej nazwy jest jak już wspomniałam, dość dwuznaczna. Kolumny zdobią dwa posągi; jeden wyobraża skrzydlatego lwa z uniesionym ogonem a drugi postać rycerza z aureolą, stojącego na smoku przypominającym krokodyla. Ów rycerz to nie (jakby się można było spodziewać) święty Jerzy, lecz święty Teodor, pierwszy patron Wenecji, niejako zdetronizowany przez świętego Marka. Wśród Wenecjan panuje przesąd, że nie należy przechodzić pomiędzy kolumnami, ponieważ może to sprowadzić na człowieka nieszczęście; podobno jest to związane z tym, że niegdyś tą drogą prowadzono skazańców na egzekucję. Co ciekawe, ani lew, ani św. Teodor nie wyszły spod jednego dłuta, lecz są zlepkiem różnych rzeźb spiętych metalowymi klamrami, np. głowa świętego to prawdopodobnie głowa starożytnego posągu przedstawiającego Mitrydatesa, króla Pontu, natomiast co do lwa, podejrzewa się, że pochodzi z Chin a jego skrzydła zostały dodane podczas zabiegów konserwatorskich



Tamtego popołudnia Riva była pełna przechadzających się ludzi, na wodzie bujały się gondole a gondolierzy w swoich tradycyjnych strojach czekali na klientów. Z tego co zauważyłam, na wynajęcie gondoli decydowali się przeważnie młodzi ludzie, wyglądający na zakochanych, dla których  taka przejażdżka jest w pewnym sensie obligatoryjna. My jednak nie miałyśmy poczucia, że wydatek osiemdziesięciu euro za podobną usługę jest dla nas w jakikolwiek sposób uzasadniony, (dwie noce w hotelu kosztowały nas dziewięćdziesiąt euro). Z pewnością ta dość wysoka cena ma jednak sens z punktu widzenia właściciela łodzi, zważywszy na jej znaczny koszt oraz wszystkie płatne zezwolenia i podatki, jakie musi uiszczać gondolier. 



Przy nabrzeżu, nieopodal pałacu dożów stoi legendarny hotel Danieli, wspaniały pałac zbudowany w XIV wieku, niegdyś należący rodziny Dandolo a później Mocenigo i Bernardo. W XIX wieku kupił go friulański przedsiębiorca Da Niel i przeznaczył na luksusowy hotel. Swego czasu gościł on min. Goethego, Byrona, Dickensa i Wagnera, w jego pokojach rozwijał się źle zakończony romans George Sand z Alfredem de Musset, natomiast w czasach nam współczesnych jest znany z tego, że kręcono w nim sceny do filmu "Turysta" z Angeliną Jolie i Johnny'm Deppem.

Po przechadzce w okolicy hotelu wróciłyśmy z powrotem na plac św. Marka, gdzie na Torre di Orologio obejrzałyśmy piękny zegar, ozdobiony znakami zodiaku. Jest on sprzężony z mechanizmem poruszającym dwie figury, wybijające godziny uderzeniami młotów w wielki dzwon. Ponieważ była właśnie godzina piętnasta, miałyśmy okazję zobaczyć ten interesujący spektakl. (Swoją drogą, wiedziona patriotyzmem półkrwi Poznanianki uznałam, że poznańskie koziołki mają więcej wdzięku.) Wieża Zegarowa jest też wieżą bramną, przez jej wąski tunel  można przejść na ulice przyległe do placu. Tu zaczęła się nasza wędrówka poprzez urokliwe zakątki, wąskie zaułki i śliczne mostki. W okolicy było pełno sklepików z rękodziełem typowym dla Wenecji: maskami, drewnianymi zabawkami, biżuterią, szkłem z Murano, haftami i koronkami. Podziwiałyśmy te śliczne przedmioty, jednak cały czas towarzyszyło mi przekonanie, że ich urok jest nieodłącznie związany z magiczną atmosferą miasta, która stanowi jego integralną część; że wyrwane z przynależnego sobie kontekstu, staną się niczym polne kwiaty, tak pięknie wyglądające wśród zieleni łąki, lecz ścięte i przyniesione do domu będące zaledwie echem samych siebie...

Dlatego też trudno było nam się zdecydować na zakup czegokolwiek; po długim namyśle Marta wybrała dla siebie malutką maskę Pulcinelli i zawieszkę w kształcie serduszka wykonaną ze srebrzystego szkła a ja sprawiłam sobie szklaną papryczkę, tzw. cornetto, która podobno przynosi szczęście. Zapadał zmrok, w sklepikach i bodegach zapalano światła a my przekraczałyśmy kolejne mostki, idąc na azymut w stronę hotelu. Otwierały się przed nami perspektywy na węższe i szersze kanały, gdzie w głębi widziałyśmy pałace i kościelne wieże. Nadszedł wieczór i zrobiło się zupełnie ciemno, my dalej szłyśmy przed siebie, od czasu do czasu zerkając na mapę. Nagle dotarłyśmy do szerokiego pasa wody a po naszej prawej ręce zobaczyłyśmy wysoko sklepiony łuk oświetlonego mostu; to był Wielki Kanał i Ponte Rialto. Przeszłyśmy przez most, żeby nieco skrócić drogę i znów powędrowałyśmy krętymi uliczkami w stronę Ponte degli Scalzi, gdzie nieopodal mieścił się nasz hotel. Tu miasto było niemal wymarłe, część turystów wróciła do hoteli, inni zapewne siedzieli w barach, czy osteriach, skąd czasem dobiegały ludzkie głosy i śmiech. 




Wysokie, ciemne ściany domów gdzieniegdzie rozjaśniała plama okna z zapalonym światłem oraz słaby blask ulicznych latarni. W ciszy i ciemności późnego wieczoru z dala od uczęszczanych szlaków, ukazała się nam inna Wenecja, butwiejąca, na pozór martwa; z wodą cicho pluskającą o fundamenty z wyłaniającymi się z cienia ślepymi oczami okien zasłoniętych drewnianymi żaluzjami i wysokimi kominami, rysującymi się na tle ciemnego nieba. Szłyśmy szybko a po drodze towarzyszył nam jedynie odgłos naszych kroków. Był to magiczny moment, sam na sam z bezludnym miastem, niczym we śnie, kiedy ogarnia nas niewytłumaczalny, nieznany na jawie nastrój i poczucie oderwania od rzeczywistości. Gdy wreszcie zobaczyłyśmy przed sobą znajomą sylwetkę mostu, którego szukałyśmy, puściłyśmy się niemal biegiem. Tam był nasz hotel, zapalone światło oraz wygodne łóżka. Po dniu, tak pełnym różnorodnych wrażeń, przyszła pora na odpoczynek i sen...


Więcej zdjęć z naszego pierwszego dnia w Wenecji można zobaczyć w albumie>

piątek, 25 grudnia 2015

Życzenia świąteczne.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia  
wszystkim zaprzyjaźnionym blogerom i czytelnikom 
"Sukienki w kropki" życzę wiele pogody ducha oraz spełnienia marzeń. 
Niech te Święta miną Wam wszystkim w atmosferze szczęścia i radości!

To już drugie Boże Narodzenie w naszym nowym domu...To pierwsze rok temu, minęło nam jeszcze częściowo na walizkach a czas dzielący tamte dni i dzień dzisiejszy, zarówno dla mnie, jak i dla Marty, był czasem trudnym, wypełnionym pracą, pełnym nieprzewidzianych obowiązków i nowych wyzwań. Choć remont naszego mieszkania w większości został zakończony o wiele wcześniej, nadal pozostało do zrobienia sporo rzeczy, które miały zadecydować o jego ostatecznym wystroju. Zupełnie niedawno udało się nam wreszcie zrealizować najważniejsze z nich, co zdecydowanie poprawiło nasze nastroje.
Lubię nasze obecne mieszkanie i dobrze się w nim czuję, to sympatyczne dwupoziomowe poddasze "z duszą", w starej kamienicy, usytuowanej w samym centrum miasta. Jeśli chodzi o mnie - znów pracuję tylko w dzień, od poniedziałku do piątku, więc sądzę, że będę miała dość czasu aby wrócić do blogowania, zanim zacznie on zacierać w mojej pamięci wspomnienia z włoskich wędrówek...

Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć nasze nowe locum, zapraszam do obejrzenia albumu>

piątek, 25 września 2015

Rowery i ludzie.



Chyba każdy z nas zetknął się z obiegową opinią, że wśród europejskich krajów, gdzie rower jest uznanym i bardzo popularnym środkiem transportu, prym wiedzie Holandia. Nigdy tam nie byłam, więc nie mam pojęcia jak to wygląda w praktyce, choć niejedno słyszałam o wysokiej kulturze ze strony wszystkich użytkowników dróg i doskonałej sieci ścieżek rowerowych.
W Polsce chyba nadal jest nam daleko do uznania jego rzeczywistych walorów, za to często słyszy się wiadomości o pijanych cyklistach, którzy padli ofiarą wypadków drogowych i braku respektu ze strony kierowców samochodów, w stosunku do użytkowników "dwóch kółek".




Być może, Włosi nie dorastają w tym względzie do Holendrów, lecz mimo to, widzi się  wielu rowerzystów obojga płci i w różnym wieku (niejednokrotnie naprawdę podeszłym). Kiedy zamieszkałam w Lombardii, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że chodzenie na piechotę jest uważane za jakieś niezdrowe dziwactwo. To fakt, że trudno tu żyć bez samochodu, komunikacja publiczna nie funkcjonuje najlepiej, więc dojazd do pracy lub szkoły niejednokrotnie może być sporym problemem. Jednak samochód trzeba bezpiecznie zaparkować a z tym są kłopoty zarówno w dużych miastach, gdzie ulice są bardzo zatłoczone a miejsc parkingowych brakuje, jak i w małych miejscowościach (zwłaszcza w ich historycznej części) z powodu uliczek tak wąskich, że jadąc większym samochodem trzeba uważać, żeby nie stracić bocznych lusterek. Z tego względu sporo osób wybiera rower, zwłaszcza jeśli ma do pokonania niewielkie odległości. 



Mam też wrażenie, że niejednokrotnie jest w tym pewien zdrowy szpan, dowód na to, że preferuje się inny sposób na życie, bardziej romantyczny i w zgodzie z ekologią. W Mediolanie nie jest rzadkością widok eleganckiego pana w garniturze albo długim płaszczu lub pani w garsonce i butach na obcasach pomykających na rowerze z gracją i dużą wprawą. Nierzadko też widzi się rower, na którym jedzie rodzic wiozący jedno a czasem dwoje dzieci, na zamocowanych dodatkowych siodełkach. Pewnego razu miałam okazję widzieć młodą mamę, która chyba pobiła  rekord świata w tym względzie. Właśnie wracałam po nocnym dyżurze, więc widząc ją pomyślałam, że troi mi się w oczach z niewyspania. Kobieta jechała na rowerze z jednym dzieckiem na foteliku przymocowanym z przodu, drugie siedziało na podobnym foteliku z tyłu a trzecie, chyba najstarsze, wyglądające na jakieś sześć lat, na ramie. 




Do tego, ponieważ siąpił deszcz, pani ta prowadziła rower jedną ręką, bowiem w drugiej trzymała duży, czarny parasol. Prawdopodobnie wiozła dzieci do przedszkola, które znajdowało się nieopodal i powiem szczerze, że był to widok, jaki trudno zapomnieć. W pierwszej chwili chciało mi się śmiać, ale się zreflektowałam na myśl o bolesnych konsekwencjach ewentualnej wywrotki zaradnej mamy i jej potomstwa, więc oglądałam się za siebie, żeby w razie potrzeby rzucić się na ratunek, dopóki nie zniknęli mi z oczu. Kiedy mieszkałam w Polsce, jazda na rowerze i pod parasolem kojarzyła mi się raczej z cyrkowymi popisami, lecz we Włoszech jest to rzecz normalna i chyba nie budząca zdziwienia nikogo poza mną. W pamięci utkwił mi też widok pewnego pana w dojrzałym wieku, sądząc po stroju robotnika budowlanego, jadącego na rowerze pod kokieteryjną damską parasolką...Może moje zdziwienie byłoby mniejsze, gdyby nie fakt, że był to grudzień a w nocy niespodziewanie zaczął padać gęsty, wilgotny śnieg, zamieniający się w mokrą breję po kolana, w której grzęzły samochody. Siłą rzeczy, jazda rowerem w takich warunkach była nie tylko nadzwyczaj trudna, ale wręcz niebezpieczna, do tego ów pan miał na sobie jedynie robocze ogrodniczki i T-shirt z krótkim rękawem....




Podczas bardziej sprzyjających warunków pogodowych z przyjemnością obserwowałam cyklistów i ich pojazdy. Niejednokrotnie były to bardzo piękne egzemplarze o wysmakowanej linii i z pewnością kosztowne, lecz nie brakowało też tańszych, przyciągających wzrok designem autorstwa właściciela. Większość rowerów miała zamocowany wiklinowy lub metalowy koszyczek na zakupy, który niejednokrotnie służył właścicielowi do przewożenia ukochanego pieska. Zdarzyło mi się też widzieć rowery ze specjalną przyczepką, gdzie po namiocikiem chroniącym od słońca i deszczu siedział np. okazały owczarek alzacki, udający się na wycieczkę wraz ze swym człowiekiem. Nierzadko widzi się rowery służące do transportu większej ilości towaru, z jednym lub dwoma wielkimi koszami z wikliny. Wyglądają one niczym bardziej nowocześni mechaniczni następcy osiołka, i są bardzo popularne min. wśród dostawców dowożących świeże pieczywo do barów. Lubiłam obserwować rowery pozostawione na ulicy i zgadywać po ich wyglądzie, kto też może na nich jeździć. Kiedy mieszkałam w Mantui, jednym z moich ulubieńców był czerwony rower z wiklinowym koszyczkiem wysłanym czerwoną tkaniną w białe groszki, który często widziałam zaparkowany nad kanałem. Na własny użytek nazwałam go "rowerem Czerwonego Kapturka" a po kilku miesiącach udało mi się "namierzyć" jego właścicielkę. Jak mogłam się spodziewać, była to eteryczna istota płci żeńskiej o długich, kręconych włosach, ubrana w powiewną sukienkę. Z biegiem czasu bardzo polubiłam fotografowanie rowerów stojących na ulicy.





Czasem był to rower- gentleman  czarny i elegancki, innym razem rower – robociarz lub rower – pijak, leżący pod latarnią, rowery pod sklepem sportowym, stojące w gromadce niczym tulące się do siebie szczeniaki lub dwa rowery mały i duży, spięte razem, niczym matka z dzieckiem trzymanym za rękę. Albo rower - panienka - lekkich - obyczajów stojący pod latarnią, z koszyczkiem przystrojonym kwiatkami niczym zalotny kapelusik. Kiedy nabrałam zwyczaju chodzenia z aparatem fotograficznym, wypatrywałam na ulicach ciekawych sytuacji z rowerami w roli głównej. Swego czasu, bardzo mnie rozśmieszył rower przypięty do słupka z informacją, że jest to teren będący własnością prywatną i w związku z tym, obowiązuje zakaz parkowania. Faktem jest, że zakaz odnosił się raczej do samochodów, jednak mimo to, efekt był bardzo komiczny. Niestety, rowery tak jak ludzie, też mają swoich wrogów, którzy nie wahają się przed aktami wandalizmu i bez pardonu uszkadzają zaparkowane jednoślady. Pewnego lata, w Como darzyło mi się widzieć rower, który zwrócił moją uwagę, ponieważ został pomalowany przez swego właściciela w zielono -żółte wzorki z pasków i kropek. Sprawny i gotów do jazdy stał na parkingu dla rowerów przed budynkiem poczty. Wielokrotnie widywałam go wieczorami, kiedy wracałam z moich górskich wędrówek. Po jakimś czasie zobaczyłam go w tym samym miejscu, wciąż przypięty, lecz zdezelowany przez jakiegoś chuligana. W tym opłakanym stanie stał tam przez kilka miesięcy, gdyż najwyraźniej nikt nie kwapił się, aby go usunąć.





Podobne obrazki miałam okazję oglądać wielokrotnie, w różnych miejscowościach. Prawdopodobnie dewastacja zaczynała się od paru kopniaków w koło co czyniło rower bezużytecznym, więc rozgoryczony właściciel pozostawiał go na pastwę losu i następnych osobników pragnących wyładować na nim swą energię. Później zjawiał się ktoś, komu mogła się przydać jakaś część, więc ją wymontowywał, aż kończyło się na tym, że pozostawała z niego jedynie rama, przypięta łańcuchem. Wtedy wkraczały służby miejskie, które odcinały te nędzne resztki i po niegdyś sprawnym egzemplarzu pozostawało jedynie wspomnienie...Swego czasu miałam okazję oglądać taki proces destrukcji, który trwał kilka tygodni, więc nie mogłam się oprzeć pokusie zrobienia jego dokumentacji fotograficznej. Natomiast kiedy byłam na Wyspie Rybaków na Lago Maggiore, w niewielkim porcie zauważyłam rower, który choć nie wyglądał na uszkodzony, był tak dokładnie pokryty rdzą, że prawdopodobnie spędził tam niejeden deszczowy sezon. Bardzo mnie to zaintrygowało, wyglądało to tak, jakby właściciel o nim zapomniał i odpłynął statkiem w siną dal a ponieważ wśród niewielkiej wyspiarskiej społeczności nie znalazł się nikt, kto miałby ochotę wejść w jego posiadanie, biedak pozostał tak palony słońcem, chłostany deszczem i wiatrem...




Natomiast lokalną ciekawostką w Como stała się obecność policjantów na rowerach, umundurowanych na wzór tych, którzy patrolują kalifornijskie plaże. Pomysł oceniłam jako świetny, z racji wąskich, jednokierunkowych uliczek, gdzie trzeba stracić mnóstwo czasu na pokonanie nawet ich małego odcinka, ponieważ służą one również jako deptaki. Natomiast w Mediolanie kilka lat temu pojawiły się liczne parkingi z rowerami do wypożyczenia,  cieszące się ogromnym powodzeniem, zarówno wśród turystów, jak i stałych mieszkańców. Czasem jest mi żal, że sama na rowerze nie jeżdżę (mam uraz po przykrej kraksie a do tego zdarzają mi się zawroty głowy, więc boję się problemów z utrzymaniem równowagi, nie mogę też zapominać, że mam skłonność do złamań kości). Sądzę, że niezłym pomysłem byłoby kupienie trójkołowca, którym mogłabym jeździć na wycieczki oraz na działkę. Byłoby to bardzo praktyczne z racji sporego koszyka, w jaki są wyposażone takie modele, gdyż zawsze jest coś do zawiezienia, nie mówiąc o tym, że wracając niejednokrotnie mam do zabrania warzywa czy owoce. Szkoda tylko, że moje miasto nie rozpieszcza nadmiarem ścieżek rowerowych, a te które są, dzięki fantazji architekta na niektórych odcinkach przeplatają się z chodnikami dla pieszych tworząc ósemki...




Ta rowerowa notka łączy się z moimi starszymi postami na temat kolarstwa wyczynowego i amatorskiego, o którym kiedyś pisałam przy innej okazji.
Jeśli ktoś nie trafił na ten temat zapraszam, bo jest to interesujący aspekt włoskiej kultury, gdzie sport rowerowy ma wielką tradycję, nie mówiąc o tym, że odbywa się tu jeden z najważniejszych wyścigów czyli "Giro d 'Italia" >





czwartek, 17 września 2015

Święta Lipka, mazurskie sanktuarium.



Poniższy wpis dedykuję Ewie, autorce bloga "Moje klimaty" w którym opisuje ona Polskę nie tylko wielkomiejską, czy zabytkową, ale również gminną i powiatową; jej bezdroża, górskie szlaki, pejzaże, to wszystko co w niej ładne i warte zobaczenia, lecz także to, co pomału idzie w zapomnienie i ruinę...
Wszystkim zainteresowanym ciekawymi miejscami, jakie widziałam we Włoszech, śpieszę donieść, że mam zamiar kontynuować moje relacje na ten temat, który nadal nie został wyczerpany.
Jednak tym razem nie będę pisała o moich włoskich wycieczkach, lecz po raz kolejny o miejscu leżącym o wiele bliżej bo na moich rodzimych Mazurach, więc w zasadzie po sąsiedzku.

Tym miejscem jest sanktuarium w Świętej Lipce, maleńkiej miejscowości, położonej pomiędzy Reszlem i Kętrzynem. Po raz pierwszy wiele lat temu byłam tam na wycieczce z moimi rodzicami; mimo upływu czasu w mojej pamięci zachował się obraz okazałej bazyliki, wzniesionej na wąskim przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, podmokłej łąki i chaszczy rosnących nieopodal. Kiedy po latach spędzonych we Włoszech wróciłam do Polski na stałe, to wspomnienie niespodziewanie obudziło się w mojej głowie i od czasu do czasu myślałam o tym, że chętnie bym się tam wybrała, więc zaczęłam namawiać Martę na wspólną wycieczkę. Pewnego letniego dnia udało się nam wprowadzić ów zamiar w czyn i po krótkiej wizycie w Kętrzynie dotarłyśmy do Świętej Lipki. Po przyjeździe na miejsce okazało się, że obecny stan sanktuarium dość daleko odbiega od tego, jaki widziałam, kiedy byłam tam po raz pierwszy. Dawna podmokła łąka zamieniła się w spory parking a najbliższe otoczenie zostało uporządkowane i przystosowane do przyjęcia dużej ilości turystów oraz pielgrzymów, którzy przybywają tam każdego dnia. Jak to zwykle bywa, na widok podobnych zmian miałam mieszane uczucia, bo to miejsce całkowicie zmieniło swój charakter; dawne odludzie, będące w kontraście z imponującą bryłą bogato zdobionej bazyliki zostało ucywilizowane, podmokły teren odwodniony a ścieżki utwardzone. Trochę wbrew naszym oczekiwaniom znalazłyśmy się w sporym tłumie; osobiście taka sytuacja niezbyt mi odpowiada, gdyż podobne miejsca lubię zwiedzać w pojedynkę albo w niewielkiej grupie, nie tylko dlatego, że chciałabym się skupić na interesujących mnie detalach architektonicznych oraz elementach wystroju, ale także z wewnętrznej potrzeby paru momentów zadumy i kontemplacji. W sytuacji, kiedy po sanktuarium kręcili się pasażerowie bodajże czterech, czy pięciu autokarów, nie mogło być mowy nawet o chwili samotności, jednak miało to tę dobrą stronę, że mogłyśmy skorzystać ze źródła wiedzy, jakim była świetnie przygotowana pani przewodnik, ze swadą opowiadająca fascynującą historię tego miejsca.

O najdawniejszych dziejach sanktuarium donoszą nam ustne przekazy, natomiast pierwsze dokumenty pisane pochodzą z XVI wieku. Legenda mówi, że w XIV wieku w lochach kętrzyńskiego zamku przebywał pewien człowiek oczekujący na proces. Wszystko wskazywało na to, że zostanie skazany na śmierć; w nocy poprzedzającej wydanie wyroku przyśniła mu się Matka Boska, która powiedziała, żeby wyrzeźbił jej wizerunek z Dzieciątkiem. Kiedy się obudził, znalazł w swej celi kawałek drewna oraz narzędzia snycerskie, więc wziął się do pracy i stworzył rzeźbę tak piękną i wymowną, że sędziowie darowali mu życie a następnie uwolnili go z zamkowego lochu. Niedoszły skazaniec postanowił wrócić do rodzimego Reszla, po drodze, na wąskim przesmyku pomiędzy jeziorem Wirowym i Dejnowo napotkał rozłożystą lipę, więc umieścił na niej rzeźbę, aby wędrowcy mogli się tam pomodlić i poprosić Matkę Boską o opiekę. Wkrótce to miejsce stało się celem pielgrzymek a wizerunek uznano za cudowny. Aby go należycie zabezpieczyć, wokół lipy zbudowano kaplicę, do której przybywało wiele osób, nawet z bardzo odległych stron; jednym z pielgrzymów był wielki mistrz Albrecht Hohenzollern, ten sam, który po przejściu na luteranizm stał się pierwszym księciem Prus i wasalem Polski. Niestety, kiedy książę zmienił wiarę, postępujący rozkwit religii luterańskiej sprawił, że nastały niepomyślne czasy dla katolików a z biegiem czasu, doszło też do rozlicznych prześladowań ze strony protestantów. Przyszedł dzień, kiedy rzeźbę utopiono w jeziorze Wirowym, kaplicę zrównano z ziemią a lipę ścięto. Legenda mówi, że z jej drewna zbudowano szubienicę, która stanęła na dawnym miejscu kultu. Dopiero w XVII wieku Stefan Sandorski, sekretarz królewski i właściciel dóbr w Prusach, wykupił owe tereny i spowodował, że powstała tam nowa kaplica a zaginioną rzeźbę zastąpił obraz Madonny z Dzieciątkiem. Pod koniec XVII wieku na miejscu owej kaplicy z inicjatywy zakonu jezuitów wzniesiono obecną bazylikę, która jest uznawana za jeden najwspanialszych przykładów architektury późnobarokowej w północnej Polsce.



Aby ustabilizować grząski grunt gdzie miała stanąć świątynia, w ziemię wbito aż  10000 pali, podobnie jak to czyniono w Wenecji. Budowę rozpoczęto w 1688 roku a większość prac ukończono na przestrzeni pięciu lat, jednak fasada kościoła przybrała swój obecny kształt dopiero w roku 1730. Historia nic nie mówi na temat architekta, który zaprojektował sanktuarium w dokumentach przechowało się jedynie nazwisko Jerzego Ertli z Wilna, budowniczego nadzorującego prace. Fasada bazyliki, mimo wszystkich cech baroku, jest raczej wyważona i nie przytłacza nadmiarem zbędnych detali. Zdobią ją dwie piękne wieże a nad portalem głównego wejścia umieszczono rzeźbę, nawiązującą do legendarnego wizerunku Madonny, niegdyś umieszczonego na lipie przez niedoszłego skazańca. Przestrzeń wokół kościoła zamyka czworoboczny krużganek z czterema kaplicami narożnymi, który dawniej dawał schronienie pielgrzymom odwiedzającym to miejsce; całość zamyka ażurowa kuta brama, gdzie również umieszczono elementy nawiązujące do legendy. Wewnątrz kościoła, przy jednej z kolumn, ponownie możemy zobaczyć symboliczne lipowe drzewo a na nim pokrytą srebrem płaskorzeźbę przedstawiającą Matkę Boską z Dzieciątkiem; wizerunek stworzony na kształt tego, który uległ zniszczeniu z rąk innowierców. Kościół jest bogato zdobiony freskami w subtelnych, pastelowych kolorach. Równie pięknie prezentuje się główny ołtarz, wykonany przez Krzysztofa Peuckera, zdolnego snycerza  z niedalekiego Reszla, wypełniający niemal całą przestrzeń absydy. 

Ponad nim znajduje się okno, skąd spływa łagodne światło oświetlające wizerunek Marii z Dzieciątkiem na rękach. Obraz jest przykryty srebrną, barokową sukienką a spod niej wyłania się kobieca twarz o wielkich, ciemnych oczach. To co zwróciło moją szczególną uwagę, to fakt, że nie jest to twarz wyidealizowana, której pędzel mistrza dał rysy ponadczasowej piękności, lecz mimo to, chwyta za serce swoim ciepłem i skupionym spojrzeniem pełnym smutku. Zastanawiałam się, kim była modelka - czy malarz znalazł ją po długich poszukiwaniach a może była to osoba mu bliska, jego żona lub córka?
Obraz namalowany przez Bartłomieja Pensa z pochodzenia Belga, który początkowo zamieszkał w Elblągu a później w Wilnie, jest wzorowany ikonie z rzymskiego kościoła Santa Maria Maggiore, jednak to  podobieństwo dotyczy jedynie układu postaci. Na wprost ołtarza znajdują się bogato zdobione organy, przyciągające wzrok nie tylko wieloma figurami, ale także świetlistym, kobaltowym kolorem i bogatymi złoceniami oraz swą formą, przypominającą falującą zasłonę. Twórcą prospektu jest również Krzysztof Peucker, snycerz, który wykonał główny ołtarz. Organy posiadają skomplikowany mechanizm; podczas koncertu wprawia on figury w ruch a dzięki temu słuchacz staje się także widzem. Podobnie jak w przypadku ołtarza, również i na organy spływa światło z dwóch okien o szybkach w kolorze bursztynu, położonych powyżej, tuż obok siebie, co  wspaniale modeluje cały instrument i podkreśla blask złoceń. Jednak z uwagi na fakt, że kościół był pełen ludzi zarówno podczas koncertu jak i zwiedzania, trudno było o chwilę skupienia, co nieco mnie rozczarowało, ponieważ jak już wspomniałam, wolę atmosferę nieco bardziej spokojną i sprzyjającą chwilom refleksji.



Muszę też powiedzieć, że zaskoczyła mnie barwa, jaką sanktuarium otrzymało podczas ostatniego remontu. Ponieważ przyzwyczaiłam się do tego, że barokowe budowle zwykle są koloru jasno- żółtego a poza tym pamiętałam, że tak właśnie prezentowała się bazylika, kiedy byłam tam po raz pierwszy, bardzo się zdziwiłam, widząc ją pomalowaną na ciemno - różowo z białymi elementami. Mam wrażenie, że wcześniej wyglądała bardziej stylowo, jednak trzeba przyznać, że obecnie zyskała na wyrazie; poza tym, konserwatorzy twierdzą, że jest to jej pierwotny kolor. Żałowałam, że nie miałyśmy czasu, żeby dokładniej obejrzeć okolicę i popatrzeć na jeziora a także przejść szlakiem stacji Drogi Krzyżowej, jaki prowadzi w stronę Reszla. Jednak byłyśmy zdeterminowane godziną powrotu, w związku z tym nie miałyśmy większego wyboru. Ta wizyta pozostawiła mi nieco niedosytu, więc nie wykluczone, że za jakiś czas wybiorę się tam ponownie...

Pierwsze zdjęcie zrobione z lotu ptaka pochodzi z zasobów internetu. Zamieściłam je, ponieważ pokazuje całość sanktuarium a także najbliższe otoczenie. Jak widać mury mają jeszcze tradycyjny, żółty kolor. 

Można też obejrzeć więcej zdjęć w albumie
&gt 

środa, 9 września 2015

Koto Chanel, wnuczek Mruczek i Piorun Kulisty, czyli nasi ulubieńcy.




Do napisania tego posta zmobilizowała mnie Avelina, która swego czasu zamieściła wpis o wystawie kotów rasowych. Z przyjemnością obejrzałam zdjęcia kociaków, jakie tam zamieściła, ponieważ według mnie są to stworzenia nie tylko nadzwyczaj inteligentne, ale także miłe dla oka i pełne wdzięku. Nie da się ukryć, że choć darzę sympatią większość zwierząt, to koty bezsprzecznie są najbliższe mojemu sercu. Na szczęście, również moja córka Marta podziela te uczucia, więc nie mamy problemu z pokojową koegzystencją pomiędzy nami dwiema, a trzema kocimi osobnikami, mieszkającymi w naszym domu. Osoby czytające mojego bloga od dłuższego czasu, być może pamiętają wpis o niespodziance, jaką swego czasu przyniósł mi wielkanocny zajączek. Tym nieoczekiwanym prezentem była mała, czarna koteczka, którą znalazłam w Wielki Piątek po drodze do pracy. Było wtedy niesamowicie zimno, biedne stworzenie błąkało się nieopodal śmietnika, prawdopodobnie w poszukiwaniu pożywienia. Kiedy ją zawołałam, podeszła do mnie i pozwoliła się wziąć na ręce, więc po tak szybko zawartej znajomości pozostało mi jedynie zabrać ją do domu, gdzie chyba jej się spodobało, bo bardzo szybko się zaaklimatyzowała. Dałyśmy jej na imię  Buffy, ale teraz o wiele częściej nazywamy ją Misią, Misiolinką albo po prostu Minią.

Jest ona nadzwyczaj słodkim zwierzątkiem, spokojnym, łagodnym i bardzo mądrym. Misia bardzo lubi spać na chodniku w przedpokoju, toteż pewnego razu Marta idąc w nocy do łazienki, wpadła na nią w ciemnościach. Od tego czasu kotka widząc że ktoś koło niej przechodzi, niezależnie od pory dnia, czy nocy, wysyła sygnały ostrzegawcze, popiskując cicho, jak by chciała powiedzieć "uważaj, nie wejdź na mnie!". Te dyskretne popiskiwania to jej metoda na porozumiewanie się z nami; w ten sposób daje nam do znać, że trzeba dosypać jedzenia, wymienić wodę w misce albo jeszcze lepiej- odkręcić kran w łazience, bo kotki lubią zimną, bieżącą wodę. Marta nazywa ją Kotem Od - ważnym, ponieważ Misia każdy dzień zaczyna od wejścia na wagę łazienkową, jakby postanowiła zadbać o linię. Miałoby to nawet swoje logiczne uzasadnienie, ponieważ jest okrąglutka niczym pulpecik; te okrągłości spowodowały, że jej puszysty ogonek stał się nieproporcjonalnie krótki i wygląda trochę jak ogon bobra. Misia ma jeszcze jedną cechę, która ją wyróżnia, mianowicie pasję do nitek i krawiectwa. Kiedy któraś z nas używa maszyny do szycia, wskakuje na stół i na wszelkie sposoby usiłuje wyciągać nawleczone nitki łapkami albo chwyta je ząbkami. Nie można się od niej opędzić, więc jedynym skutecznym sposobem na dokończenie pracy w spokoju, jest zamknięcie jej w innym pomieszczeniu. Kiedyś zaczęłyśmy przy tej okazji snuć żartobliwe domysły, że być może w poprzednim wcieleniu była wybitną krawcową niczym Coco Chanel  (stad wziął się jej przydomek, jaki umieściłam w tytule).


Buffy - Misia, okazała się być nie tylko prezentem od wielkanocnego zajączka, ale wręcz wielkanocnym "jajkiem z niespodzianką", bowiem niedługo po świętach okazało się, że jest przy nadziei. Było to dla nas ogromne zaskoczenie, gdyż była naprawdę maleńka, więc sądziłyśmy, iż ma najwyżej sześć miesięcy (co jednak zostało zdementowane przez panią weterynarz, która stwierdziła, że kotka ma przynajmniej o rok więcej) Ta jej drobna postura spowodowała, że kiedy nadszedł czas porodu, pojawiły się poważne problemy. Pechowo było to w nocy z niedzieli na poniedziałek; co prawda na drugim końcu miasta znalazła się owa pani doktor, która była gotowa udzielić pomocy, ale tak się złożyło, że w domu nie miałyśmy ani grosza na taksówkę a do tego system naszego banku był w przebudowie, więc nie mogłyśmy pobrać pieniędzy z bankomatu! Pukanie w środku nocy do sąsiadów z prośbą o pożyczkę lub niemal godzinny spacer z rodzącą kotką nie wchodziły w grę, więc Marta zarzuciła sobie transporter na plecy, wsiadła na rower i popedałowała do lecznicy. Po niemal dwóch godzinach pojawiła się w domu mówiąc "Są oboje!" Jak się okazało, obeszło się bez zapowiadanego cesarskiego cięcia, wystarczył zastrzyk z oksytocyny, by na świat przyszło kociątko o tygrysim umaszczeniu i wyjątkowo okazałych pazurkach. Pani weterynarz stwierdziła, że prawdopodobnie jest to chłopiec, jednak zaznaczyła, że u takich maluchów trudno jednoznacznie wyrokować o płci. Na nasze i Buffy szczęście, lekarka okazała się nie tylko dobrym fachowcem, ale również wspaniałą i wyrozumiałą osobą, bowiem kiedy Marta jej powiedziała o problemach z bankomatem, wyraziła zgodę na przyjęcie należności za USG oraz pomoc przy porodzie w następnym dniu, gotówką albo przelewem.


Tamtej nocy nie spałyśmy ani chwili, bo trzeba było czuwać nad Buffy, która dodatkowo dostała jeszcze zastrzyk z Relanium i leżała jak nieżywa oraz zająć się nowo narodzonym kotkiem. Kiedy Buffy doszła do siebie, okazało się, że jest niezwykle czułą matką i bardzo zazdrośnie strzeże swojego potomka. Postanowiła, że wychowa go w naszej garderobie z suwanym drzwiami; choć przygotowałyśmy jej posłanie w zacisznym miejscu, z maniakalnym uporem brała go do pyszczka i łapką przesuwała drzwi, żeby schować się w jakimś kąciku. Nie pozostało nam nic innego, jak umieścić tam legowisko i dać jej święty spokój. Kiedy kotek otworzył oczka i zaczął pełzać a następnie chodzić, legowisko w garderobie przestało być potrzebne, ponieważ w domu było mnóstwo innych miejsc, gdzie kotki mogły wygodnie ułożyć się do snu. Kiedy dziecko Buffy skończyło miesiąc, w naszym domu niespodziewanie pojawił się jeszcze jeden czworonożny lokator...

Było to w czasie, kiedy złamałam nadgarstek i chodziłam z ręką w gipsie. Ponieważ mimo to nie zaniedbywałam wizyt profilaktycznych u moich pacjentów, często towarzyszyła mi córka, która nosiła moją dość pokaźną, służbową torbę. Pewnego czerwcowego dnia szłyśmy razem wiejską drogą, kiedy Marta nagle przystanęła mówiąc, że słyszy pisk kociaka. Zaczęłyśmy zaglądać pod krzaki rosnące w przydrożnym rowie i okazało się, że istotnie leży tam maleńki, zabiedzony kotek. Wszystko wskazywało na to, że jego matka straciła życie potrącona przez samochód, więc postanowiłyśmy uratować biedaka od śmierci głodowej i zabrać do domu, z nadzieją, że nasza Buffy wykarmi również i jego. Kotek był tak przerażony, że całą drogę darł się wniebogłosy; z ogromnym trudem udało się nam nieco go uspokoić głaskaniem i przytulaniem. Co gorsza, nasza kandydatka na mamkę nie stanęła na wysokości zadania i ani myślała przyjmować podrzutka za swoje dziecko, więc musiałyśmy szybko zorganizować specjalne mleko dla kociąt oraz buteleczkę ze smoczkiem. Marta przyjęła na siebie rolę karmicielki i co 2 -3 godziny w dzień, a także w nocy, podawała mu jedzenie, ja natomiast zajmowałam się "zmianą pieluch" czyli masowaniem brzuszka i myciem pupy. W tej samej garderobianej szafie, gdzie poprzednio urzędowała Buffy z potomkiem, urządziłyśmy kotkowi legowisko; włożyłyśmy mu tam pluszową maskotkę oraz plastikową butelkę wypełnioną ciepłą wodą i owiniętą w puchaty ręcznik, żeby miał choć namiastkę matczynego ciepła.


Na szczęście, z biegiem czasu kotek stracił swój pierwotny zapach; prawdopodobnie pomógł w tym starszy kociak, który często do niego zaglądał i próbował się z nim bawić. Dzięki tej wymianie zapachów Buffy zaakceptowała maleństwo i nie protestowała, kiedy go kładłyśmy do karmienia wraz z jej potomkiem.
Rozstrzygnęła się też sprawa płci małego buraska, do tej pory niejednoznaczna. Ponieważ wraz z przybyciem drugiego malucha różnice anatomiczne okazały się ewidentne, stało się jasne, że nasza kotka urodziła córkę. Dałyśmy jej na imię Kulka, zaś nowy przybysz (bez wątpienia będący kocurkiem) został nazwany Baribalkiem, z racji czarnego umaszczenia z białą literą V na szyjce, wypisz wymaluj, niczym niedźwiedź baribal. Kotek, choć w zasadzie został wykarmiony przez Buffy, chyba nie zapomniał pierwszych dni swego życia i w dalszym ciągu uważał mnie i Martę za swoją naturalną rodzinę. Najlepiej mu się spało, kiedy mógł się położyć z noskiem wtulonym w szyję którejś z nas, zresztą robi to nadal, gdy nadchodzą chłodne miesiące a zanim zapadnie w głęboki sen zawzięcie mruczy nam do ucha swoje kocie kołysanki. Baribalek wyrósł na okazałego kocura, jednak w dalszym ciągu bardzo lubi kiedy bierzemy go na ręce. Próbuje się wtedy usadowić na ramieniu, tak jak to robił w zaraniu życia, co obecnie jest dość trudne, z uwagi na jego rozmiary. Jest bardzo przyjaznym i spokojnym kotem, choć pewnego razu zdarzyło się, że z jego powodu przeżyłyśmy chwile grozy.


Miało to miejsce tuż po przeprowadzce, nasze mieszkanie było jeszcze nie wykończone a my nadal mieszkałyśmy na kartonach i walizkach. Przez kilka tygodni, podczas  intensywnych prac remontowych, wszystkie trzy zwierzaki przebywały u mojej mamy, aż do czasu, kiedy przywiozłyśmy je do naszego nowego locum, gdzie od razu zajęły się rozpoznawaniem terenu. Następnego dnia pod wieczór, po wyjściu pana majstra, zorientowałam się, że w domu są obydwie kotki, lecz brakuje Baribalka. Obszukałam wszystkie dostępne i niedostępne kąty, ale kota nigdzie nie było; moje nawoływania również pozostały nieskuteczne. Przyszło mi do głowy, że być może udało mu się niepostrzeżenie wyjść z mieszkania, a ponieważ koty w tej sytuacji często wracają do poprzedniego domu, udałam się na poszukiwania w rejonie naszego dawnego osiedla, niestety, również bez rezultatu... Godzina była późna i zrobiło się zupełnie ciemno, w tym czasie Marta wróciła z pracy; kiedy usłyszała co się stało, poszła kontynuować poszukiwania, ja zaś postanowiłam jeszcze raz zajrzeć na strych w nadziei, że Baribal jednak gdzieś się ukrył i śpi w jakimś ciemnym kącie. Właśnie tam wchodziłam, kiedy usłyszałam straszny łomot, który mnie dosłownie sparaliżował. Szybko zeszłam na dół, gdzie moim oczom ukazał się przeciągający i ziewający kot, wychodzący z komina, jaki powstał, kiedy majster wykonał obudowę zakrywającą rury biegnące z łazienki na górnej kondygnacji aż do kuchni, pozostawiając jeszcze nie zabezpieczone okienko do odczytu wodomierzy...


Tuż pod sufitem rury się krzyżują a ponieważ zwykle są nagrzane od  ciepłej wody, prawdopodobnie właśnie tam ukryła się nasza zguba. Szczerze mówiąc podejrzewałam coś takiego, więc pukałam w ów komin i nawoływałam, jednak Baribal albo głęboko spał albo był zdenerwowany zmianą miejsca i szukał sobie spokojnego kąta. Prawdopodobnie wdrapał się tam po uchwytach mocujących rury do ściany, jednak z powrotem nie mógł po nich zejść z powodu ciasnoty, w związku z tym, ześlizgnął się w dół robiąc przy tym wiele hałasu.
Szybko zadzwoniłam do Marty i nareszcie obydwie mogłyśmy odetchnąć z ulgą, że ów koszmarny wieczór grozy jednak dobrze się zakończył, choć oczywiście ta przygoda kosztowała nas sporo nerwów. Mimo pesymistycznych przewidywań behawiorystów, że kilka kocich osobników w zamkniętym pomieszczeniu może zacząć walczyć o terytorium, w naszym domu (jak dotychczas) nic takiego nie ma miejsca a zwierzaczki żyją naprawdę zgodnie. Może nie bez wpływu jest to, że wszystkie zostały w porę wysterylizowane, więc nie mają instynktu walki, poza tym każde z nich ma swoje miejsce, które lubi najbardziej. Nasze dwupoziomowe mieszkanie ma sporo zakamarków, do tego jest jeszcze strych, gdzie wszystkie trzy przesiadują bardzo chętnie. Ulubione sprzęty kotów to stacjonarny komputer  Marty oraz mój laptop; przesiadując w pobliżu można pogrzać się w ich cieple, popatrzeć na migający ekran a także pochodzić po klawiaturze, dopisując swoją część historii do tej tworzonej przez człowieka.  


Niestety, ten ostatni nie przejawia większego zrozumienia dla kociej inwencji i nauczył się chować klawiaturę albo przymykać klapę laptopa...Innym wspaniałym elementem wyposażenia służącym kotkom do zabaw i pogoni są wewnętrzne schody, po których niejednokrotnie biegają tam i z powrotem, tupiąc przy tym niczym banda łobuziaków. Baribalek i Kulka świetnie sobie radzą z pokonywaniem stopni, natomiast Buffy ze swoimi krótkimi łapkami nie tyle zbiega po schodach, co z nich zeskakuje; to sprawia, że robi o wiele więcej hałasu i nawet nie patrząc wiemy, że to właśnie ona przemieszcza się na dół. Jej córka, czyli Kuleczka, jest bardzo zgrabna i bystra, chociaż nieco postrzelona a do tego ma dość specyficzny charakterek, objawiający się całkowitym brakiem odporności na wszelkie próby okiełznania i wyrobienia pożądanych nawyków. Dość długo prowadziła egzystencję nieco na marginesie, nie miała zwyczaju przychodzenia na kolana, czy przytulania się do ludzi, prawdopodobnie dlatego, że jej potrzeby emocjonalne zaspokajała Buffy; zresztą w dalszym ciągu wszystkie trzy koty dość często kładą się blisko siebie, wzajemnie się myją, bawią  razem i toczą pozorowane walki celem utrzymania należytej kondycji. Jednak od pewnego czasu również i Kuleczka zaczęła przychodzić do nas po swoją porcję pieszczot, co uważamy za ogromną uprzejmość z jej strony.


Jej charakterek ujawnia się w niesfornym zachowaniu; przede wszystkim ma ona manię zrzucania drobnych przedmiotów na podłogę, więc musiałyśmy zrezygnować z pomysłu pozostawiania naszych rzeczy w miejscach, jakie odwiedza; mija się to z celem, ponieważ z reguły kotka ma zupełnie inne zdanie na temat ich należytego umiejscowienia. Tak się ma rzecz z komódką na buty stojącą w przedpokoju; jest ona bardzo płytka, ale stanowi wygodną półeczkę o szerokości 20 cm, gdzie początkowo stał koszyczek na różne "przydasie" poza tym  często odkładałyśmy tam na chwilę różne rzeczy, portmonetkę, okulary, książkę, itp. Niestety Kulka uznała to miejsce za swoją enklawę  widząc, że coś tam leży, natychmiast wskakiwała na komódkę, żeby zrzucić dany przedmiot na podłogę. Ta skuteczna tresura ludzi dała dobre efekty; dość szybko dotarło do nas, że po prostu nie należy tam nic zostawiać, bo to miejsce kota i takim pozostanie. Pewnego razu, podczas szczególnie energicznego skoku Kulki, ów mebelek przewrócił się i upadł na podłogę, robiąc przy tym straszny huk; ponieważ miało to miejsce w środku nocy, efekt był po prostu porażający. Po tej nauczce komódka została przytwierdzona do ściany, co w zasadzie powinno być zrobione od razu, ale jakoś nam umknęło w natłoku zajęć związanych z przeprowadzką.


Różne większe i mniejsze przedmioty oraz lżejsze książki stojące na półkach, muszą być przysunięte do ściany, gdyż w przeciwnym razie z pewnością także i one szybko wylądują na podłodze. Nie wspomnę o poogryzanych i połamanych kwiatkach doniczkowych, przewróconych wazonach oraz pościąganych chodnikach w przedpokoju. Musimy też pamiętać, że nie wolno pozostawiać uchylonych drzwi do łazienki, ponieważ najlepsza zabawa jest wtedy, kiedy można człowiekowi zrzucić na podłogę słoik z kremem lub dezodorant, pościągać ręczniki a jeszcze lepiej porozwłóczyć patyczki do uszu albo waciki. Kulka ma narzeczonego; jest to kot  z drutu i masy papierowej, wykonany przez młodą rzeźbiarkę, koleżankę Marty. Kot roboczo został nazwany nazwiskiem swojej twórczyni (powiedzmy Kowalski, choć nie jest to jego faktyczne nazwisko) a Kulka zapałała do niego głębokim uwielbieniem;  jeśli nigdzie nie można jej znaleźć, to z całą pewnością śpi na regale obok Kowalskiego.


Jak na kota przystało, większość jej niszczycielskiej działalności odbywa się przede wszystkim w nocy, więc niejednokrotnie budzą nas różne dziwne dźwięki - stukanie, drapanie i szuranie, tym donośniejsze, że z reguły w tych zabawach uczestniczy cała trójka, choć Kulka bez wątpienia jest ich organizatorką i prowodyrką. Dlatego też, pewnego razu Marta orzekła, że to nie kotka, lecz prawdziwy piorun a po namyśle, robiąc aluzję do jej imienia, dodała "piorun kulisty" co obydwie uznałyśmy za nadzwyczaj trafne określenie. Mimo wszystko, te figle a czasem wręcz szkody spowodowane przez kotki, nie mają wpływu na naszą zgodne współżycie, ponieważ z nawiązką wynagradzają je kołysanki - mruczanki, dotyk jedwabistego futerka, łaskotanie wąsikami i ufne spojrzenie mądrych kocich oczu...

  Jak zwykle można obejrzeć więcej zdjęć w albumach >