sobota, 13 lipca 2013

Werona, Dom Julii i Studnia Miłości.

Do Werony wybrałam się dwukrotnie, korzystając z okazji, że przez kilka miesięcy mieszkałam w niedalekiej Mantui. Było to jesienią, która tego roku przyszła nieco wcześniej i na dodatek wyjątkowo zimna, więc okutana w gruby, tweedowy płaszcz i w rękawiczkach bez palców, żeby łatwiej było robić zdjęcia, snułam się po ulicach uzbrojona w plan miasta oraz aparat fotograficzny.


Jest tam wiele obiektów do zwiedzania, jednak tak, jak wszystkie drogi  w Italii prowadzą do Rzymu, to w Weronie nie sposób nie odwiedzić miejsc związanych z parą słynnych kochanków uwiecznionych przez Szekspira. Jeżeli nawet ktoś nie widział dramatu na scenicznych deskach z pewnością go czytał lub obejrzał piękną i niezwykle malarską ekranizację Zeffirellego, czy tę uwspółcześnioną, w której grał Leonardo di Caprio. Ja sama po raz pierwszy widziałam film Zefirellego będąc bardzo młodą osobą, chociaż iż od tamtej pory  minęło wiele lat, ciągle mam przed oczami twarze aktorów odtwarzających główne role, które dla mnie na zawsze pozostaną twarzami Romea i Julii. Po przyjeździe do Werony pobieżnie rzuciłam okiem na jej inne atrakcje pozostawiając je na później i wyruszyłam śladami bohaterów historii o wiecznej miłości, która nigdy nie umiera... Na mojej mapie miasta zaznaczono wszystkie istotne zabytki, więc oczywiście znalazł się wśród nich także Dom Julii. 

Powędrowałam na centralny plac miasta, bowiem dom powinien znajdować się przy niewielkiej uliczce, leżącej nieopodal. Przez chwilę utknęłam w dużej grupie ludzi, jednak poszłam dalej, gdyż nie zauważyłam żadnej wskazówki prowadzącej do poszukiwanego przeze mnie miejsca. Zapytałam jakiegoś przechodnia o Dom Julii a ten wskazał mi wysoki budynek z ciemnoczerwonej cegły o wąskiej, ciemnej bramie. To tam właśnie byłam przed chwilą, w gromadzie osób, których część wypływała falą na ulicę, aby zrobić miejsce następnej, wchodzącej do wewnątrz. Nie wierzyłam własnym oczom: brama i ściany domu były tak dokładnie pokryte różnokolorowymi napisami, że wyglądały niczym posypane ziarenkami maku, które ktoś dla zabawy zabarwił na wszystkie kolory tęczy. O dziwo, napisy sięgały do wysokości grubo przekraczającej zasięg rąk nawet najwyższego człowieka ! Trudno sobie wyobrazić, że ktoś mógłby używać do tego celu drabiny, więc najprawdopodobniej ten, kto pisał, stał na ramionach drugiej osoby. Brama domu prowadzi na niewielki dziedziniec, gdzie w głębi znajduje się posąg Julii, wykonany z brązu. Przed posągiem ustawiła się spora kolejka osób pragnących dotknąć jej piersi, gdyż jest to rytuał, który ma zapewnić szczęście w miłości. O tym, jak gorliwie jest przestrzegany ten obyczaj, świadczy fakt, iż prawa pierś błyszczy niczym złoto, podczas gdy reszta posągu jest ciemniejsza i spatynowana a głowa wręcz czarna. Większość osób wdrapuje się  na jego niewielki cokół, aby uwiecznić swoją wizytę na pamiątkowej fotografii. Robią to młode pary i starsze małżeństwa, a także "single" pragnący znaleźć swoją drugą połówkę. Po lewej stronie dziedzińca mieści się niewielki sklepik (nota bene, o zgrozo! ozdobiony licznymi reklamami Coca-Coli) gdzie można kupić różnego rodzaju pamiątkowe gadżety z motywem serduszka. 

Natomiast na prawo znajduje się kamienny portal z drzwiami prowadzący do wnętrza domu; ponad nim jest balkon, na który (jak mówi legenda) musiał się wspiąć Romeo, aby spędzić noc ze swoją ukochaną. Zaskoczyły mnie jego niewielkie rozmiary, a gdy weszłam do budynku i obejrzałam go z bliska, okazało się, że wewnątrz jest jeszcze mniejszy, z racji grubej, kamiennej balustrady. Sam dom jest bardzo obszerny, składa się z dwóch  skrzydeł, ma kilka pięter i wiele pokoi. W zasadzie jest pozbawiony mebli, zachowały się jednak oryginalne kominki i malowane ściany, na pierwszy rzut oka wyglądające niczym pokryte tapetą. W jednym z pokoi stoi wielkie łoże, które "grało" w filmie Zeffirellego; obok, w dwóch gablotach, umieszczono kostiumy głównych bohaterów. W następnej sali można napisać maila lub list do Julii i zapisać się do jej klubu. Chociaż w domu przewija się jednocześnie wiele osób, nie słyszy się tam śmiechów  i głośnych rozmów, większość odwiedzających sprawia wrażenie zatopionych we własnych myślach i skojarzeniach. Jest tam też ogromna księga, gdzie goście mogą uwiecznić swoją wizytę i podzielić refleksjami. 

Wpisując się spojrzałam na daty i zauważyłam, że księga zapełnia się w ciągu kilku dni, co wymownie świadczy o ilości odwiedzających. Kupując bilet do Domu Julii, za niewielką dopłatą możemy odwiedzić także klasztor, gdzie według legendy znajduje się jej grób. Niegdyś leżał on poza murami miasta i od centrum dzieli go odległość mniej więcej dwóch kilometrów. Mimo iż Werona znacznie się rozrosła a wokoło powstało wiele budynków, miejsce to nadal jest nieco na uboczu i chyba z tego względu odwiedza je niewielu turystów. Kiedy tam dotarłam, uderzył mnie  spokój i cisza oraz romantyczny nastrój, którego brakuje w zatłoczonym Domu Julii. Dawny klasztor obecnie pełni rolę muzeum i miejsca wystaw, a jego centralny punkt to niewielki, pełen zieleni wirydarz, z zabytkową studnią pośrodku. Pod otaczającymi go krużgankami znajduje się popiersie Szekspira i historia kochanków przedstawiona na płaskorzeźbach wykonanych w brązie. Obok jest wejście do podziemnej krypty gdzie stoi pusty otwarty sarkofag, uważany za miejsce pochówku Julii. Zawsze leżą w nim świeże kwiaty, ponieważ miejscowa legenda głosi, iż panna młoda, która zostawi tam swój ślubny bukiet, będzie szczęśliwa w małżeństwie. Podczas mojej wizyty leżał tam mały, biały bukiecik, ozdobiony wstążkami. O dziwo, w Domu Julii kłębiły się prawdziwe tłumy, tu natomiast spotkałam tylko jedną parę młodych ludzi...Zastanawiałam się, czy to ze względu na odległość, czy  może większość z nas woli nie pamiętać o tragicznym finale tej historii, kiedy to miłość i śmierć splotły się w nierozerwalny węzeł?

Nieopodal Domu Julii jest tak zwany Dom Romea, duże, powstałe w średniowieczu domostwo, które jednak nie jest dostępne dla publiczności. Mając w pamięci piękny, widowiskowy film Zeffirellego, próbowałam szukać innych miejsc, gdzie toczyła się jego akcja. Jednak ani centralny plac Piazza delle Erbe, ani Duomo, nie przypominały miejsc, które wtedy widziałam. Byłam tym bardzo zawiedziona, powiem więcej, poczułam się nieco oszukana...Kiedy nieco później rozmawiałam o tym z moją dobrze poinformowaną, włoską przyjaciółką Patrycją, dowiedziałam się, że podobno film kręcono w historycznych miastach Umbrii, gdzie łatwiej można znaleźć miejsca bez późniejszych architektonicznych naleciałości. Powiem szczerze, iż ta wiadomość mocno mnie rozczarowała, ale cóż, Werona mimo swoich wspaniałych zabytków, z całą pewnością nie może się równać atmosferą ani z Perugią, ani Spoleto... Kiedy znalazłam się w pociągu powrotnym do Mantui, próbowałam sobie jakoś poukładać myśli, jakie mi towarzyszyły podczas wędrówki śladami romansu wszech czasów, a w głowie kołatał mi wiersz Norwida, który kiedyś tak pięknie śpiewała Wanda Warska:


Nad Kapuletich i Montekich domem, 
Spłukane deszczem, poruszone gromem,
Łagodne oko błękitu...
Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów,
Na rozwalone bramy do ogrodów,
I gwiazdę zrzuca ze szczytu.
Cyprysy mówią, że to dla Julietty,
I dla Romea, ta łza znad planety
Spada — i groby przecieka;
A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I — że nikt na nie nie czeka!


Zastanawiałam się, czego szukają te tłumy, które odwiedzają Dom Julii i ja sama - czego tam szukałam a co znalazłam? Każdy z nas, stary i młody, mądry i głupi, ładny i brzydki, ma w sobie potrzebę kochania i bycia kochanym oraz swoje wyobrażenie o miłości świętej i wiecznej, choćby we własnym życiu popełnił wobec niej tysiące grzechów i przewinień...Może wejście w progi tego domu i dotknięcie piersi Julii, nawet gdy towarzyszy temu zażenowany uśmiech, jest niczym łyk źródlanej  wody w upalny dzień a ci, którzy tam wchodzą, wnoszą swoją prawdę i własne wyobrażenie o miłości idealnej, która silniejsza jest niż śmierć?

Jednak prawda historyczna jest  nieco odmienna od tej pięknej legendy i w rzeczywistości to domostwo, tak licznie odwiedzane przez turystów, zostało w pewnym sensie "zaadaptowane na jej potrzeby" w latach trzydziestych XX wieku. Wtedy też aby uprawdopodobnić całe przedsięwzięcie, dobudowano do budynku stylizowany balkon, który widzimy obecnie. Ponieważ dramat Szekspira jest powszechnie znany od kilku stuleci, turyści od zawsze szukali w Weronie śladów dwojga kochanków. Tak zwany "Dom Julii" w rzeczywistości był domem rodziny Cappelli (Cappelletti?) a ulica, przy której stoi do dziś, nosi nazwę via Capello. Wiele osób powątpiewa w istnienie Romea i Julii, jednak niektórzy badacze literatury  twierdzą, że Szekspira zainspirowała pewna autentyczna historia, zapisana w starych, miejskich kronikach, które wspominają o konflikcie dwóch miejscowych rodzin.
Ale w końcu, jakie to ma znaczenie? Tyle mądrych słów napisano o potrzebie obecności mitu w naszym życiu, że chyba nie ma sensu rozwodzić się nad tym... Myślę, że jest to piękne, iż ludzie nadal przychodzą do tego domu przynosząc tam swoje marzenia a Klub Julii i setki tysięcy listów pisanych we wszystkich językach świata, są na to najlepszym dowodem.

Werona ma jeszcze jedną legendę o kochankach, którzy nie mogąc być razem wybrali wspólną śmierć. Nieopodal Domu Julii jest niewielkie podwórko, gdzie znajduje się Studnia Miłości. Jest to stara, kamienna studnia, w tej chwili dość płytka i pozbawiona wody. 
Przykrywa ją metalowa krata a na ocembrowaniu znajduje się mała płaskorzeźba przedstawiająca chłopaka i dziewczynę, którzy trzymając się za ręce skaczą do tejże studni. To inni legendarni kochankowie z Werony - Isabella i Corrado, którzy żyli tu w XV wieku. Ponieważ nie mogli połączyć się małżeństwem, popełnili wspólnie samobójstwo topiąc się w tej właśnie (znacznie wtedy głębszej) studni. Dziś przychodzą tam zakochani i wrzucają monety aby przekupić dobry los.

Na zakrywającej ją kracie przymocowano mosiężną blachę z takim oto napisem:
Getta nel pozzo un solo soldino, pensa un momento al tuo destino, non ti distrarre non far rumore, eccolo... eccolo... arriva l'amore!
Co w wolnym tłumaczeniu znaczy:
Wrzuć do studni pieniążek i pomyśl przez chwilę tym, co ci przeznaczone; nie rozpraszaj się i nie rób hałasu wokół siebie, bo oto nadchodzi twoja Miłość!
                  (tłumaczenie własne)

Polskie tłumaczenie pozbawione rymu  nie ma tej wewnętrznej melodii co oryginał, lecz chyba trudno się nie zgodzić z przesłaniem wiersza...

Więcej zdjęć w albumie>

środa, 10 lipca 2013

Lombardia. Sirmione, Rocca Scaligera, czyli zamek na wodzie.




O Sirmione, delle penisole e delle isole pupilla, quante nei limpidi laghi
e nel vasto mare l'uno e l'altro Nettuno regge,
quanto volentieri e gioioso ti rivedo!


O Sirmione, źrenico wysp i półwyspów, jakimi  w przejrzystych wodach jezior i na rozległym morzu Neptun zarządza, jak chętnie i z jaką radością znów cię widzę!

(tłumaczenie własne)

Tak przeszło dwa tysiące lat temu, co prawda nie po włosku, lecz po łacinie (nie znalazłam wersji oryginalnej) pisał rzymski poeta Katullus, urodzony w niedalekiej Weronie. Miał on swą willę w Sirmio, jak w starożytności zwano dzisiejsze Sirmione. Miejscowość ta leży na wydłużonym półwyspie, który wąskim klinem zanurza się w błękitnych wodach północnej części jeziora Garda i uchodzi za jedno z najpiękniejszych miasteczek w tej okolicy.
Po raz pierwszy usłyszałam o tej miejscowości w dzienniku telewizyjnym RAI 3, który w dużej części składa się z lokalnych wiadomości a także nadaje króciutkie reportaże z różnych interesujących miejsc na terenie regionu. Pokazano wtedy grupę turystów, wchodzących po zwodzonym moście do zamku, którego mury wyrastały wprost z wód jeziora.


Patrzyłam na ten widok  urzeczona, bo budowla, aczkolwiek służąca celom militarnym, wydała mi się nieopisanie piękna. Widok ten utkwił mi w pamięci, lecz z uwagi na znaczną odległość od Limbiate i związane z tym trudności komunikacyjne, odłożyłam projekt tej wycieczki na bliżej nieokreśloną przyszłość. W zasadzie trafiłam tam przypadkiem, kiedy postanowiłam odwiedzić dom d'Annunzia w Gardone Riviera. W tym celu pojechałam pociągiem do Desenzano, gdyż wymyśliłam sobie, że stamtąd popłynę dalej statkiem. Jednak nieco się spóźniłam na poranny rejs w kierunku południowym i w związku z tym, musiałam zmienić plan, aby nie stracić okazji zobaczenia czegoś nowego. Z tego powodu zdecydowałam się na wycieczkę po północnej części jeziora, co również było niezłą propozycją, gdyż dawało mi możliwość zwiedzenia Sirmione i zobaczenia zamku, który kiedyś zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. 


Wykupiłam bilet na statek płynący do miejscowości Garda, od której jezioro wzięło swą nazwę. W drodze powrotnej miał on zawijać do Lazise, Bardolino i właśnie Sirmione. Kiedy wypłynęliśmy na pełne wody, okazało się, że mimo stosunkowo ładnej, słonecznej pogody, jaka panowała na lądzie, nad jeziorem unosiła się foschia, sprawiająca, że jego odległe brzegi wyglądały niczym przysłonięte muślinową zasłoną a okoliczne wzniesienia rysowały się ciemnoniebieskim cieniem na tle błękitnego nieba. Znałam podobne zjawisko z wycieczek na jezioro Como i Maggiore; jednak tu ogromny obszar wody po prostu zlewał się z niebem, przyjmując jego lazurowy kolor. Ponad brzegami unosiły się obłoki, które niczym delikatne strzępki waty wskazywały kierunek wiatru nadciągającego od gór.


Początkowo czułam ogromne rozczarowanie, gdyż sądziłam, że będę miała okazję podziwiania okolicznej panoramy a tymczasem statek dość długo płynął zanurzony w tym oceanie niebieskości i w ciszy, zakłóconej jedynie odgłosem jego silników. Tylko raz nieopodal przemknął inny statek zmierzający w przeciwną stronę; oprócz niego spotkaliśmy jedynie kilka żaglówek, które bezszelestnie sunęły przed siebie. Wody jeziora chwilami zmieniały odcień na turkusowy a na grzbietach fal pojawiały się złociste błyski światła. Wyglądało to po prostu zjawiskowo i po początkowym zawodzie, zaczęłam się rozkoszować tym bezmiarem błękitu, który sprawił, że odległe brzegi jeziora zdawały się należeć do innego świata. Myślę, że podobne uczucia towarzyszyły także innym pasażerom, gdyż na statku nie było zwykłego zamieszania i nie słyszało się głośnych rozmów, jak gdyby wszyscy jednocześnie poczuli nieodpartą chęć wchłonięcia w siebie tego spokoju, przesyconego bezkresnym lazurem nieba i wody...


Jednak czas mijał i brzeg, dotąd daleki, zaczął się zbliżać; jednocześnie poprawiała się widoczność, gdyż wiatr wiejący od strony okolicznych wzniesień przeganiał foschię. W nabrzeżnych miejscowościach pięknie świeciło słońce, więc tym razem mogłam do woli podziwiać okoliczny krajobraz. Ponieważ rejs po tej części jeziora nie należy do najkrótszych a ja miałam w planie dłuższy pobyt w Sirmione, zadowoliłam się jedynie niedługim spacerem w miasteczku Garda, gdzie krążyły tłumy turystów rozleniwionych upałem. Po obejrzeniu  kilku malowniczych uliczek ponownie wsiadłam na statek, który tym razem trzymał się nieco bliżej brzegu, co pozwoliło mi lepiej przyjrzeć się tej okolicy.


W oddali,  na tle horyzontu widać było charakterystyczne zarysy wieży, wzniesionej dla upamiętnienia strasznej batalii pod Solferino; niestety, słońce stało dość wysoko i dawało wielką ilość rozproszonego światła, co sprawiło, że zdjęcia jakie zrobiłam, nie wyszły najlepiej. Niebawem przed nami ukazał się wschodni brzeg długiego półwyspu i można było dostrzec domy w Sirmione, oraz wieże i mury zamku. Statek powoli opływał cypel, na którym znajdują się antyczne ruiny okazałej rzymskiej willi, zwane "Grotte di Katullo". Przypisywanie poecie tytułu własności do tej rezydencji nie ma żadnego pokrycia w faktach historycznych, gdyż co prawda posiadał on tu swoją posiadłość, lecz dziś nic nie wiadomo o tym, gdzie się znajdowała. U stóp tych imponujących ruin widać było mnóstwo  plażowiczów, których przyciągnął w to miejsce wspaniały, żółty piasek i płytka woda, zachęcająca do bezpiecznej kąpieli. Wreszcie statek zawinął do portu w Sirmione, więc po wyjściu na ląd mogłam się udać na zwiedzanie zamku. Prowadzi do niego kilka uliczek, lecz najpiękniej prezentuje się on od strony sporego placu, usytuowanego nieopodal portu.

Rocca Scaligera to rzeczywiście prześliczna budowla, mimo iż od początku jej funkcja była zdecydowanie militarna. Budowę zamku rozpoczęto w XIII a zakończono w XIV stuleciu, na rozkaz Leonardina z rodziny della Scala, która w owych czasach rządziła w pobliskiej Weronie. Składa się on z wysokiej, centralnej wieży i niezbyt okazałego korpusu głównego, otoczonego wysokim murem z wieżami narożnymi oraz głęboką fosą i zwodzonym mostem. Oprócz tego, jest tu system rozgałęzionych murów obronnych, wybiegających wprost w wody jeziora. Zamek widziany z bliska "na żywo" wydał mi się jeszcze piękniejszy, niż moje o nim wyobrażenie; jednak ten zachwyt sięgnął zenitu, kiedy znalazłam się na szczycie 47 metrowej centralnej wieży, skąd było widać niczym na dłoni zarówno jego oryginalny obrys, jak i otaczające go urocze domki w Sirmione. Zamek zbudowano z szarego kamienia, zaś blanki pokryto dachówkami w kolorze terakoty, co przepięknie ożywia jego bryłę i podkreśla zarys budowli na tle błękitnego nieba.

Część murów zakończono ozdobnym krenelażem "alla ghibellina" który we Włoszech nosi dźwięczną nazwę "merlato" czyli blankami w kształcie jaskółczego ogona. Widok tej architektury, tak eleganckiej mimo typowo obronnej funkcji, urzekł mnie swoją urodą; długo patrzyłam w dół na mury, gdzie spacerowali liczni odwiedzający. Ja również wybrałam się na taką przechadzkę i tu znowu nie mogłam się napatrzeć na nieoczekiwane perspektywy, otwierające się przede mną, w miarę jak pokonywałam kolejne ganki, schody i przełazy. W sumie spędziłam tam sporo czasu, lecz ponieważ czekał mnie jeszcze powrót statkiem do Desenzano a następnie dość długa jazda pociągiem, musiałam pomyśleć o powrocie. Po drodze do portu zrobiłam jeszcze spacer  uliczkami tego uroczego miasteczka, które słynie również ze swoich leczniczych źródeł, przyciągających do Sirmione wielu amatorów odnowy biologicznej. Niestety, zabrakło mi czasu, aby obejrzeć "Grotte di Katullo" i muzeum starożytności, czego bardzo żałowałam. Z tego powodu nawet nosiłam się z zamiarem powrotu w te strony, jednak podobnie, jak inne projekty tego rodzaju, również i ten spalił na panewce, gdyż miałam wiele podobnych planów i miejsc, które chciałam zobaczyć a do tego były przecież także moje ukochane Prealpy, gdzie ciągnęło mnie serce...Dłuższe urlopy spędzałam w Polsce, więc na włoskie wycieczki pozostawały mi jedynie pojedyncze dni wolne pomiędzy dyżurami, więc raczej nie mogłam sobie pozwolić na kilkudniowe wypady. Mimo wszystko nie mogę narzekać, ponieważ zrealizowałam wiele z tych zamierzeń a miejsca, jakie udało mi się odwiedzić, w większości rzeczywiście były warte zobaczenia i na zawsze pozostaną w mojej pamięci...


Zachęcam do obejrzenia pozostałych zdjęć z Lago di Garda i Sirmione. Można je znaleźć w albumach klikając w linki >

sobota, 6 lipca 2013

Lombardia. Villa Crivelli w Mombello - Napoleon Bonaparte i Benito Albino, nieszczęsny syn Mussoliniego.



Jak już wspominałam, moja włoska emigracja trwała w sumie ponad dziesięć lat, z czego większość, bo prawie osiem, spędziłam mieszkając w Limbiate, niewielkim mieście nieopodal Mediolanu. 
Podobnie jak w innych miejscowościach we Włoszech, można tam znaleźć świadectwa przeszłości o dużej wartości artystycznej i historycznej, kilkusetletnie domostwa z wewnętrznym podwórkiem, zwanym tu "cortile" czy interesujące wille. Kiedy tam przybyłam, nie wiedziałam, iż w gminie Limbiate (a właściwie jednej z frakcji, zwanej Mombello) miały miejsce  epizody z życia ludzi, o których uczyłam się na lekcjach historii... Tę wiedzę zdobyłam z czasem, częściowo dzięki mojej pasji do zbierania informacji, lecz w przeważającej mierze zawdzięczam ją po prostu szczęśliwym zbiegom okoliczności.
Kiedy wychodziłam z domu by zrobić zakupy w centrum Carrefour ( podobno w chwili, gdy to piszę, jest ono największe w Europie) w głębi ulicy widziałam długi, szary mur a za nim, na niewielkim, zadrzewionym wzgórzu, piękną willę w stylu lombardzkiego baroku. Jest to willa Crivelli - Pusterla w Mombello, budynek, który na przestrzeni kilkuset lat swego istnienia przechodził niespotykane koleje losu. Prawdopodobnie powstała ona w okresie późnego średniowiecza, aby po wielokrotnej zmianie właścicieli przejść w drodze kupna w ręce rodziny Crivelli. 
Był to ród o wielkim znaczeniu, wydał wielu książąt kościoła a nawet jednego papieża - Urbana III. Z jego weneckiej gałęzi pochodzą dwaj sławni malarze doby Renesansu, bracia Carlo i Vittorio, których dzieła można oglądać między innymi w muzeum Brera w Mediolanie (jeden z moich ulubionych obrazów - ,,Zwiastowanie" Carla Crivelli, wisi w National Gallery w  Londynie). 


W XVIII wieku willa została gruntownie przebudowana według projektu Francesca Croce, zaś tereny na tyłach budynku przeznaczono na wspaniały ogród w stylu włoskim. Niestety, dziś można go obejrzeć jedynie na starych ilustracjach i litografiach, gdyż z ogrodu pozostały tylko schody i piękny, rozległy, dwupoziomowy taras. Kiedyś można było stąd podziwiać piękną panoramę Brianzy, obecnie nieco w tym przeszkadzają okoliczne budynki, ale i tak w pogodne dni na horyzoncie widać zielony łańcuch Prealp i skaliste szczyty gór w okolicy Lecco. Ogród włoski już nie istnieje, natomiast pozostał angielski park położony po drugiej stronie willi, od strony głównego wejścia, co prawda nieco zaniedbany, ale nadal dający pojęcie o jego poprzedniej wspaniałości.
Willa w swoich murach gościła min. Ferdynanda IV Habsburga a przeszło sto lat później Napoleona Bonaparte, który właśnie tu założył swój sztab w okresie, kiedy tworzył Republikę Cisalpińską. Co ciekawe, miał podobno do wyboru właśnie willę Crivelli i o wiele większą, nazywaną małym Wersalem, wspaniałą Willę Reale w niedalekiej Monzie. Trudno dziś dociekać, co zaważyło na jego decyzji, być może był to lepszy mikroklimat, tak ważny dla mieszkańców upalnej, mglistej i słabo wentylowanej Doliny Padu? Tak, czy inaczej, wraz z nim w willi zamieszkał cały dwór, w tym matka Letycja oraz siostry, Eliza i Paulina. Z ich obecnością wiąże się pewna interesująca anegdota, którą chcę tu przytoczyć. 


Siostry Napoleona nigdy nie miały zbyt surowych obyczajów i przyszły cesarz nie raz je strofował z tego powodu. Pewnego razu, kiedy niespodziewanie wrócił w domowe pielesze, podobno zastał Paulinę z kochankiem "in flagranti" co więcej, jak głosi plotka, akt ten nie miał miejsca w sypialni, lecz na schodach! Aby uniknąć skandalu, Bonaparte postanowił natychmiast wydać ją za mąż a niejako "przy okazji" potwierdzić rytem katolickim świeckie małżeństwo Elizy, zawarte kilka miesięcy wcześniej. W środku nocy wezwano miejscowego proboszcza, ten jednak nie mógł udzielić ślubu w prywatnej kaplicy bez odpowiedniej dyspensy, więc aby ją uzyskać, Napoleon wysłał konny oddział do biskupa w Mediolanie. Oddział wyruszył "co koń wyskoczy "( jeżeli jechał z szybkością lokalnego pociągu, z jakiego zwykle korzystałam, to jazda w obie strony nie trwała dłużej niż półtorej godziny) i jeszcze tej samej nocy, z 13 na 14 czerwca 1797 roku, podobno około trzeciej nad ranem, w należącej do willi kaplicy świętego Franciszka odbył się podwójny ślub. Małżeństwo Elizy przetrwało, zaś Paulina wkrótce została wdową, po czym ponownie wyszła za mąż, tym razem za księcia Borghese (to właśnie ją sportretował Antonio Canova w swojej sławnej rzeźbie przedstawiającej Wenus Zwycięską).
Wraz z upadkiem Napoleona skończył się dla willi okres świetności. Kiedy rządy w Lombardii przeszły w ręce Habsburgów, została odkupiona przez państwo a w 1863  utworzono tu szpital psychiatryczny. Z tego okresu pochodzą liczne pawilony, jakie zbudowano, aby pomieścić ogromne rzesze pacjentów. Byli to zarówno ludzie z niedorozwojem umysłowym i chorzy psychicznie, lecz również alkoholicy i ofiary syfilisu, który nieskutecznie leczony, w ostatnim stadium choroby prowadził do nieuchronnego szaleństwa. Zdarzały się też przypadki, że w takich miejscach umieszczano ludzi niewygodnych, niesłusznie przypinając im łatkę chorych umysłowo. 

Również szpital w Mombello miał w swoich murach takie ofiary. Jednym z internowanych był Gino Sandri, bardzo zdolny rysownik, absolwent akademii Brera. Po raz pierwszy trafił do zakładu zamkniętego w 1924 roku, podobno z powodów politycznych. Zmarł w 1959 roku w Mombello,  mając 67 lat. Pozostawił po sobie spuściznę artystyczną w postaci wielu rysunków wykonanych z niezwykłą starannością i w różnorodnych technikach. Przedstawiają one osoby, które go otaczały w tym okresie jego życia, pacjentów oraz personel medyczny. Miałam okazję widzieć jego prace, rzeczywiście trudno jest uwierzyć, aby człowiek nie panujący nad swoim umysłem mógł za pomocą rysunku dokonać tak subtelnej analizy duszy swojego modela... Innym nieszczęśnikiem, który tu dokonał żywota, był pewien młodzieniec o imieniu  Benito Albino, prawdopodobnie pochowany na maleńkim cmentarzu w Limbiate. Za życia kilkakrotnie zmieniał nazwisko, kolejno nazywał się Mussolini po ojcu, Dalser po matce a zakończył życie jako Bernardi, pod nazwiskiem swego adopcyjnego ojca... Jest to historia niezwykle tragiczna, dzieje dwóch odrzuconych osób, które nie chciały dać za wygraną, ani zaprzeć się swojej tożsamości. Historia matki i syna, stojących na drodze do kariery człowieka nie mającego skrupułów, aby  ze swoimi przeciwnikami rozprawić się z całą bezwzględnością  i okrucieństwem.
Ida Dalser, młoda, wyemancypowana i dość atrakcyjna kobieta, pochodziła z mieszczańskiej rodziny z prowincji Trento. Początkowo pracowała jako opiekunka i dama do towarzystwa a kiedy odłożyła nieco pieniędzy wyjechała na studia do Paryża. Po powrocie do Włoch, założyła Instytut Piękności  w mediolańskiej galerii Wiktora Emanuela; w tym samym czasie poznała Benito Mussoliniego a ich znajomość szybko przerodziła się w romans. Był rok 1913 i przyszły dyktator dopiero przygotowywał się do roli swojego życia. Żeby propagować własne idee założył pismo " Il Popolo d'Italia ". Jednak jego interesy nie szły dobrze, kiedy stanął na progu bankructwa, lepiej sytuowana kochanka wspomogła go znaczną sumą pieniędzy. Prawdopodobnie w 1914 roku przyszły Duce zawarł  ślub kościelny z Idą, która do końca życia twierdziła, że jest jego prawnie poślubioną małżonką. Niestety, nie ma na to żadnych dokumentów a jeżeli były takowe, z całą pewnością zostały zniszczone. Problem polegał na tym, że  ślub kościelny nie rodził skutków prawnych, jeśli w przepisanym czasie nie został zgłoszony w odpowiednim urzędzie. W tym wypadku tego obowiązku nie dopełniono a dziś nie wiadomo, czy stało się tak przypadkiem, czy też było to celowe działanie... Mussolini, który zawsze miał bardzo nieuregulowane życie seksualne, w tym samym czasie żył też z Rachele Guidi, matką jego córki Eddy, urodzonej w 1910 roku. Z Rachele  Mussolini zawarł ślub cywilny dopiero w roku 1915 a następnie kościelny w 1925. Jeśli istotnie wcześniej ożenił się z Idą, był po prostu bigamistą i nic dziwnego, że starał się o zatarcie wszelkich śladów tego związku. 


Rachele, kobieta rozsądna, uparta i o dużym życiowym sprycie, potrafiła przystosować się do tej niezręcznej sytuacji, lecz Ida była jej zupełnym przeciwieństwem. Wyemancypowana, o zdecydowanym i wręcz histerycznym charakterze, szybko stała się balastem dla przyszłego Duce. I choć z tego związku narodził się syn, żywy portret ojca, Mussolini w niedługim czasie postanowił usunąć ich oboje na margines swego życia. Zostali przymusowo wysłani do prowincji Trento, gdzie nadal mieszkała rodzina Idy. Małemu Benito Albino (mimo iż został prawnie uznany przez ojca) sądownie zakazano nosić nazwisko Mussolini, więc odtąd nosił  nazwisko matki - Dalser. Jedynymi osobami, które troszczyły się o nich, byli siostra i szwagier Idy oraz Arnaldo Mussolini, brat Benita, który z jego polecenia dbał o ich byt materialny i miał do chłopca dość ciepły stosunek. Mussolini początkowo nie wypierał się ojcostwa dziecka, jednak żądał, aby obydwoje trzymali się o niego jak najdalej i nie obnosili z historią, o której chciał zapomnieć. Ida Dalser nigdy nie pogodziła się z tym, że zepchnięto ją do roli przelotnej kochanki, czy konkubiny a syna uznano za bękarta. Niestety, ta walka o własną godność miała dla niej tragiczne skutki; kiedy Benito Albino miał osiem lat, została przemocą umieszczona w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, gdzie umarła w 1937 roku. Podobno niemal do ostatnich dni swego życia wspinała się na okno celi i wykrzykiwała, że to ona jest jedyną prawną żoną Mussoliniego... Panuje zgodna opinia, potwierdzona dokumentacją medyczną, że była osobą jak najbardziej zdrową na umyśle, jednak organicznie niezdolną do zaakceptowania niesprawiedliwości, która ją spotkała. 


Mimo starań jej rodziny i ewidentnego braku choroby psychicznej, wola dyktatora została spełniona a Ida pozostała w zakładzie. To spowodowało, iż jej postępowanie chwilami istotnie miało zewnętrzne pozory szaleństwa, jednak prawdopodobnie było reakcją na stres a nie wynikiem choroby. Te same cechy charakteru prowadzące do autodestrukcji, przejawiał również jej syn. Nieszczęśliwe dziecko, pozbawione opieki kochającej  matki, dla której było całym życiem, od najmłodszych lat tułało się po szkołach z internatem a kiedy niespodziewanie zmarł Arnaldo Mussolini, prawnym opiekunem chłopca został faszystowski komisarz Trento, Giulio Bernardi, który na polecenie Duce zaadoptował chłopca, co miało ostatecznie zerwać wszelkie związki (również prawne) z jego prawdziwym ojcem. Jedyną rzeczą, jakiej nie udało się zatrzeć, było ich niezwykłe podobieństwo fizyczne, które potwierdzają fotografie...Benito Albino, po ukończeniu szkoły został wysłany na Morze Chińskie jako marynarz, w towarzystwie "anioła stróża" w postaci kuzyna ze strony przybranego ojca. O ile wyglądem do złudzenia przypominał Benita, tak charakter odziedziczył po Idzie a wraz z nim jej idee fixe, żeby zostać prawnie uznanym przez tego, który dał mu życie, więc nie trzeba było długo czekać, aby również jego spotkał ten sam los co matkę... Został umieszczony w zakładzie psychiatrycznym w Mombello, gdzie poddawano go niesłychanie wyczerpującym terapiom, między innymi śpiączkom insulinowym, które w owym czasie były jedną z metod leczenia. Wyniszczony fizycznie, kompletnie zrujnowany psychicznie, nieszczęsny chłopak zmarł w 1942 roku, nie doczekawszy śmierci ojca, ani końca wojny...

Tak, jak pisałam, ex-szpital w Mombello składał się z dużej ilości pawilonów. Obecnie część stoi opuszczona i idzie w ruinę, inne zostały przekształcone w obiekty użyteczności publicznej - centra rehabilitacyjne oraz urzędy a w budynku willi Crivelli mieści się odpowiednik naszego Technikum Rolniczego. Próbowałam dociekać, w którym z pawilonów umieszczono Benita Albina, jednak nic się nie mówi na ten temat. Próby dowiedzenia się czegoś o miejscu jego pochówku, również spełzły na niczym. W Limbiate są trzy cmentarze z czego dwa raczej powojenne, więc chyba nie wchodzą w grę. Jest też trzeci, mały cmentarz zwany historycznym, lecz i tam nie znalazłam grobu Benita Albina Bernardi. Większość nagrobków ma zatarte napisy a część rozkruszył czas, więc chyba zaginęły fizyczne ślady po człowieku, który narodził się w efekcie miłosnej awantury a umarł jako wyzuty ze wszystkiego, pensjonariusz zakładu dla obłąkanych...
O tragicznej historii Idy i Benita Albina, po raz pierwszy dowiedziałam się z artykułu w popularnym magazynie "Oggi". Ponownie  usłyszałam o tej sprawie w nieocenionym dla mnie programie, nadawanym przez telewizyjną stację Rai 3, "La storia siamo noi" (Historia to my), gdzie dociekliwy dziennikarz Giovanni Minoli, wraz z grupą współpracowników tropi zawikłane i mniej znane fakty z najnowszej historii Włoch. Później miałam okazję odwiedzić willę Pusterla- Crivelli w trakcie Dni Otwartych a przy tej okazji mogłam wysłuchać ciekawej prelekcji, świetnie przygotowanej przewodniczki -wolontariuszki (która jednak nie potrafiła a może nie chciała, odpowiedzieć na moje pytania o syna Duce). Na koniec, dzięki moim włoskim przyjaciołom, weszłam w posiadanie kilku interesujących książek, które również poszerzyły moją wiedzę na ten temat i pozwoliły dodać kilka kawałeczków do obrazka, w jaki ułożyły się te historyczne puzzle...

Osoby zainteresowane tematem śmierci Benita Mussoliniego, zapraszam do przeczytania jednego ze starszych postów, jaki zamieściłam na moim blogu>

wtorek, 2 lipca 2013

Lombardia.Gardone Riviera, Vittoriale degli Italiani "Io ho, quel che ho donato"...



... io son venuto a chiudere la mia tristezza e il mio silenzio in questa vecchia casa colonica, non tanto per umiliarmi quanto per porre a piu' difficile prova la mia virtu' di creazione e trasfigurazione. Il mio amore d'Italia, il mio culto delle memorie, la mia aspirazione all'eroismo, il mio presentimento della Patria futura si manifestano qui in ogni ricerca di linea, in ogni accordo o disaccordo di colori.


...przyszedłem, aby zamknąć mój smutek i moje milczenie w tym starym, wiejskim domu, nie dlatego, abym miał się uniżyć, lecz by sprostać najtrudniejszej próbie, na jaką wystawiłem moje męstwo w tworzeniu i przekształcaniu. Moja miłość dla Italii, cześć którą mam dla narodowej pamięci, dążenie do bohaterskich czynów oraz moje przeczucie Ojczyzny, jaka nadejdzie, tu znalazły swój wyraz w każdej linii, harmonii i dysharmonii kolorów.                                                              
  (tłumaczenie własne) 
                                              
Jest to fragment aktu, w którym poeta ofiarował Vittoriale swoim rodakom. Akt jest dość długi, więc wybrałam zeń fragment według mnie najbardziej znaczący, wyrażający ideę, jaka nim kierowała. Nie bez znaczenia jest też to, iż mówi on o poczuciu goryczy z powodu odosobnienia, w jakim d'Annunzio się znalazł i jego dramatycznej próbie walki o zachowanie osobistej godności. Znamienny jest też napis widniejący na bramie wejściowej  "Io ho, quel che ho donato" co aby zachować sens myśli poety można przetłumaczyć jako "Mam tyko to, co ofiarowałem". Jak już pisałam w pierwszym poście, Vittoriale degli Italiani to nie tylko dom poety; jest to okazały kompleks składający się z willi i parku, gdzie znajdują się liczne budowle i pomniki. Całość leży na zboczu wzgórza, skąd roztacza się piękny widok na jezioro Garda. Wspominałam wcześniej  o tym, że jezioro przez większość dni w roku spowija lekki opar, który Włosi nazywają "foschia". Jest on spowodowany dużą wilgotnością powietrza i nie należy go mylić z mgłą. Powoduje to znaczne ograniczenie widoczności, jednak w zamian oferuje niezapomniane wrażenie, że wypływając na jezioro w jego szerszej części, zanurzamy się w prawdziwym morzu błękitu, który otula wszystko niczym szczelny kokon, podczas gdy nasz wzrok z trudem wyławia z tego bezmiaru niebieskości ledwie dostrzegalne zarysy odległego brzegu... Podobno to właśnie ten błękit, widziany podczas lotu aeroplanem, oczarował poetę do tego stopnia, że postanowił nabyć opuszczoną willę Cargnacco. 


Kiedy na skutek zabiegów Mussoliniego został ostatecznie wyeliminowany z polityki, nowo nabyty dom stał się nie tylko jego schronieniem, lecz jak już pisałam, także "złotą klatką". Sądzę, że d'Annunzio jako żołnierz - poeta, górował nad Duce nie tylko sławą zdobytą w czasie wojny, ale przede wszystkim inteligencją; zapewne jednak nie miał jego determinacji i sprytu w dążeniu do władzy za wszelką cenę a może raczej władza, jako taka, po prostu go nie interesowała? Kiedy czytałam analizy dotyczące Regencji w Republice Carnaro, dowiedziałam się, iż wraz ze swoimi współpracownikami w bardzo krótkim czasie ustanowił prawo a także szybko i prężnie zorganizował życie owej społeczności. Jednak żywot Republiki był krótki (trwał niewiele ponad rok) więc trudno ocenić, jak by  to wszystko funkcjonowało na dłuższą metę i czy nie okazało by się, że jest to  jedynie utopia... Faktem jest też, że sam poeta nie zamierzał rządzić tam w nieskończoność, o czym świadczy chociażby przyjęcie nazwy "Regencja" przy czym on sam z dumą przyjął tytuł "Commandante" a nie  "Presidente".

Jego zamiarem było stworzenie pomostu pomiędzy Włochami i Dalmacją a następnie podanie Italii spornego miasta Fiume na złotej tacy.
Jednak z powodu braku zgody ze strony Sprzymierzonych, ówczesny rząd włoski nie skorzystał z podsuwanej mu okazji i cała awantura skończyła się wkroczeniem wojska a następnie bratobójczą walką i usunięciem rebeliantów siłą, co przeszło do historii pod nazwą "Krwawego Bożego Narodzenia". Sądzę, że po takim doświadczeniu d'Annunzio czuł się nie tylko rozczarowany, lecz wręcz zdruzgotany. Nie tylko zgięli ludzie, których prowadził i którzy zawierzyli jego idei, samej idei również odebrano sens oraz wszelką wartość.
Abstrahując od słuszności historycznej i demograficznej (która również i dziś nadal budzi wiele kontrowersji) należy pamiętać o tym, że były to czasy, kiedy wykreślano nowe granice Europy a takich enklaw, gdzie stosunki ludnościowe były równie skomplikowane, jak w Fiume czy Trieście, było więcej (że wspomnę tu chociażby sprawy bliskie nam Polakom - Lwów, Wilno i Zaolzie). Tym, kto go wtedy poparł był Mussolini ze swoimi faszystami a dzięki temu narodziła się łącząca ich więź, która dla poety z wielu względów w przyszłości okazała się również uciążliwymi więzami. Był to właściwie kres jego czynnej kariery, zarówno wojskowej, jak i politycznej, gdyż od tej pory żył w swojej wieży z kości słoniowej, obsypywany pieniędzmi i zaszczytami, tytularny książę bez księstwa, na dobrowolnym wygnaniu...


Mam wrażenie, że pomysł stworzenia Vittoriale był dla niego sposobem nie tylko na wyrażenie swego wybujałego ego, co również ciągłym przypominaniem samemu sobie i innym, że tym, co uważał za sens swojego życia było działanie, stanowiące główny motor jego twórczości a nie jedynie teoretyczne rozważania. Vittoriale powstawało na przestrzeni wielu lat, zaś część obiektów ukończono już po śmierci poety. Przez długi czas kompleks był zamknięty dla szerszej publiczności, swe podwoje otworzył dla zwiedzających dopiero w latach 90-tych. Początkowo można było obejrzeć jedynie park i monumenty, jakie się w nim znajdują, natomiast wnętrza willi są dostępne dopiero od 2000 roku. Architektem, który pracował dla d'Annunzia a po jego śmierci dla fundacji zarządzającej obiektem, był Gian Carlo Maroni. Nie mam pojęcia, do jakiego stopnia była posunięta  jego autonomia w projektowaniu, ale sądzę, że (pomijając stronę sensu stricto techniczną) działał przede wszystkim jako wykonawca poleceń poety i realizator jego wizji.


Summa summarum, powstał z tego twór dość dziwny i raczej niespójny, sprawiający wrażenie, że architekt starał się jakimś cudem zadowolić swego pracodawcę spełniając jego kaprysy i życzenia, nie gubiąc przy tym własnego stylu. W zamyśle poety Vittoriale miało być narodowym pomnikiem oraz świadectwem męstwa i poświęcenia  Włochów podczas Wielkiej Wojny. Stąd obecność wielu symboli, które zwłaszcza dla cudzoziemca nie zawsze są czytelne na pierwszy rzut oka, liczne tablice pamiątkowe i rzeźby. Chociaż byłyśmy tam przez kilka godzin, nie udało nam się zobaczyć wszystkiego - część obiektów oglądałyśmy w biegu, co pozostawiło nam uczucie niedosytu. Jednak oprócz muzeów zdołałyśmy obejrzeć najważniejsze i największe z parkowych obiektów - amfiteatr, mauzoleum i okręt "Puglia". Amfiteatr  w moim odczuciu jest po prostu fantastyczny. Od willi oddziela go portyk wieńczący jego koronę, natomiast z widowni otwiera się wspaniały widok na błękitne jezioro Garda.


Z prawej strony, nad sceną, od niedawna stoi niebieski koń "Cavallo blu" - rzeźba Mimmo Paladino. Na pierwszy rzut oka miałam wrażenie, iż niezbyt pasuje on do otoczenia, lecz po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że postawienie go w tym miejscu nie jest pozbawione głębokiego sensu. Artysta zapewne chciał w ten sposób oddać osobowość poety i jego bojowego ducha, aspiracje i pęd do wolności. Niebieski kolor z pewnością ma nawiązywać do koloru przestworzy i wód Adriatyku, z którymi związane były wojenne dokonania d'Annunzia a także barwy jeziora Garda, nad którym spędził ostatnie lata życia. Sam amfiteatr jest bardzo harmonijnie wtopiony w otoczenie; podobno przed przystąpieniem do pracy nad projektem, jego twórca udał się do Pompei, żeby czerpać z najlepszych, starożytnych wzorców. Dziś ta budowla jest wykorzystywana jako miejsce koncertów i występów teatralnych w ramach letniego festiwalu kultury, a w jej podziemiu znajdują się pomieszczenia wystawowe (jest tam stała wystawa "D'Annunzio segreto").


Wspominałam już, że teren Vittoriale zajmuje powierzchnię dziewięciu hektarów. Na tym obszarze oprócz willi i amfiteatru, znajduje się jeszcze wiele innych, interesujących obiektów. Dwa z nich robią wrażenie równie kolosalne, jak ich rozmiary. Pierwszy to Mauzoleum, wzniesione pośród drzew oliwnych, na szczycie wzgórza znajdującego się w obrębie parku. Spoczywają tam doczesne szczątki poety w otoczeniu najbliższych mu towarzyszy broni, natomiast podziemia poświęcone są Legionistom i cywilom, którzy zginęli podczas bratobójczej walki, kiedy wojska włoskie wkroczyły do Fiume, aby usunąć z miasta d'Annunzia wraz z jego stronnikami. Wydarzenia te rozegrały się w ostatnich dniach grudnia 1920 roku i stąd mówi się o nich jako o "Krwawym Bożym Narodzeniu". Mauzoleum ma kształt okręgu i składa się trzech tarasów, wzniesionych jeden nad drugim; jego forma nawiązuje do grobowców etruskich. Budowę obiektu zakończono stosunkowo niedawno, bo w 1963 roku, w setną rocznicę urodzin poety. Na środku najwyższego tarasu wznosi się wysoki pylon, na którym umieszczono sarkofag Commandante a wokół znajdują się podobne, choć umieszczone o wiele niżej, sarkofagi jego dziesięciu towarzyszy.  






Na zboczu wzgórza, nieopodal mauzoleum, znajduje się także inny, zaskakujący monument. Jest to część okrętu wojennego "Puglia", z którego stworzono pomnik jedyny w swoim rodzaju. Z okrętem jest związana ważna karta historii Włoch, gdyż w czasie Wielkiej Wojny pełnił on służbę na wodach Dalmacji, jego kapitan i główny mechanik zginęli w 1920 roku, podczas zamieszek w Splicie. Kiedy zapadła decyzja o wycofaniu jednostki ze służby, Marynarka Wojenna podarowała poecie część dziobową. Dokonano jej rozbiórki, po czym fragmenty dwudziestoma wagonami przewieziono do Vittoriale. Tu wykonano następną, iście gigantyczną pracę, gdyż części okrętu złożono na powrót i zespolono je ze zboczem wzgórza, kierując dziób w stronę jeziora Garda i Adriatyku. Kiedy wraz z Federicą dotarłyśmy do tego miejsca, przeżyłyśmy ogromne zaskoczenie. Początkowo szłyśmy ścieżką pośród wysokich cyprysów, zasłaniających przed naszymi oczami najbliższą okolicę; nagle, po przebyciu ostatniego odcinka alejki, zeszłyśmy po niewysokich schodkach i znalazłyśmy się na pokładzie najprawdziwszego okrętu. Wrażenie było doprawdy niesamowite! Nie będę się zagłębiać w szczegóły - lepiej niech przemówią zdjęcia, które tam zrobiłam... W drodze powrotnej do willi (zbliżała się godzina naszej wizyty w Muzeum Wojny) poszłyśmy jeszcze rzucić okiem na kuter torpedowy M.A.S. na którym Gabriele d'Annunzio, wraz z załogą pod dowództwem kapitana Ciano, bez przeszkód wpłynął do portu Bucari, gdzie stały okręty austriackie (w wyprawie brały udział jeszcze dwa podobne kutry).

Po skutecznym storpedowaniu jednego ze statków (pozostałe nie poniosły szkód, gdyż większość włoskich pocisków zatrzymały sieci, chroniące austriackie jednostki) pozostawili w porcie trzy butelki ozdobione trójkolorową, włoską flagą. W ich wnętrzu umieszczono  tekst pióra d'Annunzia, zapowiadający następne akcje, poważniejsze w skutkach. Był to jedyny w swoim rodzaju rajd propagandowy, który udowodnił Austriakom słabość ich obrony. Wyczyn ten przeszedł do historii jako "Beffa di Bucari". Ku naszemu żalowi nie starczyło nam czasu na zwiedzenie Audytorium, gdzie można obejrzeć wystawę fotograficzną oraz zobaczyć na własne oczy aeroplan, na którym poeta latał jako obserwator (na nim wraz z eskadrą pilotów odbył słynny "Lot na Wiedeń" wyczyn propagandowy, równie szalony jak poprzedni). W trakcie owego zdarzenia, włoska eskadra San Marco, zwana "Serenissima" wykonała rekordowy, jak na owe czasy lot, podczas którego samoloty przebyły łącznie 1200 km. Celem  był  Wiedeń i zasypanie jego mieszkańców ulotkami po włosku i niemiecku, co miało udowodnić wiedeńczykom przewagę  włoskich sił zbrojnych oraz dać im do zrozumienia, że po ulotkach może przyjść kolej na bomby. Te akcje przyniosły poecie i jego towarzyszom ogromną sławę i wysokie odznaczenia a także bardzo podniosły włoskie morale, mocno nadwyrężone po straszliwych stratach poniesionych w bitwie pod Caporetto. Pamiątki związane ze służbą wojskową d"Annunzia, jego mundury, ordery, dyplomy i fotografie z tego okresu oraz wiele przedmiotów, otrzymanych w darze od byłych towarzyszy broni, można obecnie oglądać właśnie Muzeum Wojny. Znajduje się ono w lewym skrzydle willi, dobudowanym według projektu Maroniego. Skrzydło to, w stylu obowiązującego w owych czasach art-deco, było przeznaczone na apartament dla poety i Luizy Baccara, którym chyba zrobiło się ciasno w pokojach "Priorii" zapełnionej do granic możliwości licznymi kolekcjami dzieł sztuki. Niestety, d'Annunzio zmarł nie doczekawszy ukończenia tej części budynku.

Ponieważ, jak już wspominałam, znajdujący się w Priorii "Pokój Trędowatego" gdzie wystawiono zwłoki zmarłego poety okazał się zbyt mały, przeniesiono je do nowej części domu, do pomieszczenia przeznaczonego na jego sypialnię. W pokoju zwraca uwagę napis nad wezgłowiem łóżka "Nie żeby spać, nie żeby umrzeć". Ten napis w istocie nie odnosił się do tegoż łóżka, lecz mówił o filozofii życiowej d'Annunzia i wyrażał jego przekonanie, że jedynie  aktywne życie może zapewnić nieśmiertelność. Niestety, w Muzeum Wojny miałam pecha... Przewodnik, który nas oprowadzał chyba pochodził z Trentino i lepiej mówił po niemiecku, niż po włosku. Kilkakrotnie zachęcał nas do przerywania i zadawania pytań "jeśli będzie mówił zbyt szybko". Powiem szczerze, że niezależnie od tego, czy mówił wolno, czy szybko rozumiałam go "piąte przez dziesiąte". Oprócz kilkorga Włochów i mnie, w grupie był jeden Niemiec, do którego przewodnik zwracał się w jego języku, płynnie mu referując zredukowaną wersję tego, co przedtem mówił po włosku. Nie chciałam przeszkadzać ciągłymi prośbami o powtórzenie, licząc na to, że po wyjściu z muzeum oświeci mnie Federica, która bądź co bądź jest dziewczyną inteligentną, ma dobrą pamięć (studiuje ekonomię i języki obce) i na dodatek jest Włoszką, więc sądziłam, że wywody przewodnika zrozumie bez trudu i zapamięta to, co mówił. Niestety, jedyne co mogła mi powiedzieć to "non ho capito nulla" czyli "nic nie zrozumiałam"...Trochę to podniosło moją samoocenę w sprawie znajomości języka włoskiego lecz jeśli chodzi o ten etap życia poety, obydwie pozostałyśmy w ciemnościach niewiedzy. Na szczęście miałyśmy dość czasu, aby dokładnie obejrzeć większość eksponatów, co było lekcją nie tyle poglądową, co raczej "oglądową"...


Po wyjściu z muzeum niemal w biegu obejrzałyśmy jeszcze ogród prywatny willi, gdzie ze zdziwieniem odkryłyśmy dwa nagrobki. Jak się okazało, jest tam pochowana żona d'Annunzia, Maria i jego nieślubna córka, Renata. Niestety, godzina odjazdu zbliżała się nieubłaganie, więc musiałyśmy zrezygnować ze zwiedzenia pozostałej części ogromnego parku, co jak już wspomniałam, pozostawiło nam uczucie niedosytu. Żałowałyśmy też, że nie miałyśmy czasu wstąpić do Ogrodu Botanicznego w Gardone Riviera, który wyglądał bardzo obiecująco.

Tym wpisem chciałabym zamknąć mały cykl, jaki poświęciłam postaci Gabriela d"Annunzio. Być może sam fakt, iż było ich tak wiele, wyda się komuś niezrozumiały. Osobiście w żadnym razie nie jestem zwolenniczką faszystowskiej idei, lecz żyjąc przez wiele lat wśród Włochów, starałam się w tym wypadku niejako wejść w ich skórę, zrozumieć ich punkt widzenia, niejednokrotnie zupełnie odmienny od mojego. Dlatego też zainteresowałam się tą częścią ich historii i często w miarę możliwości starałam się kierować rozmowę na ów temat. Szczerze mówiąc, nie było to łatwe, gdyż zarówno ja jak i moi rozmówcy mieliśmy świadomość, iż w czasie II wojny Światowej Włochy były sojusznikiem naszego okupanta a do tego mimo wszystkich zmian, jakie się dokonały w Polsce, w ich podświadomości ludzie z mojego pokolenia w dalszym ciągu są postrzegani jako komuniści. Miałam też wrażenie, że Włosi nadal wstydzą się aliansu z nazistowskimi Niemcami, a wolta, jaką przezornie wykonali w przededniu klęski również nie poprawia ich samopoczucia, tym bardziej, że okupili ją mnóstwem ofiar. Starsze pokolenie, które przeżyło wojnę, chyba nie do końca się rozliczyło z tym okresem a młode siłą rzeczy ma osąd czysto teoretyczny. Zdarza się też, że podczas zagorzałych dyskusji politycznych pada epitet "faszysta" co mogłoby wskazywać, iż ten system nadal ma we Włoszech swoich pogrobowców i niekoniecznie są to ogoleni na łyso młodzieńcy z pałkami, czy nożami za pazuchą. Zastanawiałam się nad tym, czy d'Annunzio w początkowym okresie uchodzący za jego ideologa, mógłby stać się rzeczywistym przywódcą ruchu faszystowskiego i czy miałby realne szanse w walce z rwącym się do władzy Mussolinim, gdyby postawił na kartę cały swój autorytet? Wkroczenie do Fiume na czele Legionu i stworzenie rządu tymczasowego, zapewne było dla niego swego rodzaju próbą generalną dochodzenia do władzy, zaś jako Commandante Republiki Carnaro musiał się zmierzyć z wieloma problemami, w tym także obecnością przeciwników politycznych, którzy podobno szybko znikali w więzieniu. Być może, nie było to dla niego doświadczenie warte powtórzenia a sam d'Annunzio, jako pisarz, poeta, teoretyk i esteta, nie czuł się powołany do tego rodzaju policyjnej działalności. Zapewne między nim i Mussolinim były pewne podobieństwa, lecz i poważne różnice. D'Annunzio był ideologiem czerpiącym z filozofii Nietzschego i Schopenhauera, natomiast Duce tę ideę zmaterializował, idąc przy tym o wiele dalej,  do tego w kierunku, jaki poeta uważał za zgubny. Zresztą tym, który w pełni rozwinął teorię faszystowską był nie d'Annunzio a Giovanni Gentile, włoski filozof, twórca idealizmu naturalnego, który pełnił funkcję ministra edukacji w rządzie Mussoliniego i pozostał mu wierny aż do końca. Natomiast Gabriele d'Annunzio (co prawda, nieskutecznie) próbował przeszkodzić Mussoliniemu w przejęciu władzy a później kilkakrotnie bardzo zdecydowanie interweniował w sprawie sojuszu Włoch z hitlerowskimi Niemcami, którego absolutnie nie aprobował. Nie wykluczone, że po fiasku tych zabiegów wolał się udać na "emigrację wewnętrzną" niż podjąć otwartą walkę z człowiekiem pozbawionym skrupułów i obdarzonym dużą dozą wrodzonego okrucieństwa. Być może nie chciał narażać swojego wizerunku a może i życia, stając z nim do nierównej walki? Nie można też wykluczyć, że miał świadomość tego, iż jego ideologia ewoluując spowodowała nieoczekiwane konsekwencje, których początkowo nie przewidział. Jeśli tak było i świadomie usunął się z czynnej polityki na swe dobrowolne wygnanie, to można rzec, że okazał się przewidujący...Tak, czy inaczej, zbudował sobie pomnik już za życia i wśród większości rodaków nadal cieszy się sławą nieustraszonego poety-żołnierza. Natomiast jego niegdysiejszy przeciwnik skończył od strzałów z bratniej ręki, powieszony za nogi niczym zwierzę rzeźne, znieważany i opluwany przez tych, którzy jeszcze niedawno wielbili go i oklaskiwali. Można się długo zastanawiać nad problemami związanymi z tym etapem historii Włoch i nad historią ludzkości w ogólnym sensie, gdyż wciąż rodzą się systemy oraz idee uważane na pewnych etapach rozwoju społecznego za jedynie słuszne i najlepsze z możliwych, które po pewnym czasie upadają a ich zwolenników odsądza się od czci i wiary... Także w naszej ojczystej historii nie brakuje podobnych zdarzeń, przywódców zrzucanych z piedestału, roszczeń o granice i walki o ideologie. Sądzę, że d'Annunzio był zarówno dzieckiem swojej epoki jak i jej wyrazicielem; człowiekiem, którego w dużej części stworzyły czasy, w jakich żył. Mnie w tej historii interesuje przede wszystkim jej ludzki aspekt, ewolucja intelektualna a później degrengolada pisarza o wybitnym talencie, jego reakcje na okoliczności społeczne i polityczne w jakich się znalazł i młyn historii, ścierający na proch tych, którzy się dostaną w jego tryby...

W głębi ducha zastanawiałam się też, jaki wpływ na zachowania poety miał fakt, że przez lata nadużywał kokainy. Nie wiem, kiedy zaczęła się jego przygoda z tym narkotykiem, lecz przyszło mi do głowy, że być może jego spektakularna odwaga po części była skutkiem jego działania? Zapewne żaden narkotyk nie zrobi bohatera z tchórza, jednak może wzmocnić wrodzone cechy osobowe a pewne zachowania poety mogłyby świadczyć o takim wpływie... Uważa się, że pod koniec życia wyraźnie spadła jego sprawność intelektualna, mimo iż nadal dużo pracował publikował mało; natomiast pozostawił wiele szkiców i rzeczy niedokończonych, co mogłoby wskazywać na gonitwę myśli, charakterystyczną dla narkomanów. Również jego hiper aktywność erotyczna była wspomagana kokainą, z czym się absolutnie nie ukrywał. Uważa się, że jej wieloletnie zażywanie może prowadzić do paranoi oraz manii wielkości, więc być może, tu należy szukać przyczyny kompulsywnej rozbudowy Vittoriale? Niewykluczone również, że to narkotyk mógł być przyczyną wylewu krwi do mózgu, czy zawału serca i śmierci d'Annunzia. Tak, czy inaczej, jeśli bliżej przyjrzymy się jego życiorysowi, wyraźnie zauważymy zmiany, jakie zaszły w jego zachowaniu po upływie kilku lat od opuszczenia Fiume. Mogło by się zdawać, że w tym momencie zaczęła się dla niego droga wiodąca w dół, mimo iż starał się zachować swoją godność i dumę oraz udowodnić wszystkim, że to on sam wybrał sposób, w jaki mu przyszło egzystować. Bez wątpienia - w pierwszym okresie swego życia, kiedy to gorączkowo szukał miłości czyniąc z tych poszukiwań pożywkę dla swojej niecodziennej sztuki, stworzył dzieła wspaniałe. W późniejszym - był już tylko cieniem siebie samego. Poszukiwanie miłości zamieniło się w promiskuityzm, zaś bohaterstwo w samouwielbienie. Jednak kiedy czytałam akt donacyjny Vittoriale a szczególnie zdanie, które przytoczyłam na wstępie, wydaje mi się, że wszystkie te działania, tak niespójne a czasem wręcz dziwaczne, były wynikiem głębokiej frustracji człowieka, obdarzonego nieprzeciętną wrażliwością i nadzwyczajnym intelektem. Myślę, że słusznym jest, aby Włosi o nim pamiętali, gdyż jego życie i zdarzenia w jakich brał udział choć dość odległe, mogą  być punktem wyjścia do wielu przemyśleń i refleksji użytecznych dla następnych pokoleń, co mogłoby im pozwolić na uniknięcie podobnych błędów w przyszłości. To "spotkanie po latach" z d'Annunziem, to również moja osobista historia. Sporo czasu upłynęło od momentu, gdy po raz pierwszy stanęłam na włoskiej ziemi, parę lat od wizyty w muzeum, gdzie zobaczyłam kilka par jego butów do chwili, kiedy o tym piszę. Przeszłam w tym czasie długą drogę, przydarzyło mi się też wiele obserwacji, rozmów, przemyśleń i lektur. Wiele  się dowiedziałam o historii tego kraju, ludziach, wśród których żyłam a także o człowieku choć często kontrowersyjnym, to dla większości swoich rodaków w dalszym ciągu pozostającym ważną postacią narodowego panteonu a przede wszystkim o mnie samej...