poniedziałek, 19 listopada 2012

"Liebster Blog "i "Szlachetna paczka"


Ku mojemu zaskoczeniu i nie ukrywam, także ogromnej radości, otrzymałam aż trzy zaszczytne nominacje od Fiydrygauki  "Szepty w metrze", Viki  "Anglia w moich oczach" i Karoli F. "Górskie wędrówki".
Jest mi ogromnie miło, tym bardziej, że bardzo cenię te blogi i czytam z niekłamaną przyjemnością.
Taki konkurs to dobra zabawa i możliwość aby lepiej się poznać, czyli cel  bardzo szczytny, mimo iż jako żywo, przypomina piramidę finansową! Wszystkim nominującym moją "Sukienkę..." niniejszym bardzo dziękuję, lecz niestety, aby kontynuować zabawę, należy się do niej nieco przyłożyć, a ja w chwili obecnej muszę się skupić na pewnym zadaniu, jakiego się podjęłam, a mianowicie, pracach związanych z wolontariatem w akcji  "Szlachetna paczka", którą przy okazji chciałam tu zareklamować i poprosić wszystkich o wgląd na stronkę.

       http://www.szlachetnapaczka.pl/

Dzięki tej akcji, wiele rodzin które z przyczyn losowych znalazły się w trudnej sytuacji, może mieć lepsze Święta, zyskać nadzieję i wiarę w ludzką solidarność. Sytuacja tych rodzin jest bardzo dokładnie weryfikowana przez nas, wolontariuszy, więc nie ma obawy, że pomoc trafi do nieodpowiednich osób. Listę rodzin i ich potrzeby, a także wszystkie wiadomości o "Paczce" można znaleźć na wyżej wymienionej stronce. Dodam jeszcze, że każda z zainteresowanych osób chcąca zostać darczyńcą, może rozpropagować tę ideę wśród rodziny, znajomych i współpracowników, aby utworzyć jedną paczkę zbiorczą, metodą "ziarnko do ziarnka". Pozdrawiam serdecznie wszystkie koleżanki - blogerki,  od których otrzymałam nominacje i wszystkich czytelników!
                       Elżbieta "Sukienka w kropki"

czwartek, 15 listopada 2012

Liguria. Opactwo San Fruttuoso w Capodimonte.



Pewnego razu, rozmawiając z moimi włoskimi znajomymi o ewentualnej wyprawie do Portofino, usłyszałam, że w jego pobliżu znajduje się jeszcze jeden obiekt zasługujący na to, aby odwiedził go turysta zwiedzający te strony. Chodziło o Capodimonte i opactwo San Fruttuoso, położone na rozległym, górzystym i zalesionym półwyspie, w maleńkiej zatoczce u podnóża wzniesień pomiędzy Camogli i Portofino.

Ponieważ nie ma tam drogi jezdnej, dostęp do tego miejsca jest możliwy jedynie na piechotę. W tym celu można wybrać jedną ze ścieżek prowadzących z okolicznych miejscowości - pieszych szlaków jest dość dużo i mają one różny stopień trudności. Wszystkie są możliwe do przebycia dla osoby o przeciętnej sprawności fizycznej, jednak najszybciej i najłatwiej można tam dotrzeć statkiem z niedalekiego Camogli. Ma to tę zaletę, że dzięki temu można zobaczyć opactwo w całej jego okazałości od strony morza.

Pomyślałam wtedy, że bliżej wiosny mo0gabym zrobić mały wypad w strony cieplejsze niż zimna i wilgotna Lombardia, tym bardziej że zima 2011 roku wyjątkowo dała mi się we znaki. Stało się tak nie tylko dlatego że pracowałam wyłącznie na nocnych dyżurach, co kompletnie przestawiło mój zegar biologiczny, ale również z powodu długiego okresu fatalnej pogody, która spowodowała narastanie warstwy trującego smogu nad całą Równiną Padańską. Krótkie dni, śliskie i niebezpieczne o tej porze roku alpejskie ścieżki, nie pozwalały na wycieczki w góry. W związku z tym wyjazd do Ligurii stanowił dla mnie bardzo nęcącą szansę na oderwanie się przynajmniej na kilka godzin, od szaro-burej lombardzkiej rzeczywistości.





Lubię podróżować i dłuższa jazda pociągiem nie jest dla mnie problemem, zwłaszcza jeśli mogę patrzeć przez okno i oglądać zmieniający się pejzaż. Również fakt, że muszę wstać o 4:30 i nastawić się na ponad trzygodzinną jazdę w jedną stronę, nie wydał mi się ceną nie do przyjęcia za dzień spędzony w słonecznej aurze.


W Camogli (będzie o nim odrębny wpis, bo to naprawdę urzekająca miejscowość), przywitała mnie śliczna, przedwiosenna pogoda, więc po pobieżnym obejrzeniu miasteczka z przyjemnością wsiadłam na niewielki stateczek płynący w stronę opactwa. Szlak wodny prowadził nas wzdłuż skalistego, górzystego brzegu, porośniętego zimozieloną, śródziemnomorską roślinnością. Rejs nie trwał zbyt długo i po niecałych 30 minutach stateczek zwrócił swój dziób w stronę lądu, gdzie wśród skał można było dostrzec ciasne i wąskie wejście do zatoki. W głębi widać było wieżę kościoła i dachy opactwa wynurzające się z bujnej zieleni.


Kiedy statek jeszcze bardziej zbliżył się do brzegu i zaczął wpływać do maleńkiej przystani, mogłam zobaczyć panoramę tego miejsca w całej krasie. Kościół oraz klasztor zbudowano z szarego, lokalnego kamienia, a przed nim znajduje się niewielka, również szara i kamienista plaża. W sąsiedztwie jest też kilka niewielkich domostw zamieszkałych przez rybaków, zaś nad całością góruje potężna wieża obronna, zbudowana na planie kwadratu. Na jej frontowej ścianie widoczny jest herb Doriów, przedstawiający cesarskiego orła. To właśnie do tej sławnej genueńskiej rodziny przez wieki należał klasztor i przyległe tereny, a wielu jej członków pełniło tu funkcję opatów.






Podobnie jak w niedalekim Camogli, w Capodimonte również przywitała mnie ciepła, słoneczna pogoda, choć kalendarz jasno mówił, że mamy dopiero piąty dzień lutego i teoretycznie nadal trwała zima. Na niewielkiej plaży grupka osób odpoczywała po trekkingu, o czym świadczył ich strój, kijki i stojące obok buty. Słońce i zatoczka zachęcały do odpoczynku, lecz ja postanowiłam w pierwszym rzędzie dokładnie zwiedzić kościół i klasztor.


Aby wejść do opactwa, należało przejść pod niskim, arkadowym portykiem, gdzie suszyły się rybackie sieci. Wstęp do kościoła jest wolny, natomiast żeby zwiedzić opactwo, należy wykupić bilet; również fotografowanie wymaga dodatkowej opłaty. Świątynia jest skromnie wyposażona, a na jej białych ścianach widać jedynie niewielkie fragmenty ornamentów w żywych kolorach, jakie niegdyś ją zdobiły. W głównym ołtarzu przechowywane są relikwie San Fruttuoso i jego towarzyszy, męczenników Augurio i Eulogio. Jest też kilka mniejszych ołtarzy bocznych oraz kaplica poświęcona pamięci ludzi morza, gdzie umieszczono posąg Jezusa ze wzniesionymi rękami (jest to kopia Chrystusa Morskiej Otchłani, o którym na końcu będzie osobny akapit *).


W tym bardzo surowym wnętrzu niezbyt mi pasowały do całości żyrandole ozdobione kolorowymi kryształkami, lecz pomyślałam, że przy zapalonym świetle może to wyglądać bardzo pięknie. Całe opactwo w ciągu swego istnienia przeszło wiele zmian. Po latach rozkwitu straciło na znaczeniu, później przez wiele lat stało opuszczone, wreszcie padło ofiarą straszliwej powodzi, która je niemal kompletnie zrujnowała.


W 1983 roku dotychczasowi właściciele — Frank i Orietta Pogson Doria Pamphilj — aktem darowizny przekazali je, wraz z trzydziestoma hektarami terenu, na rzecz FAI — prężnej fundacji od lat zajmującej się ratowaniem zabytków. Tę darowiznę upamiętnia napis na tablicy z białego marmuru, umieszczonej na ścianie domu stojącego na wprost kościoła.








Klasztor ma kilka kondygnacji, w części dolnej znajdują się między innymi bardzo skromne krypty, będące miejscem pochówku zakonników, oraz oddzielna, obszerna i reprezentacyjna część, gdzie znajdują się groby członków rodziny Doria. Poszczególne nagrobki powstały na przełomie XII i XIV wieku i kryją szczątki wielu członków rodziny. Mają one kształt niewielkich kapliczek, zbudowanych w typowy dla Ligurii sposób z białego marmuru i ciemnego kamienia, co tworzy charakterystyczne, poprzeczne pasy.


W pozostałej części podziemnej znajduje się pomieszczenie, gdzie można prześledzić zarówno historię tego miejsca, jak i poszczególne etapy przebudowy, a przede wszystkim długoletnich i bardzo kosztownych prac restauratorskich, przeprowadzonych przez FAI. Nie ukrywam, że byłam po prostu wstrząśnięta, gdy zobaczyłam, w jakim stanie był ten obecnie tak zadbany obiekt. FAI rzeczywiście dokonało cudu, doprowadzając opactwo do obecnego wyglądu (prace trwały pięć lat) i przywracając mu jego urodę. W byłych pomieszczeniach klasztornych, znajdujących się na wyższym poziomie, urządzono sale wystawowe, gdzie można zobaczyć odrestaurowaną ceramikę, odnalezioną podczas prac archeologicznych. Byłam pod wielkim wrażeniem zabytkowej kamieniarki, a zwłaszcza wspaniałych romańskich kapiteli pokrytych symbolicznymi płaskorzeźbami.


Na kapitelu jednej z kolumn zauważyłam Sole delle Alpi lombardzkie słońce, gmerk w kształcie sześciopłatkowego kwiatu wpisanego w okrąg. Tym symbolem oznaczali swe prace Magistri Comacini, komaskowie, czyli artyści i rzemieślnicy z pogranicza Como i Lugano, którzy przez wiele stuleci wędrowali po Europie z jednej dużej budowy na drugą. Kilkakrotnie wspominałam o nich na blogu, ponieważ fascynuje mnie ta niezwykła historia. Niejednokrotnie napotkałam ślady ich obecności podczas moich wędrówek, jednak po raz pierwszy miało to miejsce poza Lombardią i Piemontem.






Historia powstania opactwa jest równie fascynująca, jak jego wygląd. San Fruttuoso za życia był biskupem Tarragony i w czasie prześladowania chrześcijan w 259 roku, wraz ze swoimi diakonami Augurio i Eulogio, został skazany na śmierć przez spalenie na stosie. Wyrok wykonano, a po ich śmierci wierni zgasili żar ognia winem i zebrali prochy oraz kości męczenników. Relikwiami opiekowali się zakonnicy aż do chwili, kiedy w Hiszpanii zaczęła się inwazja Saracenów.


Powstał wtedy problem: jak te czcigodne szczątki uchronić przed zbezczeszczeniem? Jednemu z mnichów ukazał się we śnie zmarły biskup i powiedział, że należy je przewieźć do pewnego miejsca na wybrzeżu liguryjskim. Jego znakami rozpoznawczymi miały być źródło, jaskinia i smok. Legenda mówi, że mnisi znaleźli te znaki, kiedy przybyli do zatoczki, dziś zwanej Capodimonte. Żyjący tu smok został zwyciężony przez anioła, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby uciekinierzy osiedlili się w tym miejscu.(Legenda o smoku była podobno ongiś rozpowszechniana przez miejscową ludność, aby odstraszać tych, którzy chcieliby zapanować nad dostępem do źródła.)


W połowie X wieku powstał tu prymitywny klasztor, założony przez kilku mnichów z Grecji. Jego pierwszą benefaktorką była cesarzowa Adelajda, żona cesarza Ottona I, zwanego Wielkim (odegrali oni również istotną rolę w historii Orty i wyspy San Giulio, o których niedawno pisałam w poście Orta, wyspa San Giulio i jej piękna bazylika.). Dzięki cesarzowej na przełomie X i XI wieku dokonano rozbudowy klasztoru, a następnie powierzono go zakonowi benedyktynów.





Były to lata świetności opactwa, które pomyślnie się rozwijało dzięki protekcji wpływowej rodziny Doria z niedalekiej Genui. Niestety, częste napady piratów berberyjskich spowodowały, że zostało częściowo opuszczone. Dopiero w XVI wieku. kiedy admirał Andrea Doria podjął decyzję o zbudowaniu w tym miejscu potężnej wieży obronnej, rozkwitło na nowo. W zamian za to papież Juliusz III wydał bullę, dzięki której rodzina Doria objęła swoim protektoratem kościół i klasztor oraz otrzymała przywilej obsadzania stanowiska opata swoimi synami.


Szczególne zasługi położył tu opat Camillo Doria, pełniący swe obowiązki od 1730 roku, dzięki jego staraniom przeprowadzono wiele prac w zakresie renowacji i przebudowy. W czasach Napoleona klasztor ponownie podupadł — większość mnichów go opuściła, a ówczesny opat przymusowo wyjechał do Francji. Po jego powrocie ponownie dokonano niezbędnych prac, między innymi naprawy dachu, lecz czasy dawnej świetności już nie wróciły.

Następnym wydarzeniem, które doprowadziło do niemal całkowitego zniszczenia San Fruttuoso, była straszliwa powódź, połączona z obsunięciem terenu i upadkiem wielu ogromnych drzew, co obróciło w ruinę większość budynków. Zdarzyło sie to 25 września 1915 roku, a nieszczęśni mieszkańcy osady ocaleli tylko dzięki temu, że schronili się w stojącej nieco wyżej, potężnej wieży Doriów.






W 1933 roku przeprowadzono pewne działania mające na celu zabezpieczenie budynków przed dalszym niszczeniem. Jednak dopiero przejęcie klasztoru przez FAI oraz rozpoczęcie prac archeologicznych i restauratorskich na szerszą skalę ocaliło ten piękny obiekt. Prace trwały od 1985 do 1990 roku, a dziś — dzięki zgromadzonej dokumentacji — możemy prześledzić zmiany, jakie tu zaszły na przestrzeni tych pięciu lat.


W sąsiedztwie klasztoru nadal mieszkają nieliczni rybacy, trudniący się połowem. Są też dwie niewielkie restauracje i stoisko, gdzie sprzedaje się pamiątki. W kasie biletowej prowadzonej przez FAI można nabyć publikacje na temat klasztoru i najbliższej okolicy, a także dokonać wpłaty na fundusz dalszych prac.


FAI zainicjowało ciekawą akcję mającą na celu doposażenie obiektów, którymi zarządza. W niewielkim ogródku znalazłam cztery ładne, stylowe ławki dla znużonych przybyszów, będące darem osób prywatnych. W zamian za wsparcie mogli oni umieścić na ich oparciach pamiątkową, mosiężną tabliczkę. Można też „adoptować” drzewo, co wiąże się z pokrywaniem kosztów jego pielęgnacji. Pod dorodną palmą obok opactwa znalazłam piękną sentencję, umieszczoną tam 25 lipca 2009 roku przez opiekujących się nią małżonków Dianę i Paola. Adopcja palmy była darem dla opactwa, a jednocześnie miała upamiętnić ich wieloletni związek.

Bardzo mnie wzruszyła ta piękna i mądra sentencja, więc postanowiłam ją tu zamieścić.


"Nie idź prze mną bo mogę za tobą nie nadążyć. Nie idź za mną, mogę nie sprostać roli przewodnika. Idź u mego boku, by mi zawsze towarzyszyć w podróży."

(tłumaczenie własne)






*Chrystus Morskiej Otchłani (Christo degli Abissi)


W morskich głębinach, niedaleko opactwa, znajduje się posąg Chrystusa ze wzniesionymi rękami, który umieszczono tam w 1954 roku jako hołd dla wszystkich, którzy kiedykolwiek pracowali na morzu lub znaleźli śmierć w jego odmętach. Jego autorem jest Guido Galletti, a pomysłodawcą był włoski nurek Duilio Marcante. W ten sposób chciał on upamiętnić śmierć swojego przyjaciela Dario Gonzatti, który w tym miejscu zginął podczas nurkowania. Potężna baza posągu jest zakotwiczona do dna morskiego na głębokości 18 metrów. Sam posąg, wykonany z brązu, ma 2,5 metra wysokości, a jego ręce znajdują się 12 metrów pod powierzchnią wody. Figurę odlano z mosiężnych części statków, dzwonów i medali z brązu, ofiarowanych przez ludzi morza. Choć umieszczono go na dość znacznej głębokości, posąg można zobaczyć nawet bez schodzenia pod wodę — w sezonie turystycznym kursuje tu bowiem łódź ze specjalnym peryskopem, który pozwala dostrzec figurę zanurzoną w morskiej głębinie. W Capodimonte corocznie pod koniec sierpnia, po zapadnięciu zmroku odbywa się niezwykłe święto poświęcone pamięci ludzi morza. 


Na niewielkiej plaży odprawiana jest uroczysta msza połączona z procesją przy blasku pochodni. W miejscu, gdzie znajduje się posąg, schodzą pod wodę nurkowie z wieńcem laurowym, aby złożyć go u stóp Chrystusa. Jeśli pogoda nie sprzyja, uroczystość złożenia wieńca odbywa się w świątyni opactwa, gdzie 13 sierpnia 1974 roku umieszczono kopię posągu, o której wspominałam wcześniej. (Podobno od pewnego czasu ze względu na pogodę święto obchodzi się w ostatnią sobotę lipca. Sądzę, że nie chodzi o deszcze, bo te w sierpniu są raczej rzadkie, ile o stan morza, który może zagrozić nurkom. Piszę to na wszelki wypadek — jeśli ktoś się tam wybiera, warto sprawdzić tę informację w Biurze Obsługi Turystycznej).


Z tym miejscem związana jest również inna ważna historia, która zasługuje na przypomnienie, gdyż oddaje należną cześć osobom, które 24 kwietnia 1855 roku, nie wahały się narazić życia w imię ludzkiej solidarności.

Przy opactwie mieszkała wówczas zaledwie garstka rodzin utrzymujących się z rybołówstwa, rolnictwa i prac leśnych. Tego dnia ich spokojną egzystencję zmącił tragiczny wypadek. Nieopodal zatoki przepływał brytyjski parowiec Croesus, mający na pokładzie kilkuset żołnierzy armii Królestwa Sardynii. Holował on drugi statek, Pedestrian, wypełniony amunicją przeznaczoną dla wojsk sprzymierzonych walczących w wojnie krymskiej.

Podczas przepływania na wysokości San Fruttuoso, na pokładzie parowca wybuchł pożar. By umożliwić akcję ratunkową, kapitan płonącego statku skierował go ku zatoce i osadził na mieliźnie. Wszyscy sprawni mężczyźni z Capodimonte, a także dwie kobiety, siostry Maria i Caterina Avegno — ruszyli łodziami i wpław na pomoc poszkodowanym. Uratowali życie wielu rozbitkom, lecz Maria, matka ośmiorga dzieci, utonęła wciągnięta pod wodę przez przerażonych żołnierzy, którzy podczas kolejnego kursu przewrócili jej łódkę. Pochowano ją w krypcie grobowej rodziny Doria, a całe zdarzenie upamiętnia tablica na ścianie domu, w którym niegdyś mieszkały obie siostry.

Pierwszą pamiątkową inskrypcję odsłonięto w 1905 roku, w pięćdziesiątą rocznicę zatonięcia Croesusa, jednak ta uległa zniszczeniu wraz z budynkiem, podczas katastrofalnej powodzi, o której piałam powyżej. Mimo upływu lat pamięć o tych dramatycznych wydarzeniach nie zaginęła — w setną rocznicę katastrofy i śmierci Marii Avegno na ścianie odbudowanego domu ponownie umieszczono tablicę opisującą przebieg tragedii. Bohaterska postawa Marii została doceniona przez władze Królestwa Sardynii, które pośmiertnie uhonorowały ją Złotym Medalem za Waleczność Cywilną (była pierwszą kobietą wyróżnioną tym wysokim odznaczeniem). Jej osieroconym dzieciom gmina Camogli przyznała dożywotnią rentę, znaczącą pomoc finansową przekazały również władze brytyjskie. Rezydujący w Genui konsul Timothy Yeats-Brown* ofiarował wysoką nagrodę pieniężną Caterinie, a rodzinie Marii przyznano dodatkowe wsparcie.






Zatoczka, w której mieści się opactwo San Fruttuoso, położona jest nieopodal Zatoki Portofino. Te dwa urocze miejsca oddziela skaliste wzgórze o wysokości ok. 500 m n.p.m. Cały półwysep pokryty jest siecią ścieżek, które umożliwiają piesze wycieczki do wielu ciekawych punktów widokowych i historycznych, a także pozwalają nacieszyć się panoramą Morza Śródziemnego z wysokich, urwistych klifów.


Jeden z tych szlaków prowadzi z opactwa do ślicznego miasteczka Portofino. O moich przygodach podczas jego pokonywania opowiem w kolejnym poście.


* Synem Thimoty'ego i jego następcą na stanowisku konsula był Montague Yeats-Brown, który w 1867 roku kupił w Portofino opuszczony zabytkowy zamek, noszący do dziś jego nazwisko. O tym urokliwym miejscu pisałam w poście Portofino, Castello Brown i kilka refleksji o urodzie miasta.


Więcej zdjęć z Opactwa San Fruttuoso jest w albumie >


https://photos.google.com/album/AF1QipMiPCjAVpQT7bOu6Ru3nDrGHCtRvTdpa1BMiJAa?hl=pl


wtorek, 13 listopada 2012

Liguria. Portofino, Castello Brown i kilka refleksji o urodzie miasta.



Po pierwszej wizycie w Portofino (pisałam o niej tutaj Na kawę do Portofino.) powzięłam postanowienie, że w przyszłości znów je odwiedzę. Chciałam to zrobić zanim na dobre zacznie się sezon turystyczny, żeby w spokoju i z dala od tłumów nacieszyć sią tym urokliwym miejscem. Jednak upłynęło sporo czasu do chwili, kiedy ponownie odwiedziłam Ligurię, gdyż zamiast na jesieni, tak jak to planowałam, pojechałam tam dopiero wiosną następnego roku. Do tej drugiej wycieczki skłoniła mnie przedłużająca się lombardzka zima, podczas której chłodne powietrze i wilgoć wyjątkowo mocno dają się we znaki. Obserwując mapę pogody, spostrzegłam, że w okolicy Genui będzie sporo słońca i dużo wyższe temperatury, dlatego też postanowiłam pojechać tam w poszukiwaniu wiosny. 

W tym okresie wybrałam się do Ligurii kilkakrotnie, między innymi do opactwa San Fruttuoso, Camogli i Portofino. Po przyjeździe na miejsce aura przyjemnie mnie zaskoczyła, gdyż okazało się, że wiosna w te strony przychodzi dużo wcześniej, niż w okolicy Mediolanu. Choć była dopiero połowa marca, mimo panującego przedwiośnia dopisała piękna słoneczna pogoda. W donicach i na kwietnikach pyszniły się kolorowe bratki, fiołki oraz inne, wiosenne kwiaty, a w okolicznych ogrodach wśród zimozielonych drzew i krzewów zobaczyłam magnolie z okazałymi pąkami, a także mnóstwo kamelii i gardenii w pełnym rozkwicie. W miasteczku zaskoczyła mnie cisza i spokój — chociaż spotkałam również innych przyjezdnych, panowała zupełnie inna atmosfera, niż w dniu, kiedy je odwiedziłam w pełni sezonu.






Z przyjemnością schowałam do plecaka zimową kurtkę i ruszyłam na spacer po mieście. Jak już wspominałam w pierwszym poście, zatoka, w której leży Portofino ma kształt zbliżony do greckiej litery π, a po jej prawej stronie znajduje się wydłużony, pagórkowaty półwysep. Na jego krańcu umieszczono latarnię morską, natomiast u nasady jest niewielki plac, gdzie wznosi się ładna, barokowa świątynia, pod wezwaniem San Giorgio. Z tarasu przed kościołem jest wspaniały widok na zatokę i miasteczko po jednej stronie oraz piękne, lecz budzące lęk skalne urwisko, schodzące aż do morza po drugiej. 

Nieopodal, nieco wyżej, w połowie drogi do latarni znajduje się górujący nad zatoką niewielki malowniczy zamek, z przysadzistą, okrągłą wieżą. Zbudowano go z szarego lokalnego kamienia, który ma tę właściwość, że w świetle zachodzącego słońca nabiera koloru miodu. Na zamkowym tarasie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające go niczym ogromne, zielone pióropusze. Zameczek nosi nazwę Castello Brown, dość zaskakującą na bądź co bądź włoskiej ziemi. Jest ona związana z jego bogatą historią, którą chciałabym tu  pokrótce streścić. 

Pierwsze ślady fortyfikacji odnalezione w tym miejscu sięgają czasów rzymskich, natomiast nowożytny zamek wzniesiono prawdopodobnie w X wieku. W ciągu kilku stuleci, kiedy to sprawował swoją obronną funkcję, wielokrotnie zmieniał właścicieli, którzy poddawali go kolejnym przebudowom. Obecną postać przybrał dopiero w połowie XVI wieku dzięki Genueńczykom, przez kilka stuleci panującym  nad tą częścią morza Śródziemnego. Nieco później swoją cegiełkę dołożyli też Francuzi, którzy w czasach egipskiej kampanii Napoleona wyremontowali i w znaczący sposób wzmocnili jego mury.  Po zwycięstwie Nelsona nad flotą francuską przeszedł w ręce angielskie, jednak gdy po Kongresie Wiedeńskim w Europie zapanował pokój, zamek stracił swoje znaczenie obronne i został wystawiony na sprzedaż.
 











W 1863 roku kupił go Montague Yeats Brown, który po swoim ojcu Thimotym objął stanowisko konsula w Genui. Zgodnie z włoskim obyczajem od nazwiska właściciela wywodzi się nazwa własna zamku, którą nosi on do dziś. Konsul pochodził z rodziny przez wiele lat związanej z Włochami i choć był Brytyjczykiem, czuł się bardzo związany ze swoją drugą ojczyzną. Nie tylko świetnie mówił po włosku, znał również trudny dialekt liguryjski, będący w zasadzie odrębnym językiem. 

Ówczesne Portofino, leżące na skraju górzystego półwyspu, jak wiele innych osad na liguryjskim wybrzeżu, było trudno dostępne od strony lądu. Najłatwiej można było do niego dotrzeć drogą morską — konsul podczas swej służby wielokrotnie przypływał do Portofino na brytyjskim okręcie Czarny Tulipan i czemu trudno się dziwić, dosłownie zakochał się w tym miejscu. Po zakupieniu zameczku zlecił przeprowadzenie niezbędnych prac, które sprawiły, że dotychczasowa forteca zamieniła się w budynek mieszkalny. Nowy właściciel miał dobry gust i wyczucie stylu, dlatego zalecił wykonawcom, by podczas prac unikali drastycznego ingerowania w jego strukturę. Żeby go upiększyć. Dodano trochę nowych elementów jak marmurowe gzymsy i piękne, ręcznie malowane ceramiczne płytki, którymi wyłożono ściany na klatce schodowej i tarasie. 

Wnętrza zamku wyposażono w zabytkowe meble, a także arrasy, malowidła na desce i inne przedmioty o dużej wartości artystycznej. Drzwi do pokoi wykonano z drewna pochodzącego z okrętu Czarny Tulipan, który po zawarciu pokoju został rozbrojony i przeznaczony do likwidacji. Życzeniem konsula było, aby na stoku poniżej zamku powstał rozległy, tarasowy ogród opasujący wzgórze. Drugi, mniejszy, urządzono na tarasie, jest on w zasadzie przedłużeniem domu, gdyż wychodzi się do niego wprost z holu. 

Tu właśnie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające budynek. Posadził je konsul w 1875 roku dla upamiętnienia dnia swojego ślubu i na cześć małżonki, Agnes Bellingham. Dziś jedna z nich ma się świetnie, natomiast w drugą kilka lat temu uderzył piorun. Drzewo przeżyło, lecz daleko mu do dawnej urody i okazałości.







Po śmierci konsula w 1921 roku zamek odziedziczyli jego potomkowie, którzy w 1949 roku sprzedali go angielskiemu małżeństwu Johnowi i Joceline Barber. Nowi właściciele mieli wielkie zamiłowanie do archeologii, więc przeprowadzili w zamku specjalistyczne poszukiwania, te zaś zaowocowały odkryciem wielu tajemniczych zakątków. W 1961 roku Barberowie sprzedali zamek Gminie Portofino — dzięki tej decyzji dziś jest tu muzeum dostępne szerokiej publiczności.

Podczas poprzedniego pobytu zabrakło mi czasu i nie zdołałam zobaczyć wnętrz zamku, dlatego też wybrałam się tam po raz kolejny specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło tak, jak tego oczekiwałam, a dawna forteca okazała się naprawdę uroczym zakątkiem. Ponieważ dwaj ostatni właściciele nie pokusili się o zbyt daleko idące zmiany, jest to nadal zamek, a nie luksusowa willa w zamkowej skorupie. 

Przestronne, niskie komnaty, w których panuje przyjemny chłód, mają ściany pomalowane na pastelowe kolory, podobnie jak domy w miasteczku; zachowano też oryginalne kominki i podłogi. Z dawnego wyposażenia pozostały nieliczne meble mające dużą wartość artystyczną i historyczną, a także cenne arrasy i malowidła na desce. W pokojach można obejrzeć bardzo bogaty zbiór fotografii z lat 50. i 60. XX wieku. Są to zdjęcia sławnych i popularnych aktorów oraz osobistości ze świata polityki i tzw. wyższych sfer, niegdyś spędzających wakacje w Portofino i okolicznych miejscowościach.

Obejrzałam je z wielkim zainteresowaniem, jako że są one świadectwem czasów, kiedy powstała piosenka „Miłość w Portofino”, od której zaczęła się moja prywatna przygoda z tym miasteczkiem. Oprócz znanych osób uwieczniono na nich również dawne Portofino, które nie było jeszcze ekskluzywnym kurortem, lecz zwykłą, choć bardzo malowniczą, rybacką wioską. 

Nie mogłam się oprzeć i na pamiątkę sfotografowałam część wystawy, co nie było łatwe, bo zdjęcia umieszczono za szkłem, w którym odbijało się światło. Ekspozycja jest bardzo spójna – fotografie oprawiono w jednakowe, proste srebrne ramy z passe-partout, na których ktoś pięknie wykaligrafował podpisy informujące, kogo uwieczniono i w jakiej sytuacji.

Byłam pod wrażeniem nazwisk aktorów takich jak Susan Howard, Orson Welles czy Joan Collins, prezentująca na zdjęciu wyjątkowo zgrabne nogi, a także piękna seksbomba Jayne Mansfield. W Portofino gościły takie osobistości jak  król Hiszpanii Juan Carlos z królową Zofią, Rainier książę Monako z rodziną, Jaqueline Kennedy i Winston Churchill. Były to piękne czasy, pełne prostoty – królewska para niczym zwykli przechodnie spaceruje bez ochrony po nabrzeżu, a o ich materialnym statusie świadczą jedynie przepiękne, ekskluzywne mokasyny firmy Gucci.

 Moją uwagę przykuły zdjęcia ślicznej, młodziutkiej Zofii Loren w białych szpilkach oraz szczupłego, uśmiechniętego Marlona Brando, który pozdrawia kogoś stojąc w drzwiach pociągu. Nie mniej ciekawie prezentuje się para ówczesnych gwiazd – Rita Hayworth i Rex Harrison – uwieczniona w strojach dalekich od elegancji, podczas jazdy terenówką wyglądającą jakby pochodziła z demobilu. Szczerze mówiąc, w przeciętnej kobiecie o sterczących krótkich włosach, ubranej w bezkształtny płaszcz, trudno rozpoznać boską Ritę, jaką pamiętamy z ekranu.

Jednak najbardziej wyjątkowe ujęcie pochodzi z 1963 roku i przedstawia Gretę Garbo, która po zakończeniu kariery jak ognia unikała fotografów. Tym razem została zaskoczona obok przystani w towarzystwie jakiegoś przystojniaka w pirackiej chustce na głowie i w pięknych białych tenisówkach. Pięćdziesięcioośmioletnia Greta z wrodzoną elegancją nosi swój wakacyjny strój, składający się z białej bluzki, spodni i espadryli; jej rękę zdobi ciężka bransoleta, a twarz osłania kapelusz i duże, ciemne okulary. Chociaż wyraźnie widać, że jest niezadowolona z tej sytuacji, aktorka chyba wybaczyła fotografowi i nie zażądała zniszczenia zdjęcia, co podobno zdarzało się dość często.







Z zamkowego tarasu dość dobrze widać ścieżkę, którą przed miesiącem przyszłam do  Portofino z opactwa San Fruttuoso (pisałam o tym w poście pt. Rezerwat Przyrody, czyli na piechotę z Capodimonte do Portofino.) oraz leżącą na przeciwległym wzgórzu i odległą o kilkaset metrów willę Altachiara. Pierwszy właściciel willi, lord Carnavon i gospodarz zamku konsul Brown, darzyli się wzajemną sympatią, utrzymywali dobre sąsiedzkie stosunki, często się odwiedzali oraz odbywali wspólne przechadzki. 

À propos przechadzek — zaciekawiło mnie, jaki związek z historią półwyspu ma nazwa stromej dróżki, prowadzącej po urwisku od strony morza, noszącej nazwę discesa a Cala degli Inglesi, czyli zejście do Zatoczki Anglików i kim byli ci Anglicy? Czy nazwa wiąże się z czasami, kiedy w zamku stacjonował niewielki angielski garnizon, czy ze sportowymi wyczynami angielskich turystów? Ścieżka nosząca tę intrygującą nazwę nadal uchodzi za niebezpieczną, chociaż obecnie jest wyposażona w system łańcuchów, ułatwiających drogę i chroniących przed upadkiem. A upadek z urwiska w tej okolicy może mieć naprawdę tragiczne konsekwencje, jak tego dowodzi niewyjaśniona śmierć  nieszczęsnej hrabiny Vacca Augusta, o której pisałam w poście pt. Na kawę do Portofino.

Próbowałam szukać informacji na temat tej nazwy, jednak nie znalazłam absolutnie nic, poza opisem szlaku. Najbardziej prawdopodobne wydało mi się to, że spoczywa tam wrak jakiegoś angielskiego okrętu, gdyż ta okolica była miejscem wielu morskich katastrof. Jedna z nich miała miejsce w 1967 roku, kiedy sztorm rzucił na skały i zatopił kanadyjski statek transportowy Mohawk Dree. Jego nieźle zachowane szczątki do dziś spoczywają na głębokości około dwudziestu metrów i mimo zakazu są częstym celem podwodnych eksploratorów.







Cóż jeszcze mogłabym tu dodać? Czy to, że życie dało mi nieoczekiwany prezent w postaci spełnionego marzenia? A może to, że ten bajkowy pejzaż zostanie na zawsze w moich wspomnieniach? Kiedy wyszłam z zamku na taras i spojrzałam w dół, mogłam zobaczyć zatokę i miasteczko nieomal z lotu ptaka. Kolorowe domki na nabrzeżu, szmaragdową wodę, zielone wzgórza i dalej, na horyzoncie, błękitne morze zlewające się z niebem. Cały ten urzekający pejzaż kąpał się w słońcu, lecz pod sosnami konsula panował przyjemny półcień. Zrozumiałam wtedy, co go tak oczarowało, iż zapragnął zamku na własność... 

Zapewne tak jak mnie urzekło go piękno okolicy, spokój i poczucie zawieszenia pomiędzy niebem i ziemią, niczym w ptasim gnieździe uwitym na skale. Skromność niegdysiejszych gospodarzy zamku i ich decyzja o ograniczeniu się do jedynie niezbędnych wygód sprawiły, że wprowadzone zmiany podniosły jeszcze naturalne walory tego miejsca. Co prawda, kiedy zeszłam do parku położonego po lewej stronie zamku, zobaczyłam coś, co mi nieprzyjemnie zazgrzytało, jakąś tajemniczą rurę mającą kształt blaszanego komina, umieszczoną pomiędzy wieżą a ścianą budynku mieszkalnego. Wygląda to zupełnie współcześnie i trochę szpeci budynek, jednak prawdopodobnie było niezbędne, jako część systemu wentylacyjnego. 
 
Za to gdybym mogła, chętnie bym wyrzuciła z hukiem współczesną, blaszaną syrenkę odpoczywającą na murku i również blaszanego dyskobola przy wejściu. Jest tak paskudny, że nie fotografowałam go, bo wolałabym o nim jak najszybciej zapomnieć. 

Portofino bez wątpienia jest miasteczkiem niezwykłej urody, jednak zobaczyłam tam coś, co według mnie ma się do niego, niczym przysłowiowy kwiatek do kożucha. Być może, znajdą się osoby niepodzielające mojego oburzenia i narażę się na zarzut braku zrozumienia dla współczesnej sztuki, jednak będę się upierać przy twierdzeniu, że pewne rzeczy nie tylko nie pasują do siebie, lecz wręcz mówiąc potocznie - gryzą się. 






Zastanawia mnie, jak w miejscu, gdzie pejzaż jest chroniony i w związku z tym nie można tam budować nic, co mogłoby go naruszyć, mógł powstać twór, jakim jest muzeum współczesnej rzeźby pod otwartym niebem... Wszystkie eksponaty umieszczono w zabytkowym, tarasowym ogrodzie, przy czym na pierwszym planie można zobaczyć jakieś koszmarne stworzenia wyglądające niczym surykatki w kolorze fuksji stojące na elementach ogrodzenia oraz realistycznie oddanego nosorożca, wiszącego na czymś, co przypomina portowy podnośnik. 

Nie zdziwiłabym się, gdyby znalazły się w Disneylandzie, centrum handlowym, czy wśród współczesnych zabudowań, jednak w tym rybackim miasteczku według mnie są zupełnie nie na miejscu. Próbowałam je zobaczyć z bliska, aby dowiedzieć się, kim są autorzy tych dzieł. Niestety, wejście do ogrodu było zamknięte, gdyż muzeum można zwiedzać jedynie w miesiącach letnich.

Osobiście sądzę, że prawdziwa sztuka, również nowoczesna, broni się nawet w historycznym otoczeniu, pod warunkiem, że jest to naprawdę dobrze skomponowane. Kiedy wraz z Martą byłam w prześlicznej, barokowej Orcie, miałyśmy okazję obejrzeć uliczną wystawę monumentalnych rzeźb Mimmo Paladino, o której pisałam jakiś czas temu tutaj Orta San Giulio i wystawa Mimmo Paladino.

Mimo całkowitej różnicy stylu nie raziły, gdyż umieszczono je w przemyślany sposób w takich punktach miasteczka, że ich obecność zyskiwała nowy wymiar i sens. W moim odczuciu każda rzeźba, a przede wszystkim ta w plenerze potrzebuje należytego miejsca i tła, które wydobywa jej walory. W tym wypadku stłoczono je w sposób zupełnie niedorzeczny, co sprawia, że trzeba je oglądać z niewielkiej odległości, bez zachowania odpowiedniej perspektywy. 

Zapewne byłaby to świetna idea, gdyby Portofino dysponowało dużym parkiem na płaskim terenie, co pozwoliłoby na stworzenie naprawdę interesującej ekspozycji. Obecna sprawia wrażenie zrobionej na siłę, jakby miasto otrzymało kłopotliwy prezent, z którym nie wiadomo co zrobić, a odrzucić go po prostu nie wypada. Ponieważ nie mogłam wejść do muzeum, próbowałam popatrzeć przez płot. Udało mi się podejść stosunkowo blisko i zajrzeć do parku z uliczki biegnącej powyżej.

Z tego, co widziałam, wszystkie rzeźby są umieszczone bez ładu i składu a co więcej, bez żadnego związku z przestrzenią. Po powrocie do domu w internecie przeczytałam artykuł na temat tego przedsięwzięcia, lecz nawet nazwiska uznanych twórców nie zmieniły mojego zdania, że jest to niedobry pomysł, robiący krzywdę miasteczku i artystom. W wirtualnym muzeum obejrzałam także większość eksponatów, jednak nie było wśród nich ani różowych stworzeń, ani wiszącego nosorożca.







Miałam jeszcze sporo czasu do odjazdu, pogoda była nie najgorsza, więc postanowiłam poszukać zacisznego miejsca, gdzie mogłabym usiąść, aby wypić popołudniową kawę. W Portofino jest duży wybór lokali gastronomicznych; ponieważ była niedziela, większość z nich była otwarta, choć do rozpoczęcia sezonu pozostało jeszcze sporo czasu. 

Szczerze mówiąc, miałam niejakie opory przed konsumpcją w miejscu, gdzie kawa niekiedy kosztuje od trzech (espresso) do piętnastu euro (moja ulubiona po irlandzku). A to przecież nie koniec wydatków, bo zasiadanie przy restauracyjnym stoliku, żeby wypić jedynie kawę, po pierwsze — nie jest dobrze widziane przez personel, więc należałoby zamówić coś jeszcze, a po drugie — trzeba też doliczyć cenę nakrycia stolika (na ogół kilka euro) no i zwyczajowy napiwek.

Wynikało z tego, że prawdopodobnie byłaby to najdroższa kawa w moim życiu, i chociaż nie jestem sknerą, to (nawet przy mojej dość zasobnej kieszeni) wydawanie na kawę sumy, za którą z powodzeniem mogłabym zrobić parodniowe zakupy albo wspomóc kogoś w potrzebie, wydawało mi się lekką przesadą. 

W związku z tym zadowoliłam się przyjemną lodziarnią, gdzie serwowano również kawę espresso w ogólnie przyjętej cenie jednego euro i zainstalowałam przy stoliku stojącym na bulwarze. Lody były naprawdę świetne, więc powoli delektowałam się nimi, obserwując zatokę. Tuż przede mną była zacumowana niewielka, biała łódka, którą objęły w posiadanie trzy mewy. Rozbawił mnie widok tych dość szczególnych załogantów siedzących rządkiem na burcie i czyszczących pióra. 

Nagle ni stąd, ni zowąd dobiegł mnie odgłos grzmotu, a po chwili ze wciąż jasnego nieba zaczął kropić drobny deszcz. Dopiłam kawę i postanowiłam, że resztę dnia spędzę w Genui. Kiedy mój autobus dojeżdżał do dworca w Santa Margherita Ligure rozpadało się na dobre, lecz widać było, że nieco dalej na północy, nadal świeci słońce. Pogratulowałam sobie pomysłu, bo zanosiło się na to, że w Genui jednak może być pogodnie. Oprócz tego dobrze się składało, bo zawsze chciałam zobaczyć sławną, genueńską katedrę.



Jeśli ktoś chciałby zobaczyć więcej zdjęć z Castello Brown, zapraszam do obejrzenia albumów