Lubię podróżować i dłuższa jazda pociągiem nie jest dla mnie problemem, zwłaszcza jeśli mogę patrzeć przez okno i oglądać zmieniający się pejzaż. Również fakt, że muszę wstać o 4:30 i nastawić się na ponad trzygodzinną jazdę w jedną stronę, nie wydał mi się ceną nie do przyjęcia za dzień spędzony w słonecznej aurze.
W Camogli (będzie o nim odrębny wpis, bo to naprawdę urzekająca miejscowość), przywitała mnie śliczna, przedwiosenna pogoda, więc po pobieżnym obejrzeniu miasteczka z przyjemnością wsiadłam na niewielki stateczek płynący w stronę opactwa. Szlak wodny prowadził nas wzdłuż skalistego, górzystego brzegu, porośniętego zimozieloną, śródziemnomorską roślinnością. Rejs nie trwał zbyt długo i po niecałych 30 minutach stateczek zwrócił swój dziób w stronę lądu, gdzie wśród skał można było dostrzec ciasne i wąskie wejście do zatoki. W głębi widać było wieżę kościoła i dachy opactwa wynurzające się z bujnej zieleni.
Kiedy statek jeszcze bardziej zbliżył się do brzegu i zaczął wpływać do maleńkiej przystani, mogłam zobaczyć panoramę tego miejsca w całej krasie. Kościół oraz klasztor zbudowano z szarego, lokalnego kamienia, a przed nim znajduje się niewielka, również szara i kamienista plaża. W sąsiedztwie jest też kilka niewielkich domostw zamieszkałych przez rybaków, zaś nad całością góruje potężna wieża obronna, zbudowana na planie kwadratu. Na jej frontowej ścianie widoczny jest herb Doriów, przedstawiający cesarskiego orła. To właśnie do tej sławnej genueńskiej rodziny przez wieki należał klasztor i przyległe tereny, a wielu jej członków pełniło tu funkcję opatów.
Podobnie jak w niedalekim Camogli, w Capodimonte również przywitała mnie ciepła, słoneczna pogoda, choć kalendarz jasno mówił, że mamy dopiero piąty dzień lutego i teoretycznie nadal trwała zima. Na niewielkiej plaży grupka osób odpoczywała po trekkingu, o czym świadczył ich strój, kijki i stojące obok buty. Słońce i zatoczka zachęcały do odpoczynku, lecz ja postanowiłam w pierwszym rzędzie dokładnie zwiedzić kościół i klasztor.
Aby wejść do opactwa, należało przejść pod niskim, arkadowym portykiem, gdzie suszyły się rybackie sieci. Wstęp do kościoła jest wolny, natomiast żeby zwiedzić opactwo, należy wykupić bilet; również fotografowanie wymaga dodatkowej opłaty. Świątynia jest skromnie wyposażona, a na jej białych ścianach widać jedynie niewielkie fragmenty ornamentów w żywych kolorach, jakie niegdyś ją zdobiły. W głównym ołtarzu przechowywane są relikwie San Fruttuoso i jego towarzyszy, męczenników Augurio i Eulogio. Jest też kilka mniejszych ołtarzy bocznych oraz kaplica poświęcona pamięci ludzi morza, gdzie umieszczono posąg Jezusa ze wzniesionymi rękami (jest to kopia Chrystusa Morskiej Otchłani, o którym na końcu będzie osobny akapit *).
W tym bardzo surowym wnętrzu niezbyt mi pasowały do całości żyrandole ozdobione kolorowymi kryształkami, lecz pomyślałam, że przy zapalonym świetle może to wyglądać bardzo pięknie. Całe opactwo w ciągu swego istnienia przeszło wiele zmian. Po latach rozkwitu straciło na znaczeniu, później przez wiele lat stało opuszczone, wreszcie padło ofiarą straszliwej powodzi, która je niemal kompletnie zrujnowała.
W 1983 roku dotychczasowi właściciele — Frank i Orietta Pogson Doria Pamphilj — aktem darowizny przekazali je, wraz z trzydziestoma hektarami terenu, na rzecz FAI — prężnej fundacji od lat zajmującej się ratowaniem zabytków. Tę darowiznę upamiętnia napis na tablicy z białego marmuru, umieszczonej na ścianie domu stojącego na wprost kościoła.
Klasztor ma kilka kondygnacji, w części dolnej znajdują się między innymi bardzo skromne krypty, będące miejscem pochówku zakonników, oraz oddzielna, obszerna i reprezentacyjna część, gdzie znajdują się groby członków rodziny Doria. Poszczególne nagrobki powstały na przełomie XII i XIV wieku i kryją szczątki wielu członków rodziny. Mają one kształt niewielkich kapliczek, zbudowanych w typowy dla Ligurii sposób z białego marmuru i ciemnego kamienia, co tworzy charakterystyczne, poprzeczne pasy.
W pozostałej części podziemnej znajduje się pomieszczenie, gdzie można prześledzić zarówno historię tego miejsca, jak i poszczególne etapy przebudowy, a przede wszystkim długoletnich i bardzo kosztownych prac restauratorskich, przeprowadzonych przez FAI. Nie ukrywam, że byłam po prostu wstrząśnięta, gdy zobaczyłam, w jakim stanie był ten obecnie tak zadbany obiekt. FAI rzeczywiście dokonało cudu, doprowadzając opactwo do obecnego wyglądu (prace trwały pięć lat) i przywracając mu jego urodę. W byłych pomieszczeniach klasztornych, znajdujących się na wyższym poziomie, urządzono sale wystawowe, gdzie można zobaczyć odrestaurowaną ceramikę, odnalezioną podczas prac archeologicznych. Byłam pod wielkim wrażeniem zabytkowej kamieniarki, a zwłaszcza wspaniałych romańskich kapiteli pokrytych symbolicznymi płaskorzeźbami.
Na kapitelu jednej z kolumn zauważyłam Sole delle Alpi lombardzkie słońce, gmerk w kształcie sześciopłatkowego kwiatu wpisanego w okrąg. Tym symbolem oznaczali swe prace Magistri Comacini, komaskowie, czyli artyści i rzemieślnicy z pogranicza Como i Lugano, którzy przez wiele stuleci wędrowali po Europie z jednej dużej budowy na drugą. Kilkakrotnie wspominałam o nich na blogu, ponieważ fascynuje mnie ta niezwykła historia. Niejednokrotnie napotkałam ślady ich obecności podczas moich wędrówek, jednak po raz pierwszy miało to miejsce poza Lombardią i Piemontem.
Historia powstania opactwa jest równie fascynująca, jak jego wygląd. San Fruttuoso za życia był biskupem Tarragony i w czasie prześladowania chrześcijan w 259 roku, wraz ze swoimi diakonami Augurio i Eulogio, został skazany na śmierć przez spalenie na stosie. Wyrok wykonano, a po ich śmierci wierni zgasili żar ognia winem i zebrali prochy oraz kości męczenników. Relikwiami opiekowali się zakonnicy aż do chwili, kiedy w Hiszpanii zaczęła się inwazja Saracenów.
Powstał wtedy problem: jak te czcigodne szczątki uchronić przed zbezczeszczeniem? Jednemu z mnichów ukazał się we śnie zmarły biskup i powiedział, że należy je przewieźć do pewnego miejsca na wybrzeżu liguryjskim. Jego znakami rozpoznawczymi miały być źródło, jaskinia i smok. Legenda mówi, że mnisi znaleźli te znaki, kiedy przybyli do zatoczki, dziś zwanej Capodimonte. Żyjący tu smok został zwyciężony przez anioła, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby uciekinierzy osiedlili się w tym miejscu.(Legenda o smoku była podobno ongiś rozpowszechniana przez miejscową ludność, aby odstraszać tych, którzy chcieliby zapanować nad dostępem do źródła.)
W połowie X wieku powstał tu prymitywny klasztor, założony przez kilku mnichów z Grecji. Jego pierwszą benefaktorką była cesarzowa Adelajda, żona cesarza Ottona I, zwanego Wielkim (odegrali oni również istotną rolę w historii Orty i wyspy San Giulio, o których niedawno pisałam w poście Orta, wyspa San Giulio i jej piękna bazylika.). Dzięki cesarzowej na przełomie X i XI wieku dokonano rozbudowy klasztoru, a następnie powierzono go zakonowi benedyktynów.
Były to lata świetności opactwa, które pomyślnie się rozwijało dzięki protekcji wpływowej rodziny Doria z niedalekiej Genui. Niestety, częste napady piratów berberyjskich spowodowały, że zostało częściowo opuszczone. Dopiero w XVI wieku. kiedy admirał Andrea Doria podjął decyzję o zbudowaniu w tym miejscu potężnej wieży obronnej, rozkwitło na nowo. W zamian za to papież Juliusz III wydał bullę, dzięki której rodzina Doria objęła swoim protektoratem kościół i klasztor oraz otrzymała przywilej obsadzania stanowiska opata swoimi synami.
Szczególne zasługi położył tu opat Camillo Doria, pełniący swe obowiązki od 1730 roku, dzięki jego staraniom przeprowadzono wiele prac w zakresie renowacji i przebudowy. W czasach Napoleona klasztor ponownie podupadł — większość mnichów go opuściła, a ówczesny opat przymusowo wyjechał do Francji. Po jego powrocie ponownie dokonano niezbędnych prac, między innymi naprawy dachu, lecz czasy dawnej świetności już nie wróciły.
Następnym wydarzeniem, które doprowadziło do niemal całkowitego zniszczenia San Fruttuoso, była straszliwa powódź, połączona z obsunięciem terenu i upadkiem wielu ogromnych drzew, co obróciło w ruinę większość budynków. Zdarzyło sie to 25 września 1915 roku, a nieszczęśni mieszkańcy osady ocaleli tylko dzięki temu, że schronili się w stojącej nieco wyżej, potężnej wieży Doriów.
W 1933 roku przeprowadzono pewne działania mające na celu zabezpieczenie budynków przed dalszym niszczeniem. Jednak dopiero przejęcie klasztoru przez FAI oraz rozpoczęcie prac archeologicznych i restauratorskich na szerszą skalę ocaliło ten piękny obiekt. Prace trwały od 1985 do 1990 roku, a dziś — dzięki zgromadzonej dokumentacji — możemy prześledzić zmiany, jakie tu zaszły na przestrzeni tych pięciu lat.
W sąsiedztwie klasztoru nadal mieszkają nieliczni rybacy, trudniący się połowem. Są też dwie niewielkie restauracje i stoisko, gdzie sprzedaje się pamiątki. W kasie biletowej prowadzonej przez FAI można nabyć publikacje na temat klasztoru i najbliższej okolicy, a także dokonać wpłaty na fundusz dalszych prac.
FAI zainicjowało ciekawą akcję mającą na celu doposażenie obiektów, którymi zarządza. W niewielkim ogródku znalazłam cztery ładne, stylowe ławki dla znużonych przybyszów, będące darem osób prywatnych. W zamian za wsparcie mogli oni umieścić na ich oparciach pamiątkową, mosiężną tabliczkę. Można też „adoptować” drzewo, co wiąże się z pokrywaniem kosztów jego pielęgnacji. Pod dorodną palmą obok opactwa znalazłam piękną sentencję, umieszczoną tam 25 lipca 2009 roku przez opiekujących się nią małżonków Dianę i Paola. Adopcja palmy była darem dla opactwa, a jednocześnie miała upamiętnić ich wieloletni związek.
Bardzo mnie wzruszyła ta piękna i mądra sentencja, więc postanowiłam ją tu zamieścić.
"Nie idź prze mną bo mogę za tobą nie nadążyć. Nie idź za mną, mogę nie sprostać roli przewodnika. Idź u mego boku, by mi zawsze towarzyszyć w podróży."
(tłumaczenie własne)
*Chrystus Morskiej Otchłani (Christo degli Abissi)
W morskich głębinach, niedaleko opactwa, znajduje się posąg Chrystusa ze wzniesionymi rękami, który umieszczono tam w 1954 roku jako hołd dla wszystkich, którzy kiedykolwiek pracowali na morzu lub znaleźli śmierć w jego odmętach. Jego autorem jest Guido Galletti, a pomysłodawcą był włoski nurek Duilio Marcante. W ten sposób chciał on upamiętnić śmierć swojego przyjaciela Dario Gonzatti, który w tym miejscu zginął podczas nurkowania. Potężna baza posągu jest zakotwiczona do dna morskiego na głębokości 18 metrów. Sam posąg, wykonany z brązu, ma 2,5 metra wysokości, a jego ręce znajdują się 12 metrów pod powierzchnią wody. Figurę odlano z mosiężnych części statków, dzwonów i medali z brązu, ofiarowanych przez ludzi morza. Choć umieszczono go na dość znacznej głębokości, posąg można zobaczyć nawet bez schodzenia pod wodę — w sezonie turystycznym kursuje tu bowiem łódź ze specjalnym peryskopem, który pozwala dostrzec figurę zanurzoną w morskiej głębinie. W Capodimonte corocznie pod koniec sierpnia, po zapadnięciu zmroku odbywa się niezwykłe święto poświęcone pamięci ludzi morza.
Na niewielkiej plaży odprawiana jest uroczysta msza połączona z procesją przy blasku pochodni. W miejscu, gdzie znajduje się posąg, schodzą pod wodę nurkowie z wieńcem laurowym, aby złożyć go u stóp Chrystusa. Jeśli pogoda nie sprzyja, uroczystość złożenia wieńca odbywa się w świątyni opactwa, gdzie 13 sierpnia 1974 roku umieszczono kopię posągu, o której wspominałam wcześniej. (Podobno od pewnego czasu ze względu na pogodę święto obchodzi się w ostatnią sobotę lipca. Sądzę, że nie chodzi o deszcze, bo te w sierpniu są raczej rzadkie, ile o stan morza, który może zagrozić nurkom. Piszę to na wszelki wypadek — jeśli ktoś się tam wybiera, warto sprawdzić tę informację w Biurze Obsługi Turystycznej).
Z tym miejscem związana jest również inna ważna historia, która zasługuje na przypomnienie, gdyż oddaje należną cześć osobom, które 24 kwietnia 1855 roku, nie wahały się narazić życia w imię ludzkiej solidarności.
Przy opactwie mieszkała wówczas zaledwie garstka rodzin utrzymujących się z rybołówstwa, rolnictwa i prac leśnych. Tego dnia ich spokojną egzystencję zmącił tragiczny wypadek. Nieopodal zatoki przepływał brytyjski parowiec „Croesus”, mający na pokładzie kilkuset żołnierzy armii Królestwa Sardynii. Holował on drugi statek, „Pedestrian”, wypełniony amunicją przeznaczoną dla wojsk sprzymierzonych walczących w wojnie krymskiej.
Podczas przepływania na wysokości San Fruttuoso, na pokładzie parowca wybuchł pożar. By umożliwić akcję ratunkową, kapitan płonącego statku skierował go ku zatoce i osadził na mieliźnie. Wszyscy sprawni mężczyźni z Capodimonte, a także dwie kobiety, siostry Maria i Caterina Avegno — ruszyli łodziami i wpław na pomoc poszkodowanym. Uratowali życie wielu rozbitkom, lecz Maria, matka ośmiorga dzieci, utonęła wciągnięta pod wodę przez przerażonych żołnierzy, którzy podczas kolejnego kursu przewrócili jej łódkę. Pochowano ją w krypcie grobowej rodziny Doria, a całe zdarzenie upamiętnia tablica na ścianie domu, w którym niegdyś mieszkały obie siostry.
Pierwszą pamiątkową inskrypcję odsłonięto w 1905 roku, w pięćdziesiątą rocznicę zatonięcia Croesusa, jednak ta uległa zniszczeniu wraz z budynkiem, podczas katastrofalnej powodzi, o której piałam powyżej. Mimo upływu lat pamięć o tych dramatycznych wydarzeniach nie zaginęła — w setną rocznicę katastrofy i śmierci Marii Avegno na ścianie odbudowanego domu ponownie umieszczono tablicę opisującą przebieg tragedii. Bohaterska postawa Marii została doceniona przez władze Królestwa Sardynii, które pośmiertnie uhonorowały ją Złotym Medalem za Waleczność Cywilną (była pierwszą kobietą wyróżnioną tym wysokim odznaczeniem). Jej osieroconym dzieciom gmina Camogli przyznała dożywotnią rentę, znaczącą pomoc finansową przekazały również władze brytyjskie. Rezydujący w Genui konsul Timothy Yeats-Brown* ofiarował wysoką nagrodę pieniężną Caterinie, a rodzinie Marii przyznano dodatkowe wsparcie.
Zatoczka, w której mieści się opactwo San Fruttuoso, położona jest nieopodal Zatoki Portofino. Te dwa urocze miejsca oddziela skaliste wzgórze o wysokości ok. 500 m n.p.m. Cały półwysep pokryty jest siecią ścieżek, które umożliwiają piesze wycieczki do wielu ciekawych punktów widokowych i historycznych, a także pozwalają nacieszyć się panoramą Morza Śródziemnego z wysokich, urwistych klifów.
Jeden z tych szlaków prowadzi z opactwa do ślicznego miasteczka Portofino. O moich przygodach podczas jego pokonywania opowiem w kolejnym poście.
* Synem Thimoty'ego i jego następcą na stanowisku konsula był Montague Yeats-Brown, który w 1867 roku kupił w Portofino opuszczony zabytkowy zamek, noszący do dziś jego nazwisko. O tym urokliwym miejscu pisałam w poście Portofino, Castello Brown i kilka refleksji o urodzie miasta.
Więcej zdjęć z Opactwa San Fruttuoso jest w albumie >
https://photos.google.com/album/AF1QipMiPCjAVpQT7bOu6Ru3nDrGHCtRvTdpa1BMiJAa?hl=pl


Piękne i interesujące. Czy do tej figury Chrystusa umieszczonej po wodą można się dostać i zobaczyć z bliska, np, z łódki? Alina.
OdpowiedzUsuńTak jak pisałam, podobno jest taka możliwość w "sezonie"ja z niej nie skorzystałam, ponieważ byłam tam pod koniec lutego. Jak zapewne czytałaś, posąg jest umieszczony dość głęboko ale mówiła mi moja włoska koleżanka że pływa tam taka łódka z czymś w rodzaju peryskopu, przez który można go zobaczyć, czytałam też, że funkcjonuje tam coś w rodzaju batyskafu, ale nie wiem ile w tym prawdy. Ty masz tam chyba niezbyt daleko więc jak by Ci się udało zrobić taką wycieczkę byłoby fajnie, bo mogłabym poczytać u Ciebie. Pozdrawiam!
UsuńNie wiem jakie to będzie moje pisanie, bo ty tak pięknie wszystko opowiadasz i co tam dla mnie zostało, żeby się nie powtarzać. Alina
UsuńAlinko, jestem pewna, że jeśli tam pojedziesz to z pewnością dostrzeżesz rzeczy, które mi umknęły a może po prostu wydawały się mniej interesujące...Zresztą takie miejsca to kopalnia bez dna a jeśli jeszcze zobaczyłabyś Chrystusa w odmętach, to byłoby super! Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńSukienko, jak zwykle podziwiam Cię za pamięć do szczegółów opisywanie Twoje włoskiej przygody z taką pasją - dlatego zasługujesz na wyróżnienie, za dobrze wykonaną robotę :))
OdpowiedzUsuńSzczegóły na moim blogu.
Pozdrawiam
Dzięki, zaszczyt to dla mnie niemały! Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję!
UsuńTo pierwsze zdjęcie mnie urzekło. Architektoniczny cud, a w dodatku w pieknym otoczeniu. Dopiero po chwili dostrzegłam na zdjęciu, że to opactwo jest nad zatoką. Sama chciałabym to zobaczyć, aż zazdroszczę tak pięknej wycieczki. Jeśli masz ochotę to zapraszam do mnie: Szepty Szcześcia. Możesz poczytać o Czarnogórze, gdzie ostatnio byliśmy. Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńPodziwiam za to wczesne wstawanie. Chyba tylko w górach jestem w stanie się zmotywować, ale 4 30, to jest wcześnie! :)
OdpowiedzUsuńHistoria o katastrofie morskiej jest bardzo wzruszająca.
Sukienko nominowałam Cię do Liebster Blog. Nie zadałam pytań, ale chciałam w ten sposób powiedzieć, że cenię Twój blog.
Pozdrawiam :)