środa, 9 września 2015

Koto Chanel, wnuczek Mruczek i Piorun Kulisty, czyli nasi ulubieńcy.




Do napisania tego posta zmobilizowała mnie Avelina, która swego czasu zamieściła wpis o wystawie kotów rasowych. Z przyjemnością obejrzałam zdjęcia kociaków, jakie tam zamieściła, ponieważ według mnie są to stworzenia nie tylko nadzwyczaj inteligentne, ale także miłe dla oka i pełne wdzięku. Nie da się ukryć, że choć darzę sympatią większość zwierząt, to koty bezsprzecznie są najbliższe mojemu sercu. Na szczęście, również moja córka Marta podziela te uczucia, więc nie mamy problemu z pokojową koegzystencją pomiędzy nami dwiema, a trzema kocimi osobnikami, mieszkającymi w naszym domu. Osoby czytające mojego bloga od dłuższego czasu, być może pamiętają wpis o niespodziance, jaką swego czasu przyniósł mi wielkanocny zajączek. Tym nieoczekiwanym prezentem była mała, czarna koteczka, którą znalazłam w Wielki Piątek po drodze do pracy. Było wtedy niesamowicie zimno, biedne stworzenie błąkało się nieopodal śmietnika, prawdopodobnie w poszukiwaniu pożywienia. Kiedy ją zawołałam, podeszła do mnie i pozwoliła się wziąć na ręce, więc po tak szybko zawartej znajomości pozostało mi jedynie zabrać ją do domu, gdzie chyba jej się spodobało, bo bardzo szybko się zaaklimatyzowała. Dałyśmy jej na imię  Buffy, ale teraz o wiele częściej nazywamy ją Misią, Misiolinką albo po prostu Minią.

Jest ona nadzwyczaj słodkim zwierzątkiem, spokojnym, łagodnym i bardzo mądrym. Misia bardzo lubi spać na chodniku w przedpokoju, toteż pewnego razu Marta idąc w nocy do łazienki, wpadła na nią w ciemnościach. Od tego czasu kotka widząc że ktoś koło niej przechodzi, niezależnie od pory dnia, czy nocy, wysyła sygnały ostrzegawcze, popiskując cicho, jak by chciała powiedzieć "uważaj, nie wejdź na mnie!". Te dyskretne popiskiwania to jej metoda na porozumiewanie się z nami; w ten sposób daje nam do znać, że trzeba dosypać jedzenia, wymienić wodę w misce albo jeszcze lepiej- odkręcić kran w łazience, bo kotki lubią zimną, bieżącą wodę. Marta nazywa ją Kotem Od - ważnym, ponieważ Misia każdy dzień zaczyna od wejścia na wagę łazienkową, jakby postanowiła zadbać o linię. Miałoby to nawet swoje logiczne uzasadnienie, ponieważ jest okrąglutka niczym pulpecik; te okrągłości spowodowały, że jej puszysty ogonek stał się nieproporcjonalnie krótki i wygląda trochę jak ogon bobra. Misia ma jeszcze jedną cechę, która ją wyróżnia, mianowicie pasję do nitek i krawiectwa. Kiedy któraś z nas używa maszyny do szycia, wskakuje na stół i na wszelkie sposoby usiłuje wyciągać nawleczone nitki łapkami albo chwyta je ząbkami. Nie można się od niej opędzić, więc jedynym skutecznym sposobem na dokończenie pracy w spokoju, jest zamknięcie jej w innym pomieszczeniu. Kiedyś zaczęłyśmy przy tej okazji snuć żartobliwe domysły, że być może w poprzednim wcieleniu była wybitną krawcową niczym Coco Chanel  (stad wziął się jej przydomek, jaki umieściłam w tytule).


Buffy - Misia, okazała się być nie tylko prezentem od wielkanocnego zajączka, ale wręcz wielkanocnym "jajkiem z niespodzianką", bowiem niedługo po świętach okazało się, że jest przy nadziei. Było to dla nas ogromne zaskoczenie, gdyż była naprawdę maleńka, więc sądziłyśmy, iż ma najwyżej sześć miesięcy (co jednak zostało zdementowane przez panią weterynarz, która stwierdziła, że kotka ma przynajmniej o rok więcej) Ta jej drobna postura spowodowała, że kiedy nadszedł czas porodu, pojawiły się poważne problemy. Pechowo było to w nocy z niedzieli na poniedziałek; co prawda na drugim końcu miasta znalazła się owa pani doktor, która była gotowa udzielić pomocy, ale tak się złożyło, że w domu nie miałyśmy ani grosza na taksówkę a do tego system naszego banku był w przebudowie, więc nie mogłyśmy pobrać pieniędzy z bankomatu! Pukanie w środku nocy do sąsiadów z prośbą o pożyczkę lub niemal godzinny spacer z rodzącą kotką nie wchodziły w grę, więc Marta zarzuciła sobie transporter na plecy, wsiadła na rower i popedałowała do lecznicy. Po niemal dwóch godzinach pojawiła się w domu mówiąc "Są oboje!" Jak się okazało, obeszło się bez zapowiadanego cesarskiego cięcia, wystarczył zastrzyk z oksytocyny, by na świat przyszło kociątko o tygrysim umaszczeniu i wyjątkowo okazałych pazurkach. Pani weterynarz stwierdziła, że prawdopodobnie jest to chłopiec, jednak zaznaczyła, że u takich maluchów trudno jednoznacznie wyrokować o płci. Na nasze i Buffy szczęście, lekarka okazała się nie tylko dobrym fachowcem, ale również wspaniałą i wyrozumiałą osobą, bowiem kiedy Marta jej powiedziała o problemach z bankomatem, wyraziła zgodę na przyjęcie należności za USG oraz pomoc przy porodzie w następnym dniu, gotówką albo przelewem.


Tamtej nocy nie spałyśmy ani chwili, bo trzeba było czuwać nad Buffy, która dodatkowo dostała jeszcze zastrzyk z Relanium i leżała jak nieżywa oraz zająć się nowo narodzonym kotkiem. Kiedy Buffy doszła do siebie, okazało się, że jest niezwykle czułą matką i bardzo zazdrośnie strzeże swojego potomka. Postanowiła, że wychowa go w naszej garderobie z suwanym drzwiami; choć przygotowałyśmy jej posłanie w zacisznym miejscu, z maniakalnym uporem brała go do pyszczka i łapką przesuwała drzwi, żeby schować się w jakimś kąciku. Nie pozostało nam nic innego, jak umieścić tam legowisko i dać jej święty spokój. Kiedy kotek otworzył oczka i zaczął pełzać a następnie chodzić, legowisko w garderobie przestało być potrzebne, ponieważ w domu było mnóstwo innych miejsc, gdzie kotki mogły wygodnie ułożyć się do snu. Kiedy dziecko Buffy skończyło miesiąc, w naszym domu niespodziewanie pojawił się jeszcze jeden czworonożny lokator...

Było to w czasie, kiedy złamałam nadgarstek i chodziłam z ręką w gipsie. Ponieważ mimo to nie zaniedbywałam wizyt profilaktycznych u moich pacjentów, często towarzyszyła mi córka, która nosiła moją dość pokaźną, służbową torbę. Pewnego czerwcowego dnia szłyśmy razem wiejską drogą, kiedy Marta nagle przystanęła mówiąc, że słyszy pisk kociaka. Zaczęłyśmy zaglądać pod krzaki rosnące w przydrożnym rowie i okazało się, że istotnie leży tam maleńki, zabiedzony kotek. Wszystko wskazywało na to, że jego matka straciła życie potrącona przez samochód, więc postanowiłyśmy uratować biedaka od śmierci głodowej i zabrać do domu, z nadzieją, że nasza Buffy wykarmi również i jego. Kotek był tak przerażony, że całą drogę darł się wniebogłosy; z ogromnym trudem udało się nam nieco go uspokoić głaskaniem i przytulaniem. Co gorsza, nasza kandydatka na mamkę nie stanęła na wysokości zadania i ani myślała przyjmować podrzutka za swoje dziecko, więc musiałyśmy szybko zorganizować specjalne mleko dla kociąt oraz buteleczkę ze smoczkiem. Marta przyjęła na siebie rolę karmicielki i co 2 -3 godziny w dzień, a także w nocy, podawała mu jedzenie, ja natomiast zajmowałam się "zmianą pieluch" czyli masowaniem brzuszka i myciem pupy. W tej samej garderobianej szafie, gdzie poprzednio urzędowała Buffy z potomkiem, urządziłyśmy kotkowi legowisko; włożyłyśmy mu tam pluszową maskotkę oraz plastikową butelkę wypełnioną ciepłą wodą i owiniętą w puchaty ręcznik, żeby miał choć namiastkę matczynego ciepła.


Na szczęście, z biegiem czasu kotek stracił swój pierwotny zapach; prawdopodobnie pomógł w tym starszy kociak, który często do niego zaglądał i próbował się z nim bawić. Dzięki tej wymianie zapachów Buffy zaakceptowała maleństwo i nie protestowała, kiedy go kładłyśmy do karmienia wraz z jej potomkiem.
Rozstrzygnęła się też sprawa płci małego buraska, do tej pory niejednoznaczna. Ponieważ wraz z przybyciem drugiego malucha różnice anatomiczne okazały się ewidentne, stało się jasne, że nasza kotka urodziła córkę. Dałyśmy jej na imię Kulka, zaś nowy przybysz (bez wątpienia będący kocurkiem) został nazwany Baribalkiem, z racji czarnego umaszczenia z białą literą V na szyjce, wypisz wymaluj, niczym niedźwiedź baribal. Kotek, choć w zasadzie został wykarmiony przez Buffy, chyba nie zapomniał pierwszych dni swego życia i w dalszym ciągu uważał mnie i Martę za swoją naturalną rodzinę. Najlepiej mu się spało, kiedy mógł się położyć z noskiem wtulonym w szyję którejś z nas, zresztą robi to nadal, gdy nadchodzą chłodne miesiące a zanim zapadnie w głęboki sen zawzięcie mruczy nam do ucha swoje kocie kołysanki. Baribalek wyrósł na okazałego kocura, jednak w dalszym ciągu bardzo lubi kiedy bierzemy go na ręce. Próbuje się wtedy usadowić na ramieniu, tak jak to robił w zaraniu życia, co obecnie jest dość trudne, z uwagi na jego rozmiary. Jest bardzo przyjaznym i spokojnym kotem, choć pewnego razu zdarzyło się, że z jego powodu przeżyłyśmy chwile grozy.


Miało to miejsce tuż po przeprowadzce, nasze mieszkanie było jeszcze nie wykończone a my nadal mieszkałyśmy na kartonach i walizkach. Przez kilka tygodni, podczas  intensywnych prac remontowych, wszystkie trzy zwierzaki przebywały u mojej mamy, aż do czasu, kiedy przywiozłyśmy je do naszego nowego locum, gdzie od razu zajęły się rozpoznawaniem terenu. Następnego dnia pod wieczór, po wyjściu pana majstra, zorientowałam się, że w domu są obydwie kotki, lecz brakuje Baribalka. Obszukałam wszystkie dostępne i niedostępne kąty, ale kota nigdzie nie było; moje nawoływania również pozostały nieskuteczne. Przyszło mi do głowy, że być może udało mu się niepostrzeżenie wyjść z mieszkania, a ponieważ koty w tej sytuacji często wracają do poprzedniego domu, udałam się na poszukiwania w rejonie naszego dawnego osiedla, niestety, również bez rezultatu... Godzina była późna i zrobiło się zupełnie ciemno, w tym czasie Marta wróciła z pracy; kiedy usłyszała co się stało, poszła kontynuować poszukiwania, ja zaś postanowiłam jeszcze raz zajrzeć na strych w nadziei, że Baribal jednak gdzieś się ukrył i śpi w jakimś ciemnym kącie. Właśnie tam wchodziłam, kiedy usłyszałam straszny łomot, który mnie dosłownie sparaliżował. Szybko zeszłam na dół, gdzie moim oczom ukazał się przeciągający i ziewający kot, wychodzący z komina, jaki powstał, kiedy majster wykonał obudowę zakrywającą rury biegnące z łazienki na górnej kondygnacji aż do kuchni, pozostawiając jeszcze nie zabezpieczone okienko do odczytu wodomierzy...


Tuż pod sufitem rury się krzyżują a ponieważ zwykle są nagrzane od  ciepłej wody, prawdopodobnie właśnie tam ukryła się nasza zguba. Szczerze mówiąc podejrzewałam coś takiego, więc pukałam w ów komin i nawoływałam, jednak Baribal albo głęboko spał albo był zdenerwowany zmianą miejsca i szukał sobie spokojnego kąta. Prawdopodobnie wdrapał się tam po uchwytach mocujących rury do ściany, jednak z powrotem nie mógł po nich zejść z powodu ciasnoty, w związku z tym, ześlizgnął się w dół robiąc przy tym wiele hałasu.
Szybko zadzwoniłam do Marty i nareszcie obydwie mogłyśmy odetchnąć z ulgą, że ów koszmarny wieczór grozy jednak dobrze się zakończył, choć oczywiście ta przygoda kosztowała nas sporo nerwów. Mimo pesymistycznych przewidywań behawiorystów, że kilka kocich osobników w zamkniętym pomieszczeniu może zacząć walczyć o terytorium, w naszym domu (jak dotychczas) nic takiego nie ma miejsca a zwierzaczki żyją naprawdę zgodnie. Może nie bez wpływu jest to, że wszystkie zostały w porę wysterylizowane, więc nie mają instynktu walki, poza tym każde z nich ma swoje miejsce, które lubi najbardziej. Nasze dwupoziomowe mieszkanie ma sporo zakamarków, do tego jest jeszcze strych, gdzie wszystkie trzy przesiadują bardzo chętnie. Ulubione sprzęty kotów to stacjonarny komputer  Marty oraz mój laptop; przesiadując w pobliżu można pogrzać się w ich cieple, popatrzeć na migający ekran a także pochodzić po klawiaturze, dopisując swoją część historii do tej tworzonej przez człowieka.  


Niestety, ten ostatni nie przejawia większego zrozumienia dla kociej inwencji i nauczył się chować klawiaturę albo przymykać klapę laptopa...Innym wspaniałym elementem wyposażenia służącym kotkom do zabaw i pogoni są wewnętrzne schody, po których niejednokrotnie biegają tam i z powrotem, tupiąc przy tym niczym banda łobuziaków. Baribalek i Kulka świetnie sobie radzą z pokonywaniem stopni, natomiast Buffy ze swoimi krótkimi łapkami nie tyle zbiega po schodach, co z nich zeskakuje; to sprawia, że robi o wiele więcej hałasu i nawet nie patrząc wiemy, że to właśnie ona przemieszcza się na dół. Jej córka, czyli Kuleczka, jest bardzo zgrabna i bystra, chociaż nieco postrzelona a do tego ma dość specyficzny charakterek, objawiający się całkowitym brakiem odporności na wszelkie próby okiełznania i wyrobienia pożądanych nawyków. Dość długo prowadziła egzystencję nieco na marginesie, nie miała zwyczaju przychodzenia na kolana, czy przytulania się do ludzi, prawdopodobnie dlatego, że jej potrzeby emocjonalne zaspokajała Buffy; zresztą w dalszym ciągu wszystkie trzy koty dość często kładą się blisko siebie, wzajemnie się myją, bawią  razem i toczą pozorowane walki celem utrzymania należytej kondycji. Jednak od pewnego czasu również i Kuleczka zaczęła przychodzić do nas po swoją porcję pieszczot, co uważamy za ogromną uprzejmość z jej strony.


Jej charakterek ujawnia się w niesfornym zachowaniu; przede wszystkim ma ona manię zrzucania drobnych przedmiotów na podłogę, więc musiałyśmy zrezygnować z pomysłu pozostawiania naszych rzeczy w miejscach, jakie odwiedza; mija się to z celem, ponieważ z reguły kotka ma zupełnie inne zdanie na temat ich należytego umiejscowienia. Tak się ma rzecz z komódką na buty stojącą w przedpokoju; jest ona bardzo płytka, ale stanowi wygodną półeczkę o szerokości 20 cm, gdzie początkowo stał koszyczek na różne "przydasie" poza tym  często odkładałyśmy tam na chwilę różne rzeczy, portmonetkę, okulary, książkę, itp. Niestety Kulka uznała to miejsce za swoją enklawę  widząc, że coś tam leży, natychmiast wskakiwała na komódkę, żeby zrzucić dany przedmiot na podłogę. Ta skuteczna tresura ludzi dała dobre efekty; dość szybko dotarło do nas, że po prostu nie należy tam nic zostawiać, bo to miejsce kota i takim pozostanie. Pewnego razu, podczas szczególnie energicznego skoku Kulki, ów mebelek przewrócił się i upadł na podłogę, robiąc przy tym straszny huk; ponieważ miało to miejsce w środku nocy, efekt był po prostu porażający. Po tej nauczce komódka została przytwierdzona do ściany, co w zasadzie powinno być zrobione od razu, ale jakoś nam umknęło w natłoku zajęć związanych z przeprowadzką.


Różne większe i mniejsze przedmioty oraz lżejsze książki stojące na półkach, muszą być przysunięte do ściany, gdyż w przeciwnym razie z pewnością także i one szybko wylądują na podłodze. Nie wspomnę o poogryzanych i połamanych kwiatkach doniczkowych, przewróconych wazonach oraz pościąganych chodnikach w przedpokoju. Musimy też pamiętać, że nie wolno pozostawiać uchylonych drzwi do łazienki, ponieważ najlepsza zabawa jest wtedy, kiedy można człowiekowi zrzucić na podłogę słoik z kremem lub dezodorant, pościągać ręczniki a jeszcze lepiej porozwłóczyć patyczki do uszu albo waciki. Kulka ma narzeczonego; jest to kot  z drutu i masy papierowej, wykonany przez młodą rzeźbiarkę, koleżankę Marty. Kot roboczo został nazwany nazwiskiem swojej twórczyni (powiedzmy Kowalski, choć nie jest to jego faktyczne nazwisko) a Kulka zapałała do niego głębokim uwielbieniem;  jeśli nigdzie nie można jej znaleźć, to z całą pewnością śpi na regale obok Kowalskiego.


Jak na kota przystało, większość jej niszczycielskiej działalności odbywa się przede wszystkim w nocy, więc niejednokrotnie budzą nas różne dziwne dźwięki - stukanie, drapanie i szuranie, tym donośniejsze, że z reguły w tych zabawach uczestniczy cała trójka, choć Kulka bez wątpienia jest ich organizatorką i prowodyrką. Dlatego też, pewnego razu Marta orzekła, że to nie kotka, lecz prawdziwy piorun a po namyśle, robiąc aluzję do jej imienia, dodała "piorun kulisty" co obydwie uznałyśmy za nadzwyczaj trafne określenie. Mimo wszystko, te figle a czasem wręcz szkody spowodowane przez kotki, nie mają wpływu na naszą zgodne współżycie, ponieważ z nawiązką wynagradzają je kołysanki - mruczanki, dotyk jedwabistego futerka, łaskotanie wąsikami i ufne spojrzenie mądrych kocich oczu...

  Jak zwykle można obejrzeć więcej zdjęć w albumach >

niedziela, 30 sierpnia 2015

Podróż do żródeł, czyli po raz kolejny z wizytą w olsztyneckim skansenie.



Po długim okresie milczenia postanowiłam wrócić do pisania bloga, jednak tym razem zapraszam nie na wojaże po północnych Włoszech, ale w okolice bliższe mi zarówno w sensie geograficznym, jak i kulturowym; nie bez znaczenia jest również i to, że moje serce bije mocniej dla tych stron, które są moją małą ojczyzną. Jak już wspominałam, chociaż nie jestem Mazurką z urodzenia, mieszkam w tym regionie niemal przez całe moje życie. Tu urodziły się moje dzieci i to właśnie do tych miejsc tak bardzo tęskniłam podczas długich lat emigracji, mimo iż dane mi było sycić oczy wspaniałościami Italii... Oczywiście, pobyt we Włoszech bez wątpienia bardzo wzbogacił mnie wewnętrznie i to z wielu powodów a fakt, że na wyciągnięcie ręki miałam zarówno przepiękne miejsca, jak i skarby kultury, o których marzyłam w dzieciństwie, był dla mnie ogromną szansą na realizację owych marzeń, z czego z zapałem korzystałam. Jednak to w Polsce od zawsze było moje miejsce na ziemi, z nią wiązały się moje najpiękniejsze wspomnienia z pierwszych lat życia, tu kształtowała się świadomość i poczucie przynależności.


Pamiętam, że kiedy zamieszkaliśmy na Mazurach, wydawały mi się one krainą chłodną i smętną ze swymi ciemno - zielonymi połaciami lasów, pofalowanymi polami i szarobłękitną tonią okolicznych jezior. Jednak ten świat, mimo iż tak bardzo odbiegał wyglądem od mojej rodzinnej okolicy, jaką była przedwojenna, podwarszawska osada letniskowa, również miał swoje uroki i fascynujące miejsca. Jednym z nich był właśnie olsztynecki skansen, w którym po raz pierwszy byłam jako dziecko, bodajże w drugiej, lub trzeciej klasie szkoły podstawowej. Pamiętam dobrze tę szkolną wycieczkę; był to prześliczny majowy dzień, rozległe łąki kusiły świeżą trawą, polnymi kwiatami i pachnącymi ziołami. Ówczesnemu skromnemu skansenowi daleko było do tego, jaki oglądamy dzisiaj, jednak mimo to, również i wówczas wydał mi się miejscem zupełnie niecodziennym a przede wszystkim czymś, co widziałam po raz pierwszy ponieważ z tradycyjną wsią w zasadzie nie miałam żadnego kontaktu, nie mówiąc o tym, że podobnych obiektów pochodzących z dość odległej przeszłości, w okolicznych, podostródzkich wioskach zapewne raczej się nie widywało.



Szczególnie zachwycił mnie drewniany kościółek kryty trzcinową strzechą; pamiętam żywiczny zapach poczerniałych bali i odurzającą woń kwitnących bzów, rosnących obok wysokiej dzwonnicy. Cała nasza klasa tłoczyła się przed ciasną sionką; nie mogliśmy się nadziwić stojącym u wejścia ogromnym kropielnicom, wykutym z polnego kamienia i dziwnym polichromiom wewnątrz. Domki, o ile pamiętam, wzbudziły nieco mniejszy entuzjazm, wydawały się nam ciasne i ciemne, ze swoimi wąskim drzwiami, niskimi sufitami oraz małymi okienkami. Jednak moja relacja, jaką zdałam po powrocie do domu, chyba musiała być dość zachęcająca, ponieważ bodajże w następnym roku, mama zabrała mnie i moją młodszą siostrę na majówkę, właśnie do olsztyneckiego skansenu. 


Później jeszcze wielokrotnie tam bywałam, zarówno w czasach, kiedy chodziłam do szkoły, jak i w latach siedemdziesiątych, gdy jako młoda dziewczyna wraz z koleżanką jeździłam autostopem do Olsztynka, z nadzieją na to, że w tamtejszych sklepach uda nam się upolować jakieś ciekawe buty, torebkę albo atrakcyjny ciuch. Podczas tych wojaży czasami zaglądałyśmy do skansenu, gdzie niejednokrotnie odkrywałam różne nowości, gdyż jego ekspozycja wciąż rosła i była systematycznie wzbogacana. Później jeździłam tam z Kubą i Martą, których szczególnie fascynowała obecność zwierząt, jakie z biegiem czasu zamieszkały na terenie skansenu, dzieciaki cieszyły się, że mogą z bliska zobaczyć tarpany, kozy, owce i drób. Upłynęło wiele lat i nie miałam okazji, aby tam bywać, aż do chwili, kiedy moja wnuczka Maja zaczęła przyjeżdżać do Ostródy na wakacje a ja mogłam pokazać jej po raz pierwszy coś, co sama oglądałam w dzieciństwie.

Maja jest dziewczynką o chłonnym umyśle a po rodzicach odziedziczyła artystyczną duszę, więc mam nadzieję, że zapamięta to miejsce, bo możliwość zobaczenia świadectw minionego życia chyba sprawiła jej frajdę, podobnie jak  mnie, kiedy byłam w podobnym  wieku... Skansen w Olsztynku jest miejscem, gdzie zgromadzono wiele ciekawych budynków; zarówno oryginalnych, jak i kopii, dających wyobrażenie o niegdysiejszym życiu na wsi, dawnych rzemiosłach i kulturze. 

Można tu obejrzeć ogromną ilość przedmiotów codziennego użytku: sprzęty, elementy ubioru oraz wystroju wnętrz. Jego historia jest równie bogata, ponieważ powstał on ponad sto lat temu, z inicjatywy pruskiego urzędnika, Richarda Dethlefsena, Prowincjonalnego   Konserwatora Zabytków Prus Wschodnich a pierwszą siedzibę miał w Królewcu na terenie ówczesnego ZOO, gdzie od roku 1909 gromadzono różnorakie zabytki drewnianego budownictwa ludowego z Małej Litwy, Sambii i Mazur. W owych czasach muzeum składało się z dwudziestu czterech obiektów, zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni, nie dającej możliwości rozszerzenia ekspozycji; to spowodowało, że w 1937 roku zarząd prowincji wschodniopruskiej podjął decyzję o jego przeniesieniu w bardziej stosowne miejsce. Wybór padł na Olsztynek, miasteczko niewielkie, lecz wówczas bardzo uczęszczane, z racji monumentalnej budowli wzniesionej dla upamiętnienia bitwy pod Tannenbergiem, gdzie z biegiem czasu pochowano Paula von Hindenburga, głównodowodzącego podczas tej batalii. 


Była to przemyślana lokalizacja, ponieważ w przyszłości dawała możliwość dalszego poszerzenia terenu pod budynki mogące wejść w skład muzeum, do tego ogromny pomnik - mauzoleum, zwany Tannenberg - Denkmal bywał miejscem częstych uroczystości, na które przybywały tłumy ludzi, więc leżący nieopodal skansen również mógł liczyć na dużą rzeszę odwiedzających. Przenosiny trwały od 1938 do 1942 roku a prace dotyczyły tylko czternastu obiektów, jednak mimo ich zakończenia, z powodu wojennej zawieruchy muzeum nie zostało udostępnione zwiedzającym. Rok 1945 i pierwsze powojenne lata przyniosły degradację i częściowe rozproszenie zbiorów, lecz dzięki działalności różnych pasjonatów, między innymi niezmordowanego Hieronima Skurpskiego (niezwykle ciekawa postać i zasłużony człowiek link) państwo polskie przejęło to ważne dziedzictwo kulturowe, poddając je pracom zabezpieczającym i konserwatorskim. 



mojej domowej biblioteczce jest niewielka książeczka "Pionierzy i zabytki" napisana przez Cecylię Vetulani (tutaj i tutaj podaję linki do bardzo ciekawych artykułów związanych z tym tematem, polecam) opisująca zmagania ówczesnych konserwatorów zabytków. Należy tu podkreślić wysiłki ludzi, którzy mimo niesprzyjającego klimatu politycznego a także dość powszechnej tendencji do traktowania tzw. "ziem odzyskanych" po macoszemu i będących wówczas rajem dla szabrowników a także pospolitych złodziei, włożyli ogrom pracy dla ratowania zabytków kultury, które niekoniecznie były postrzegane, jak to się powszechnie mówiło, jako "nasze". Sama dość dobrze pamiętam tę atmosferę pierwszych powojennych lat, (zainteresowanym polecam mój post na ten temat "Ostróda przedwczoraj i dziś" ) kiedy to poczucie odrębności i różne narodowościowe animozje codziennie dawały o sobie znać.

Niestety, duża część dziedzictwa tych ziem o trudnej i splątanej historii uległa zatraceniu, więc tym większy szacunek należy się ludziom, którym ich ogromna kultura osobista i fachowa wiedza kazały zadbać o to, co było świadectwem jej przeszłości. Dlatego też wizyty w olsztyneckim skansenie nigdy mnie nie nużą, nie tylko z podziwem i przyjemnością patrzę na te świadectwa minionych czasów, dzięki nim umacnia się także moje wewnętrzne przekonanie, że naprawdę w naszym życiu liczy się jedynie to, co pomaga nam stworzyć nasza pasja, ta Boża iskra, która każe człowiekowi wychodzić ponad przeciętność. Myślę, że nie jest ważne czy dzięki niej tworzymy monumentalne dzieła czy po prostu przedmioty codziennego użytku, na które kiedyś ktoś spojrzy podziwiając poczucie estetyki rzemieślnika i jego chęć, aby w (zdawać by się mogło) pospolity kształt, zakląć okruszek piękna i harmonii, które przetrwają wieki...Dlatego też kiedy oglądam gliniane garnki, drewniane miski czy malowane skrzynie, widzę nie tylko ongiś banalne przedmioty, służące osobom, które dawno odeszły. W moich oczach są one łącznikiem obecnych czasów z tymi, kiedy to żyli nasi dziadowie i pradziadowie, bezcenne, choć zwyczajne, dające nam świadectwo kultury i obyczaju.

Bardzo bym chciała, aby moja wnuczka miała z olsztyneckiego skansenu wspomnienia równie piękne, jak moje, bo to co widzimy w dzieciństwie, często zasiewa w naszej podświadomości małe ziarenko; z biegiem lat zakorzenia się ono w naszym umyśle i sercu, pomagając tworzyć więzi łączące nas z ziemią, na której wyrośliśmy albo gdzie rośli nasi rodzice... Myślę, że tak będzie, bo po raz pierwszy byłyśmy tam parę lat temu a w tym roku Maja chciała sobie odświeżyć wspomnienia, więc pojechałyśmy tam ponownie. W skansenie można zobaczyć kilka kompleksów wiejskich zabudowań z pięknymi domostwami i budynkami gospodarczymi, stodołami, lamusami i pomieszczeniami przeznaczonymi dla zwierząt żyjących na jego terenie. Jak już pisałam, budynki te pochodzą z wiosek Mazur, Warmii, Powiśla i Małej Litwy. Oprócz nich są tu przydrożne krzyże, kapliczka, remiza strażacka, warsztat garncarza, szewca, wikliniarza, tkaczki a także kuźnia i rybaczówka. W domostwach możemy oglądać dawną szkolną klasę, mieszkanie nauczycielki i pastora, gabinet dentystyczny z początku ubiegłego wieku oraz pracownię wiejskiej krawcowej. W jednym z domów jest ciekawa wystawa poświęcona życiu Oskara Kolberga, który będąc rówieśnikiem (a w dzieciństwie również sąsiadem) Fryderyka Chopina, podobnie jak on ma ogromne zasługi dla kultury i muzyki polskiej.

Co ciekawe, obydwaj mieli obce korzenie - Chopin, jak wiemy, francuskie a Kolberg niemieckie, co jednak nie przeszkodziło im w pokochaniu ziemi, na której wyrośli i wniesieniu ogromnego wkładu do polskiej kultury. Myślę, iż jest to jeszcze jeden dowód na to, co napisałam w moim poście o Ostródzie - że ziemia to nie własność a jedynie dzierżawa, gdzie przyszło nam żyć, bo chociaż przed nami byli tu ludzie mówiący innym językiem, jednak łączy nas to miejsce, choć dzieli czas i wszyscy jesteśmy częścią tej samej historii...
Po tej dygresji chciałabym kontynuować mój opis skansenu; otóż oprócz kościółka, o którym pisałam na wstępie, będącego kopią tego, stojącego w niedalekiej wsi Rychnowo (widocznego podczas przejazdu drogą prowadzącą z Olsztynka do Ostródy) jest tu też karczma z przepięknym wyposażeniem i wozownią, dzwonnica, studnia z żurawiem, olejarnia, młyn wodny, kilka wiatraków i wiele różnych pomniejszych obiektów, jak ule kłodowe a nawet wóz cygański. Choć pochodzą one z różnych regionów, całość sprawia wrażenie, że chodzimy po rzeczywistej wsi, dzięki bardzo umiejętnemu wkomponowaniu w ciekawie ukształtowany teren, oparty o ścianę lasu, z dużą ilością drzew rosnących pomiędzy budynkami. Domostwa są kompletnie wyposażone w meble i przedmioty codziennego użytku, garnki oraz rozmaite domowe i gospodarskie utensylia, możemy tu zobaczyć odzież, hafty, kilimy i chodniki, kaflowe piece, zegary a nawet polifon, czyli zabytkową szafę grającą; nie brakuje też narzędzi, niegdyś używanych w rolnictwie.



Wszystko to sprawia, że dwie, lub trzy godziny, jakich wymaga dokładne obejrzenie muzeum, są z pewnością czasem dobrze wykorzystanym, więc ktoś, kto lubi podobne klimaty i zechce nieco zboczyć z drogi nr 7 wiodącej z Warszawy do Gdańska, z pewnością będzie zadowolony ze swojej decyzji. Sam Olsztynek również prezentuje się bardzo korzystnie, wiele domów zostało wyremontowanych, jest tu bardzo miły, centralny plac z fontanną i ładnym ratuszem a nieopodal znajduje się zamek pokrzyżacki; co prawda przeszedł on liczne transformacje, ale mimo to, dodaje miastu uroku. Obecnie w zamku mieści się zespół szkół (nota bene, to tam przez kilka lat uczyła się moja córka Marta, która w owym czasie również często odwiedzała skansen) a nieopodal pozostałości murów miejskich, i dom, gdzie urodził się Krzysztof Celestyn Mrongowiusz (link) człowiek bardzo zasłużony dla Mazur i Kaszubszczyzny. Tuż obok jest podniesiony z ruin dawny kościół ewangelicki, obecnie mieści się w nim salon BWA, udostępniający różne interesujące wystawy okresowe.

Podczas naszej wycieczki mogłyśmy tam obejrzeć obrazy wykonane technikami fabrycznymi, pochodzące z przełomu XIX i XX wieku, jakie w owych czasach zdobiły wiele mieszczańskich i wiejskich domów. Widziałyśmy bardzo ciekawą kolekcję tzw. oleodruków, zarówno o treści religijnej, jak i świeckiej, które jeszcze w czasach mojego dzieciństwa powszechnie widywało się w domach a i dziś można je napotkać w mieszkaniu niejednej starszej osoby. Kiedy gust się zmienił i nastała moda na rzeczy bardziej nowoczesne, zaczęto je odsądzać od czci i wiary, wkładając do worka z wielkim napisem "kicz" jednak z biegiem czasu ów kicz został oswojony i nabrały one nieco patyny. Dziś, jak widać, stały się po prostu jeszcze jednym świadectwem minionej epoki, czymś co niepostrzeżenie wcisnęło się boczną furtką do historii sztuki użytkowej. Być może, nie są to dzieła wysokiego lotu, lecz mimo to, ze względu na swój staroświecki wdzięk mają swoich admiratorów (do których się zaliczam). Myślę też, że nie trzeba ich traktować ze śmiertelną powagą, ale wziąć w swego rodzaju cudzysłów; wtedy staną się tym, czym są w istocie - przekazem przeszłości, dawnego gustu a po części także naiwnego dążenia naszych przodków do dania sobie namiastki luksusu oraz zaspokojenia potrzeby posiadania czegoś miłego dla oka i niecodziennego, co można mieć na wyciągnięcie ręki. 


Wspominałam już, że kiedyś nieopodal Olsztynka znajdowało się mauzoleum Paula von Hindenburga, będące również pomnikiem zwycięstwa, jakie Niemcy odnieśli podczas Wielkiej Wojny, kiedy to feldmarszałek rozgromił rosyjskie wojska dowodzone przez generała Aleksandra Samsonowa.  Samsonow podobno popełnił samobójstwo w lasach nieopodal Szczytna (choć inne źródła twierdzą, że zmarł na serce), mówi się też, że gdzieś tam w leśnych ostępach, do dziś leży ukryty skarb, jego kasa pułkowa, pełna złotych rubli...Ponieważ Niemcy nigdy nie przetrawili klęski wojsk krzyżackich pod niedalekim Grunwaldem, więc nazwali tę batalię drugą, tym razem zwycięską, bitwą pod Tannenbergiem, od nazwy sąsiadującej z Grunwaldem wioski Stębark (Tannenberg), choć w rzeczywistości owe dwie bitwy odbyły się niekoniecznie w tym samym miejscu. Dla jej upamiętnienia powstał ogromny monument na planie ośmioboku, z również ośmioma potężnymi wieżami, będący teatrem licznych manifestacji a od 1934 roku także miejscem pochówku Hindenburga i jego żony. W 1945 roku ta ogromna budowla została częściowo wysadzona w powietrze przez wycofujący się Wermacht, zaś po wojnie skutkiem różnorakich działań w zasadzie kompletnie zrównano ją z ziemią. Znaczną część granitu i cegieł wykorzystano jako materiał rozbiórkowy, skutkiem czego przetrwała w różnych zupełnie nieoczekiwanych miejscach (informację na ten temat można znaleźć pod linkami zamieszczonymi poniżej). Co ciekawe, mimo iż mieszkałam w niedalekiej Ostródzie i jak wspomniałam, dość często bywałam w Olsztynku, o pomniku dowiedziałam się z książki Melchiora Wańkowicza "Na tropach Smętka" którą przeczytałam już jako dorosła osoba w połowie lat siedemdziesiątych.


Widocznie zadziałał tu ten sam mechanizm, który sprawił, że z ostródzkiego rynku zniknęła Fontanna Trzech Cesarzy a także nagrobki na cmentarzu zwanym Polską Górką, o czym pisałam w moim poście o Ostródzie. Oczywiście, jest to bardzo trudny temat, bo chyba nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie straszliwie okaleczeni przez wojnę starali się pozbyć z zasięgu wzroku i z pamięci tego, co uważali za pomnik niemieckiej buty i co w założeniu istotnie nim było. Jednak życie ma swoje prawa; z biegiem czasu prawdziwa historia tej ziemi mimo usilnego zacierania śladów doszła do głosu, do nas współczesnych należy wyciągnięcie z niej wniosków, ale czy naprawdę jesteśmy należycie przygotowani aby to zrobić? Zdawać by się mogło, że obecnie nastała nowa epoka, jednak mam wątpliwości, czy rzeczywiście jesteśmy skłonni do pozbycia się uprzedzeń i nacjonalizmów, choć być może, tym razem skierowanych w inną stronę?


Jedyną pozostałością z tamtych czasów, jaką możemy dziś oglądać, jest brama wiodąca do parku, niegdyś położonego nieopodal monumentu, niewielkie resztki ceglanego muru, nieliczne mogiły żołnierzy pruskich i rosyjskich oraz pomnik w postaci lwa, poświęcony pamięci 147 Pułku Piechoty. Lew po wojnie zaginął, lecz w 1993 roku został odnaleziony na terenie jednych z wielu koszar opuszczonych przez wojska radzieckie a następnie umieszczony przed ratuszem w Olsztynku. Zainteresowanym historią pomnika Tannenberg- Denkmal polecam posta ze zdjęciami na ciekawym blogu o Olsztynie i okolicach link a także artykuł bardzo szczegółowo opisujący jego dzieje.
Jeszcze jednym zabytkiem zasługującym na to aby o nim pamiętać, jest cmentarz w pobliskiej Sudwie, gdzie jak podają źródła, pochowano 55 tysięcy żołnierzy różnych narodowości, będących więźniami stalagu I B -Hohenstein. Obóz jeniecki został usytuowany na terenie znajdującym się pomiędzy wsiami Sudwa i Królikowo, w barakach, jakie wzniesiono na tym terenie dla gości, którzy mieli wziąć udział w uroczystościach rocznicowych na terenie mauzoleum w 1939 roku. Wybuch wojny pokrzyżował te plany a baraki szybko zasiedlono jeńcami wojennymi; szacuje się, że przez obóz przewinęło się aż 650 tys. żołnierzy.


Jeśli ktoś zmierzający krajową "siódemką" w kierunku Gdańska lub Warszawy nie zatrzymując się przejeżdża obwodnicą nieopodal Olsztynka, zapewne nawet nie przypuszcza jak bogata i niecodzienna historia kryje się za tym niewielkim skupiskiem kolorowych domków... 

Oczywiście jak zwykle można obejrzeć albumy>


środa, 5 sierpnia 2015

Bezmiar błękitu.



Tak się złożyło, że w ostatnich dniach czerwca musiałam udać się do Polski, aby pozałatwiać pilne sprawy, wymagajcie mojej obecności. Niestety udało mi się to tylko częściowo, lecz ta wizyta, choć krótka i wypełniona wieloma zajęciami, mimo to dała mi dużo radości. Ze względu na oszczędność czasu, tym razem poleciałam samolotem.


Choć z na trasie Mediolan Warszawa latałam wielokrotnie, jednak jak dotąd nie udało mi się nacieszyć panoramą Alp, widzianą z okna samolotu. Zaledwie raz aura była na tyle łaskawa, że pomiędzy chmurami mogłam dostrzec zielone doliny i skaliste alpejskie szczyty pokryte śniegiem. Tym razem pogoda tez była niezła, więc po wlocie z lotniska Malpensa mogłam popatrzeć z góry na znajoma okolicę.


Było to wspaniałe i niesamowite uczucie kiedy daleko, daleko w dole zobaczyłam zielone kopczyki Prealp, z wystającymi gdzieniegdzie skalnymi turniami i błękitnymi taflami jezior. Byliśmy jeszcze niedaleko od lotniska i samolot dopiero nabierał wysokości, więc mogłam zobaczyć białe kreski górskich ścieżek, po których chodziłam wiele razy a także miejsca, gdzie jeszcze nie byłam, a gdzie chciałabym się znaleźć.


Kiedy przelatywaliśmy nad jeziorem Garda przypomniały mi się moje wpisy o Gabrielu d'Annunzio i o tym jak go oczarowało kiedy po raz pierwszy zobaczył je z aeroplanu. Byłam niepocieszona, ponieważ mój aparat fotograficzny włożyłam do walizki a ta powędrowała do luku bagażowego. Pozostało mi mieć nadzieję, że w drodze powrotnej pogoda również nie zrobi mi zawodu i będę mogła zrobić parę zdjęć.


Jednak jak na złość w dniu, w którym wylatywałam z Warszawy, niebo było pochmurne i padał przykry, mżący deszcz. Mimo to, kiedy samolot przebił się przez zwały cumulusów i osiągnął wysokość przelotową, mogłam się napawać do woli blaskiem słońca, widokiem szafirowych przestworzy i białych chmur, podobnych do bezkresnego morza bitej śmietany. Gdy znaleźliśmy się nad terytorium Austrii, pomiędzy chmurami znów zobaczyłam skalne szczyty Alp. Niebawem samolot wleciał w przestrzeń powietrzną Szwajcarii a nieco późnej Włoch; w prześwitach pomiędzy chmurami mogłam zobaczyć charakterystyczne sylwetki masywu Berniny i gór w okolicy jezior Como i Maggiore. 


Ponieważ zawsze jest jakieś małe "ale" również i tym razem nie było dobrych warunków do fotografowania z racji słońca świecącego ostro wprost w okno przy którym siedziałam, że nie wspomnę o szybie na której zostały brzydkie ślady po deszczu, jaki nas żegnał w Warszawie. Miałam jednak małą satysfakcję, pod koniec lotu niebo nieco się przetarło a kiedy lecieliśmy nad Lombardią udało mi się zrobić zdjęcie Monte Cornizzolo, góry, na którą wybierałam się bezskutecznie od niepamiętnych czasów.


Byłam już kiedyś na jego zachodnim zboczu,  jednak chciałam jeszcze przejść innym szlakiem, zaczynającym się  od strony południowej. Prowadzi on na szczyt góry a następnie poprzez jej grzbiet na sąsiednią Monte Rai, skąd można zejść do miasteczka Canzo leżącego w kotlinie od strony północno - zachodniej. Niebawem zbliżyliśmy się do lotniska Malpensa, gdy samolot zaczął podchodzić do lądowania i wszedł w warstwę chmur, udało mi się sfotografować piękne zjawisko, które nazywam "okiem patrzności", słup światła słonecznego, padający przez wyrwę pomiędzy obłokami i świetlący ziemię niczym reflektor. 


Szczerze mówiąc, gdybym w tym momencie miała  lepszy aparat  i większe umiejętności, być może mogłabym się podzielić widokami, jakie zobaczyłam w trakcie tego lotu w całej ich krasie, jednak pocieszałam się tym, że tak, czy inaczej, nie jest to proste, z racji dużej wysokości i prędkości, z jaką leci samolot pasażerski.


Niestety moje zdjęcia robione z okna samolotu dają jedynie nikłe wyobrażenie o tym co widzi ludzkie oko, kolory są przekłamane a kontury rozmyte. Jak pisałam, wcześniej przejrzystość okienka samolotu pozostawiała dużo do życzenia, było na nim wiele plam i zacieków, które musiałam wyretuszować, żeby osiągnąć efekt  możliwy do przyjęcia.


Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu lotniska Malpensa, w dole mogłam zobaczyć znajomy widok Niziny Padańskiej z zielonymi połaciami łąk i lasów, przeciętymi błękitna wstążką Ticino ze złocistymi łachami piasku na brzegach. Ten widok dał mi znać, że moja podróż dobiegła końca i czas zejść na ziemię, dosłownie i w przenośni...

środa, 17 czerwca 2015

Lód włoski.


Lód włoski (nie mylić z ludem !) to arcydzieło samo w sobie. Pamiętam, że swego czasu w Polsce były bardzo popularne "kręcone" lody włoskie ze specjalnej maszyny, jednak we Włoszech spotkałam się z podobnymi urządzeniami jedynie w barach MacDonalda. W innych punktach lody sprzedaje się w postaci tradycyjnych kulek albo nakładane specjalną łopatką w waflowe miseczki lub rożki. Ostrożniejsze osoby mogą je dostać w jednorazowym kartonowym kubeczku z plastikową łyżeczką, co przy upałach z pewnością jest bezpieczniejsze dla kogoś, kto obawia się poplamić ubranie kapiącym smakołykiem. Oczywiście, można też zjeść lody w sposób bardziej elegancki, przy stoliku w kawiarni, czy lodziarni, podane w pucharku ze stali nierdzewnej lub szkła. Porcje na ogół są bardzo duże, więc mając na uwadze wartość odżywczą lodów, ich trzy gałki z powodzeniem mogą zastąpić obiad, co osobiście nie raz przetestowałam, nie tyle na własnej skórze, co we własnym żołądku, który w zupełności się nimi zadowalał. We Włoszech lody konsumuje się przez cały rok, nawet podczas naprawdę chłodnych dni a z nastaniem wiosny zaczyna się prawdziwe "lodowe szaleństwo".


Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bo są one naprawdę przepyszne (a do tego co roku pojawiają się nowe smaki). Oprócz tradycyjnych, wymyśla się tak zaskakujące jak "pepperoncino" czyli lody czekoladowe z dodatkiem bardzo ostrej papryki albo o smaku gorgonzoli, specjalnie dla miłośników nowych wrażeń i mocno dojrzałych serów. Jakoś nie mogłam się przekonać do tego smaku a kiedy postanowiłam, że jednak ich spróbuję ich w ramach eksperymentu kulinarnego, okazało się, że zniknęły z oferty... Byłabym w prawdziwym kłopocie, gdybym miała wymienić moje ulubione, bo jak już wspominałam we wpisie o ciasteczkach z Camogli, jestem typowym okazem łakomczucha "wzrokowca" więc kiedy wchodziłam do lodziarni, na widok wszystkich prezentowanych tam wspaniałości zawsze miałam ogromny problem z dokonaniem właściwego wyboru.

Jeśli chodzi o produkty kulinarne - we Włoszech stawia się przede wszystkim na świeżość i apetyczną naturalność produktu, więc również w przypadku lodów raczej nie zobaczy się żadnych kolorowych posypek z drobnych cukierków albo innych cukierniczych ozdób. Stosownie do smaku dodawane są orzechy, pistacje, kawałki owoców, ciasteczek amaretti lub herbatników, czekolada oraz inne specjały. Wiele lodziarni serwuje lody własnego wyrobu, ewentualnie wyprodukowane w różnych wytwórniach rzemieślniczych, często mających wieloletnią tradycję. W Mediolanie jest dużo miejsc, gdzie podaje się świetne lody, jednak wiele osób twierdzi, że najlepsze są te sprzedawane w Galerii Wiktora Emanuela na tyłach Duomo, w związku z tym, mimo licznej i sprawnej obsługi, zawsze jest tam sporo klientów czekających w  kolejce. Na zdjęciu powyżej -  kolejka po lody w jednej z renomowanych kawiarni a poniżej dwie fotki z lodziarni na tyłach Duomo ( tej, gdzie podobno są najlepsze lody w mieście). Jak widać, sfotografowane przeze mnie dziewczyny też mają problem z wyborem...


Na zakończenie, chciałabym zaprezentować dwa zdjęcia uroczych dzieci jedzących lody. Mimo niewątpliwych braków technicznych, są to jedne z moich ulubionych. Pierwsze z nich zrobiłam kilka lat temu, w galerii Wiktora Emanuela; zachwyciły mnie te dwie zjawiskowe dziewuszki, stojące w blasku słońca, wyglądające niczym elfy z  delikatnymi buziami i włosami blond. Patrząc jak zajadają swoje lody, miałam wrażenie, że to po prostu kwintesencja lata - nic ująć, nic dodać! Zależało mi na uchwyceniu tego magicznego momentu, więc nie przykładałam się do ustawiania parametrów, co siłą rzeczy odbiło się na jakości zdjęcia.


Natomiast to drugie, które również bardzo lubię, zrobiłam w Mantui, gdzie przez pewien czas mieszkałam. W nim najbardziej podobają mi się długie cienie i ostre, jesienne światło, prześwietlające włosy malucha. Śliczne, kilkuletnie dziecko ( szczerze mówiąc, początkowo myślałam, że to dziewczynka, ale równie dobrze mógł to być chłopiec) z burzą brązowych loków i wielką serwetką pod brodą, siedziało na ławce przed barem, z wielką powagą zajadając swoje lody, podczas kiedy jego mama była zajęta karmieniem młodszego dziecka leżącego w wózku. 


A z "podwórka" na którym wówczas mieszkałam - również w Limbiate w centrum handlowym Carrefour, jak rok długi mogłam zjeść wspaniale lody. Aby nie wodzić się na pokuszenie i uniknąć napadu łakomstwa skutkującego dodatkowymi centymetrami w biodrach, przechodząc obok starałam się patrzeć na drugą stronę galerii, gdzie był sklep z pięknymi firankami i ozdobnymi poduszkami. Oczywiście to nie znaczy, że się umartwiałam i odmawiam sobie wszystkiego. Lody jadłam dość często, zwłaszcza, gdy byłam poza domem przez cały dzień, biegałam po mieście albo szłam w góry. Zauważyłam bowiem, że dają mi dużo energii, nie obciążając przy tym żołądka jak inny, bardziej treściwy posiłek. Chodząc przez kilka godzin mogłam też od ręki spalić kalorie, więc nie musiałam sobie robić wyrzutów, godząc przyjemne z pożytecznym...  
 
Tytuł tego posta w pewnym sensie podkradłam mojej córce Marcie, która podczas swojego ostatniego pobytu w Mediolanie zrobiła pamiątkowe zdjęcie swoich  lodów i podpisała je właśnie w ten sposób. 

Rozśmieszyła nas ta gra słów, więc postanowiłam ją wykorzystać.


< Obok zamieszczam zdjęcie zrobione przez Martę, które przedstawia ogromne, pyszne lody w różku waflowym (częściowo już skonsumowane) o smaku wiśniowo - waniliowym. A dla porządku - to jest podwójna porcja odpowiadająca naszym dwóm gałkom, jak widać różnica  objętości jest ogromna.