sobota, 2 marca 2013

Lombardia i Piemont. Lago Maggiore oraz jego okolica.



Lago Maggiore, to jedno z największych włoskich jezior. Leży ono na pograniczu dwóch prowincji, jego wschodnia strona należy do Lombardii, natomiast zachodni brzeg to już Piemont. Od Mediolanu dzieli je około godzina jazdy pociągiem lub samochodem.  

Położone nieco na zachód od jeziora Como, jest też od niego znacznie większe. Jego południowa część rozlewa się pośród płaskiej Równiny Padańskiej, natomiast północny kraniec otaczają łańcuchy Alp. 




W przeciwieństwie do jeziora Como, które w okresie wiosenno - letnim odbija zielone stoki gór i nabiera szmaragdowego koloru, Lago Maggiore w pogodny dzień ma kolor szafirowy a widziane z dużej wysokości staje się wręcz chabrowe. Przy kiepskiej pogodzie pojawiają się tu całkiem spore fale, którym zazwyczaj towarzyszą zadziwiająco ciemne chmury przesłaniające niebo. Wody jeziora stają się wtedy stalowo – szare, niczym wody naszego Bałtyku. W poprzek jeziora przebiega granica ze Szwajcarią, jednak nie ma to żadnego wpływu na podróż statkiem, którym można popłynąć z części włoskiej aż do szwajcarskiego Locarno. Jest to bardzo piękna wycieczka, lecz trwa wiele godzin, z tego powodu odradzałabym ją osobom nerwowym i źle znoszącym pobyt na ograniczonej przestrzeni pokładu. Wzdłuż brzegu jeziora prowadzą wygodne drogi, jest również pociąg relacji Mediolan – Locarno. Mieszkańcy Mediolanu i okolicy pragnący tu spędzić miły dzień, mogą też  dotrzeć nad jezioro jednym z licznych pociągów lokalnych, należących do sieci "TreNord" relacji Mediolan-Laveno. Jeśli ktoś planuje jednodniową wycieczkę "objazdową" warto zapytać o możliwość nabycia całodobowego biletu kumulacyjnego ważnego na terenie Lombardii, gdyż dzięki niemu możemy bez przeszkód jeździć wszystkimi pociągami regionalnymi a także autobusami i środkami komunikacji miejskiej. 




Jeżeli lubimy przygodę i wędrówki "gdzie oczy poniosą", jest to rozwiązanie idealne, ponieważ można wsiadać i wysiadać w dowolnym miejscu, nie troszcząc się o szukanie kasy biletowej. Jednak należy zwrócić uwagę, aby nie przekroczyć granicy prowincji i nie próbować podróży z lombardzkim biletem na terenie Piemontu! Jeśli środek lokomocji przekracza tę granicę, jest on ważny jedynie do ostatniego przystanku na terenie Lombardii a na część piemoncką należy wykupić drugi bilet. Z reguły wystarczy powiadomić o tym kierowcę autobusu, poprosić aby chwilę zaczekał z odjazdem, wysiąść na odpowiednim przystanku i opłacić pozostałą część trasy. Podczas mojego pobytu we Włoszech Piemont jeszcze nie oferował biletów kumulacyjnych, ale warto zasięgnąć stosownej informacji, bo być może coś się zmieniło od tej pory. Podobne udogodnienie oferuje armator statków; płacąc określoną kwotę mamy możliwość pływania do woli przez cały dzień po włoskiej części jeziora, możemy zmieniać prom na statek i wysiadać, gdzie nam serce podpowiada. Bilety opiewają na określony dystans, zwykle należy poprosić o "biglieto cumulativo fino a..." czyli bilet kumulacyjny aż do...  tu należy określić, czy chcemy płynąć do Arony, czy też będziemy krążyć pomiędzy Laveno i Stresą lub wybieramy się również do eremu Świętej Katarzyny. Oczywiście, mając jasno określony plan, możemy kupić zwykły bilet albo z opcją " A/R" czyli "tam i z powrotem". Możliwości jest wiele, więc należy zapytać w kasie albo punkcie informacji turystycznej, gdzie pracownik przedstawi nam wszystkie dostępne warianty. W pełni sezonu rejsy są bardzo liczne, nieco gorzej jest wiosną i jesienią;  w  zimie ich większa część jest zawieszona, lecz mimo to, żegluga nigdy nie zamiera całkowicie. 




Stacja końcowa kolei TreNord w Laveno, podobnie jak ta w Como, znajduje się na samym skraju wody. Wystarczy wyjść z pociągu i przejść przez ulicę by wsiąść na prom, który przewiezie nas na przeciwległy brzeg jeziora. Tam, w miejscowości Intra znajduje się duży port, będący swego rodzaju węzłem komunikacyjnym żeglugi śródlądowej w tej okolicy. Można stąd popłynąć zarówno na północ, do Szwajcarii, jak i na południową, włoską stronę, gdzie znajdziemy liczne atrakcje, warte naszej uwagi. Są to między innymi dwa przepiękne parki - ogród botaniczny willi Taranto w Verbanii i ogrody willi Pallavicino w Stresie, gdzie dodatkowo  można  zobaczyć z bliska wiele gatunków zwierząt. Po drugiej stronie jeziora widać w oddali klasztor Świętej Katarzyny Na Skale, który opisywałam w poprzednim poście link. Statki kursujące po  jeziorze zawijają również do niewielkich, lecz bardzo malowniczych miejscowości a wśród nich największą popularnością cieszy się właśnie Stresa. Leży ona u podnóża góry noszącej nazwę Monte Mottarone, na jej szczyt można wejść jedną z licznych ścieżek lub wygodnie wjechać kolejką linową. Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacja przesiadkowa "Giardino Alpinia", nazwana tak od interesującego ogrodu botanicznego, w którym rosną rośliny alpejskie w swoim naturalnym środowisku. Wjazd kolejką na górę zapewnia niezapomniane wrażenia; w miarę, jak wagonik się wznosi, ogarniamy wzrokiem coraz większą połać jeziora i położoną na wprost Stresy Zatokę Boromeuszy (Golfo Borromeo) z trzema wysepkami leżącymi w jej obrębie. Rodzina hrabiów  Borromeo jest sławna między innymi z tego, że wydała jednego ze świętych, znanego nam, Polakom, jako Św. Karol Boromeusz.   





Te trzy nieduże wyspy są znane jako Isole Borromee i w dalszym ciągu należą do żyjących współcześnie potomków owej rodziny. Najmniejsza z nich to Isola Madre, niewielki skrawek ziemi, gdzie wzniesiono  willę otoczoną pięknym ogrodem. Druga z wysp to Isola Bella, ongiś wspaniała siedziba głowy rodu, która ma bardziej reprezentacyjny charakter. Znajduje się tam imponujący, barokowy pałac (otwarty dla zwiedzających) i jedyny w swoim rodzaju, tarasowy ogród w stylu włoskim. Ogrodowe tarasy zdobią posągi, niezliczone, bardzo zadbane rośliny oraz piękna fontanna, wyglądająca niczym teatralna dekoracja. Dodatkową atrakcją jest mieszkająca tam rodzina białych pawi, swobodnie krążąca wśród odwiedzających. Kilka lat temu na wyspach miał miejsce bardzo głośny we Włoszech ślub Lawinii Borromeo i Johna "Jaki" Elkanna. Młody Elkann jest jednym z dziedziców Giovanniego Agnelli a po śmierci dziadka został jego następcą i objął prezesurę firmy "Fiat".

Ślub odbył się w prywatnej kaplicy na Isola Madre, w bardzo wąskim gronie składającym się jedynie z najbliższych krewnych. Następnie nowożeńcy, wraz ze swoim niewielkim orszakiem, udali się motorówkami do pałacu na Isola Bella, gdzie odbyło się huczne wesele, na którym pojawił się już cały  „wielki świat” czyli potentaci przemysłowi i arystokracja a także wiele osób związanych z kulturą.




Mimo tych niewątpliwych ogrodowo – pałacowych wspaniałości, również trzecia z wysp, zwana Isola Pescatori (Wyspa Rybaków) cieszy się sporym gronem swoich zagorzałych zwolenników (ja również się do nich zaliczam). Długa i wąska, do dziś zachowała swój rybacki charakter, choć nie brakuje tu także pracowni artystycznych, sklepików z pamiątkami i uroczych restauracyjek. Rodzina Borromeo ma w swym posiadaniu także zamek w miejscowości Angera, leżący na południowym końcu jeziora, na wprost innego urokliwego miasteczka, zwanego Arona, gdzie wzniesiono kolosalny pomnik Karola Boromeusza, o którym niedawno pisałam tutaj.





Północny kraniec Lago Maggiore ma zupełnie odmienny charakter, lecz i tu nie brakuje ciekawych miejsc. Jest tam niewielkie, urocze miasteczko Ghiffa, ze swoim Sacro Monte i Muzeum Kapeluszy a jeszcze dalej na północ, nieopodal miasteczka Cannero, znajdują się na jeziorze dwie mikroskopijne wysepki, gdzie niegdyś wzniesiono obronne zamki, znane

jako Castelli di Cannero. Mają one za sobą bardzo bogatą historię, niestety, dziś pozostały z nich jedynie malownicze ruiny, sprawiające wrażenie, że  wyrastają wprost z toni jeziora.



Tuż przy samej granicy ze Szwajcarią leży Cannobio, gdzie warto zobaczyć miejsce znane jako L'Orrido di Sant' Anna. Jest to głęboki wąwóz, w którym płynie strumień, noszący tę samą nazwę co miasteczko. Nad nim, nieopodal kamiennego mostu, stoi niewielki kościółek pod wezwaniem Świętej Anny; od niego to wywodzi się nazwa wąwozu. Cannobio jest ostatnią miejscowością po stronie włoskiej. Na znajdującym się nieopodal przejściu granicznym dla pieszych, podobnie, jak w innych, przygranicznych miejscowościach, panuje zazwyczaj dość znaczna swoboda ruchu; ja także kilkakrotnie przekraczałam granicę ze Szwajcarią w różnych miejscach, gdzie nikt nie pytał mnie ani o dokumenty, ani o czas, jaki mam zamiar spędzić w tym kraju. Jedynie dwa razy spotkałam się z kontrolą paszportową, raz w pociągu na trasie Mediolan – Lugano i po raz drugi, kiedy przypłynęłam statkiem do Locarno.




Właściwie należałoby jeszcze raz wspomnieć o panoramie wokół jeziora, która chyba nie pozostawia obojętnym nikogo z odwiedzających te strony... Tak, jak już pisałam wcześniej, południowa część jeziora ma w większości płaskie brzegi z nielicznym i  niewysokimi pagórkami, natomiast na północy okolica jest zdecydowanie górzysta. Wyższe wzniesienia są po lewej, zachodniej stronie a ponieważ większość z nich znacznie przekracza wysokość 1000 m, często aż późnej wiosny ich szczyty pokrywa warstwa śniegu, co w połączeniu z szafirowym kolorem wody i nieba, daje obraz wprost niewyobrażalnej urody. Wschodni brzeg to łagodne, zielone łańcuchy Prealp a pomiędzy nimi, nieco dalej na wschód, znajduje się  jezioro Lugano, podobnie jak Lago Maggiore podzielone na część włoską i szwajcarską.

Kiedy kończy się nasz rejs po jeziorze a statek skieruje się do Laveno, nieopodal, po lewej stronie, widzimy charakterystyczną, trójkątną skałę, wyłaniającą się z wody. Jest to Rocca di Calde’ miejsce warte, aby je odwiedzić, ze względu na interesujący, romański kościół pod wezwaniem Świętej Weroniki, gdzie z tarasu przed świątynią roztacza się piękny widok na jezioro. Samo Laveno leży u podnóża dość sporego wzniesienia, noszącego nazwę Sasso di Ferro.





Można tam wejść jedną z licznych i bardzo wygodnych ścieżek lub wjechać wyciągiem kubełkowym, który funkcjonuje od wiosny do jesieni. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowy, zwany Poggio Sant' Elsa i restauracja z obszernym tarasem. Przy dobrej pogodzie jest  stąd niezapomniany widok na włoską część jeziora, otaczające je Alpy z masywem Monte Rosa na czele, Wyspy Boromeuszy i białe wyrobiska w zboczach gór na zachodnim brzegu. To właśnie tam leży niewielka miejscowość Candoglia znana ze swoich kamieniołomów, gdzie wydobywa się piękny szary i biało - różowy marmur, z którego zbudowano mediolańskie Duomo. Niegdyś, bloki tego surowca transportowano stąd drogą wodną przez jezioro, następnie rzeką Ticino i systemem kanałów, aż do  Mediolanu link.  Nie mniej piękny jest widok na południu, otulony lazurową mgiełką, z panoramą Doliny Padu i rozległym, zielonym  wzniesieniem Campo dei Fiori. Ze względu na sprzyjające prądy powietrza, Sasso di Ferro jest jednym z ulubionych miejsc do uprawiania lotniarstwa a ponieważ jest tu też lotniarska szkółka, więc nie jeden raz zdarzyło mi się widzieć nawet po kilkadziesiąt osób, latających jednocześnie. W sezonie wiosenno – letnim jest to również jedno z ulubionych miejsc piknikowych, zarówno ze względu na piękno okolicy, jak i z powodu wspaniałego, rześkiego powietrza, którego tak bardzo brakuje w Lombardii. Osobiście najbardziej lubiłam wycieczki w te strony nie w środku lata, lecz w kwietniu lub maju albo na przełomie września i października. Kiedy nadchodzi fala upałów, powietrze nad jeziorem często traci przejrzystość i robi się bardzo duszno. Natomiast wiosna i wczesna jesień to wymarzony okres zarówno na wędrówki, jak i fotografowanie. 


Jeśli ktoś ma ochotę na obejrzenie innych zdjęć z Lago Maggiore, wystarczy że kliknie w jeden z linków. do Zdjęć Google>


https://photos.google.com/album/AF1QipMm-pz1CE-j2FVY99Lg3e60HYQp1TU10fEy7-iL?hl=pl


Lub>

https://photos.google.com/album/AF1QipNaJUkpOIfkqbH-xm7q5A6SUNN1gwShHN5uGB7D?hl=pl


środa, 27 lutego 2013

Lombardia. Lago Maggiore, Santa Caterina del Sasso.



Zespół klasztorny Santa Caterina del Sasso leży  w miejscowości Leggiuno na lombardzkim brzegu Lago Maggiore. Jednak ze względu na jego specyficzne położenie większość odwiedzających przybywa statkiem ze Stresy, miasta leżącego na przeciwległym, piemonckim brzegu jeziora. Podobnie jak całe Lago Maggiore jest to miejsce nadzwyczaj malownicze. Klasztor zbudowano na wąskiej półce skalnej, wykutej w kilkudziesięciometrowym urwisku, w odległości piętnastu metrów od lustra wody a siedemdziesięciu od szczytu skały. Mówiąc obrazowo, wzniesienie od strony lądu ma kształt łagodnego, zielonego pagórka wyglądającego niczym przekrojony bochenek chleba, natomiast od strony wody  jest to pionowa skalna ściana,  schodząca wprost do jeziora, które w tym miejscu osiąga głębokość niemal dwustu metrów. Podobno obecnie można tam dotrzeć również pieszo, ponieważ z Leggiuno a właściwie jednej z jego frakcji, zwanej Reno, prowadzi  ścieżka wprost do klasztoru.


Przez wiele lat była ona niedostępna z powodu prac remontowych, więc przybywającym pozostawała jedynie droga wodna. Erem  jest własnością Prowincji Varese, która powierzyła ten obiekt zakonowi dominikanów; w umowie zastrzeżono obowiązek utrzymania jego podwójnej funkcji - religijnej i muzealnej. Zarząd Prowincji postanowił też przeprowadzić tu poważną inwestycję, mającą udostępnić go szerszej grupie osób. Dotychczas zarówno z niewielkiej przystani, jak i od strony lądu, prowadziły do niego jedynie malownicze ścieżki z licznymi stopniami wykutymi wprost w  pionowej skale. Z tego powodu miejsce to było nieosiągalne dla osób niepełnosprawnych oraz w nie najlepszej kondycji fizycznej. Po kilkuletnim okresie walki z różnymi trudnościami natury technicznej, do użytku turystów oddano wygodną windę. Budowa szybu i instalacja urządzenia trwały dość długo, ponieważ w trakcie prac napotkano liczne pęknięcia, zarówno w skale jak i w stojących na niej budynkach, co siłą rzeczy pociągnęło za sobą następne, niezbędne prace. Jednak te wszystkie starania znalazły swój pozytywny finał i w czerwcu 2010 roku dokonano uroczystego otwarcia inwestycji. Z tego co czytałam w prasie, ofertę dla turystów wzbogacono również o rejsy statków z niedalekiego, leżącego na tym samym brzegu Laveno.


Dotychczas do klasztoru można było dotrzeć jedynie ze Stresy, leżącej na przeciwległym brzegu jeziora, co pomimo niewątpliwej atrakcyjności rejsu bardzo wydłużało podróż. Turysta najpierw musiał przepłynąć promem na przeciwległy brzeg jeziora  do Intry a następnie wsiąść na statek zmierzający do Stresy, który dość długo krąży po tej części jeziora i zawija do kilku przystani. Ja sama, choć kilkakrotnie byłam w tych stronach, nigdy wcześniej nie dotarłam do klasztoru, właśnie z powodu braku czasu, gdyż zwykle kusiło mnie aby wysiąść na jednej ze ślicznych wysepek, Isola Bella lub Isola dei Pescatori. Wreszcie nadszedł dzień, który postanowiłam w całości poświęcić na zwiedzanie eremu i nie wysiadając po drodze popłynęłam prosto do Stresy, gdzie przesiadłam się na mniejszy statek do Santa Caterina del Sasso. Ponieważ przystań przy klasztorze jest mikroskopijna, więc mogą tam przybijać tylko łódki i inne niewielkie jednostki. Z powstaniem tego niezwykłego miejsca wiąże się bardzo interesująca historia. Mówi ona, iż  w XII wieku żył w okolicy bogaty kupiec Alberto Besozzi, który podobno nie stronił od uprawiania lichwy. Pewnego razu, płynąc łodzią po jeziorze, został zaskoczony przez burzę. Kiedy łódź się wywróciła, cudem udało mu się schronić na skałach, gdzie spędził straszne chwile, smagany deszczem i wichrem. Wtedy też złożył ślubowanie, że jeśli ocaleje, radykalnie zmieni  swoje życie. 


Udało mu się przetrwać nawałnicę, więc zgodnie z obietnicą rozdał majątek i poświęcił swe życie modlitwie oraz pokucie. Na swe odosobnienie wybrał jaskinię na skalistym przylądku, miejscu  ocalenia. Z biegiem czasu, dołączyli do niego inni eremici a dzięki ofiarności okolicznej szlachty, zbudowano tu kaplicę pod wezwaniem Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, na wzór tej, która znajduje się na Górze Synaj. Kiedy nasz statek zbliżył się do przystani i znaleźliśmy się nieopodal eremu u podnóża skalnej ściany, tuż ponad lustrem wody, zauważyłam kilka niewielkich jaskiń i rozpadlin. Być może, to właśnie w jednej z nich schronił się dawno temu pazerny kupiec i późniejszy pustelnik oraz jego towarzysze? Zastanawiałam się  nad siłą ducha tych ludzi, którzy latami żyli w owych jamach o głodzie i chłodzie, mając na pociechę jedynie modlitwę. Myślałam też o tym, że niejednemu z nas dobrze by zrobił wstrząs, podobny do tego, jaki przeżył Alberto uczepiony do skały, kiedy śmierć zaglądała mu w oczy. Po takim przeżyciu niekoniecznie trzeba zostać pustelnikiem, czasem wystarczy, że zobaczymy nasze życie i świat we właściwych proporcjach...


Lombardzka Santa Caterina del Sasso to bardzo piękny obiekt, godny uwagi zarówno z racji niezwykłego położenia jak i architektury, może nie tyle wymyślnej, co pełnej smaku i w harmonii z otoczeniem w doskonały sposób wtopionej w otaczający pejzaż. Składa się on z niewielkiego, lecz bardzo pięknego kościoła, ozdobionego freskami z różnych epok, gdzie znajduje się relikwiarz z doczesnymi szczątkami błogosławionego Alberta Besozzi oraz kilku budynków klasztornych. Nad nimi góruje prosta, pozbawiona zbędnych ozdób dzwonnica a  pod nią znajduje się najstarsza część kościoła, pochodząca z XIII wieku. Całość powstawała na przestrzeni prawie czterystu lat; w tym czasie zmieniały się nie tylko style w architekturze i malarstwie, lecz również  zakony zasiedlające klasztor. Pod władzą Habsburgów, którzy zlikwidowali małe zgromadzenia mnisi opuścili go definitywnie; to sprawiło, że erem zaczął chylić się ku upadkowi. Przed kompletną ruiną uratował go dekret z 1914 roku, na mocy którego został zaliczony do pomników kultury i  przejęty przez państwo. Po niezbędnych, długotrwałych i żmudnych pracach konserwatorskich przeprowadzonych w latach osiemdziesiątych XX wieku, po raz pierwszy umożliwiono jego zwiedzanie. Zarówno w kościele jak i niewielkiej, dostępnej dla postronnych części klasztoru, można zobaczyć freski pochodzące z różnych epok oraz interesujące obrazy i witraże. 


Oprócz artystów, którzy  dziś są anonimowi, pozostawili tu swe dzieła zdolni, dobrze znający swój fach lombardzcy malarze: Giovanni Battista de Avocatis, Giovanni Crespi, znany pod przydomkiem  Cerano oraz syn Bernarda Luini, zwany Bernardino. W jednej z kaplic znajdują się relikwie dwóch zakonnic żyjących w XIV w okolicy Varese, błogosławionych Giulliany z Busto i Katarzyny z Pallanza (są to dwie miejscowości położone w niewielkiej odległości od Leggiuno). O ich życiu i zasługach dla lokalnej społeczności pisałam przy innej okazji  tutaj.
Z kościołem wiąże się jeszcze inna, interesująca opowieść. Mówi ona o tym, iż  w XVII wieku ogromne głazy, które oderwały się od urwiska, zamiast spaść, co mogło by zakończyć się zniszczeniem budynku, zawisły tuż nad nim. Wtedy  uznano to za cud, lecz mimo tej wiary w późniejszych czasach zostały one przezornie usunięte z obawy, iż cud może się więcej nie powtórzyć...

Jak zwykle zapraszam do Zdjęć Google gdzie można zobaczyć więcej zdjęć z tego przepięknego obiektu >

sobota, 23 lutego 2013

Piemont. Arona, "Sancarlone" - monumentalny pomnik św. Karola Boromeusza.



Stany Zjednoczone mają swoją słynną Statuę Wolności, lecz Włochy też mogą się poszczycić podobnym kolosem; do tego ten włoski jest dużo starszy, choć o wiele mniej znany. W niewielkim miasteczku Arona, na piemonckim brzegu Lago Maggiore, znajduje się  statua przedstawiająca św. Karola Boromeusza, zwana przez Włochów "Sancarlone". Rodzina Borromeo od wieków  zaliczająca się do lombardzkiej arystokracji, posiadała (i posiada nadal) liczne włości w tej okolicy. Między innymi należał do niej nieistniejący już zamek  w Aronie, gdzie 2 października 1538 roku, urodził się przyszły arcybiskup i święty. Zmarł on w wieku 46 lat, już za życia ciesząc się opinią człowieka o nadzwyczajnych walorach moralnych, pełnego miłosierdzia i oddania dla pracy kapłańskiej. Świętym został ogłoszony 25 lat od chwili śmierci, w 1610 roku, zaś Federico Borromeo,  kuzyn i następca Karola Boromeusza na stanowisku arcybiskupa Mediolanu, był pomysłodawcą stworzenia  Sacro Monte w Aronie, miejscu jego narodzin.

Jako lokalizację wybrano wzgórze nad brzegiem jeziora, nieopodal zamku, gdzie przyszły święty przyszedł na świat. Pomysł nie został doprowadzony do końca z przyczyn ekonomicznych oraz toczących się wojen, a  po śmierci arcybiskupa Federico, całkowicie zaniechano prac nad jego realizacją.  Wzniesiono jedynie część kaplic
( do naszych czasów zachowały się  trzy z nich) oraz kościół, zaprojektowany przez zdolnego architekta Francesco Richini. Jednak mimo wszystkich przeszkód ambitny pomysł uczczenia świętego kolosalnym pomnikiem nabrał realnego kształtu, a efekt końcowy jest naprawdę imponujący. Projekt posągu i szczegółowe rysunki są dziełem utalentowanego malarza i rysownika Giovanniego Battisty Crespi'ego, zwanego Cerano, natomiast jego wykonaniem zajęli się dwaj rzeźbiarze: Siro Zanella z Pavii  i Bernardo Falconi z Lugano. Posąg powstał z tłoczonych miedzianych płyt, spojonych za pomocą nitów i metalowych "szwów". Prace zakończono w 1698, czyli ponad sto lat po  śmierci św. Karola Boromeusza. "Sancarlone" stoi na wzniesieniu, więc jest bardzo dobrze  widoczny podczas rejsu statkiem po Lago Maggiore. Od wiosny do jesieni kolosa można zwiedzać także "od wewnątrz". Po wykupieniu biletu wstępu należy przejść do parku, gdzie stoi statua. Pierwsza, zewnętrzna część schodów, jest umieszczona z tyłu postumentu i sięga stóp kolosa. Po wejściu do jego wnętrza, początkowo wspinamy się  po spiralnych schodach a następnie po stalowej drabinie; jej  wysokość jest doprawdy imponująca. Nie ukrywam, iż nieco mi zrzedła mina na widok wyślizganych, metalowych szczebli, lecz postanowiłam nie odpuszczać, wychodząc z założenia, że skoro inni ludzie tu wchodzą, ja również dam radę...

W związku z tym, starając się nie myśleć o wysokości posągu, ilości stopni, klaustrofobii, (przejście jest dość ciasne i przypomina rurę) zaczęłam się wspinać, a po kilku minutach dotarłam do niewielkiej półki na wysokości ramion kolosa. Znajduje się tu małe okienko, przez które można wyjrzeć aby popatrzeć na panoramę północnej części  jeziora i jego okolicę. Następnie należy wejść jeszcze wyżej, do głowy posągu, co też zrobiłam bez ociągania, bowiem za mną wspinała się grupa gimnazjalistów. Ze względów bezpieczeństwa do wnętrza może wejść jednocześnie jedynie dziesięć osób, nie wpuszcza się też dzieci mających mniej niż sześć lat. W głowie są otwory w miejscu źrenic oraz dziurek  nosa, więc można wyjrzeć przez nie na zewnątrz. Otwory są niewielkie, lecz mimo to, można popatrzeć na piękny pejzaż otaczający wzgórze. Wszyscy po kolei wchodziliśmy tam aby przez chwilę spojrzeć na świat oczami świętego (jeśli można tak powiedzieć). Byłam mile zaskoczona karnością szkolnej wycieczki, gdyż wśród dzieciaków nie było żadnych przepychanek i każdy cierpliwie czekał na swoją kolej. Może był  to wpływ "pani" która trzymała towarzystwo w ryzach, a może młodzież miała się nieco nieswojo (część zrezygnowała z wejścia, nie czując się na siłach). Mimo zaproszenia opiekunki grupy, nie skorzystałam z przywileju starszeństwa i propozycji, abym zeszła jako pierwsza, częściowo z obawy, iż ktoś mi spadnie na głowę, a po części dlatego, że chciałam zrobić zdjęcie schodów wewnątrz posągu. ...Jak to zwykle bywa, schodzenie nastręczało mniej trudności niż wspinaczka. Jednak idąc w dół należało również bardzo uważać i nie schodzić zbyt szybko, aby nie poślizgnąć się na stopniach drabiny. Gratulowałam sobie, że do Arony pojechałam zanim zaczęły się letnie upały; zważywszy, że miedź jest dobrym przewodnikiem ciepła, wnętrze posągu zapewne zmienia się wtedy w rozgrzany piekarnik.

Na zakończenie przytoczę kilka wymiarów kolosa:


wysokość całkowita      35,0  m

wysokość postumentu
11,5  m

wysokość posągu          23,5  m

długość twarzy                2,4  m

długość ramienia             9,1  m

długość palca
wskazującego                  1,95 m


Jak już pisałam, posąg jest wykonany z płyt miedzianych, natomiast jego głowę i prawe ramię odlano z brązu. Ponieważ jest on narażony na działanie dość silnych wiatrów, rzeźbiarze zastosowali półelastyczną konstrukcję ramienia, co jak widać, skutecznie zapobiega ewentualnym uszkodzeniom.
Kolos, wysokością porównywalny z dziesięciopiętrowym budynkiem, stoi na niewielkim wzgórzu, skąd doskonale widać najbliższą okolicę i sporą część Lago Maggiore, które w tym miejscu rozlewa się szeroko, w przeciwieństwie do północnego krańca, węższego, i otoczonego górami. Tu brzegi jeziora są bardziej płaskie, jedynie w niektórych miejscach widać  niewysokie pagórki, gdzie spod bujnej zieleni niespodziewanie ukazuje się skaliste urwisko. Do Arony pojechałam w pierwszych dniach kwietnia, kiedy wiosenne słońce walczy o lepsze z topniejącymi śniegami, nadal okrywającymi wyższe partie gór.

Wiosna nad Lago Maggiore jest prześliczna, wtedy w całej pełni można się cieszyć lekkimi powiewami wiatru wiejącego od jeziora, szafirowym kolorem wody i nieba oraz świeżą zielenią listków, które zaczynają się ukazywać na niektórych drzewach. Mocno przycięte platany jeszcze stoją nagie i bezlistne, prezentując swoje pstrokate gałęzie o łuszczącej się korze, za to magnolie i tarniny w pełnym rozkwicie cieszą nasze oczy chmurami delikatnych, bladoróżowych i białych kwiatów a zimozielone palmy i oleandry przywodzą na myśl pełnię lata. W zacisznych zakątkach ogrodów można  zobaczyć śliczne kwiaty gardenii, ukryte wśród sztywnych, połyskliwych liści a na ulicach i skwerach cieszą oczy drzewka japońskiej wiśni z bujnymi kiściami strzępiastych kwiatków, wyglądających niczym tiulowe spódniczki tancerek z baletu. To piękny czas i choć moją ulubioną porą roku jest wczesna jesień, nigdy nie mogłam pozostać obojętna na te uroki lombardzkiej wiosny, kiedy po zimowych szarościach wszystko zaczynało się zielenić a w rześkim powietrzu unosił się delikatny zapach ziemi budzącej się do życia...
Sama Arona również zasługuje na wzmiankę. Jest to niezbyt duże miasto, cieszące się zasłużoną popularnością wśród zagranicznych turystów,  zwłaszcza niemieckich i angielskich, którzy tu chętnie przyjeżdżają na wakacje a nawet osiedlają się na stałe. Arona, ładna i spokojna o przyjemnym klimacie, dobrze wentylowana przez wiatr wiejący od jeziora, jest bardzo dobrym wyborem na relaksujący wypoczynek.

Oprócz tego, w okolicy jest wiele innych malowniczych miejscowości i atrakcji, dostępnych zarówno drogą lądową, jak i wodną z zamkiem będącym własnością rodziny Boromeuszy w leżącej po drugiej stronie jeziora Angerze, na czele. Nosi on nazwę Rocca Borromeo i  jest dostępny dla zwiedzających. Znajdują się tam min. interesujące zbiory zabawek dla dzieci pochodzące z całego świata. Nieco dalej na północ, można zobaczyć piękny klasztor Świętej Katarzyny na Skale i trzy prześliczne wysepki, również należące do hrabiów Borromeo a także wiele innych ciekawych miejsc, które postaram się opisać w następnych postach.

Wszystkich czytelników zapraszam do obejrzenia albumu, gdzie jest więcej zdjęć (również z wnętrza posągu) >

niedziela, 17 lutego 2013

Lombardia. Boarezzo, malowana wioska.



W poprzednim poście pisałam o maleńkiej Gannie, uroczej miejscowości zanurzonej w zieleni lasów porastających gminę Valganna, górzystą okolicę, leżącą wzdłuż drogi łączącej miejscowości Varese i Ponte Tresa. Jest to mała gmina składająca się z zaledwie czterech miejscowości, które w sumie liczą około 1700 mieszkańców. W jej obrębie znajdziemy dwa niewielkie jeziorka Ganna i Ghirla a na  południowym krańcu, w miejscowości Iduno, można podziwiać wspaniałe kaskady spływające ze skalnego nawisu. Atutem gminy jest przepiękna przyroda, jedynie w niewielkim stopniu skażona poprzez ludzkie działania. Jest tu także szczególny mikroklimat -  letnie upały mniej dają się we znaki (co jest dużą zaletą w dusznej i wilgotnej Lombardii) natomiast zimy są bardziej surowe, dzięki czemu mówi się o niej, że jest "małą Syberią w okolicy Varese".

Wycieczka do Valganny była jednym z moich ostatnich wypadów przed definitywnym powrotem do Polski. Ta historia właściwie zaczęła się dużo wcześniej, kiedy to wybrałam się  w okolice Varese, aby zobaczyć liczący sobie niemal dziesięć wieków romański klasztor w Voltorre. Lokalny pociąg przywiózł mnie wtedy do niewielkiej miejscowości Gavirate. Kiedy wysiadłam z pociągu, zobaczyłam tuż przed sobą tablicę Informacji Turystycznej, więc postanowiłam tam wstąpić żeby "zasięgnąć języka" i jak się później okazało, był to bardzo dobry pomysł, który w przyszłości
zaowocował wieloma interesującymi wyprawami. Przemiła pani z informacji przyjęła mnie z otwartymi ramionami a widząc mój ekwipunek łazika, prawdopodobnie doszła do wniosku, że zwiedzanie okolicy traktuję z należytą powagą i wprost zasypała mnie informacjami na temat klasztoru, do którego się wybierałam. W trakcie rozmowy oznajmiła mi, że ma coś, co może mnie zainteresować. Na chwilę zniknęła na zapleczu, gdzie z przepastnej szafy wydobyła mnóstwo materiałów promocyjnych. Były to różnego rodzaju mapy, przewodniki oraz ulotki. 

Wszystko pięknie wydane, w poręcznym formacie i do tego gratis. Podziękowałam z całego serca miłej pani, po czym z radością zapakowałam te skarby do plecaka. Ponieważ było tego mnóstwo, czekał mnie kilkukilometrowy spacer z dodatkowym obciążeniem, jednak warto było się potrudzić, gdyż dzięki tym materiałom zdobyłam wiele cennych informacji o okolicy Varese. Jak już pisałam wcześniej,  jest to bardzo piękny region Lombardii, położony na zachód od Como a od północy graniczący ze Szwajcarią. W obrębie prowincji znajdują się dwa duże jeziora: Maggiore oraz Lugano (lub Ceresio, jak je nazywają Włosi). Granica przebiega przez wody jezior, dzieląc je na część włoską i szwajcarską. Choć prowincja Varese  jest jedną z bogatszych i bardziej uprzemysłowionych, w dalszym ciągu zalicza się do najbardziej zalesionych. Są to przepiękne tereny z niewielkimi górami, (ok. 1000 - 1200 m n.p.m.) porośniętymi kasztanowo- bukowym lasem. Co do lasu kasztanowego - pamiętam, jak wiele, wiele lat temu, w jednym z opowiadań Iwaszkiewicza przeczytałam o takich lasach porastających Góry Harzu. Wtedy w swojej w naiwności sądziłam, że mówi on o kasztanach, jakie znamy z naszych parków.



Oczywiście, słyszałam też o kasztanach jadalnych, jednak nie sądziłam, że w tej części Europy rosną one w tak wielkiej ilości, jako całkowicie naturalna, dzika roślinność. Dopiero kiedy zamieszkałam w Północnych Włoszech, po raz pierwszy zobaczyłam las kasztanowców o jadalnych owocach, które w okresie wegetacji otulają zbocza gór swoim gęstym, zielonym płaszczem. Później, pod koniec września kolor liści zmienia się na brązowo- złoty, co sprawia, że jesień w lombardzkich górach to jeden z najbardziej malowniczych widoków. Już wcześniej, w innych postach, kilkakrotnie pisałam o tym, że okolica Varese do lat 50-tych XX wieku, stanowiła popularną mekkę turystyczną, zwłaszcza dla mieszkańców niezbyt odległego Mediolanu.

Jednak w późniejszych latach, kiedy Włosi zaczęli masowo jeździć nad morze i za granicę, mocno straciła na znaczeniu. Hotele się wyludniły a żyjący z turystyki mieszkańcy górskich wiosek masowo zaczęli je opuszczać.  Obecnie widać, że pomału coś się zmienia na lepsze - osoby, które tu pozostały, to często ludzie darzący ogromną miłością swój region, starający się kultywować jego tradycje lub tworzyć nowe; wspólnymi siłami organizują liczne festyny i zdarzenia kulturalne, promujące małe miejscowości. Wiele górskich domostw, zbudowanych dawno temu tradycyjną metodą z lokalnego kamienia i drewna, otrzymało nowe życie, dziś po niezbędnych remontach są wykorzystywane jako domy weekendowe i letnie. Wertując moje przewodniki, natrafiłam na informację o „malowanych wioskach”. Są one efektem wspaniałego przedsięwzięcia kulturalnego, jakie w prowincji Varese zainicjowano latach 50-60-tych XX w. Wtedy to po raz pierwszy zaproszono artystów - malarzy do niedalekiej miejscowości Arcumeggia, aby swoimi freskami ozdobili budynki tej niewielkiej, górskiej wioski.

Z tego co widziałam, malowanie na zewnętrznych ścianach domostw jest dość popularnym zwyczajem, takie freski spotyka się w wielu włoskich, szwajcarskich i austriackich miejscowościach. Tym razem jednak chodziło o zorganizowaną, celową akcję, mającą podnieść atrakcyjność regionu. Później również inne wioski poszły za przykładem Arcumeggii a ja dotarłam do jednej z nich, zwanej Boarezzo, leżącej w gminie Valganna, gdzie także zrealizowano taką permanentną wystawę pod gołym niebem. Boarezzo jest bardzo małą wioską, położoną na wysokości niemal 800 metrów nad poziomem morza a od Ganny dzieli ją odległość pięciu kilometrów. Część drogi, jak zwykle przebyłam pociągiem jadącym do Varese, później autobusem do Ganny a następnie poszłam pieszo, asfaltową drogą, biegnącą serpentyną po zalesionym zboczu góry. 

Spokojnie pokonywałam jej kolejne zakręty, aż doszłam do niewielkiej polany wśród drzew, gdzie wzniesiono pomnik upamiętniający mieszkańców wioski, poległych na wojennych frontach. Zatrzymałam się na chwilę, aby go dokładnie obejrzeć, gdyż interesują mnie podobne monumenty, jakie można spotkać w prawie każdej miejscowości i będące bardzo interesującym przyczynkiem do poznania lokalnej historii. Niebawem doszłam do pierwszych zabudowań w Boarezzo, które sprawiło na mnie wrażenie kompletnie wyludnionego. Zobaczyłam przed sobą szare, kamienne domki, parterowe lub z jednym piętrem, uliczki i podwórka wybrukowane "kocimi łbami" a w centrum wioski maleńki kościółek. Tam też napotkałam pierwsze freski. Inaczej je sobie wyobrażałam, gdyż sądziłam, że tak, jak to widziałam w innych miejscowościach, są one malowane wprost na tynku pokrywającym mur. Te w Boarezzo namalowano na specjalnie przygotowanych panelach; są one wykonane w stylach bardzo różniących się od siebie a za tematykę mają rzemiosło i życie na wsi. 
Oprócz tego cyklu, na murach domów widniały mniejsze panele, na nich przedstawiono wizerunki ptaków i zwierząt żyjących w regionie, co sprawiało wprost bajkowe wrażenie.

Muszę przyznać, że całe przedsięwzięcie (abstrahując od jego wartości artystycznej) wzbudziło mój szczery podziw. Znalezienie czegoś takiego w maleńkiej miejscowości zagubionej w górach, nie zdarza się codziennie! Chodziłam po wiosce oglądając oraz fotografując i coraz bardziej przepełniał mnie szacunek dla tej małej społeczności. W trakcie tego zwiedzania spotkałam zaledwie parę osób. Dwóch mężczyzn pracowało przy remoncie domu a nieco później wyszła do mnie starsza pani, która pokazała mi wnętrze kościółka. Podczas rozmowy dowiedziałam się, że jeden z malarzy (twórca cyklu ptaków i zwierząt) mieszka w wiosce na stałe. W ten sposób poznałam pana Mario Alioli, którego zastałam w budynku dawnej szkoły, gdzie prowadził wakacyjne zajęcia plastyczne z dziećmi w różnym wieku. Dzieciaki bez ograniczeń dawały upust swojej artystycznej fantazji a kilkoro z nich pomagało wykonać wizerunki motyli, które również miały się stać ozdobą wioski.

Szybko zawarliśmy znajomość i dowiedziałam się, że żadne z tych dzieci nie mieszka w Boarezzo na stałe. Jest to naprawdę bardzo mała miejscowość, licząca zaledwie czterdziestu czterech stałych mieszkańców. Więcej ludzi przebywa tu w lecie, gdyż przyjeżdżają, aby spędzić urlop lub weekend w swoich wakacyjnych domostwach. Później poznałam jeszcze kilka innych osób, między innymi panią Susannę, przewodniczącą Koła Przyjaciół Boarezzo oraz panią Ritę, żonę pana Mario. Pani Rita zaprosiła mnie do swego domu i przy kawie opowiedziała wiele interesujących historii. Moja rozmówczyni przypomniała mi pewną wiadomość, którą podawały dzienniki telewizyjne i prasa w 1995 roku, kiedy to po wielu latach ujemnego przyrostu naturalnego, urodziła się nowa mieszkanka, Giada. Od pani Rity dowiedziałam się też, iż poczyniono wstępnie pewne starania by Valganna znów stała się miejscem atrakcyjnego, czynnego wypoczynku. 

Bogactwem tego miejsca jest nie tylko piękna przyroda i wspaniały pejzaż z widokiem na niedalekie jezioro Lugano, są tu przede wszystkim ludzie, którzy chcą zrobić coś dla miejsca, gdzie żyją, żeby również ich egzystencja była dzięki temu piękniejsza, bardziej pełna i kolorowa. Kiedy opuściłam Boarezzo zrobiło mi się żal, że tak wielu pytań nie zadałam, mogłam przecież dowiedzieć się więcej o mieszkańcach, o tym jak i czym żyją... Może spowodował to natłok wrażeń, trudny do przetrawienia w tak krótkim czasie a może moja nieśmiałość połączona ze strachem przed posądzeniem o arogancję i wchodzenie z butami w ich sprawy?
Chodząc po tej uroczej miejscowości, byłam pod wielkim wrażeniem prezentowanych prac plastycznych i tych fragmentów życia, które niekiedy są już tylko historią... 
Niedaleko dawnej szkoły, na tyłach
kościółka, jest dawna pralnia publiczna, jaką można znaleźć w każdej włoskiej wiosce. Na jej ścianach szczytowych zobaczyłam dwa freski - po lewej, dziewczynka siedząca nad basenem w podobnej pralni, patrzy zamyślona na łódeczkę z papieru, zaś po prawej stara kobieta pierze bieliznę w takim samym basenie. Pomiędzy tymi wyobrażeniami znajdują się dwa kamienne koryta z wodą. To pierwsze, rzeczywiste i drugie, stworzone pędzlem malarza, są niczym strumień oddzielający dwie epoki i dwa bieguny istnienia...  Jest to najprostsza i najpiękniejsza alegoria ludzkiego życia, jaką zdarzyło mi się widzieć a jej autorem jest Pan Mario Alioli. Wszystkie freski w Boarezzo powstały w 1985 r w ramach przedsięwzięcia zainicjowanego przez maestro Alioli. Nadano mu  nazwę " Villaggio Artistico Giuseppe Grandi –Odoardo Tabacchi”  na cześć dwóch artystów urodzonych w pobliskiej Gannie. Wzięło w nim udział szesnastu artystów- malarzy, w tym także jego pomysłodawca. 

Wierna mojej zasadzie, aby (jeśli to możliwe) nie chodzić dwa razy ta samą trasą, postanowiłam zejść do Ganny starą mulatierą, jakiej używano zanim powstała nowa droga o asfaltowej nawierzchni. Ponieważ miałam jeszcze chwilę czasu, obejrzałam dawny hotel w Boarezzo i willę Chini. O ile ta ostatnia będąca wspaniałym przykładem stylu "liberty" jest nadal zamieszkana a nawet dzięki uprzejmości właściciela, czasami otwiera podwoje dla szerszej publiczności, to hotel w Boarezzo jest dziś w stanie opłakanym.


Niegdyś, podobnie jak Grand Hotel znajdujący się na Campo dei Fiori link był luksusowym przybytkiem, oferującym gościnę najbardziej wymagającym osobom a dziś straszy powybijanymi oknami i zapadającym się dachem... Od pani Rity dowiedziałam się, że w czasach swego prosperity dawał on możliwość niezłego zarobku mieszkańcom wioski, których w owym czasie było około ośmiuset osób. O ile Grand Hotel chyba bez trudu można by rewitalizować, to w Boarezzo zapewne wymagałoby to o wiele większych nakładów. Wiem, że są takie plany w związku z zamiarem stworzenia w okolicy wyciągu narciarskiego, więc trzymam kciuki za powodzenie tego przedsięwzięcia, gdyż serce mi się krajało na widok ruin zarastających pokrzywami, ukrytych w okazałych chaszczach, w jakie zamienił się niegdyś piękny ogród.  

Mimo całej sympatii dla narodu włoskiego, dziwi mnie i denerwuje, powszechna chęć do szpanowania zagranicznymi wojażami, rejsami na ogromnych wycieczkowcach i wakacjami w renomowanych nadmorskich miejscowościach. Pomijając fakt, że większość z nich kupuje się na kredyt, to niejednokrotnie słyszałam też narzekania, że te luksusy są przereklamowane a ludzie wracają do domu jeszcze bardziej zmęczeni. Nie raz rozmawiałam na ten temat ze znajomymi i przy okazji opowiadałam o wspaniałych miejscach na terenie Lombardii i Piemontu. Zawsze przy tym słyszałam zachwyty nad moją znajomością regionu, lecz nie wiem, czy udało mi się kogoś przekonać do idei spędzenia urlopu niedaleko od domu. Włosi z północy, zwłaszcza ci należący do młodego i średniego pokolenia, często żyją w ogromnym napięciu i w pogoni za wyższym standardem życia. Chyba z powodu wewnętrznego chaosu, wywołanego nieustanną presją, potrzebują silnych bodźców, których nie może im dać spokojny wypoczynek w znanej okolicy.

Ta ogromna zmiana wartości, kultury życia codziennego i obyczajów, jest tym bardziej widoczna na tle małych społeczności, które w dalszym ciągu starają się podtrzymywać szacunek dla dawnego stylu życia, nie odżegnując się jednak od zdobyczy nowoczesności. Podczas moich wędrówek spotkałam wielu takich ludzi i muszę powiedzieć, że zawsze były to kontakty ogromnie satysfakcjonujące, gdyż większość tych zupełnie przypadkowych osób nie tylko odnosiła się do mnie z ogromną sympatią, ale również udzielała mi  wyczerpujących informacji i cennych wskazówek. Zapewne było w tym dużo typowej, włoskiej otwartości i wrodzonej gościnności, jednak czasem nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że obecność kogoś obcego, kto nie szczędząc fatygi dociera do ich małej i po części zapomnianej miejscowości, była dla nich swego rodzaju dowartościowaniem i potwierdzeniem słuszności wyboru...


Więcej zdjęć Boarezzo można obejrzeć w albumie >