niedziela, 4 listopada 2012

Piemont. Fort Foens i Monte Jafferau.

Pierwsza wyprawa - Jeziorko Rochemolles



Tę piękną wyprawę w wysokie góry, zawdzięczam Carlowi. Carlo, mój kolega po fachu, (pracowaliśmy w tym samym domu opieki) zwierzył mi się kiedyś, iż ma marzenie, którego nie może zrealizować od z górą dwudziestu lat, ponieważ ciągle coś staje na przeszkodzie jego zamiarom.

Opowiedział mi o okolicach Bardonecchi, gdzie w rejonie graniczącym z Francją, można zobaczyć stare forty, pochodzące z końca XIX wieku, które były wykorzystywane również w czasie I i II wojny światowej. Niektóre z nich są nieźle zachowane, zaś z innych pozostały jedynie ruiny. Mówił też, że jako młody chłopak był kilkakrotnie w tamtych stronach na swoim ukochanym motocyklu, lecz mimo to, nigdy nie udało mu się dotrzeć do fortu Jafferau, którego ruiny można oglądać na szczycie góry, noszącej tę samą nazwę. Znając moją pasję do pieszych wycieczek po lombardzkich Prealpach, zaproponował mi wspólny wypad. Muszę przyznać, że podeszłam do tej propozycji z odrobiną rezerwy. Monte Jafferau znajduje się w rejonie niezbyt oddalonym od  Aosty, więc widziałam podobne góry podczas podróży do Courmayeur, miasteczka leżącego u podnóża Mont Blanc. To nie Prealpy, ze swoimi wzniesieniami, które w większości mają nieco ponad 1000 m n.p.m. lecz prawdziwe góry, liczące metrów 3000 i więcej. Dotychczas nigdy się nie zdarzyło, abym chodziła tak wysoko, jednak Carlo zapewnił mnie, że ta wycieczka nie wymaga profesjonalnego przygotowania i mimo znacznej wysokości planuje jedynie spokojny trekking, wyłącznie po wytyczonych szlakach. Mimo to, nadal obawiałam się reakcji mojego organizmu na tę (dość przecież znaczną) wysokość, nie bez znaczenia był też fakt, iż dotychczas zawsze chodziłam sama, w moim rytmie, dlatego też nie miałam pojęcia, czy podołam wspólnemu marszowi . 

Carlo to rosły mężczyzna, były alpejski  żołnierz, mimo dojrzałego wieku nadal w niezłej formie, więc istniało prawdopodobieństwo, że nasza wyprawa może okazać się kompletnym fiaskiem z mojej winy, gdyż nie podołam kondycyjnie takiemu wyzwaniu. Dodatkowo stropił mnie opowiastką o tym, jak  to swego czasu wybrał się w tamte strony z kolegą, sporo młodszym od siebie. Kolega poczuł się źle, prawdopodobnie z powodu zwyżki ciśnienia i rozrzedzonego powietrza (co poskutkowało swego rodzaju psychozą ) więc rozczarowany Carlo wrócił z nim do domu, nie osiągnąwszy celu wyprawy. Ta opowiastka nieomal stała się gwoździem do trumny, w której mógł zostać pogrzebany nasz projekt. Jednak nad tymi uzasadnionymi obawami i wątpliwościami, przeważyła moja żądza przygód oraz nieodparta chęć sprawdzenia własnych możliwości. Carlo postanowił, że na początek wybierzemy się szlakiem powyżej Bardonecchii, wiodącym do niewielkiego, sztucznego jeziora Rochemolles, powstałego po przegrodzeniu zaporą górskiej rzeki o tej samej nazwie. Bladym, lipcowym świtem, około czwartej nad ranem, wsiedliśmy do samochodu, aby wyruszyć autostradą w stronę Turynu. Później była Aosta, Susa i wreszcie Bardonecchia. Zaczął siąpić drobny deszczyk, więc wypiliśmy w barze po kawie z "prądem" i jednogłośnie postanowiliśmy, że nie damy sobie zepsuć dnia. Jak się okazało, była to dobra decyzja, bo deszczyk wkrótce powędrował gdzie indziej.


Carlo, który przejął kierownictwo naszej dwuosobowej wycieczki powiedział, że daje mi chwilę wolnego na obejrzenie miejscowego deptaka a on w tym czasie "skoczy po coś do zjedzenia". Kiedy wrócił zakupami, znów wsiedliśmy do samochodu i wyjechaliśmy z miasta drogą prowadzącą wzdłuż rzeki. Przy okazji mogłam zobaczyć wylot tunelu kolejowego Frejus prowadzącego pod masywem Mont-Cenis na francuską stronę Alp. Po przejechaniu kilku kilometrów zostawiliśmy samochód przed malowniczym domostwem i poszliśmy bitym traktem biegnącym po zboczu góry. Po następnych kilku kilometrach porzuciliśmy również i tę drogę, aby dalej pójść wąską, lecz wygodną ścieżką. Muszę wyznać, że mimo nie najlepszej pogody ( niebo ciągle było zachmurzone ) widoki, jakie miałam przed oczami, w pełni potwierdzały to, co wcześniej mówił mi Carlo.


Piękne, zielone stoki gór z widocznymi tu i ówdzie skałami, poprzecinane spływającymi strumykami i niewielkimi kaskadami,  cieszyły oczy. Na tym tle pojawiały się większe i mniejsze chmury, niczym białe kłębki waty. Byłam pod wrażeniem łanów kwitnących ziół i niezwykle bujnej trawy. Po pewnym czasie doszliśmy do niewielkiej, zabytkowej kapliczki z bardzo dobrze zachowanymi malowidłami, przedstawiającymi prymitywne wizerunki świętych i pustelników. Mam wielki sentyment do takich nieporadnych malowideł, gdyż według mnie, są one wyrazem odwiecznej, człowieczej duchowości. Tu Carlo postanowił, że opuścimy dłuższą, lecz wygodną ścieżkę wiodącą do zapory i przejdziemy na drugą stronę doliny, aby wspiąć się na zbocze po innej ścieżce, przypominającej schody wyżłobione w (jak mi się zdawało) prawie pionowej ścianie. Już po pierwszych metrach myślałam, że wyzionę ducha, zanim dotrę na górę. 


Przypomniał mi się kolega Carla i jego problemy, lecz pomyślałam, że jako dumna Polka, za nic się nie poddam. Wzięłam się mocno w garść, aby zapanować nad oddechem i trzęsącymi się nogami, po czym nieco wolniej, ale zdecydowanie, ruszyłam w górę. Carlo od czasu oglądał się, żeby sprawdzić moje postępy a widząc, jak nie daję za wygraną, oznajmił mi na pociechę, że kiedy dojdziemy na górę przekonam się, iż było warto zadać sobie ten trud. Istotnie, kiedy dotarliśmy do szczytu zapory, zobaczyłam śliczne, niewielkie jeziorko o szmaragdowej wodzie. Poszliśmy dalej jego brzegiem a ja nie mogłam się nacieszyć widokiem przepięknej, bujnej łąki, pełnej kwitnących kwiatów. Nieopodal spotkaliśmy pasterza pilnującego stada krów, który zgadał do nas w lokalnym dialekcie.


Na szczęście Carlo w przeciwieństwie do mnie zrozumiał o co chodzi i przetłumaczył mi jego wypowiedź na włoski. Okazało się, że dwa dni wcześniej w nocy przeszła tam gwałtowna burza i trąba powietrzna przewróciła  prowizoryczne domostwo pasterza, wraz z nim w środku. Faktycznie -  nieopodal zobaczyliśmy dużą, drewnianą przyczepę przypominającą wóz Drzymały, leżącą na boku. Na szczęście, jak się okazało, nie ucierpiało stado, ani jego pasterz. Nieco dalej zobaczyliśmy inne świadectwo, mówiące o tym, jak niebezpieczne może być załamanie pogody w górach... Był to mały krzyż i płyta, wyglądającą niczym niewielki nagrobek. Pasterz powiedział nam, że w tym miejscu zginął od pioruna piętnastoletni chłopiec. Choć miało to miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu, nie zaginęła pamięć o tym zdarzeniu, o czym świadczył odnowiony napis, którego litery były chyba tak wyraźne, jak w chwili powstania.

Carlo powiedział mi, że nieco dalej znajduje się inne miejsce, gdzie upamiętniono tragiczny wypadek, kiedy to w latach trzydziestych lawina pogrzebała oddział żołnierzy, przebywający tu na zimowych ćwiczeniach. 
Idąc w górę rzeki dotarliśmy do  pomnika, będącego częścią ołtarza polowego, wzniesionego przez członków Koła Alpejskiego z Bardonecchii. Mimo całego szacunku dla zmarłych, Włosi nie mają zbytnich zapędów do celebrowania martyrologii, więc z tyłu za ołtarzem jest miejsce ze stołami i ławami, gdzie można pokrzepić nadwątlone siły, nie brakuje również  kuchni polowej, zbudowanej z płaskich kamieni. I tu Carlo pokazał co potrafi!  Wysłał mnie po wodę do strumienia, nakazał nakryć do stołu i cierpliwie czekać. Jako pierwsze danie zaserwował risotto a następnie wziął  się za pieczenie kiełbasek i opiekanie befsztyków na prowizorycznym, kamiennym grillu. Nie ukrywam, że był to jeden z najsmaczniejszych posiłków w moim życiu. Nie jestem szczególnie mięsożerna, ale kotlety i kiełbaski wraz ze świeżym chlebem i czerwonym, wytrawnym winem, to było to! Ponieważ poprawiła się pogoda i wyjrzało słońce, Carlo postanowił się poopalać a ja poszłam wzdłuż rzeki w głąb doliny. Po drodze wielokrotnie spotykałam chmary dziwnych motyli. Były niezbyt duże, w większości miały kolor niebieski, lecz niektóre były prawie czarne a inne beżowo- perłowe.
 

Zaskoczyło mnie to, że nie siadały na kwiatach, ale na wilgotnej ziemi lub w błocie. Próbowałam je fotografować;  mimo iż były bardzo płochliwe, udało mi się zrobić im parę zdjęć. Niestety, czas wyznaczony mi przez Carla szybko minął i musieliśmy pomyśleć o powrocie. Tym razem poszliśmy szerokim i wygodnym, utwardzonym traktem (jak się okazało, niemal do samego pomnika można również dojechać samochodem terenowym ). Ta droga  okazała się o wiele dłuższa, lecz dopiero teraz, schodząc w dół, bez stresu i w blasku słońca, mogłam w pełni cieszyć się pięknem tego miejsca. Carlo raźno puścił się przodem a ja zatrzymywałam się co chwilę, podziwiając pejzaż i robiąc zdjęcia. Późnym popołudniem dotarliśmy do miejsca, gdzie zostawiliśmy samochód. 


Byłam bardzo zadowolona z siebie i z tego, że jednak stanęłam na wysokości zadania. Myślę, iż Carlo umyślnie popędził mnie tą "kozią percią" żeby sprawdzić, moją kondycję, a także , czy mam w sobie wystarczająco dużo ducha bojowego, by podołać trudniejszej wycieczce. Po wyjeździe z Bardonecchi, czekały nas jeszcze trzy godziny jazdy autostradą, więc do domu dotarłam dobrze  po zapadnięciu zmroku.


Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie>


Druga wyprawa - forty.
 

Po moim pomyślnie zdanym egzaminie na alpejskiego łazika, umówiliśmy się z Carlem na właściwą wyprawę, której celem miał być fort Jafferau. Tym razem nie miałam już takich obaw, jak podczas pierwszej wycieczki i wydawało mi się, że choć nie będzie to przysłowiowa łatwizna, to jest szansa, abym wyszła z tego wyzwania z powodzeniem. Znów bardzo wczesnym rankiem wyjechaliśmy autostradą w stronę Turynu i dalej, w Dolinę Suzy a po kilku godzinach byliśmy w Bardonecchii.


Prognoza pogody była bardzo dobra, dzień zapowiadał się na słoneczny i mimo wczesnej pory widać było, że poranne mgły szybko opadną. Wpadliśmy do znajomego baru na poranną, podwójną kawę, która szybko nam dała spory zastrzyk energii, po czym pojechaliśmy kilka kilometrów drogą wiodącą do parkingu na zboczu ponad miastem. Tam zostawiliśmy samochód i rozpoczęliśmy naszą pieszą wędrówkę. Pierwszy, kilkukilometrowy odcinek drogi, to łatwy, dość szeroki, bity trakt, który spokojnie można pokonać nieco bardziej wytrzymałym samochodem, biegnący po zalesionym zboczu Monte Jafferau. 


Pokonując go, po prawej stronie mogłam podziwiać wspaniałą panoramę Alp; tym razem aura spełniła nasze oczekiwania; pejzaż gór, ciepły dzień i piękne, niebieskie niebo z białymi obłokami, zapewniały wrażenia trudne do opisania. Carlo, tak jak poprzednio, zostawił mi wolną rękę i pomaszerował przodem, długim krokiem wytrawnego piechura. Ja z tyłu szłam w moim tempie, robiąc zdjęcia i podziwiając widoki. Kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę przy źródle, aby zrobić zapas wody, Carlo pokazał mi leżący przed nami odległy wierzchołek góry. Przyznam się, że trochę zwątpiłam w swoje możliwości, gdyż wydawało mi się, iż jest on niesłychanie daleko. 


Później niejednokrotnie myślałam o tym, co bym wtedy zrobiła, gdybym wiedziała, że ta widoczna część to tylko "wierzchołek góry lodowej" i jest to zaledwie połowa drogi, gdzie znajduje się pierwszy, pomocniczy fort, zwany Foens. Pewnie poszłabym dalej, ale sądzę, że moje morale uległoby częściowej destrukcji... Po przejściu jeszcze kilku kilometrów dotarliśmy do fortu a właściwie tego, co  niego zostało. Obejrzeliśmy tam resztki stajni, gdzie trzymano muły, niezbędne do transportowania ciężarów, pomieszczenia dla żołnierzy (stały tam jeszcze zardzewiałe szkielety metalowych łóżek) i betonową rampę, na której swego czasu umieszczone były działa.


Na  wysokości fortu Foens kończyła się linia lasu; po lewej stronie  wznosił się  szczyt góry o zboczach gdzieniegdzie porośniętych płową trawą a poniżej rozciągała Dolina Suzy. Widzieliśmy stąd dużą część drogi, jaką przybyliśmy do Bardonecchii. Kiedyś ten fort panował nad całą doliną a wojska nieprzyjacielskie, które znalazły się w zasięgu jego dział, musiały być w niemałym kłopocie. Po obejrzeniu różnych zakamarków fortu, postanowiliśmy zatrzymać się na niedługi postój. Tym razem, żeby nie tracić czasu, nie bawiliśmy się w kucharzenie. Szybko zjedliśmy nasz suchy prowiant i znowu wyruszyliśmy w drogę. Pierwszy odcinek był bardzo stromy i prowadził prosto w górę, lecz na szczęście dość szybko ścieżka zaczęła wspinać się serpentyną, co sprawiło, że wędrówka stała się łatwiejsza. 


Ponad nami wznosił się szczyt, który pięknie się odcinał na tle błękitnego nieba. Po cichu liczyłam na to, że kiedy tam wreszcie dojdę, zobaczę  fort. Niestety, rzeczywistość zakpiła z moich oczekiwań... Wierzchołek przede mną to nie był właściwy szczyt góry, lecz pierwszy z wielu garbów w łańcuchu, którego końca nie było widać. Miałam go po lewej stronie a na wprost był drugi, podobny, górski grzbiet, przypominający koguci grzebień. Łączyły się one ze sobą, tworząc głęboką nieckę. Daleko w dole pasły się stada owiec, więc od czasu do czasu wraz z powiewem wiatru docierało do mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Na tym drugim zboczu można było dostrzec białą nitkę dawnej, wojskowej drogi. Byliśmy już na wysokości znacznie przekraczającej 2500 metrów, lecz ku mojej radości nie dawała mi się ona we znaki, jak się tego początkowo obawiałam. Wzdłuż szlaku spotykałam wdzięczne alpejskie kwiaty, które w Polsce można zobaczyć w ogródkach skalnych;  tu, w swoim naturalnym środowisku, wyglądały one naprawdę urzekająco.


Szłam przed siebie wąziutką ścieżką, wiatr gwizdał mi w uszach i wydaje mi się, że wpadłam w swego rodzaju trans. Po raz pierwszy na własnych nogach weszłam tak wysoko i myślę, że dopadł mnie "górski bakcyl". Być może, jest to swego rodzaju narkotyk, stan euforii spowodowany wysokością i rozrzedzonym górskim powietrzem? Przestałam nawet myśleć o tym, że nie widać końca drogi i fortu, do którego zmierzaliśmy. Wypełniało mnie uczucie całkowitej wolności, czułam się lekka i szczęśliwa. Carlo, który jak zwykle był dość daleko przede mną, nagle zatrzymał się i zaczął gorączkowo machać ręką. Przyśpieszyłam kroku a kiedy stanęłam obok niego, zobaczyłam ruiny fortu. Był to rzeczywiście wyjątkowy moment i niezapomniana chwila! 


Beżowo-brązowy wierzchołek góry wyglądał wspaniale na tle nieba o szafirowym kolorze a ruiny wieńczyły jego szczyt niczym korona. Ogarnęło mnie uczucie niesamowitej radości, gdyż nareszcie fort, do którego szłam z takim poświęceniem, był prawie na wyciągnięcie ręki, choć z mapy wynikało, że do przebycia mieliśmy  jeszcze około kilometra, krętą drogą prowadzącą do ruin. 
Okazało się, że jesteśmy w dość licznym towarzystwie ludzi, którzy przybyli tu jadąc dawną wojskową drogą, samochodami terenowymi, na rowerach górskich lub motocyklach. Mimo wszystko, nie żałowałam wysiłku, jaki włożyłam w dotarcie tam na piechotę. Było to wspaniałe doświadczenie a ja wyszłam z tej próby z honorem, więc miałam niemałe powody do zadowolenia.  Ruiny fortu widziane z bliska, wyglądały naprawdę imponująco i zapewne w okresie, kiedy spełniał on swą funkcję, był naprawdę okazałą budowlą.

Poświęciliśmy sporo czasu na dokładne obejrzenie tego, co z niego pozostało, jednak ja najbardziej zachwycałam się krajobrazem, jaki miałam przed sobą; surowym, lecz o przepięknych, pastelowych barwach, które nieustannie się zmieniały. Ponad naszymi głowami przepływały duże, białe cumulusy, rzucające cień na okolicę, sprawiające, iż to co przed chwilą było beżowe albo zielonkawe, stawało się niebieskie lub granatowe. Po lewej stronie, w oddali, widziałam dolinę ze sztucznym jeziorkiem Rochemolles i zaporę, gdzie byliśmy poprzednim razem. Po prawej, daleko, daleko, była Dolina Suzy, nieco bliżej widać było fort Foens, maleńki, niczym zbudowany z klocków lego. Był to wspaniały widok i niezapomniany moment, jednak czas mijał nieubłaganie i trzeba było myśleć o powrocie...Aby wrócić do Bardonecchii skierowaliśmy się na drogę dojazdową prowadzącą do wyciągów narciarskich, bardzo licznych na północnym stoku góry. W 2006 roku odbywały się tu zawody w ramach Olimpiady Zimowej w Turynie i w związku z tym, powstało wiele obiektów tego typu. Droga, choć szeroka na tyle, by mogły nią jeździć samochody, dla nas, piechurów, okazała się niewygodna i niezbyt atrakcyjna.


Spod naszych nóg usuwały się masy większych i mniejszych kamieni, oprócz tego, idąc mimowolnie wzbijaliśmy kurz, przypominający sypki cement; jedynie widok świstaka stojącego słupka koło swojej norki, nieco mi wynagrodził pieczenie oczu i kręcenie w nosie, spowodowane przez ten uciążliwy pył. Na dodatek, wzdłuż drogi rozciągały się pastwiska, gdzie pasły się duże stada krów. Odkąd sięgam pamięcią, te stworzenia budzą we mnie ogromny lęk, więc całą siłą woli musiałam się powstrzymywać, aby nie uciekać, kiedy któraś z nich zaczynała na mnie patrzeć z uwagą. Tłumaczyłam sobie w duchu, iż jest bardziej prawdopodobne, że się przewrócę biegnąc z góry po kamieniach, niż to, że zaatakuje mnie krowa zajęta jedzeniem. Na szczęście pastwiska wreszcie się skończyły i znów weszliśmy w las.


Okazało się, że ta droga jest o wiele krótsza, więc niebawem stanęliśmy na polanie, gdzie nieopodal biło źródło, przy którym rano robiliśmy zapas wody. Tu Carlo znalazł następny skrót, stromą ścieżkę, a ta dość szybko doprowadziła nas do parkingu, na którym pozostawiliśmy samochód. Słońce miało się ku zachodowi, kiedy wyjeżdżaliśmy z Bardonecchii, więc do domu dotarłam już w zupełnych ciemnościach. Mimo około trzydziestu kilometrów w nogach i wielu godzin spędzonych na wysokości niemal 3000 metrów, nie czułam zmęczenia, ani bólu mięśni. Moje pielęgniarskie doświadczenie podpowiedziało mi, że zapewne jest to zbawienny wpływ adrenaliny i czystego, górskiego powietrza. Tak czy inaczej, był to naprawdę piękny dzień i bardzo udana wyprawa.



Więcej zdjęć>


czwartek, 1 listopada 2012

Lombardia. Cimitero Monumentale - zabytkowy cmentarz w Mediolanie.



Miasto Mediolan lata swojej świetności po raz pierwszy przeżywało pod panowaniem książąt z rodu Viscontich i Sforzów.  Z tych czasów w  kościołach pozostały liczne kaplice, sarkofagi i podziemne katakumby, gdzie zwykle dokonywano pochówków najznamienitszych osób, powstawały też przykościelne cmentarze, gdzie w ziemnych grobach chowano osoby skromniejszej kondycji.


W późniejszym okresie, podczas dominacji austriackiej miasto nieco straciło na znaczeniu, lecz po odzyskaniu przez Włochy niepodległości, w drugiej połowie XIX wieku ponownie stało się ważnym ośrodkiem kulturalnym i przemysłowym. Dziewiętnastowieczny Mediolan rozwijał się wspaniale a do arystokracji z urodzenia dołączyła coraz liczniejsza bogata burżuazja, prawdziwa "arystokracja pieniądza" Były to czasy, kiedy powstały całe kwartały ogromnych kamienic a raczej miejskich pałaców o bogatych zdobieniach, wspaniałych wewnętrznych dziedzińcach i luksusowych apartamentach. Miały one nie tylko zapewnić swoim mieszkańcom wszelkie wygody, lecz przede wszystkim być świadectwem ich zamożności i prestiżu.

To pragnienie podkreślenia świetności rodziny przejawiało się nie tylko w życiu doczesnym, miało także swój dalszy ciąg we wznoszeniu imponujących kaplic cmentarnych oraz okazałych nagrobków. Zresztą nie ma w tym nic zadziwiającego, gdyż ów obyczaj ma we Włoszech ogromną tradycję i niejeden wybitny rzeźbiarz zdobył nieśmiertelną sławę, tworząc grobowce na zamówienie papieży i władców; wystarczy wspomnieć w tym miejscu Michała Anioła, Donatella, Sansovina, czy Antonio Canovę. Dziś ta " nagrobkowa moda" może się wydawać przejawem ludzkiej pychy i wybujałego ego, ale nie należy zapominać o tym, że nie tylko jest to  bardzo ważny aspekt włoskiej kultury, lecz również istotna forma mecenatu, gdyż zamówienia na kaplice i rzeźby realizowali najwybitniejsi artyści danej epoki. O Cimitero Monumentale słyszałam niejednokrotnie, jako o mediolańskim muzeum pod gołym niebem.
W głębi duszy miałam co do tego cień wątpliwości, gdyż znając włoską skłonność do nadużywania entuzjastycznych przymiotników sądziłam, że  w  opowiadaniach o jego wspaniałościach jest nieco przesady, tym bardziej, że kilkakrotnie będąc w okolicy, widziałam w prześwicie ulic wielką, białą, eklektyczną budowlę, która (jak mi powiedziano) stanowi integralną część cmentarza.

Nie wzbudziła ona mojego zachwytu, gdyż z pewnej odległości przypominała mi teatralną dekorację wykonaną z płyty kartonowo gipsowej, więc postanowiłam odłożyć projekt tej wizyty na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jednak pewnego dnia, kiedy nie miałam ochoty na bardziej wyczerpujące wycieczki postanowiłam, że mój wolny dzień poświęcę na odwiedzenie kilku zakątków w Mediolanie, w tym Cimitero Monumentale. Okazało się, że inne zakątki musiały poczekać, ponieważ na cmentarzu spędziłam cały dzień. Mimo to, zobaczyłam najwyżej jego  połowę, co oczywiście musiało poskutkować następną wizytą.
Niestety, nie udało mi się skorzystać z usług przewodnika (który w wyznaczone dni i godziny oprowadza grupy chętnych) czego bardzo żałuję, gdyż z pewnością mogłabym się dowiedzieć wielu interesujących szczegółów oraz zadać parę pytań. Jak już wspominałam, główny budynek cmentarza  nie wzbudził mojego entuzjazmu, mimo iż jest dziełem bardzo znanego architekta Carlo Maciachini. Budowla powstała w latach 60 -tych XIX wieku, jest kompilacją stylu neogotyckiego, bizantyńskiego i romańskiego, co chyba podobało się jego współczesnym, skoro Rada Miasta zaakceptowała  projekt...
Ponieważ w Mediolanie  w owych czasach było wiele mniejszych i większych cmentarzy, podjęto decyzję o uporządkowaniu tego stanu rzeczy, zarówno ze względów organizacyjnych, jak i sanitarnych.

Niejako przy okazji  postanowiono też stworzyć godne miejsce, gdzie mogłyby spocząć prochy ludzi zasłużonych.
W związku z tym, powstał okazały, główny korpus z monumentalnymi  schodami zwany Famedio oraz dwa boczne skrzydła, połączone z nim długimi portykami. Famedio, czyli Świątynia Sławy, jest poświęcone pamięci ludzi związanych z Mediolanem i szczególnie zasłużonych dla narodowej kultury. W jego centralnym miejscu umieszczono wielki sarkofag, gdzie spoczął Alessandro Manzoni, pisarz będący dla Włoch tym, czym Henryk Sienkiewicz dla Polski. Napisał on najwybitniejszą włoską powieść "Promessi sposi", której akcja toczy się  nad jeziorem Como, w Lecco, Mediolanie i jego okolicy. Nieopodal Manzoniego spoczywa inny XIX -wieczny pisarz i patriota, Carlo Cattaneo. Brakuje grobu Verdiego, choć za życia był bardzo związany z Mediolanem, pochowano go w innej części miasta, w domu opieki dla emerytowanych muzyków ufundowanym przez kompozytora. Natomiast w bocznych skrzydłach znajdują się ogromne, piętrowe katakumby, gdzie leżą nie tylko doczesne szczątki wielu wybitnych osób zasłużonych dla społeczeństwa, lecz również tych, którzy mieli odpowiednie środki, aby tu sobie wykupić  miejsce wiecznego spoczynku. Z tyłu, za budynkiem Famedio, jest ogromy obszar właściwego cmentarza liczący 25 hektarów, składający się z wielu sektorów, przedzielonych symetrycznie biegnącymi alejkami.

W części za lewym skrzydłem spoczywają chrześcijanie obrządków nie - katolickich, natomiast  w sektorze po stronie prawej jest cmentarz żydowski. W głębi znajduje się ossarium a jeszcze dalej, na końcu głównej alei, budynek najstarszego w Europie krematorium. Na całym tym obszarze na przestrzeni minionych 150 lat powstała ogromna ilość kaplic i nagrobków w różnych stylach, od realizmu poprzez eklektyzm i symbolizm a na sztuce współczesnej skończywszy. Jedne z nich zadziwiają bogactwem i ogromem, inne swą niespotkaną formą, zaś jeszcze inne budzą wzruszenie prostotą  emocjonalnego przekazu. Gdybym chciała napisać  parę słów przynajmniej o najbardziej niecodziennych, powstałaby dość gruba książka; jednak nie sposób nie zatrzymać się choć przez chwilę przy tych, które z jakiegoś powodu szczególnie utkwiły mi w pamięci. I tak, nie mogę pominąć dwóch nagrobków  znajdujących się w galerii obok Famedio, ozdobionych pięknymi rzeźbami z białego marmuru. Pierwsza przestawia postać młodej, nagiej dziewczyny, natomiast druga matkę trzymającą w ramionach małe dziecko. Na cmentarzu znalazłam wiele posągów bardzo wymownych, jak piękna postać młodej kobiety z niemowlęciem na kolanach, anioł pochylający się nad maleństwem w kołysce, czy grupę dwojga dzieci przytulonych do siebie, umieszczoną na nagrobku, gdzie pochowano ich matkę. Są tu wykuci w marmurze żołnierze, którzy padli na polu chwały, spoczywający na płycie grobu, gdzie złożono ich doczesne szczątki a nawet postać mężczyzny wkładającego bochenek chleba do pieca (zmarły był starszym cechu piekarzy).

Należy też wspomnieć dwie okazałe budowle, widoczne z daleka i górujące swoim rozmiarami nad całym otoczeniem. Pierwsza należy do rodziny Bocconi, której Mediolan zawdzięcza prywatną uczelnię cieszącą się wielką renomą  (nosi ona nazwisko Ferdynanda Bocconi, swego założyciela) z ogromnym krzyżem i wieloma figurami nadnaturalnej wielkości.
Drugi, również bardzo szczególny grobowiec należy do rodziny Campari (właścicieli firmy produkującej sławne na całym świecie drinki) ozdobiony grupą przestawiającą Chrystusa w otoczeniu apostołów, siedzącego przy stole podczas ostatniej wieczerzy, również w co najmniej naturalnych rozmiarach. Zapadła mi w pamięć także okazała, lecz dość skromna kaplica grobowa Artura Toscaniniego, wykonana z białego marmuru, pokryta symbolicznymi płaskorzeźbami oraz miejsce zbiorowego pochówku Kawalerów Grobu Świętego; pozbawione zbędnych detali z sylwetkami rycerzy w zakonnych płaszczach wykonanymi metodą sgraffito. Aby dokładnie obejrzeć cały cmentarz należy spędzić tam wiele godzin, gdyż w zasadzie każda kaplica i grobowiec zasługuje na uwagę. Mnie szczególnie zainteresowała część żydowska, nieco odmienna w charakterze, gdzie oprócz bardzo okazałych nagrobków, widzi się również małe, proste tabliczki z nazwiskiem zmarłego. Oczywiście i tu nie brakuje bardzo ciekawych, symbolicznych wyobrażeń, jak choćby dziewczynka wstępująca na schody, czy dwa drzewa przypominające ludzkie ręce splecione do modlitwy lub dwie istoty, których nawet śmierć nie rozłączy...

Cały cmentarz nieco przytłacza, zarówno obszarem, jak i wystrojem. Nawet podczas wielokrotnych wizyt nie sposób ogarnąć ogromu szczegółów, niosących przesłanie o smutku rozstania i rodzinnych tragediach, kiedy  to odchodziły dzieci ledwie narodzone, młodzi ludzie zmarli gwałtowną śmiercią, matki i ojcowie rodzin w kwiecie wieku... Jest tu bardzo wiele rzeźb o zdecydowanie portretowym charakterze, wygląda to jakby osoba, która odeszła ze świata, strzegła miejsca swego wiecznego spoczynku. Inne przedstawiają  zmarłych w codziennych sytuacjach, podczas czynności wykonywanych za życia. Na bogatej liście mediolańskich zabytków, jakimi szczyci się to miasto, jest to ważne miejsce, niezwykłe i godne uwagi, zaś architektura i rzeźba w przeważającej części zasługuje na miano dzieł sztuki i jest interesującym świadectwem gustu panującego w danej epoce. Jednak nagromadzenie tych wspaniałości sprawia, że (przynajmniej w moim odczuciu) nie ma tu tej intymności i atmosfery, jaką się oddycha na małych, wiejskich cmentarzach, skłaniającej do refleksji i zadumy. Mimo to, w tym "Nekropolis" znalazłam coś, co mnie poruszyło i zaintrygowało, zagadkę, której mimo starań, nie udało mi się rozwiązać... W jednym ze skrzydeł głównego budynku umieszczono skromną stelę, gdzie na podstawie widnieją zdjęcia przedstawiające dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Na obelisku umieszczono napis:

ALLA BALDA GIOVINEZZA
INES - VITTORIO - EURIDE - MOSE
                  MENOTTI             
  SEMPRE PIU TRISTE                         IL RINNOVATO PIANTO        
  Sii fedele fino alla morte, ed io ti darò
        corona della vita.   
                             Apocalisse 

( Śmiałej młodości Inez, Wiktora, Eurydyki i Mojżesza Menottich,
coraz smutniejszy, niekończący się
płacz.  Bądź wierny aż do śmierci, a ja ci dam koronę życia.) 
[Apokalipsa]
  
Na steli nie umieszczono żadnej wskazówki, ani daty śmierci tych czworga młodych ludzi. Ponieważ nosili to samo nazwisko zapewne łączyły ich więzy rodzinne, jednak ich charakter trudno odgadnąć. 
Być może byli rodzeństwem a może dwiema parami małżonków? Jakie były okoliczności, w których stracili życie i kto ich opłakiwał? Choć stroje na zdjęciach wskazują, że żyli przed Wielką Wojną, pod obeliskiem oprócz wiązanki sztucznych kwiatów zastałam dużą donicę z chryzantemami, co świadczy o tym, że ich pamięć nadal jest dla kogoś żywa mimo upływu wielu lat.
                   

Cimitero Monumentale w chwili obecnej nie jest jedynym mediolańskim cmentarzem, lecz mimo jego zabytkowego charakteru nadal odbywają się tu pochówki, gdyż okazałe kaplice i grobowce rodzinne są w stanie pomieścić szczątki jeszcze wielu zmarłych. Nadal też kultywuje się tradycję grzebania na nim ludzi szczególnie zasłużonych na polu kultury.

Zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć w albumie Google >

sobota, 27 października 2012

Piemont. Orta, wyspa San Giulio i jej piękna bazylika.



Półwysep, na którym leży Orta, wybiega dość daleko w głąb jeziora, więc dzięki temu położona centralnie wyspa San Giulio, zdaje się być nieomal na wyciągnięcie ręki. Jest ona bardzo gęsto zabudowana; z nabrzeża w miasteczku możemy zobaczyć duży gmach klasztoru, szare mury bazyliki i wzniesione tuż nad wodą pałace z arkadowymi portykami oraz przybudówkami, gdzie bezpiecznie przybijają prywatne łodzie mieszkańców. Jest to jeden z najpiękniejszych widoków, jakie mogłam oglądać, prawdziwy klejnot w koronie Północnych Włoch.


Z komunikacją publiczną pomiędzy między Ortą i wyspą nie ma problemu; w sezonie turystycznym co pół godziny kursują tu niewielkie stateczki, oprócz nich są też liczne motorówki, świadczące usługi przez cały rok. Rejs motorówką ma tę dodatkową zaletę, że okrąża ona wyspę, co pozwala na obejrzenie również jej zachodniego brzegu, niewidocznego z miasteczka. Stateczki i motorówki cumują w niewielkiej przystani znajdującej się u wejścia do bazyliki, więc natychmiast po wyjściu na ląd można rozpocząć zwiedzanie. Obecny kościół nie jest tym, który powstał za czasów św. Juliusza, jednak historycy uważają, że w legendzie o nim jest ziarno prawdy i całą pewnością była tam wcześniejsza budowla, prawdopodobnie wzniesiona na przełomie V i VI wieku. Panuje też opinia, iż  w czasach przed wprowadzeniem na tych ziemiach wiary chrześcijańskiej również było to  miejsce kultu; stąd prawdopodobnie wzięła się legenda mówiąca o walce Juliusza ze smokiem i wężami, symbolizującymi demony, za jakie chrześcijanie uważali pogańskich bogów. 


Prawdopodobnie pierwsza świątynia została zniszczona w trakcie oblężenia, kiedy to królowa Villa stawiła opór wojskom cesarza Ottona. W XII wieku w tym samym miejscu wzniesiono obecną bazylikę z szarego, ciosanego kamienia, zbudowaną na planie krzyża. Jej fasadę zdobią dwie niewysokie wieże a do trójnawowego, głównego korpusu przylega kwadratowa dzwonnica i trzy półokrągłe absydy. Podobnie jak inne włoskie budowle z tego okresu, jakie widziałam na  północy Włoch, jest ona skromna, wyważona i przyciąga wzrok swoimi szlachetnymi proporcjami. Niejednokrotnie też pisałam o tym, że mimo mojej szczerej admiracji i podziwu dla innych stylów, włoska  architektura sakralna z początku drugiego tysiąclecia jest mi szczególnie bliska.
Myślę, że dzieje się tak, ponieważ te budowle w doskonały sposób wtapiają się w otaczający je pejzaż i w pewnym sensie są nadal jego częścią, niczym "kość Ziemi" górski kamień, wydobyty z okolicznych kamieniołomów, z którego je zbudowano... Ich mocne mury i niewymyślna forma, przypominają o tym, iż ówczesne kościoły niejednokrotnie stawały się dla okolicznych mieszkańców schronieniem przed napaścią wroga i ważnym punktem oporu. 


Jednak nasze oko może się również cieszyć urokliwymi detalami, mówiącymi o pragnieniu budowniczych, aby tej surowej formie przydać wdzięku i lekkości. Chyba z tego pragnienia poczęły się ażurowe fryzy, ozdobne w formie okienka, małe ganki z kolumienkami o subtelnych kształtach; że nie wspomnę o pięknych portalach, gdzie w alegoryczny sposób przedstawiono wyznanie wiary, pod postacią scen wykutych w kamieniu ręką anonimowego mistrza. Niegdyś na wyspie znajdował się również ufortyfikowany zamek, jednak zburzono go w XIX wieku, aby na tym miejscu wznieść seminarium (dziś jest to klasztor sióstr benedyktynek). Jak już wspomniałam, cała wyspa jest gęsto zabudowana. Kościół i klasztor zajmują jej centralną część, natomiast wzdłuż brzegu wzniesiono piękne wille i pałace, które niegdyś były siedzibami biskupa Novary i kanoników kapituły. Całą wyspę można obejść wewnętrzną drogą na planie okręgu, zwaną " Drogą milczenia". 


Wzdłuż niej umieszczono liczne tabliczki a na nich w czterech językach (włoskim, angielskim, niemieckim i francuskim) są wypisane sentencje, wzywające do zajrzenia w głąb własnego "ja" i zastanowienia się nad sensem życia. W ciągu dnia, podczas pełni sezonu turystycznego, trudno tu o ciszę i niewiele osób zwraca uwagę na te napisy. Jednak wieczorem, kiedy fala turystów odpłynie na stały ląd, to miejsce staje się prawdziwą oazą spokoju. Siostry benedyktynki, obecne mieszkanki klasztoru, oprócz prac związanych z konserwacją zabytkowych tkanin, zajmują się malowaniem ikon i rękodziełem artystycznym. Prowadzą również dom dla osób chcących uczestniczyć w ćwiczeniach duchowych lub po prostu takich, które pragną oderwać się od swego codziennego życia i spędzić jakiś czas z dala od zgiełku współczesnej cywilizacji. 

Podczas letnich miesięcy między miasteczkiem i wyspą ustawicznie krążą statki oraz motorówki, więc zwykle  przebywa tu jednocześnie kilkadziesiąt osób i trudno o chwilę odosobnienia, również w bazylice. Kiedy byłam tam po raz pierwszy i wraz z dużą grupą zwiedzających weszłam do środka, oniemiałam na widok wspaniałych fresków pokrywających ściany, sklepienie oraz dwa rzędy potężnych kolumn. Wnętrze kościoła jest niejednorodne, gdyż jego wystrój tworzono na przestrzeni kilkuset lat. Ołtarz główny, malowidła naścienne centralnej nawy i obrazy w prezbiterium, wykonano w epoce baroku, natomiast freski w bocznych nawach a także na kolumnach, pochodzą z wcześniejszego okresu i powstawały na przestrzeni nieomal dwustu lat, od drugiej połowy XIII  do pierwszych dekad XV wieku. Przedstawiają one świętych cieszących się szczególnym nabożeństwem w tej okolicy, narodziny Jezusa oraz Madonnę z Dzieciątkiem w otoczeniu świętych, zaś na sklepieniu widnieją wizerunki ewangelistów i doktorów kościoła. Nazwiska większości twórców poszły w niepamięć, dziś mówi się o nich, że byli malarzami z lokalnych pracowni, jakie istniały w owym czasie w niedalekiej Novarze. Historia wspomina o jednym z nich, Sperindio Cagnola, który był uczniem i naśladowcą Gaudenzio Ferrario, malarza mającego ogromny wkład w powstanie Sacro Monte w Varallo. 
 
Mimo iż nie weszli oni na stałe do podręczników historii sztuki, ich freski do dzisiaj czarują oglądających subtelnym rysunkiem i żywymi kolorami a nawet jeśli doświadczone oko krytyka dostrzeże w nich jakieś niedoskonałości, mają coś, co większość widzów chwyta za serce: wielki ładunek emocji i dążenie do przedstawienia nie idei, lecz istoty rzeczy. Ten aspekt sprawia, że również memu sercu bliższe są (być może niedoskonałe w swojej formie) freski zapomnianych mistrzów nieświadomie dążących do wyrażenia myśli, którą wiele wieków później wyartykułował Emmanuel Kant, niż platońskie dążenia Leonarda da Vinci... W głębi duszy  żywię przekonanie, że idea jest czymś niewyrażalnym i poza ludzką naturą, więc wszelkie starania w tym względzie są z góry skazane na porażkę i nie ma takiego geniuszu, który potrafiłby ją oddać. Natomiast ułomność, nierozerwalnie związana z ludzkim bytem, nie jest zaprzeczeniem istnienia owej idei a raczej jej świadectwem, tak jak ciemność zaświadcza o istnieniu światła... Być może, dlatego do mnie i moich emocji bardziej przemawia niedokończona Pieta Rondanini, niż skończona w swej piękności Pieta z watykańskiej bazyliki, chociaż obiektywnie rzecz biorąc uważam, że ta ostatnia to chyba najwspanialsze dzieło nie tylko Michała Anioła, lecz całej ludzkiej cywilizacji. Jednak na ogół pomiędzy sercem i rozumem panuje pewien rozdźwięk, który sprawia, że nasze preferencje chodzą swoimi drogami;  z tego powodu dla kochającej matki niezdarny obrazek narysowany ręką jej dziecka, ma większą wartość emocjonalną, niż portret Mony Lizy... 


Niejednokrotnie zdarzyło mi się widzieć wspaniałe obrazy malarzy, jednym tchem wymienianych w grupie najbardziej uznanych mistrzów; oglądałam je uważnie, starając się zanalizować ich artyzm i uczucia, jakie we mnie wzbudziły. Jednak nigdy nie miałam wrażenia, że to co widzę jest częścią mnie, tak bardzo, jak wtedy, gdy oglądałam freski zapomnianych mistrzów w małych, wiejskich kościółkach...W bazylice na wyspie można obejrzeć jeszcze jeden wspaniały przykład sztuki romańskiej, ambonę wykonaną z zielono -szarego serpentynitu, który wydobywa się w kamieniołomach na zachodnim brzegu jeziora Orta. Ambona jest imponująca, jej masywna bryła wspiera się na czterech smukłych kolumienkach a zdobią ją symboliczne sceny zwierzęce, obrazujące walkę dobra ze złem oraz wół, lew, orzeł i postać człowieka z księgą, wyobrażenia przypisane czterem ewangelistom. 

Pośród nich widnieje wizerunek mężczyzny okrytego płaszczem i opartego na mieczu, który jak się powszechnie uważa, przedstawia Giulielmo (Wilhelma) da Volpiano. Giulielmo urodził się na wyspie San Giulio w czasie, gdy była ona schronieniem królowej Villi, obleganej przez wojska cesarza Ottona. Jego ojcem był Roberto Volpiano, normański szlachcic (prawdopodobnie przez pewien okres również król Włoch), natomiast matka Perinzia, pochodziła z  longobardzkiej rodziny markizów d'Ivrea. Po zawarciu pokoju z królową Villą, cesarz wraz z żoną Adelajdą (nota bene, spokrewnioną z Perinzią) trzymał maleństwo do chrztu a dziecku na życzenie ojca chrzestnego nadano imię Wilhelm. W przyszłości stał się on jednym z najwybitniejszych przedstawicieli swojej epoki, wstąpił  do zakonu benedyktynów, gdzie pełnił funkcję opata, działał również jako wybitny artysta - architekt a przy tym aktywnie zajmował się muzyką. 
Przypisuje mu się czynny udział w reformie kluniackiej oraz powstanie czterdziestu kościołów i opactw na terenie Francji i Włoch, w tym opactwa San Michele u wybrzeży Normandii a także katedry w Dijon. Ze względu na swoje  zasługi dla kościoła i krzewienia wiary, jest uważany za świętego (choć nie został oficjalnie kanonizowany) a piemoncka diecezja Ivrea w dniu 1 stycznia obchodzi jego święto. W podziemiach bazyliki znajduje się  krypta, gdzie umieszczono doczesne szczątki św. Juliusza oraz ściętego księcia Mimulfa, o którym pisałam w poprzednim poście. Również przechadzka po wyspie (zwłaszcza, gdy nie ma tam zbyt wielu zwiedzających) jest niezapomnianym przeżyciem, gdyż daje nam okazję do podziwiania  jej pałaców pokrytych subtelnym sgraffito, rzeźbionych portali bram i balkonów z kutego żelaza. 

W takiej chwili możemy się zadumać nad przesłaniem zawartym na tabliczkach umieszczonych wzdłuż wąskiej uliczki lub jednym z zaułków zejść na brzeg, aby popatrzeć na niedalekie miasteczka i wzniesione na wysokiej skale sanktuarium Madonna del Sasso, widoczne po drugiej stronie wody. Gdy nadchodzi godzina odjazdu i wioząca nas motorówka zatacza krąg wokół wyspy, żegna nas niezapomniany widok jej roztańczonej sylwetki, odbijającej się w falującej tafli jeziora. Jak już pisałam, w Orcie i na wyspie byłam dwa razy. Za pierwszym razem czułam niedosyt wrażeń z powodu pośpiechu spowodowanego brakiem czasu oraz dużej ilości zwiedzających, jaką zastałam w miasteczku i na wyspie. Natomiast podczas drugiej wizyty, kiedy byłam tam razem z Martą, miałyśmy do dyspozycji cały dzień; dopisała nam pogoda, a ilość turystów chętnych do zwiedzania, ograniczyła się do kilku osób. Byłyśmy z tego bardzo zadowolone i pełne wrażeń w dobrym nastroju opuszczałyśmy to piękne miejsce. Ponieważ do Orty przyszłyśmy drogą południową wiodącą tuż nad jeziorem, postanowiłyśmy, że z powrotem na dworzec w Miasino pójdziemy północnym brzegiem, drogą panoramiczną, tą samą, którą przybyłam tam o raz pierwszy. Słońce chyliło się ku zachodowi i zrobiło się dość chłodno, więc gdy u wylotu drogi zauważyłyśmy niewielki pawilon z napisem "Bar delle Rose" postanowiłyśmy tam wstąpić na filiżankę czegoś ciepłego. 


Budynek co prawda nie miał w sobie wdzięku typowego włoskiego baru z jego miłym dla oka  wystrojem, raczej przypominał polski bar mleczny z lat 60-tych a metalowe stoliki i krzesełka nie grzeszyły przytulnością, za to kawa, jaką mi podała sympatyczna, starsza pani, była mocna i bardzo dobra. 
Marta poprosiła o gorącą czekoladę do picia, którą wybrała z okazałej książki, prawdziwego czekoladowego menu z opisami i zdjęciami torebek tego produktu, oferowanego w kilkudziesięciu smakach. Przygotowanie napoju trwało dość długo, jednak warto było poczekać, gdyż okazało się, że jest to najwspanialsza czekolada na świecie. Choć osobiście nie jestem wielbicielką pitnej czekolady, po posmakowaniu musiałam przyznać rację zachwyconej Marcie, że trudno o coś pyszniejszego. Ponieważ nie miałyśmy czasu, aby czekać na przygotowanie drugiej porcji, wypiłyśmy ją na spółkę;  ten słodki akcent był w tak pięknym dniu prawdziwą "wisienką na torcie". Po wyjściu na drogę kilkakrotnie spoglądałyśmy za siebie, aby jeszcze raz popatrzeć na dachy miasteczka i wyspę San Giulio, którą spowijała liliowa mgła. Po lewej stronie, w zachodzącym słońcu płonął pomarańczową barwą ośnieżony szczyt Monte Rosa, podczas gdy w dole, w coraz gęstszym cieniu, chowały się wille i sady leżące nad brzegiem jeziora.


Kiedy wyruszyłyśmy w podróż powrotną do Novary, zapadał zmrok. Prawie pusty pociąg mknął wzdłuż zbocza góry a poniżej jeszcze przez chwilę mogłyśmy oglądać srebrną taflę jeziora wśród ciemnych pasm lasu. Jego widok był ostatnim obrazem, jaki wywiozłyśmy z Orty...

Więcej zdjęć z Wyspy San Giulio i bazyliki jak zwykle można obejrzeć  tutaj >