niedziela, 30 sierpnia 2015

Podróż do żródeł, czyli po raz kolejny z wizytą w olsztyneckim skansenie.



Po długim okresie milczenia postanowiłam wrócić do pisania bloga, jednak tym razem zapraszam nie na wojaże po północnych Włoszech, ale w okolice bliższe mi zarówno w sensie geograficznym, jak i kulturowym; nie bez znaczenia jest również i to, że moje serce bije mocniej dla tych stron, które są moją małą ojczyzną. Jak już wspominałam, chociaż nie jestem Mazurką z urodzenia, mieszkam w tym regionie niemal przez całe moje życie. Tu urodziły się moje dzieci i to właśnie do tych miejsc tak bardzo tęskniłam podczas długich lat emigracji, mimo iż dane mi było sycić oczy wspaniałościami Italii... Oczywiście, pobyt we Włoszech bez wątpienia bardzo wzbogacił mnie wewnętrznie i to z wielu powodów a fakt, że na wyciągnięcie ręki miałam zarówno przepiękne miejsca, jak i skarby kultury, o których marzyłam w dzieciństwie, był dla mnie ogromną szansą na realizację owych marzeń, z czego z zapałem korzystałam. Jednak to w Polsce od zawsze było moje miejsce na ziemi, z nią wiązały się moje najpiękniejsze wspomnienia z pierwszych lat życia, tu kształtowała się świadomość i poczucie przynależności.


Pamiętam, że kiedy zamieszkaliśmy na Mazurach, wydawały mi się one krainą chłodną i smętną ze swymi ciemno - zielonymi połaciami lasów, pofalowanymi polami i szarobłękitną tonią okolicznych jezior. Jednak ten świat, mimo iż tak bardzo odbiegał wyglądem od mojej rodzinnej okolicy, jaką była przedwojenna, podwarszawska osada letniskowa, również miał swoje uroki i fascynujące miejsca. Jednym z nich był właśnie olsztynecki skansen, w którym po raz pierwszy byłam jako dziecko, bodajże w drugiej, lub trzeciej klasie szkoły podstawowej. Pamiętam dobrze tę szkolną wycieczkę; był to prześliczny majowy dzień, rozległe łąki kusiły świeżą trawą, polnymi kwiatami i pachnącymi ziołami. Ówczesnemu skromnemu skansenowi daleko było do tego, jaki oglądamy dzisiaj, jednak mimo to, również i wówczas wydał mi się miejscem zupełnie niecodziennym a przede wszystkim czymś, co widziałam po raz pierwszy ponieważ z tradycyjną wsią w zasadzie nie miałam żadnego kontaktu, nie mówiąc o tym, że podobnych obiektów pochodzących z dość odległej przeszłości, w okolicznych, podostródzkich wioskach zapewne raczej się nie widywało.



Szczególnie zachwycił mnie drewniany kościółek kryty trzcinową strzechą; pamiętam żywiczny zapach poczerniałych bali i odurzającą woń kwitnących bzów, rosnących obok wysokiej dzwonnicy. Cała nasza klasa tłoczyła się przed ciasną sionką; nie mogliśmy się nadziwić stojącym u wejścia ogromnym kropielnicom, wykutym z polnego kamienia i dziwnym polichromiom wewnątrz. Domki, o ile pamiętam, wzbudziły nieco mniejszy entuzjazm, wydawały się nam ciasne i ciemne, ze swoimi wąskim drzwiami, niskimi sufitami oraz małymi okienkami. Jednak moja relacja, jaką zdałam po powrocie do domu, chyba musiała być dość zachęcająca, ponieważ bodajże w następnym roku, mama zabrała mnie i moją młodszą siostrę na majówkę, właśnie do olsztyneckiego skansenu. 


Później jeszcze wielokrotnie tam bywałam, zarówno w czasach, kiedy chodziłam do szkoły, jak i w latach siedemdziesiątych, gdy jako młoda dziewczyna wraz z koleżanką jeździłam autostopem do Olsztynka, z nadzieją na to, że w tamtejszych sklepach uda nam się upolować jakieś ciekawe buty, torebkę albo atrakcyjny ciuch. Podczas tych wojaży czasami zaglądałyśmy do skansenu, gdzie niejednokrotnie odkrywałam różne nowości, gdyż jego ekspozycja wciąż rosła i była systematycznie wzbogacana. Później jeździłam tam z Kubą i Martą, których szczególnie fascynowała obecność zwierząt, jakie z biegiem czasu zamieszkały na terenie skansenu, dzieciaki cieszyły się, że mogą z bliska zobaczyć tarpany, kozy, owce i drób. Upłynęło wiele lat i nie miałam okazji, aby tam bywać, aż do chwili, kiedy moja wnuczka Maja zaczęła przyjeżdżać do Ostródy na wakacje a ja mogłam pokazać jej po raz pierwszy coś, co sama oglądałam w dzieciństwie.

Maja jest dziewczynką o chłonnym umyśle a po rodzicach odziedziczyła artystyczną duszę, więc mam nadzieję, że zapamięta to miejsce, bo możliwość zobaczenia świadectw minionego życia chyba sprawiła jej frajdę, podobnie jak  mnie, kiedy byłam w podobnym  wieku... Skansen w Olsztynku jest miejscem, gdzie zgromadzono wiele ciekawych budynków; zarówno oryginalnych, jak i kopii, dających wyobrażenie o niegdysiejszym życiu na wsi, dawnych rzemiosłach i kulturze. 

Można tu obejrzeć ogromną ilość przedmiotów codziennego użytku: sprzęty, elementy ubioru oraz wystroju wnętrz. Jego historia jest równie bogata, ponieważ powstał on ponad sto lat temu, z inicjatywy pruskiego urzędnika, Richarda Dethlefsena, Prowincjonalnego   Konserwatora Zabytków Prus Wschodnich a pierwszą siedzibę miał w Królewcu na terenie ówczesnego ZOO, gdzie od roku 1909 gromadzono różnorakie zabytki drewnianego budownictwa ludowego z Małej Litwy, Sambii i Mazur. W owych czasach muzeum składało się z dwudziestu czterech obiektów, zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni, nie dającej możliwości rozszerzenia ekspozycji; to spowodowało, że w 1937 roku zarząd prowincji wschodniopruskiej podjął decyzję o jego przeniesieniu w bardziej stosowne miejsce. Wybór padł na Olsztynek, miasteczko niewielkie, lecz wówczas bardzo uczęszczane, z racji monumentalnej budowli wzniesionej dla upamiętnienia bitwy pod Tannenbergiem, gdzie z biegiem czasu pochowano Paula von Hindenburga, głównodowodzącego podczas tej batalii. 


Była to przemyślana lokalizacja, ponieważ w przyszłości dawała możliwość dalszego poszerzenia terenu pod budynki mogące wejść w skład muzeum, do tego ogromny pomnik - mauzoleum, zwany Tannenberg - Denkmal bywał miejscem częstych uroczystości, na które przybywały tłumy ludzi, więc leżący nieopodal skansen również mógł liczyć na dużą rzeszę odwiedzających. Przenosiny trwały od 1938 do 1942 roku a prace dotyczyły tylko czternastu obiektów, jednak mimo ich zakończenia, z powodu wojennej zawieruchy muzeum nie zostało udostępnione zwiedzającym. Rok 1945 i pierwsze powojenne lata przyniosły degradację i częściowe rozproszenie zbiorów, lecz dzięki działalności różnych pasjonatów, między innymi niezmordowanego Hieronima Skurpskiego (niezwykle ciekawa postać i zasłużony człowiek link) państwo polskie przejęło to ważne dziedzictwo kulturowe, poddając je pracom zabezpieczającym i konserwatorskim. 



mojej domowej biblioteczce jest niewielka książeczka "Pionierzy i zabytki" napisana przez Cecylię Vetulani (tutaj i tutaj podaję linki do bardzo ciekawych artykułów związanych z tym tematem, polecam) opisująca zmagania ówczesnych konserwatorów zabytków. Należy tu podkreślić wysiłki ludzi, którzy mimo niesprzyjającego klimatu politycznego a także dość powszechnej tendencji do traktowania tzw. "ziem odzyskanych" po macoszemu i będących wówczas rajem dla szabrowników a także pospolitych złodziei, włożyli ogrom pracy dla ratowania zabytków kultury, które niekoniecznie były postrzegane, jak to się powszechnie mówiło, jako "nasze". Sama dość dobrze pamiętam tę atmosferę pierwszych powojennych lat, (zainteresowanym polecam mój post na ten temat "Ostróda przedwczoraj i dziś" ) kiedy to poczucie odrębności i różne narodowościowe animozje codziennie dawały o sobie znać.

Niestety, duża część dziedzictwa tych ziem o trudnej i splątanej historii uległa zatraceniu, więc tym większy szacunek należy się ludziom, którym ich ogromna kultura osobista i fachowa wiedza kazały zadbać o to, co było świadectwem jej przeszłości. Dlatego też wizyty w olsztyneckim skansenie nigdy mnie nie nużą, nie tylko z podziwem i przyjemnością patrzę na te świadectwa minionych czasów, dzięki nim umacnia się także moje wewnętrzne przekonanie, że naprawdę w naszym życiu liczy się jedynie to, co pomaga nam stworzyć nasza pasja, ta Boża iskra, która każe człowiekowi wychodzić ponad przeciętność. Myślę, że nie jest ważne czy dzięki niej tworzymy monumentalne dzieła czy po prostu przedmioty codziennego użytku, na które kiedyś ktoś spojrzy podziwiając poczucie estetyki rzemieślnika i jego chęć, aby w (zdawać by się mogło) pospolity kształt, zakląć okruszek piękna i harmonii, które przetrwają wieki...Dlatego też kiedy oglądam gliniane garnki, drewniane miski czy malowane skrzynie, widzę nie tylko ongiś banalne przedmioty, służące osobom, które dawno odeszły. W moich oczach są one łącznikiem obecnych czasów z tymi, kiedy to żyli nasi dziadowie i pradziadowie, bezcenne, choć zwyczajne, dające nam świadectwo kultury i obyczaju.

Bardzo bym chciała, aby moja wnuczka miała z olsztyneckiego skansenu wspomnienia równie piękne, jak moje, bo to co widzimy w dzieciństwie, często zasiewa w naszej podświadomości małe ziarenko; z biegiem lat zakorzenia się ono w naszym umyśle i sercu, pomagając tworzyć więzi łączące nas z ziemią, na której wyrośliśmy albo gdzie rośli nasi rodzice... Myślę, że tak będzie, bo po raz pierwszy byłyśmy tam parę lat temu a w tym roku Maja chciała sobie odświeżyć wspomnienia, więc pojechałyśmy tam ponownie. W skansenie można zobaczyć kilka kompleksów wiejskich zabudowań z pięknymi domostwami i budynkami gospodarczymi, stodołami, lamusami i pomieszczeniami przeznaczonymi dla zwierząt żyjących na jego terenie. Jak już pisałam, budynki te pochodzą z wiosek Mazur, Warmii, Powiśla i Małej Litwy. Oprócz nich są tu przydrożne krzyże, kapliczka, remiza strażacka, warsztat garncarza, szewca, wikliniarza, tkaczki a także kuźnia i rybaczówka. W domostwach możemy oglądać dawną szkolną klasę, mieszkanie nauczycielki i pastora, gabinet dentystyczny z początku ubiegłego wieku oraz pracownię wiejskiej krawcowej. W jednym z domów jest ciekawa wystawa poświęcona życiu Oskara Kolberga, który będąc rówieśnikiem (a w dzieciństwie również sąsiadem) Fryderyka Chopina, podobnie jak on ma ogromne zasługi dla kultury i muzyki polskiej.

Co ciekawe, obydwaj mieli obce korzenie - Chopin, jak wiemy, francuskie a Kolberg niemieckie, co jednak nie przeszkodziło im w pokochaniu ziemi, na której wyrośli i wniesieniu ogromnego wkładu do polskiej kultury. Myślę, iż jest to jeszcze jeden dowód na to, co napisałam w moim poście o Ostródzie - że ziemia to nie własność a jedynie dzierżawa, gdzie przyszło nam żyć, bo chociaż przed nami byli tu ludzie mówiący innym językiem, jednak łączy nas to miejsce, choć dzieli czas i wszyscy jesteśmy częścią tej samej historii...
Po tej dygresji chciałabym kontynuować mój opis skansenu; otóż oprócz kościółka, o którym pisałam na wstępie, będącego kopią tego, stojącego w niedalekiej wsi Rychnowo (widocznego podczas przejazdu drogą prowadzącą z Olsztynka do Ostródy) jest tu też karczma z przepięknym wyposażeniem i wozownią, dzwonnica, studnia z żurawiem, olejarnia, młyn wodny, kilka wiatraków i wiele różnych pomniejszych obiektów, jak ule kłodowe a nawet wóz cygański. Choć pochodzą one z różnych regionów, całość sprawia wrażenie, że chodzimy po rzeczywistej wsi, dzięki bardzo umiejętnemu wkomponowaniu w ciekawie ukształtowany teren, oparty o ścianę lasu, z dużą ilością drzew rosnących pomiędzy budynkami. Domostwa są kompletnie wyposażone w meble i przedmioty codziennego użytku, garnki oraz rozmaite domowe i gospodarskie utensylia, możemy tu zobaczyć odzież, hafty, kilimy i chodniki, kaflowe piece, zegary a nawet polifon, czyli zabytkową szafę grającą; nie brakuje też narzędzi, niegdyś używanych w rolnictwie.



Wszystko to sprawia, że dwie, lub trzy godziny, jakich wymaga dokładne obejrzenie muzeum, są z pewnością czasem dobrze wykorzystanym, więc ktoś, kto lubi podobne klimaty i zechce nieco zboczyć z drogi nr 7 wiodącej z Warszawy do Gdańska, z pewnością będzie zadowolony ze swojej decyzji. Sam Olsztynek również prezentuje się bardzo korzystnie, wiele domów zostało wyremontowanych, jest tu bardzo miły, centralny plac z fontanną i ładnym ratuszem a nieopodal znajduje się zamek pokrzyżacki; co prawda przeszedł on liczne transformacje, ale mimo to, dodaje miastu uroku. Obecnie w zamku mieści się zespół szkół (nota bene, to tam przez kilka lat uczyła się moja córka Marta, która w owym czasie również często odwiedzała skansen) a nieopodal pozostałości murów miejskich, i dom, gdzie urodził się Krzysztof Celestyn Mrongowiusz (link) człowiek bardzo zasłużony dla Mazur i Kaszubszczyzny. Tuż obok jest podniesiony z ruin dawny kościół ewangelicki, obecnie mieści się w nim salon BWA, udostępniający różne interesujące wystawy okresowe.

Podczas naszej wycieczki mogłyśmy tam obejrzeć obrazy wykonane technikami fabrycznymi, pochodzące z przełomu XIX i XX wieku, jakie w owych czasach zdobiły wiele mieszczańskich i wiejskich domów. Widziałyśmy bardzo ciekawą kolekcję tzw. oleodruków, zarówno o treści religijnej, jak i świeckiej, które jeszcze w czasach mojego dzieciństwa powszechnie widywało się w domach a i dziś można je napotkać w mieszkaniu niejednej starszej osoby. Kiedy gust się zmienił i nastała moda na rzeczy bardziej nowoczesne, zaczęto je odsądzać od czci i wiary, wkładając do worka z wielkim napisem "kicz" jednak z biegiem czasu ów kicz został oswojony i nabrały one nieco patyny. Dziś, jak widać, stały się po prostu jeszcze jednym świadectwem minionej epoki, czymś co niepostrzeżenie wcisnęło się boczną furtką do historii sztuki użytkowej. Być może, nie są to dzieła wysokiego lotu, lecz mimo to, ze względu na swój staroświecki wdzięk mają swoich admiratorów (do których się zaliczam). Myślę też, że nie trzeba ich traktować ze śmiertelną powagą, ale wziąć w swego rodzaju cudzysłów; wtedy staną się tym, czym są w istocie - przekazem przeszłości, dawnego gustu a po części także naiwnego dążenia naszych przodków do dania sobie namiastki luksusu oraz zaspokojenia potrzeby posiadania czegoś miłego dla oka i niecodziennego, co można mieć na wyciągnięcie ręki. 


Wspominałam już, że kiedyś nieopodal Olsztynka znajdowało się mauzoleum Paula von Hindenburga, będące również pomnikiem zwycięstwa, jakie Niemcy odnieśli podczas Wielkiej Wojny, kiedy to feldmarszałek rozgromił rosyjskie wojska dowodzone przez generała Aleksandra Samsonowa.  Samsonow podobno popełnił samobójstwo w lasach nieopodal Szczytna (choć inne źródła twierdzą, że zmarł na serce), mówi się też, że gdzieś tam w leśnych ostępach, do dziś leży ukryty skarb, jego kasa pułkowa, pełna złotych rubli...Ponieważ Niemcy nigdy nie przetrawili klęski wojsk krzyżackich pod niedalekim Grunwaldem, więc nazwali tę batalię drugą, tym razem zwycięską, bitwą pod Tannenbergiem, od nazwy sąsiadującej z Grunwaldem wioski Stębark (Tannenberg), choć w rzeczywistości owe dwie bitwy odbyły się niekoniecznie w tym samym miejscu. Dla jej upamiętnienia powstał ogromny monument na planie ośmioboku, z również ośmioma potężnymi wieżami, będący teatrem licznych manifestacji a od 1934 roku także miejscem pochówku Hindenburga i jego żony. W 1945 roku ta ogromna budowla została częściowo wysadzona w powietrze przez wycofujący się Wermacht, zaś po wojnie skutkiem różnorakich działań w zasadzie kompletnie zrównano ją z ziemią. Znaczną część granitu i cegieł wykorzystano jako materiał rozbiórkowy, skutkiem czego przetrwała w różnych zupełnie nieoczekiwanych miejscach (informację na ten temat można znaleźć pod linkami zamieszczonymi poniżej). Co ciekawe, mimo iż mieszkałam w niedalekiej Ostródzie i jak wspomniałam, dość często bywałam w Olsztynku, o pomniku dowiedziałam się z książki Melchiora Wańkowicza "Na tropach Smętka" którą przeczytałam już jako dorosła osoba w połowie lat siedemdziesiątych.


Widocznie zadziałał tu ten sam mechanizm, który sprawił, że z ostródzkiego rynku zniknęła Fontanna Trzech Cesarzy a także nagrobki na cmentarzu zwanym Polską Górką, o czym pisałam w moim poście o Ostródzie. Oczywiście, jest to bardzo trudny temat, bo chyba nie ma nic dziwnego w tym, że ludzie straszliwie okaleczeni przez wojnę starali się pozbyć z zasięgu wzroku i z pamięci tego, co uważali za pomnik niemieckiej buty i co w założeniu istotnie nim było. Jednak życie ma swoje prawa; z biegiem czasu prawdziwa historia tej ziemi mimo usilnego zacierania śladów doszła do głosu, do nas współczesnych należy wyciągnięcie z niej wniosków, ale czy naprawdę jesteśmy należycie przygotowani aby to zrobić? Zdawać by się mogło, że obecnie nastała nowa epoka, jednak mam wątpliwości, czy rzeczywiście jesteśmy skłonni do pozbycia się uprzedzeń i nacjonalizmów, choć być może, tym razem skierowanych w inną stronę?


Jedyną pozostałością z tamtych czasów, jaką możemy dziś oglądać, jest brama wiodąca do parku, niegdyś położonego nieopodal monumentu, niewielkie resztki ceglanego muru, nieliczne mogiły żołnierzy pruskich i rosyjskich oraz pomnik w postaci lwa, poświęcony pamięci 147 Pułku Piechoty. Lew po wojnie zaginął, lecz w 1993 roku został odnaleziony na terenie jednych z wielu koszar opuszczonych przez wojska radzieckie a następnie umieszczony przed ratuszem w Olsztynku. Zainteresowanym historią pomnika Tannenberg- Denkmal polecam posta ze zdjęciami na ciekawym blogu o Olsztynie i okolicach link a także artykuł bardzo szczegółowo opisujący jego dzieje.
Jeszcze jednym zabytkiem zasługującym na to aby o nim pamiętać, jest cmentarz w pobliskiej Sudwie, gdzie jak podają źródła, pochowano 55 tysięcy żołnierzy różnych narodowości, będących więźniami stalagu I B -Hohenstein. Obóz jeniecki został usytuowany na terenie znajdującym się pomiędzy wsiami Sudwa i Królikowo, w barakach, jakie wzniesiono na tym terenie dla gości, którzy mieli wziąć udział w uroczystościach rocznicowych na terenie mauzoleum w 1939 roku. Wybuch wojny pokrzyżował te plany a baraki szybko zasiedlono jeńcami wojennymi; szacuje się, że przez obóz przewinęło się aż 650 tys. żołnierzy.


Jeśli ktoś zmierzający krajową "siódemką" w kierunku Gdańska lub Warszawy nie zatrzymując się przejeżdża obwodnicą nieopodal Olsztynka, zapewne nawet nie przypuszcza jak bogata i niecodzienna historia kryje się za tym niewielkim skupiskiem kolorowych domków... 

Oczywiście jak zwykle można obejrzeć albumy>


środa, 5 sierpnia 2015

Bezmiar błękitu.



Tak się złożyło, że w ostatnich dniach czerwca musiałam udać się do Polski, aby pozałatwiać pilne sprawy, wymagajcie mojej obecności. Niestety udało mi się to tylko częściowo, lecz ta wizyta, choć krótka i wypełniona wieloma zajęciami, mimo to dała mi dużo radości. Ze względu na oszczędność czasu, tym razem poleciałam samolotem.


Choć z na trasie Mediolan Warszawa latałam wielokrotnie, jednak jak dotąd nie udało mi się nacieszyć panoramą Alp, widzianą z okna samolotu. Zaledwie raz aura była na tyle łaskawa, że pomiędzy chmurami mogłam dostrzec zielone doliny i skaliste alpejskie szczyty pokryte śniegiem. Tym razem pogoda tez była niezła, więc po wlocie z lotniska Malpensa mogłam popatrzeć z góry na znajoma okolicę.


Było to wspaniałe i niesamowite uczucie kiedy daleko, daleko w dole zobaczyłam zielone kopczyki Prealp, z wystającymi gdzieniegdzie skalnymi turniami i błękitnymi taflami jezior. Byliśmy jeszcze niedaleko od lotniska i samolot dopiero nabierał wysokości, więc mogłam zobaczyć białe kreski górskich ścieżek, po których chodziłam wiele razy a także miejsca, gdzie jeszcze nie byłam, a gdzie chciałabym się znaleźć.


Kiedy przelatywaliśmy nad jeziorem Garda przypomniały mi się moje wpisy o Gabrielu d'Annunzio i o tym jak go oczarowało kiedy po raz pierwszy zobaczył je z aeroplanu. Byłam niepocieszona, ponieważ mój aparat fotograficzny włożyłam do walizki a ta powędrowała do luku bagażowego. Pozostało mi mieć nadzieję, że w drodze powrotnej pogoda również nie zrobi mi zawodu i będę mogła zrobić parę zdjęć.


Jednak jak na złość w dniu, w którym wylatywałam z Warszawy, niebo było pochmurne i padał przykry, mżący deszcz. Mimo to, kiedy samolot przebił się przez zwały cumulusów i osiągnął wysokość przelotową, mogłam się napawać do woli blaskiem słońca, widokiem szafirowych przestworzy i białych chmur, podobnych do bezkresnego morza bitej śmietany. Gdy znaleźliśmy się nad terytorium Austrii, pomiędzy chmurami znów zobaczyłam skalne szczyty Alp. Niebawem samolot wleciał w przestrzeń powietrzną Szwajcarii a nieco późnej Włoch; w prześwitach pomiędzy chmurami mogłam zobaczyć charakterystyczne sylwetki masywu Berniny i gór w okolicy jezior Como i Maggiore. 


Ponieważ zawsze jest jakieś małe "ale" również i tym razem nie było dobrych warunków do fotografowania z racji słońca świecącego ostro wprost w okno przy którym siedziałam, że nie wspomnę o szybie na której zostały brzydkie ślady po deszczu, jaki nas żegnał w Warszawie. Miałam jednak małą satysfakcję, pod koniec lotu niebo nieco się przetarło a kiedy lecieliśmy nad Lombardią udało mi się zrobić zdjęcie Monte Cornizzolo, góry, na którą wybierałam się bezskutecznie od niepamiętnych czasów.


Byłam już kiedyś na jego zachodnim zboczu,  jednak chciałam jeszcze przejść innym szlakiem, zaczynającym się  od strony południowej. Prowadzi on na szczyt góry a następnie poprzez jej grzbiet na sąsiednią Monte Rai, skąd można zejść do miasteczka Canzo leżącego w kotlinie od strony północno - zachodniej. Niebawem zbliżyliśmy się do lotniska Malpensa, gdy samolot zaczął podchodzić do lądowania i wszedł w warstwę chmur, udało mi się sfotografować piękne zjawisko, które nazywam "okiem patrzności", słup światła słonecznego, padający przez wyrwę pomiędzy obłokami i świetlący ziemię niczym reflektor. 


Szczerze mówiąc, gdybym w tym momencie miała  lepszy aparat  i większe umiejętności, być może mogłabym się podzielić widokami, jakie zobaczyłam w trakcie tego lotu w całej ich krasie, jednak pocieszałam się tym, że tak, czy inaczej, nie jest to proste, z racji dużej wysokości i prędkości, z jaką leci samolot pasażerski.


Niestety moje zdjęcia robione z okna samolotu dają jedynie nikłe wyobrażenie o tym co widzi ludzkie oko, kolory są przekłamane a kontury rozmyte. Jak pisałam, wcześniej przejrzystość okienka samolotu pozostawiała dużo do życzenia, było na nim wiele plam i zacieków, które musiałam wyretuszować, żeby osiągnąć efekt  możliwy do przyjęcia.


Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu lotniska Malpensa, w dole mogłam zobaczyć znajomy widok Niziny Padańskiej z zielonymi połaciami łąk i lasów, przeciętymi błękitna wstążką Ticino ze złocistymi łachami piasku na brzegach. Ten widok dał mi znać, że moja podróż dobiegła końca i czas zejść na ziemię, dosłownie i w przenośni...

środa, 17 czerwca 2015

Lód włoski.


Lód włoski (nie mylić z ludem !) to arcydzieło samo w sobie. Pamiętam, że swego czasu w Polsce były bardzo popularne "kręcone" lody włoskie ze specjalnej maszyny, jednak we Włoszech spotkałam się z podobnymi urządzeniami jedynie w barach MacDonalda. W innych punktach lody sprzedaje się w postaci tradycyjnych kulek albo nakładane specjalną łopatką w waflowe miseczki lub rożki. Ostrożniejsze osoby mogą je dostać w jednorazowym kartonowym kubeczku z plastikową łyżeczką, co przy upałach z pewnością jest bezpieczniejsze dla kogoś, kto obawia się poplamić ubranie kapiącym smakołykiem. Oczywiście, można też zjeść lody w sposób bardziej elegancki, przy stoliku w kawiarni, czy lodziarni, podane w pucharku ze stali nierdzewnej lub szkła. Porcje na ogół są bardzo duże, więc mając na uwadze wartość odżywczą lodów, ich trzy gałki z powodzeniem mogą zastąpić obiad, co osobiście nie raz przetestowałam, nie tyle na własnej skórze, co we własnym żołądku, który w zupełności się nimi zadowalał. We Włoszech lody konsumuje się przez cały rok, nawet podczas naprawdę chłodnych dni a z nastaniem wiosny zaczyna się prawdziwe "lodowe szaleństwo".


Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bo są one naprawdę przepyszne (a do tego co roku pojawiają się nowe smaki). Oprócz tradycyjnych, wymyśla się tak zaskakujące jak "pepperoncino" czyli lody czekoladowe z dodatkiem bardzo ostrej papryki albo o smaku gorgonzoli, specjalnie dla miłośników nowych wrażeń i mocno dojrzałych serów. Jakoś nie mogłam się przekonać do tego smaku a kiedy postanowiłam, że jednak ich spróbuję ich w ramach eksperymentu kulinarnego, okazało się, że zniknęły z oferty... Byłabym w prawdziwym kłopocie, gdybym miała wymienić moje ulubione, bo jak już wspominałam we wpisie o ciasteczkach z Camogli, jestem typowym okazem łakomczucha "wzrokowca" więc kiedy wchodziłam do lodziarni, na widok wszystkich prezentowanych tam wspaniałości zawsze miałam ogromny problem z dokonaniem właściwego wyboru.

Jeśli chodzi o produkty kulinarne - we Włoszech stawia się przede wszystkim na świeżość i apetyczną naturalność produktu, więc również w przypadku lodów raczej nie zobaczy się żadnych kolorowych posypek z drobnych cukierków albo innych cukierniczych ozdób. Stosownie do smaku dodawane są orzechy, pistacje, kawałki owoców, ciasteczek amaretti lub herbatników, czekolada oraz inne specjały. Wiele lodziarni serwuje lody własnego wyrobu, ewentualnie wyprodukowane w różnych wytwórniach rzemieślniczych, często mających wieloletnią tradycję. W Mediolanie jest dużo miejsc, gdzie podaje się świetne lody, jednak wiele osób twierdzi, że najlepsze są te sprzedawane w Galerii Wiktora Emanuela na tyłach Duomo, w związku z tym, mimo licznej i sprawnej obsługi, zawsze jest tam sporo klientów czekających w  kolejce. Na zdjęciu powyżej -  kolejka po lody w jednej z renomowanych kawiarni a poniżej dwie fotki z lodziarni na tyłach Duomo ( tej, gdzie podobno są najlepsze lody w mieście). Jak widać, sfotografowane przeze mnie dziewczyny też mają problem z wyborem...


Na zakończenie, chciałabym zaprezentować dwa zdjęcia uroczych dzieci jedzących lody. Mimo niewątpliwych braków technicznych, są to jedne z moich ulubionych. Pierwsze z nich zrobiłam kilka lat temu, w galerii Wiktora Emanuela; zachwyciły mnie te dwie zjawiskowe dziewuszki, stojące w blasku słońca, wyglądające niczym elfy z  delikatnymi buziami i włosami blond. Patrząc jak zajadają swoje lody, miałam wrażenie, że to po prostu kwintesencja lata - nic ująć, nic dodać! Zależało mi na uchwyceniu tego magicznego momentu, więc nie przykładałam się do ustawiania parametrów, co siłą rzeczy odbiło się na jakości zdjęcia.


Natomiast to drugie, które również bardzo lubię, zrobiłam w Mantui, gdzie przez pewien czas mieszkałam. W nim najbardziej podobają mi się długie cienie i ostre, jesienne światło, prześwietlające włosy malucha. Śliczne, kilkuletnie dziecko ( szczerze mówiąc, początkowo myślałam, że to dziewczynka, ale równie dobrze mógł to być chłopiec) z burzą brązowych loków i wielką serwetką pod brodą, siedziało na ławce przed barem, z wielką powagą zajadając swoje lody, podczas kiedy jego mama była zajęta karmieniem młodszego dziecka leżącego w wózku. 


A z "podwórka" na którym wówczas mieszkałam - również w Limbiate w centrum handlowym Carrefour, jak rok długi mogłam zjeść wspaniale lody. Aby nie wodzić się na pokuszenie i uniknąć napadu łakomstwa skutkującego dodatkowymi centymetrami w biodrach, przechodząc obok starałam się patrzeć na drugą stronę galerii, gdzie był sklep z pięknymi firankami i ozdobnymi poduszkami. Oczywiście to nie znaczy, że się umartwiałam i odmawiam sobie wszystkiego. Lody jadłam dość często, zwłaszcza, gdy byłam poza domem przez cały dzień, biegałam po mieście albo szłam w góry. Zauważyłam bowiem, że dają mi dużo energii, nie obciążając przy tym żołądka jak inny, bardziej treściwy posiłek. Chodząc przez kilka godzin mogłam też od ręki spalić kalorie, więc nie musiałam sobie robić wyrzutów, godząc przyjemne z pożytecznym...  
 
Tytuł tego posta w pewnym sensie podkradłam mojej córce Marcie, która podczas swojego ostatniego pobytu w Mediolanie zrobiła pamiątkowe zdjęcie swoich  lodów i podpisała je właśnie w ten sposób. 

Rozśmieszyła nas ta gra słów, więc postanowiłam ją wykorzystać.


< Obok zamieszczam zdjęcie zrobione przez Martę, które przedstawia ogromne, pyszne lody w różku waflowym (częściowo już skonsumowane) o smaku wiśniowo - waniliowym. A dla porządku - to jest podwójna porcja odpowiadająca naszym dwóm gałkom, jak widać różnica  objętości jest ogromna.


piątek, 17 kwietnia 2015

Mediolan, znaki szczególne. Część III - Castello Sforzesco.



W poprzednich postach pisałam o mediolańskiej katedrze i Dworcu Centralnym, dwóch miejscach na mapie Mediolanu, które były dla mnie swoistymi punktami odniesienia. Jak wspominałam, moje uczucia z nimi związane były raczej mieszane - zarówno ze względu na ich walory architektoniczne, jak i skojarzenia, które we mnie wywoływały. Natomiast z Castello Sforzesco nigdy nie miałam podobnych problemów; od pierwszej chwili polubiłam to miejsce bez zastrzeżeń i ta sympatia trwała niezmiennie, aż do czasu, kiedy definitywnie pożegnałam lombardzką ziemię. Dobrze pamiętam dzień, gdy po raz pierwszy pojechałam do Mediolanu, aby bliżej zapoznać się z tym miastem. Miałam wtedy do dyspozycji mapkę, na której były zaznaczone ważniejsze zabytki. Wynikało z niej, że zamek Sforzów znajduje się niedaleko końcowej stacji kolei TreNord, zwanej Stazione Cadorna, gdzie zatrzymują się podmiejskie pociągi. Patrząc na ową mapkę nie spodziewałam się, że odległość od dworca jest aż tak niewielka; byłam bardzo zaskoczona, kiedy skręciłam w najbliższą ulicę i praktycznie tuż przed sobą zobaczyłam sylwetkę zamku. Z bliska robi naprawdę kolosalne wrażenie swoimi wysokimi murami i potężnymi wieżami a nad całością góruje wieża bramna, zwana zegarową albo del Filarete, od przydomka architekta, który ją stworzył (właściwie stworzył jej pierwowzór, który uległ destrukcji a wersja obecna jest zrekonstruowana). Wieża przyciąga wzrok nie tylko z racji wysokości, ale także ze względu na swoją bardzo ciekawą i wysmakowaną architekturę.


Spacerując w okolicy Duomo mogłam ją oglądać w perspektywie via Dante, którą zwykle zmierzałam do centrum, kiedy przyjeżdżałam do Mediolanu. Uwielbiałam ten widok, jej majestatyczna bryła ze swoimi czterema kondygnacjami zdawała się niemal unosić w powietrzu;  to wrażenie było szczególnie wyraźne, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi a powietrze nabierało różowo- liliowej barwy. Wieża Filareta, mimo swojego ogromu nawet  widziana z bliska, zachwyca lekkością i strzelistością, tym bardziej, że w narożnikach zamku posadowiły się jej dwie siostrzyce swego czasu służące za więzienie, ciężkie i przysadziste, zbudowane na planie okręgu. Mediolański zamek wzniesiono z cegły i zalicza się on do największych w Europie. Budowę rozpoczęto za czasów Viscontich w połowie XIV wieku, natomiast zakończenie prac przypada dopiero na koniec XV, czyli czas, kiedy w Lombardii panowali książęta z rodu Sforzów. Zresztą na przestrzeni wieków zmieniał on swój wygląd w sposób zasadniczy, zgodnie z zasadami sztuki inżynierskiej i militarnej, jaka panowała w danej epoce. Castello Sforzesco w czasach swojej świetności było nie tylko strukturą obronną ale również siedzibą władcy i jego  dworu, co miało oczywisty wpływ na jego konstrukcję i wygląd.

O funkcji obronnej świadczy Rochetta, gdzie w razie niebezpieczeństwa mógł się schronić panujący ze swymi najbliższymi, będąca najbardziej umocnioną częścią zamku, posiadającą własny wewnętrzny dziedziniec oraz masywna wieża obronna zwana też wieżą Bony (swe powstanie zawdzięcza Bonie di Savoia, babce ze strony ojca naszej królowej Bony). Oprócz Rochetty i ogromnego dziedzińca o przeznaczeniu militarnym, na terenie zamku można zobaczyć tzw. Corte Ducale, część reprezentacyjną, gdzie w komnatach przyległych do znacznie mniejszego dziedzińca rezydował książę, wraz ze swoim dworem. Za czasów Ludovica zwanego il Moro, do tego dworu zaliczał się również Leonardo da Vinci, który pracował dla księcia przede wszystkim jako inżynier, w wolnych chwilach parający się również malarstwem. Do dziś możemy oglądać jedną z sal pokrytą freskami o motywach roślinnych które wyszły spod pędzla Leonarda. Wtedy też powstała słynna "Dama z łasiczką"(pisałam o niej  TUTAJ) zaś w jednym z zamkowych muzeów można zobaczyć księgę ze szkicami i rysunkami, odręcznie pisaną przez tego artystę, zwaną Codice Trivulziano. Jak wspominałam, zamek przechodził burzliwe koleje losu, początkowo modernizowany i rozbudowywany, z biegiem czasu stracił na znaczeniu a w XVIII wieku podupadł do tego stopnia, że za czasów Napoleona noszono się z myślą o jego zburzeniu i wzniesieniu na tym terenie innej budowli w stylu epoki. Jednak do realizacji tego pomysłu nigdy nie doszło, choć podobne zakusy miały miejsce ponownie pod koniec wieku XIX, gdy w okolicy zamku powstało prestiżowe Foro Bonaparte z ogromnymi kamienicami zwanymi palazzi a działki budowlane w tej okolicy znacznie zyskały na wartości.


Wtedy w obronie historycznego i kulturalnego dziedzictwa miasta stanął Luca Beltrami, wspaniały człowiek, architekt i historyk sztuki, do tego będący osobą wpływową z racji piastowania funkcji parlamentarzysty i senatora. Dzięki niemu nie tylko zarzucono pomysł zrównania zamku z ziemią, ale także podjęto niemały trud jego odbudowy i restauracji, gdyż upływ czasu odcisnął na swe piętno. Między innymi, w  XVI wieku skutkiem wybuchu uległa zniszczeniu wieża Filareta, którą dzięki Beltramiemu odbudowano w poprzedniej postaci na podstawie rysunków i innej dokumentacji o potwierdzonej autentyczności. Luca Beltrami był wyznawcą zasady, że prace restauracyjne powinno się prowadzić zgodnie z duchem epoki w jakiej powstawała budowla, bez romantycznych "wariacji na temat". Dzięki niemu zamek odzyskał dawną świetność, nie stając się przy tym jeszcze jednym koszmarnym zlepkiem stylów a elementy dodane, jak płaskorzeźba przedstawiająca króla Umberta I, sensownie wpisują się w całość. Drugi etap prac restauracyjnych podjęto już w trakcie mojego pobytu we Włoszech, w latach 2000, więc bywając tam oswoiłam się z widokiem rusztowań i pracujących na nich ludzi. Jednak efekt końcowy chyba jest wart tych niedogodności, gdyż odrestaurowana część zamku przedstawia się naprawdę wspaniale (choć nieco patyny, jakiej nabędzie z biegiem czasu z pewnością nieźle mu zrobi) a odnowiony dziedziniec główny ze swoimi sgraffiti i freskami nieco przypomina przepiękny plac w Vigevano. Ja osobiście bardzo lubię jego lewą stronę, gdzie można zobaczyć niewielkie lapidarium a w nim zniszczone elementy dawnego wystroju, które mimo swojego okaleczenia nadal cieszą oko miłośnika sztuki kamieniarskiej.


Jest to także ulubione miejsce zamkowych kotów a ponieważ w podziemiach, fosach i licznych niedostępnych zakamarkach mieszka ich bardzo liczna kolonia, widok tych zwierząt różnej maści i wzrostu wygrzewających się w promieniach słońca, jest tu na porządku dziennym. Nieopodal lapidarium znajduje się jedna z zamkowych bram, zwana Porta dei Carmini, prowadząca na ulicę poprzez most ponad głęboką, suchą fosą. Po jej lewej stronie znajduje się ciekawa budowla, niczym macka wysunięta z zasadniczej bryły budynku, posadowiona na dwuarkadowym moście. To Ponticella di Ludovico il Moro, struktura, jaka niegdyś łączyła apartamenty książęce z nieistniejącymi obecnie murami zewnętrznymi. Jest to niski pawilon z portykiem wspartym na smukłych kolumnach, jego powstanie przypisuje się Bramantemu, który istotnie przez pewien czas pracował na książęcym dworze. Dokumenty z epoki Ludovica mówią też o tym, że komnaty tego pawilonu książę wybrał na swe odosobnienie w okresie żałoby po śmierci żony, zmarłej w młodym wieku Beatrice d'Este .


Budowla ze względu na swoją architekturę wygląda bardzo wdzięcznie, jednak jak widać pilnie potrzebuje restauracji, która mogłaby jej przywrócić dawny blask. Wspominałam już o murach zewnętrznych, niegdyś otaczających cały zamek; dziś ich resztki możemy zobaczyć po lewej stronie dziedzińca, przy bocznej bramie zwanej Porta di Santo Spirito lub spacerując po terenie przyległego Parco Sempione. Na terenie zamku mieści się muzeum o bogatych zbiorach, posiadające wiele sekcji: pinakotekę, zbiory instrumentów muzycznych, sztuki użytkowej, przedmiotów pochodzących ze starożytnego Egiptu oraz wartościową bibliotekę. Jednak najcenniejszym zabytkiem, jakim się ono może poszczycić jest bez wątpienia Pieta Rondanini, ostatnie dzieło Michała Anioła, nad którym artysta pracował tuż przed śmiercią. W muzeum byłam kilkakrotnie, za pierwszym razem widziałam Pietę jeszcze przed restauracją, której została poddana w 2004 roku. Była wtedy w stanie naprawdę opłakanym, pokryta warstwą dziwnych substancji i patyną czasu, co sprawiło, że biały marmur przyjął szarawo- żółto-brązowy kolor. Był to dla mnie spory szok, gdyż nie spodziewałam się, że dzieło tej rangi może być wystawiane na widok publiczny w stanie urągającym jego znaczeniu dla ogólnoludzkiej kultury, tym bardziej, że zostało nabyte do zamkowych zbiorów dość dawno, bo w 1952 roku, czyli przed całym półwieczem...Muszę tu powiedzieć, że to nieprzyjemne uczucie żalu i rozgoryczenia zdominowało moje pierwsze spotkanie z tą rzeźbą. Później zniknęła ona na jakiś czas, aby powrócić i zaprezentować całe swoje piękno, tak wymowne, mino iż widzimy tylko zarys dzieła, jakie rzeźbiarz miał zamiar przedstawić. W głębi serca czuję, że właśnie to stanowi o jego szczególnym znaczeniu dla naszej wrażliwości, ponieważ każdemu z nas daje możliwość wpisania własnej wizji w marmur Piety, gdzie piękne męskie ciało z twarzą zaledwie naszkicowaną, jest złączone w uścisku z ledwie zaznaczonym ciałem matki, z którego zdaje się wyłaniać. Jest w tym matczynym objęciu jakaś nieziemska lekkość, nie widać żadnego wysiłku ani napięcia, jakby ciało martwego syna nic nie ważyło w ramionach jego rodzicielki, jakby była ona nie jego podporą, lecz pomostem do zmartwychwstania... Większa część rzeźby to zaledwie zapowiedź skończonej formy, kamień, na którym dłuto rzeźbiarza zostawiło swe ślady, lecz mimo to, widzimy w tym nieśmiertelną ideę, jaka jest zawarta w tej formie. Być może, podpowiada nam ją nasza indywidualna wyobraźnia a piękno, jakie przed nami odkrywa, to boski pierwiastek uwięziony w naszym sercu i umyśle, zaś kamienna bryła, gdy przed nią stajemy jest jedynie katalizatorem prowadzącym do wybuchu emocji, które gdyby nie ona, pozostałyby w uśpieniu? Podobne doznania miałam zwiedzając Sacro Monte w Varallo, LINK również tam dotarła do mnie jakaś część ponadczasowej prawdy o ludzkiej i boskiej naturze... 
W oplutym i umęczonym Chrystusie zobaczyłam wtedy nie tylko ideę boskości, jaką przedstawia kościół, lecz także personifikację wszystkich sponiewieranych, zamęczonych i zabitych ludzi; chciałabym też mieć nadzieję, że nie zapomnę tego, co wtedy przeżyłam a pamięć tamtych emocji pozwoli mi być lepszym człowiekiem.

Każdemu, kto jest zainteresowany historią, kulturą i sztuką, polecałabym wizytę w mediolańskim Castello, jednak oprócz roli poznawczej, ma ono też swoją funkcję czysto rekreacyjną, bywa popularnym miejscem spacerów i jest tym chętniej odwiedzane, że na jego tyłach znajduje się piękny, śródmiejski park zwany Parco Sempione. Po stronie przeciwnej do Castello zamyka go Łuk Pokoju, wzorowany na antycznych łukach triumfalnych, postawiony na życzenie Napoleona Bonaparte. Park ma charakter ogrodu angielskiego, jest ogrodzony i zamykany na noc a w jego obrębie znajduje się wiele pomniejszych obiektów, służących do rozrywki i rekreacji. Jednym z nich jest Torre Branca, wieża widokowa, z której możemy oglądać Mediolan z lotu ptaka (na górę wjeżdża się windą). Nieopodal po lewej stronie do parku przylega budynek Triennale di Milano, miejsce w którym można obejrzeć wystawy sztuki współczesnej, przedstawienia teatralne a także uczestniczyć w ciekawych przedsięwzięciach kulturalno-społecznych. Natomiast po prawej stronie parkowych terenów znajduje się budynek Akwarium, gdzie można zobaczyć ciekawe egzemplarze wodnej fauny i flory.


Okolice zamku i park, nieodmiennie kojarzą mi się z pierwszomajowym świętem, W Mediolanie ma ono nadzwyczaj interesujący charakter a jego naprawdę huczny i spektakularny przebieg był dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ do jednego ze starszych postów, gdzie piszę o różnych interesujących aspektach pierwszomajowego święta, które jak już  wspominałam w Mediolanie obchodzi się gremialnie a oprócz czysto festynowych elementów ma ono też głęboki wydźwięk społeczny. Pochody zwykle rozwiązuje się właśnie na placu przed zamkiem a wieczorem na terenie parku rozpoczyna się masowy piknik z koncertami i licznymi atrakcjami. Kilkakrotnie miałam okazję obserwować te manifestacje i muszę przyznać, że było to dla mnie niezapomniane doznanie oraz pole do ciekawych obserwacji zachowań włoskiego społeczeństwa i nastrojów, jakie nim rządzą.

Więcej zdjęć z Castello można zobaczyć w albumie>


piątek, 3 kwietnia 2015

Natale con i suoi, Pasqua - con chi vuoi!



Tytuł tego wpisu to dźwięczne włoskie przysłowie, które przetłumaczone na język polski mogłoby brzmieć "Boże Narodzenie spędzaj z rodziną a Wielkanoc z kim chcesz!" Słyszałam je wielokrotnie, bo Włosi, przynajmniej ci mieszkający na północy, powtarzają je często i chętnie. Tak też jest przyjęte -  Boże Narodzenie spędza się w domu, natomiast podczas świąt Wielkiej Nocy wiele osób wyjeżdża z przyjaciółmi na pierwsze, wiosenne wycieczki, choć niejednokrotnie robi się takie wypady tylko w gronie rodziny. Wiosna, która w Lombardii zaczyna się przynajmniej miesiąc wcześniej niż w Polsce, pod koniec marca zaczyna rozpieszczać ludzi promieniami słońca, kwitnącymi magnoliami i glicyniami oraz pierwszą delikatną zielenią. Wielkanoc jest świetna porą, żeby w pojedynkę lub z przyjaciółmi, ruszyć w plener. Na górskich drogach pojawiają się cykliści i "centaury" czyli motocykliści na swoich ryczących maszynach a piechurzy, stęsknieni za widokiem szerokiej przestrzeni, wyciągają swe kijki i buty trekkingowe, by znów wyruszyć na szlak.




Jeśli Święta wypadają na początku kwietnia, oczywiście jest jeszcze cieplej i bardziej zielono a wtedy naprawdę trudno się oprzeć chęci wyjścia z domu na łono natury. Osoby wierzące i praktykujące uczestniczą w  wielkanocnych uroczystościach kościelnych, jednak mam wrażenie, że wraz ze zmianą pokoleń przykłada się do tego coraz mniejszą wagę, przynajmniej na północy kraju. Niezależnie od tego w Niedzielę Palmową obowiązkowo należy przynieść do domu poświęcone gałązki oliwne, które tu spełniają rolę naszych kolorowych, bogato przystrojonych palm. W tym dniu we wszystkich kościołach leżą całe stosy świeżo ściętych gałęzi, są też stoiska, gdzie można kupić malutkie gałązki związane czerwoną wstążeczką, zapakowane w celofanowy woreczek. Te gałązki nie tylko przynosi się do domu lecz również ofiarowuje przyjaciołom, krewnym i znajomym, jako symboliczny dar pokoju i dobrych życzeń. Nie wiem jak to będzie wyglądało w tym roku, ponieważ słyszałam, że na południu Włoch jakaś straszliwa zaraza pustoszy gaje oliwne, więc podobno jest zakaz transportu takich gałązek, co ma zapobiec szerzeniu się choroby.




Podczas mojej pracy w Domu Opieki w Saronno, niejednokrotnie z okazji Świąt otrzymywałam od pacjentów lub członków ich rodzin malutkie paczuszki z taką gałązką i jakimś drobiazgiem, często własnoręcznie wykonanym. W ten to sposób weszłam w posiadanie kilku koronkowych serwetek robionych na szydełku lub klockach, które są dla mnie jednymi z najmilszych pamiątek. W przeciwieństwie do Polaków, dla których znaczna część wielkanocnej tradycji to uciechy stołu, Włosi mają w tym względzie obyczaje nieco skromniejsze. Jednak w każdym domu musi znaleźć się tradycyjne ciasto zwane "la colomba" czyli "gołębica". Jest to rodzaj lukrowanej, drożdżowej babki z migdałami, upieczonej w formie, która (jeżeli ktoś się bardzo uprze) może istotnie nieco przypominać sylwetkę gołębia w locie, choć mnie się ono kojarzy raczej ze zdeformowanym, równoramiennym krzyżem. Z tym ciastem wiąże się legenda mówiąca o mojej ulubionej królowej Teodolindzie, władczyni Longobardów. 


Podobno w VII wieku na dwór królewski w Pawii przybyli irlandzcy mnisi pod przewodnictwem św. Colombana. 
Ponieważ był to okres Wielkiego Postu, zakonnicy zgorszyli się widokiem królewskiego stołu, uginającego się od wszelkiego mięsiwa. Pobożni  Irlandczycy nie chcieli go jeść, więc Colomban pobłogosławił potrawy a wtedy ku powszechnemu zaskoczeniu pieczone mięso zamieniło się w biały chleb. Tę legendę wykorzystała firma Motta i w 1900 roku zaczęła wypiekać wielkanocne babki w kształcie gołąbka, nawiązując w ten sposób nie tylko do imienia świętego, lecz również do tradycji, która każe go przedstawiać z białą gołębicą siedzącą na ramieniu. Dziś tymi wypiekami trudni się wiele dużych firm i małych, prywatnych piekarni, gdyż na żadnym włoskim stole nie może zabraknąć "gołębicy". Inną słodką tradycją są czekoladowe jajka z niespodzianką. Są to nie tylko małe jajeczka, ale również ogromne, bogato przystrojone nieraz nawet półmetrowe jaja. W ich wnętrzu można znaleźć różne cudeńka: zabawki, słodycze a nawet apaszkę lub krawat, gdyż w sklepach są jajka przeznaczone dla panów, dla pań, dla dzieci a także dla całej rodziny. Idąc z wielkanocną wizytą obowiązkowo należy coś ofiarować gospodarzom, więc po świętach we wszystkich domach piętrzą się pudełka z "gołąbkami" i czekoladowe jaja. Małym dzieciom wmawia się, że prezenty przynosi wielkanocny zajączek a w sklepach podobnie jak w Polsce, pełno jest świątecznych dekoracji z wizerunkami zająca, baranka, kury na jajkach a także kolorowych, sztucznych jajek, choć nie ma tu tradycji własnoręcznego zdobienia pisanek, jak to się robi w naszych domach.

W związku ze Świętami jest tu jeden obyczaj, który wiele osób uważa za barbarzyński, czyli zabijanie malutkich baranków (rzadziej koźląt) na wielkanocną pieczeń. Z tym zwyczajem walczą różne stowarzyszenia na rzecz zwierząt, również telewizja piętnuje tę świąteczną hekatombę. Mam wrażenie, że powoli przynosi to pozytywne rezultaty i być może kiedyś ta powszechna rzeź baranków odejdzie w zapomnienie. W tym kontekście najsympatyczniejszym i chyba najzdrowszym zwyczajem są wspólne wycieczki. Jak już wspomniałam na wstępie, wiele osób idzie w góry, organizuje się też rajdy rowerowe i motocyklowe. Wygodniccy wsiadają do samochodu, aby jechać do niejednokrotnie dość odległych, malowniczych miejscowości, gdzie można miło spędzić dzień i zjeść posiłek w restauracji lub wiejskiej oberży. Pod koniec marca na lombardzkich jeziorach zwiększa się ilość kursujących statków, które w okresie wielkanocnym cieszą się dużym powodzeniem. Biura podróży również nie próżnują i oferują interesujące pakiety, zarówno dla miłośników aktywnego uprawiania sportu jak i amatorów historii. Dla tych ostatnich organizuje się kilkudniowe wypady do Rzymu, Florencji, czy Wenecji a także innych, pięknych miast, pełnych skarbów sztuki. Nie brakuje też propozycji dla pospolitych leniuchów, którzy po prostu chcą jedynie odpocząć i zmienić powietrze. Jeśli chodzi o mnie, święta najczęściej spędzałam w pracy, choć zdarzyło mi się parokrotnie, że miałam wtedy jeden dzień wolny i również mogłam udać się w plener. W te wczesnowiosenne dni szczególnie lubiłam wypady do Valle d'Intelvi. Jest to piękna dolina pomiędzy górami rozdzielającymi jeziora Como i Lugano, leżąca na dość znacznej wysokości, gdzie można podziwiać zieleniejące szczyty i zbocza porośnięte kwitnącymi tarninami a przy okazji zajrzeć do niewielkich, malowniczych wiosek. Bardzo lubiłam te dni, kiedy w powietrzu, jeszcze ostrym po zimie i wilgotnym od niedawno stopniałego śniegu, wiatr przynosił mi delikatny zapach świeżo rozkwitłych drzew i krzewów. Co prawda, jak już wspomniałam wczesna wiosna w Lombardii czasem bywa dość mokra, więc pejzaż spowija  foschia, która w górach tworzy perłowo - błękitny opar (co widać na zdjęciach załączonych do tego posta) jednak ma to tę zaletę, że młoda zieleń wygląda nadzwyczaj świeżo a zapach ziemi, rozkwitających tarnin, głogów i pierwszych kwiatów jest wprost nie do opisania. Wilgoć zaciera kontury gór a jeziora daleko w dole są ledwie widoczne, czasem przez te zasłony nieśmiało przebija odrobina słońca, co sprawia, że wszystko lśni tęczowo a na zboczach wzniesień z cienia wychylają się kościelne wieże i zabudowania w okolicznych wioskach. Kochałam ten czas, jego zapachy i kolory, możliwość odetchnięcia po zimie pełną piersią, zmęczenie po przebytych kilometrach i poczucie wolności...




Wędrując po górach często spotykałam stada owiec, wśród których były matki z małymi. Zawsze miałam do nich wielki sentyment z uwagi na moją córkę Martę (urodziła się w znaku Barana i choć nie brakuje jej charakterystycznego uporu, nie brak jej też ciepła i słodyczy małego jagniątka) toteż nie ominęłam żadnej z okazji aby im zrobić mniej lub bardziej udane zdjęcie. Muszę przyznać, że są to zwierzęta spokojne, ładnie pozują i raczej nie uciekają sprzed obiektywu. Moją drugą pasją było fotografowanie Baranka Eucharystycznego, którego interesujące wizerunki napotykałam w lombardzkich kościołach. 
 



A tak na marginesie dodam jeszcze, że jednym z najczęstszych pytań, jakie mi zadawano podczas mojej emigracji było to, czy Polacy są prawosławni, czy faktycznie używamy tego samego kalendarza co Włosi i kiedy obchodzimy ważniejsze kościelne święta...

Na zakończenie chciałabym życzyć Wszystkim Zaprzyjaźnionym Blogerom i Czytelnikom zdrowych i wesołych  Świąt. Niech ta wiosna będzie dla Was łaskawa, doda sił i energii a także niech przyniesie Wam najpiękniejsze marzenia, które się spełnią wszystkie, bez żadnego wyjątku!


Więcej zdjęć baranków oraz z moich wycieczek do Valle d'Intelvi można zobaczyć w folderach>