wtorek, 28 stycznia 2014

Lombardia. Valsolda, świat miniony, świat odnaleziony...



Mam nadzieję, że tych osób, które przeczytały poprzedni post Wokół jeziora Lugano — Piccolo mondo antico nie zniechęciło moje długie milczenie i znów zechcą powędrować wraz ze mną, aby odkryć czarodziejskie zakątki Valsoldy. Jak już pisałam poprzednio, nad jezioro Lugano trafiłam przez czysty przypadek i zadziwiający splot okoliczności, ale zanim tam dotarłam, upłynęło wiele lat mojej emigracji. W tym czasie niekiedy wspominałam film obejrzany tuż po przyjeździe do Włoch, a wtedy znów miałam przed oczami pełne cienia zaułki górskich wiosek i wąskie uliczki schodzące tuż na skraj wody.


Pewnego dnia trafiła w moje ręce ulotka, promująca jednodniową wycieczkę po jeziorach Como i Lugano, jaką można zrealizować, korzystając z dogodnych połączeń statkiem, pociągiem i autobusem. Propozycja wydała mi się atrakcyjna, tym bardziej że na bilety przysługiwała zniżka, więc postanowiłam, że kiedyś muszę się tam wybrać. 

Z tego projektu zwierzyłam się mojej przyjaciółce Patrycji, a nasza rozmowa niespodziewanie zeszła na temat filmu, który kiedyś zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Patrycja wspomniała, że podobno sceny plenerowe do niego kręcono właśnie w okolicy miejscowości Porlezza, co wystarczyło, aby ożywić moją wyobraźnię i wzbudzić we mnie przemożną chęć zobaczenia tych stron.


Co prawda, już wcześniej miałam okazję popatrzeć na Valsoldę z drugiego brzegu jeziora, kiedy wędrowałam po zielonych stokach Valle d'Intelvi, jednak tym razem chodziło o coś więcej, osobiste pójście śladami bohaterów filmu, więc mimo znacznej odległości, nie mogłam sobie odmówić takiej frajdy! 

Samo dotarcie do Porlezzy okazało się bardzo czasochłonne, ponieważ jak zwykle musiałam odbyć godzinną podróż do Como, by wsiąść do autobusu jadącego do Menaggio, gdzie nastąpił krótki postój. Następnie autobus ruszył w dalszą drogę w stronę Lugano; mniej więcej w połowie drogi dojechaliśmy do północnego krańca jeziora, gdzie leży Porlezza. W sumie cała ta podróż zajęła mi niemal dwie godziny. Miasteczko okazało się małym rozczarowaniem i nie oszołomiło mnie swoją urodą. Składa się ono przede wszystkim z dużej ilości współczesnych domków, nieodznaczających się niczym szczególnym oraz kilku klockowatych hoteli nieopodal przystani. Do tego pogoda była w kratkę, a przez chwilę nawet zanosiło się na deszcz. Choć promienie słońca uparcie próbowały przebić się spoza ciężkich chmur, niebo nadal było szaro-bure a jezioro rozhuśtane zimnym wiatrem, miało kolor ołowiu.


Szczerze mówiąc, chyba zbyt wiele oczekiwałam, sądziłam, że zobaczę romantyczne zakątki, podobne do tych, jakie stanowiły scenerię filmu, tymczasem malutkie centrum historyczne w niczym ich nie przypominało... Błąkałam się po bulwarze, gapiąc na jezioro leżące pomiędzy górami z charakterystycznymi szczytami Monte Sighignola i San Salvatore, które zamykały ten ponury pejzaż. 

W tej sytuacji pozostawało mi jedynie zasięgnięcie języka u miejscowej ludności, choć tu miałam pewne opory. Wydawało mi się, że kiedy zapytam, gdzie kręcono film, mogę być poczytana za nawiedzoną dziwaczkę, szukającą taniej sensacji. Mimo to, postanowiłam, że chwycę byka za rogi. Weszłam do baru (w małych miejscowościach często bywa on również ochotniczą agendą informacji turystycznej) gdzie dla niepoznaki zamówiłam kawę i lody. Obsłużyła mnie sympatyczna, rozmowna dziewczyna, z którą szybko nawiązałam kontakt, więc po chwili odważnie wypaliłam, że szukam śladów "Piccolo mondo antico".


Tu spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo zamiast popukać się w głowę, barmanka zasypała mnie gradem informacji, a z nich wynikało, iż istotnie film (a nawet dwa filmy, bo była też wersja wcześniejsza od tej, którą oglądałam) kręcono w wioskach leżących nieopodal. Co więcej, tam toczy się również akcja książki, więc reżyser poszedł za ciosem i starał się wiernie odtworzyć jej klimat, korzystając z tej naturalnej scenografii.

Dowiedziałam się też, że powinnam wsiąść w następny autobus do Lugano i pojechać w stronę włosko-szwajcarskiej granicy, do wioski  Oria. Tam bez problemu mogę rozpocząć wędrówkę śladami bohaterów powieści Fogazzaro, gdyż znajdę specjalne, żółte tablice informacyjne. Nie bardzo wiedziałam, o co chodzi z tymi tablicami, ale uznałam, że nie będę się dopytywać. Doszłam do wniosku, że zapewne sama odkryję wszystko na miejscu, więc bez zwłoki udałam się na przystanek.


Wraz ze mną na autobus czekały dwie włoskie turystki, które mi powiedziały, że również jadą do Orii, aby zobaczyć willę Fogazzaro. Zaskoczyła mnie ta wiadomość, bo nie miałam pojęcia, iż autor książki mieszkał w tych stronach, ani o tym, jak ścisły związek miało to z jego twórczością. Chociaż jeszcze o tym nie wiedziałam, był to moment przełomowy w moim spotkaniu z Valsoldą i jej historią, pisarzem oraz jego twórczością.

Od tej chwili zaczęłam ich powolne odkrywanie i poddałam się oczarowaniu, które przerodziło się w trwałą miłość do tego niezwykłego zakątka. Ta fascynacja zaprowadziła mnie jeszcze dalej, zaowocowała przeczytanymi książkami, poszukiwaniami w internecie, a także wieloma refleksjami...

Tymczasem nadjechał zatłoczony autobus, do którego oprócz mnie wsiadło jeszcze sporo osób jadących w tę samą stronę. Na szczęście jazda trwała dość krótko i po kilkunastu minutach jazdy wysiadłam w Orii. Kiedy rozejrzałam się wokoło, zachwyciła mnie uroda pejzażu, jaki miałam przed oczami. 


Droga wiodąca do Lugano nie biegnie samym brzegiem jeziora, lecz nieco wyżej, więc lustro wody leżało w pewnej odległości. Dzieliły mnie od niego czerwone dachy małych domków, ukrytych w bujnej zieleni drzew a pomiędzy nimi wystrzelała szara, kościelna wieża. Po drugiej stronie jeziora widziałam masywną sylwetkę Monte Bisgnago i strome stoki Valle d'Intelvi, porośnięte gęstym lasem, wyglądającym niczym ciemnozielony aksamit. 

Pogoda poprawiła się zdecydowanie, co prawda powietrze nadal było ciężkie i wilgotne, ale słońce wyjrzało pomiędzy chmurami a te szybko zniknęły pozostawiając po sobie delikatny woal foschii. Miałam okazję podziwiać wspaniały spektakl natury, kiedy góry i jezioro powoli wyłaniają się z ciemnych zasłon w całej krasie swoich kolorów, a kropelki wilgoci rozproszone w powietrzu zacierają wszystkie kontury, lśniąc i migocąc w blasku słońca. Był to urzekający i niezapomniany widok, przez chwilę miałam wrażenie, że jestem tam oczekiwanym gościem i to specjalnie na moje przybycie przyroda przygotowała to niezwykłe widowisko...



Później w książce Fogazzaro przeczytałam opis podobnego zjawiska, dość częstego w tych stronach i ponownie wróciło do mnie wspomnienie dnia, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Valsodę. Wówczas pomyślałam sobie, że tak musiał czuć się książę z arabskiej bajki, kiedy przyprowadzono mu nigdy nie widzianą oblubienicę, a ona powoli podniosła zasłonę i ukazała mu swą piękną twarz... 

Przez chwilę stałam na niewielkim tarasie, podziwiając jezioro w dole i zalesione zbocza gór, gdzie przytuliło się kilka wiosek połączonych krętą drogą, biegnącą powyżej tej, którą przybyłam. W wioskach można było dostrzec wyniosłe kościoły a w tej położonej najbliżej, zauważyłam dwie wielkie wille, ozdobione kolumnami, odcinające się swoim wielkopańskim wyglądem na tle skromnych domków z szarego kamienia. 




Nieopodal tarasu, gdzie stałam, były wąskie, kamienne schodki, prowadzące w dół. Skierowałam tam swe kroki i po chwili dotarłam do uroczej uliczki sąsiadującej z zielonymi ogrodami, gdzie cichutko szemrały liście drzew prześwietlone słońcem. Uliczka biegła dość wysoko; poniżej widziałam dach kościoła, a przede mną były następne schodki, które zaprowadziły mnie wprost do niewielkiego portyku. Pokonałam jeszcze kilka stopni i znalazłam się na niewielkiej przestrzeni pomiędzy budynkami, wybrukowanej kamiennymi płytami. Przede mną otworzył się widok na wody jeziora, oddzielone skarpą oraz niskim murkiem. Lewą stronę tego placu stanowiła boczna ściana willi z małą loggią i tarasem, po prawej był kościół a pomiędzy nim i jeziorem, tuż na skraju skarpy, wzniesiono okazałą pergolę.  

W tym momencie serce zabiło mi mocniej, bo zrozumiałam, że znalazłam się w samym środku scenerii, w jakiej kręcono film! Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, niczego nie brakowało i nic nie zostało usunięte na potrzeby scenariusza... Przed sobą miałam dom wuja Piera, w którym po ślubie zamieszkali Franco i Luiza, na tarasie ponad loggią stał metalowy stolik z krzesełkami, przy którym Franco z przyjaciółmi pijał poobiednią kawę, a pod pergolą był jego ukochany ogród, gdzie z miłością pielęgnował swoje rośliny. 

Obok zauważyłam pierwszą z licznych tablic, o jakich powiedziała mi barmanka w Porlezza. Umieszczono na niej krótką notkę biograficzną o pisarzu, mapkę Valsoldy oraz fragment "Piccolo mondo antico" nawiązujący do tego miejsca. Tuż obok kościoła rosły wielkie cyprysy,  a nad pergolą rozpościerała swe gałęzie okazała pinia, dokładnie tak jak w książce — z tą różnicą, że tymczasem stała się okazałym drzewem, podczas gdy w powieści była zaledwie odchowaną sadzonką...



W tym magicznym momencie zachłysnęłam się czarem tego niezwykłego miejsca, które geniusz pisarza unieśmiertelnił, a potomni uszanowali i z pietyzmem pozostawili wszystko na swoim miejscu. Jednak to nie była ostatnia niespodzianka, bo na ścianie domu, wśród zielonych liści bluszczu, widniała tablica pamiątkowa, poświęcona pamięci Antonia Fogazzaro z medalionem przedstawiającym jego podobiznę. 

W tym momencie zrozumiałam, że jestem przed willą niegdyś będącą jego domem, o której wspominały dwie panie, spotkane na przystanku. Postanowiłam obejrzeć wszystko dokładnie, więc weszłam do portyku przecinającego dom na przestrzał. Po lewej stronie miałam darsenę, gdzie wedle powieści utonęła mała Ombretta a po prawej schody prowadzące do kuchni, skąd unosił się smakowity zapach gotujących się potraw.


Przez otwarte drzwi rzuciłam okiem do wnętrza i zobaczyłam duże pomieszczenie z tradycyjnym, kuchennym wyposażeniem, pełne starych mebli oraz naczyń z miedzi i białej porcelany w kobaltowe wzory. Po chwili z głębi domu wyszedł młody człowiek, więc zadałam mu pytanie o willę. Chyba nie był tym specjalnie zaskoczony, bo bardzo chętnie odpowiedział, że istotnie niegdyś był to dom pisarza, a obecnym właścicielem jest jego prawnuk, markiz Giuseppe Roi, pracodawca mojego rozmówcy. Nie pytany dodał też, że markiz jest mieszkańcem Vicenzy, ale przyjeżdża do Orii na wakacje i właśnie jest obecny, więc nie ma możliwości obejrzenia wnętrza domu. 

Podczas tej rozmowy zrozumiałam, że zapewne nie byłam pierwszą osobą, jaka zwróciła się do niego w poszukiwaniu informacji. W przeszłości zapewne zdarzało mu się ulegać prośbom admiratorów Fogazzaro, pragnących choć przez chwilę popatrzeć na pokoje, które autor tak sugestywnie opisywał w swojej książce. Sympatyczny młodzian powiedział mi też, że markiz jest osobą w podeszłym wieku i jakiś czas temu sporządził testament, w którym zapisał willę  fundacji FAI z zastrzeżeniem, iż ma w niej powstać muzeum poświęcone pamięci jego pradziadka.
 


Pomyślałam sobie, że to naprawdę piękny gest, bo zapewne jest wiele osób, dla których podobnie jak dla mnie, odwiedziny w tym miejscu będą niezwykle ważnym przeżyciem. Pożegnałam mojego rozmówcę i ruszyłam na dalsze oględziny Orii. 

Jest to maleńka wioska, składająca się z kilku uliczek, w większości mających formę schodów łączących wąskie domki, wznoszące się tarasowo na stromym zboczu, tulące się do siebie pomiędzy skrajem wody i asfaltową drogą. Maleńki placyk oraz równie mikroskopijna przystań, dopełniały wizerunku miejscowości, gdzie oprócz młodego człowieka, o którym już wspominałam i dwóch pań, przybyłych wraz ze mną, nie spotkałam żywego ducha. 

Szczerze mówiąc, nie narzekałam z tego powodu, bo lubię samotne zwiedzanie, zwłaszcza w miejscach o tak niepowtarzalnym nastroju. Ponownie wróciłam na plac przed kościołem i ruszyłam w przeciwną stronę, mulatierą biegnącą pomiędzy wysokimi murami oddzielającymi ogrody należące do sąsiednich posesji.


Mulatiera zaprowadziła mnie na mały cmentarz, gdzie w otwartej kaplicy znalazłam trzy nagrobki, kryjące szczątki siostry pisarza Iny Fogazzaro Dainioni i jej męża oraz wnuka Fogazzara, Antonia Roi (był on stryjem markiza Giuseppe). Pisarz kilkakrotnie umieszczał ten cmentarz w swojej tetralogii — tu miała spoczywać Ombretta i jej rodzice a po latach również ich synowa Eliza, nieszczęśliwa żona Piera Maironi  i wreszcie on sam. 

W pobliżu zauważyłam następną tablicę informacyjną z ilustracją oraz fragmentem powieści. Jak już wspominałam, Oria sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej, więc byłam dość zaskoczona, kiedy na drodze nieopodal cmentarza, ni stąd, ni zowąd spotkałam niedbale ubranego chłopaka z bujną, potarganą czupryną i grubą książką w ręku. Wyglądał na jakieś osiemnaście lat, mijając mnie, uśmiechnął się nieśmiało i grzecznie powiedział tradycyjne salve a kiedy mu odpowiadałam, nasze oczy spotkały się w przelotnym spojrzeniu. 

W tym krótkim momencie nie mogłam się oprzeć wrażeniu, iż mimo wszystkich różnic, jakie nas dzielą, mamy coś wspólnego — obydwoje w tym miejscu szukamy śladów minionego świata...


Czy muszę dodawać, że gdy wracając z cmentarza ponownie znalazłam się na placyku koło willi, w cieniu loggi pod tarasem (gdzie Fogazzaro pijał kawę podobnie jak jego powieściowy bohater Franco) siedział ów chłopak, po uszy zatopiony w lekturze... Być może, poszedł tam, żeby w tym romantycznym zakątku czytać jedną z jego powieści albo młodzieńcze wiersze Antonia, w których przyszły pisarz opiewał piękno Valsoldy? 

Ukradkiem zrobiłam chłopcu zdjęcie, po czym wycofałam się po angielsku, aby swą obecnością nie psuć mu nastroju. Pomyślałam sobie, że może właśnie rośnie nowy pisarz lub poeta, zakochany w tej ziemi i jej przeszłości? To miejsce miało niezaprzeczalną magię, to był dom, gdzie młody Antonio spędzał wakacje, więc kto wie, może i on kiedyś tak siadywał w cieniu loggi, żeby czytać, marzyć i pisać wiersze... Przypomniały mi się też moje lata "chmurne i durne", kiedy to spędzałam moje ostatnie wakacje w Warszawie i pełna romantycznych porywów biegałam do Łazienek. Miałam swoje ulubione miejsce nieopodal Starej Pomarańczarni, gdzie siadałam na ławce pod kasztanami z tomikiem wierszy Byrona, w którym za zakładki służyły mi zasuszone płatki róż...

Po opuszczeniu Orii powędrowałam do Albogasio i Castello, wiosek położonych na zboczu Monte Boglia, jednak ich opis będzie tematem następnego posta.


Jak wspominałam, ta wędrówka po Valsoldzie nie była ostatnią. Na przestrzeni kilku letnich miesięcy 2008 roku byłam tam wiele razy, ponieważ nie mogłam się wyrwać spod uroku tej krainy. Po upływie kilku lat przyszedł też dzień, w którym mogłam przekroczyć progi willi Fogazzaro (będzie o tym oddzielny post) co było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Miało to miejsce wiosną 2011 roku z okazji Dni Otwartych FAI gdyż markiz Giuseppe Roi zmarł w roku 2009 i zgodnie z jego wolą, w willi powstało muzeum. 

Przez te lata przeczytałam wszystkie książki Fogazzara przetłumaczone na język polski a także ciekawe opracowanie pt. "Antonio Fogazzaro i jego epoka" Katarzyny Biernackiej-Licznar. Pokusiłam się również o lekturę powieści "Piccolo mondo antico" i "Malombra" po włosku. W moim przypadku było imponującym dokonaniem z uwagi na styl i słownictwo, różniące się od tego, jakim mówi się współcześnie. Te czytelnicze trudności powiększał jeszcze fakt, iż pisarz obficie używał różnego rodzaju dialektów, co sprawia, że język jego postaci wiele mówi zarówno o miejscu oraz klasie społecznej, z jakich one pochodzą. Do dziś często słyszy się opinię, że Włoch z północy nie rozumie Włocha z południa a w XIX wieku, kiedy zjednoczona Italia dopiero zaczynała tworzyć język literacki wspólny wszystkim Włochom, te regionalizmy były o wiele bardziej słyszalne.


Swoim zwyczajem, zaczęłam też sklejać w jedno drobne skrawki informacji, na jakie natrafiałam przy różnych okazjach. Tym, co mnie najbardziej zainteresowało, był fakt, do jakiego stopnia realne zdarzenia znalazły swoje odbicie w twórczości Fogazzara. 

Otóż okazało się, iż było ich niemało, począwszy od tego, że pierwowzorem Franca Maironi był Mariano, ojciec pisarza, który wbrew woli swego rodzica, bogatego przemysłowca z Vcenzy, wyszedł poza swoją sferę i ożenił się z panną Teresą Barrera, córką architekta pochodzącego z Valsoldy. 

Jednak rysy matki Fogazzara odnajdziemy nie w postaci Luizy, lecz jej matki, pani Rigey, której pisarz dał nie tylko to samo imię, ale również obdarzył ją podobnymi cechami charakteru. Natomiast wzorcem dla powieściowej Luizy była przyjaciółka rodziny, pani Luiza Venini Campioni, którą pisarz znał od czasów swojego dzieciństwa i to właśnie jej zadedykował 'Piccolo mondo antico".


Twardy i nieustępliwy charakter, w jaki autor wyposażył markizę oraz jej negatywny stosunek do małżeństwa Franca, miał swe źródło w rzeczywistym konflikcie, który podzielił rodziców Fogazzara i jego dziadka, (notabene, również Antonia). Natomiast pod postacią Piera Ribeiry, bez trudu można odkryć jego pierwowzór, był wuj Teresy, Pietro Barrera, wspaniały człowiek, bardzo kochany przez krewnych, dla których był prawdziwą podporą. 

Oczywiście, również wiele pomniejszych postaci miało swe żyjące modele, część z nich jest znana, a inni zniknęli w mrokach zapomnienia. Także powieściowy opis domu w Orii (matka Fogazzara otrzymała willę w spadku po swoich krewnych i rodzina pisarza zwykle spędzała tam wakacje) oraz całej okolicy, jest nadzwyczaj wierny. Choć na przestrzeni minionego stulecia na terenie Valsoldy powstało nieco nowych domostw, jednak nie tak wiele, aby zdecydowanie zmienić charakter tych stron.


W zasadzie jedyną taką rzeczą jest asfaltowa droga Porlezza-Lugano, która powstała w okresie międzywojennym. Jej budowa sprawiła, że musiano poświęcić niektóre ogrody, jednak mieszkańcy chyba zrobili to bez żalu, zważywszy na fakt, iż poprzednio komunikacja na wybrzeżu jeziora była mocno utrudniona i ludziom pozostawały piesze wędrówki lub droga wodna. 

Oczywiście, podczas ciepłych miesięcy rejs statkiem czy łódką był przyjemnością sam w sobie, ale kiedy nadchodził okres niepogody, podróżnym zapewne nie było do śmiechu (taką sceną podróży podczas deszczu i zawieruchy, rozpoczyna się "Piccolo mondo antico") tym bardziej że wzburzone wody jeziora niejednokrotnie na zawsze pochłaniały swoje ofiary. 

Tu chciałabym dodać, że również dramatyczny opis śmierci Ombretty był odbiciem realnego zdarzenia, kiedy Mariano, dziesięcioletni syn pisarza (imię otrzymał po dziadku ze strony ojca) nieomal się utopił w darsenie należącej do willi. Z pewnością straciłby życie, gdyby nie matka, która w porę nadbiegła i wyciągnęła nieprzytomnego chłopca z wody. Podobnie jak Franco w powieści, także Antonio Fogazzaro przebywał wtedy w Lugano i dopiero po powrocie dowiedział się o wypadku.


Pisarz dla całej trójki swoich dzieci był nadzwyczaj kochającym ojcem (oprócz syna miał jeszcze dwie córki) więc nie trudno sobie wyobrazić, co czuł w tej sytuacji... 

Tym razem los ich oszczędził, jednak dziesięć lat później dwudziestoletni Mariano niespodziewanie zmarł na tyfus, co dla Fogazzara było strasznym ciosem. W sukurs (podobnie jak Francowi) przyszła mu jego głęboka wiara w Boga, jednak ta strata sprawiła, że rozwiały się wszystkie nadzieje, jakie pokładał w tym mądrym i uzdolnionym chłopcu. To straszne przeżycie znalazło swe odbicie na kartach "Piccolo mondo antico" kiedy autor opisywał to, co się działo w domu Maironich po śmierci ich małej córeczki. 

Szczerze mówiąc, ta część powieści mocno mną wstrząsnęła, gdyż oprócz ogromu i różnorodności emocji opisanych przez autora, całość cechuje tak dogłębna analiza stanów duszy i umysłu bohaterów. Było dla nie jasne, iż takie strony mógł napisać tylko ktoś, kto zna to z autopsji, bo sam przeżył coś podobnego. Fogazzaro bardzo prawdziwie przedstawił uczucia Franca i Luizy, a także ich brak wzajemnego zrozumienia z powodu odmiennego przezywania żałoby, co doprowadziło do separacji i nieomal rozpadu małżeństwa. 

Z racji mojego zawodu bardzo często spotykałam się ze śmiercią i musiałam patrzeć na rozpacz tych, którzy pozostali. Jestem też matką, dlatego mogę sobie wyobrazić, co czują rodzice po stracie dziecka. Jednak wyobraźnia to jedno a znalezienie wiarygodnego sposobu, aby myśli ubrać w słowa, to zupełnie inna sprawa...

W następnych postach napiszę również o związkach Valsoldy z Polską, poprzez przybliżenie postaci kilku wybitnych artystów, urodzonych w okolicznych wioskach. To niespodziewane odkrycie było dla mnie wielkim zaskoczeniem i jednym powodem więcej, abym poczuła jeszcze silniejszą więź z tym pięknym miejscem.

Jeśli ktoś miałby ochotę obejrzeć więcej zdjęć z Orii i Porlezzy, jak zwykle zapraszam do albumu




wtorek, 14 stycznia 2014

Mazurskie historie. Ostróda - mroźnie i zimowo, czyli styczniowy spacer po lesie.


zamarznięte Jezioro Drwęckie

Ostróda to malownicze miasto, często nazywane Perłą Mazur ze względu na swoje wyjątkowe położenie nad pięcioma jeziorami. Największym z nich jest Jezioro Drwęckie z pięknym bulwarem, do którego przylega śródmiejski park. Latem gości wielu turystów, których przyciąga perspektywa aktywnego wypoczynku i  możliwość uprawiania sportów wodnych. 

Jednak Mazury potrafią zauroczyć o każdej porze roku, a ja tym razem zapraszam wszystkich na zimowy spacer w okolice Ostródy. Zdjęcia, które tu zamieściłam, pochodzą z poprzedniej zimy, zrobiłam je pewnego styczniowego, bardzo mroźnego dnia po południu, kiedy wybrałam się na spacer za miasto razem z moją córką Martą. 

Pogoda była wspaniała, śnieg skrzypiał pod nogami i skrzył się w słońcu, więc cała okolica wyglądała po prostu bajecznie. Poszłyśmy drogą nieopodal jeziora Drwęckiego, którego wschodni kraniec znajduje się w centrum Ostródy. Ponieważ ma ono wydłużony kształt, idąc brzegiem, w miarę szybko znajdziemy się nieopodal lasu leżącego na obrzeżach miasta. Jest to bardzo popularna i lubiana trasa spacerowa stanowiąca część Camino — szlaku pielgrzymkowego do Santiago de Compostela. Obok niej biegnie dawny nasyp kolejowy, po którym niegdyś jeździł pociąg do pobliskiego Morąga. Ponieważ jakiś czas temu zdjęto z niego szyny i podkłady, obecnie jest wygodną ścieżką pieszo-rowerową, prowadzącą przez las.





zimowy las - kolaż


Ostróda jest miastem położonym wśród jezior i lasów. Śnieżna zima na Maurach nie zdarza się co roku, a szkoda, bo jest naprawdę piękna! Uwielbiam taką baśniową scenerię niczym z filmu rysunkowego albo ilustracji z książeczki dla dzieci, z gałęziami potężnych świerków, na których leży masa śniegu. Spacer po zamarzniętym jeziorze to niesamowite przeżycie, ja szczerze mówiąc, trochę boję się chodzić po lodzie, no ale skoro inni mogą... 
Rybacy spokojnie siedzący na swoich stołeczkach i łowiący z przerębla, napawają zaufaniem do grubości pokrywy lodowej, jednak trzeba uważać w miejscu, gdzie jezioro dzieli się na dwie części. Nad przesmykiem pomiędzy nimi znajduje się most, pod nim woda na ogół nie zamarza, a lód wokoło jest bardzo cienki i kruchy Za to zachód słońca oglądany z mostu jest tak zaskakująco kolorowy, że aż kiczowaty.

Jezioro Drwęckie - Żelazny Most

Jezioro Drwęckie część południowa

Jezioro Drwęckie chłopcy chodzą po lodzie

Jezioro Drwęckie rybacy na lodzie

Zamarznięta tafla jeziora zawsze jest pokusą dla młodych chłopców i rybaków. Tych pierwszych kusi możliwość popatrzenia na miasto z innej perspektywy lub przejścia suchą nogą na pobliską wyspę, ci drudzy z upodobaniem moczą wędki w przeręblach w oczekiwaniu na taaaką rybę.
 



Rosnący chłód zapowiadał koniec dnia, przypominał o tym także różowy blask słońca chylącego się ku zachodowi, oświetlający leśniczówkę na polanie nieopodal jeziora i drogę prowadząca do miasta. Ciepłe kolory bezlistnych drzew wspaniale kontrastowały ze śnieżnobiałym śniegiem i błękitnym cieniami pod mostem. 
                       
Jezioro Drwęckie morsowisko na przesmyku

Jezioro Drwęckie część północna

Jezioro Drwęckie widok z mostu

Krótkie zimowe popołudnie zakończyło się zmierzchem w fiołkowo-pomarańczowej poświacie, kiedy słońce chowając się za ośnieżonym lasem, rzucało na okolicę swe ostatnie, długie promienie.



Jezioro Drwęckie zachód słońca

To już koniec spaceru, mam nadzieję, że wszystkim się spodobała mroźna zima na Mazurach!

sobota, 28 grudnia 2013

Lombardia. Wokół jeziora Lugano — Piccolo mondo antico


Jezioro Lugano i  wioski Valsoldy rozrzucone na stokach po prawej stronie skaliste szczyty Monte dei Pinzoni


W pierwszym poście na temat jeziora Lugano * pisałam, że jest ono bardzo kręte i składa się z kilku odnóg. Starałam się choć w części pokazać ich urodę, więc długo wędrowaliśmy wspólnie wzdłuż jego brzegów. Teraz moja opowieść zatoczyła koło i ponownie dotarliśmy do tej części jeziora, którą po raz pierwszy zobaczyłam, kiedy popłynęłam statkiem z Lugano. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że obszar leżący na północnym brzegu, pomiędzy włoskim miastem Porlezza i szwajcarską Gandrią, nosi nazwę Valsolda. Jej teren ograniczają szczyty Monte Boglia, Monte Fiorina i Monte dei Pizzoni, a na zboczach i nad wodami jeziora znajdziemy dziesięć niewielkich, malowniczych wiosek.

Pewnego lata dotarłam tam ponownie, tym razem od strony lądu. Był to niezwykły zbieg okoliczności, gdyż od tej pory miejsce to stało się dla mnie nie tylko celem częstych wycieczek, lecz przede wszystkim moją ulubioną okolicą, gdzie przeżyłam najpiękniejsze momenty wzruszeń i wielkie oczarowanie pejzażem oraz historią tej ziemi. 

Te wędrówki zainspirowały mnie do sięgnięcia po kilka książek, a ich lektura zaowocowała kolejnymi poszukiwaniami o przemyśleniami. Znalazło się tu miejsce nie tylko na refleksję nad wspólnym doświadczeniem Galicji i Lombardii pozostających przez długi czas pod panowaniem austriackim, lecz przede wszystkim nad znaczeniem zasad moralnych w życiu człowieka oraz nad tym, jaką wartość może mieć cierpienie i poświęcenie dla jego duchowego rozwoju.

Wszystko to wiązało się z odkryciem pewnej przepięknej książki, opisującej dzieje Valsoldy i niewielkiej grupy jej mieszkańców, których uczucia i problemy, mimo nieco staroświeckiego anturażu, nic nie straciły na aktualności. Co więcej, choć od tamtych czasów minęło sto pięćdziesiąt lat, miejsca opisane przez autora również prawie się nie zmieniły, więc mogłoby się zdawać, że za chwilę za zakrętem wąskiej uliczki zobaczymy rąbek czarnej sukni Luizy, a na balkonie z widokiem na jezioro usiądzie Franco ze swoją popołudniową kawą...


Jednak najbardziej zadziwiający jest sposób, w jaki odkryłam Valsoldę oraz to, jak długą drogę przebyłam — w przenośni i dosłownie — zanim tam dotarłam. Być może właśnie owa droga nadała taki walor mojemu spotkaniu z tą ziemią, leżącą nieco na uboczu, która nie wystawia swoich uroków na pokaz, lecz strzeże ich zazdrośnie dla tych, którzy zadadzą sobie trud jej odkrycia i pokochają ją bez zastrzeżeń. 


Zaczęło się to wszystko dawno temu, kiedy po przyjeździe do Włoch przez krótkie trzy miesiące mieszkałam w Bari. W owym czasie moja znajomość włoskiego była bardzo mizerna; jednak mimo to, nie stroniłam od oglądania telewizji, zarówno dla zabicia czasu, jak i również szybkiego osłuchania się z językiem. Pewnego razu miałam okazję obejrzeć film "Piccolo mondo antico" nakręcony (jak się później dowiedziałam) na podstawie powieści Antonio Fogazzaro.


Nie mam pojęcia, co sprawiło, że historia wydała mi się znajoma, niewykluczone, że po prostu bardzo dawno temu czytałam tę książkę, bo chociaż nie znałam wielu słów, miałam wrażenie, że doskonale rozumiem, o co w chodzi w filmie. Być może, było to również zasługą aktorów — Claudii Pandolfi i Alessandro Gassmana, którzy stworzyli bardzo wyraziste postacie? Kilka lat później przeczytałam ową powieść po włosku (co było dość istotnym wyzwaniem ze względu na styl i słownictwo) a na koniec Marta kupiła mi na Allegro jej polskie tłumaczenie.



Tak czy inaczej, ta historia niezwykle mnie zafascynowała, więc spróbuję ją pokrótce streścić, tym bardziej że ma ona istotne znaczenie dla dalszego rozwoju wypadków.

Jak już wspomniałam, akcja powieści toczy się na pograniczu szwajcarsko-lombardzkim, w spokojnym zakątku nad jeziorem Lugano zwanym Valsolda. Jest rok 1850, a w Europie jeszcze pobrzmiewają echa Wiosny Ludów. Lombardia pozostaje pod panowaniem Austrii, a miejscowe społeczeństwo jest podzielone na stronnictwo patriotów i zwolenników Habsburgów oraz tych, którzy dla chleba pracują na rządowych posadach, choć w duchu pozostają niechętni Austriakom. Trwają działania konspiracyjne na rzecz przyłączenia Lombardii do Królestwa Sardynii, a osoby podejrzane o działalność patriotyczną spotykają surowe represje. 

W domach osób znanych ze swoich patriotycznych przekonań przeprowadzano częste rewizje — w efekcie nawet z pozornie zupełnie błahego powodu można było trafić do więzienia. Wystarczyło jakieś niezbyt oględne zdanie w przechowywanym liście, stara pamiątkowa szabla po dziadku, zagraniczna książka lub gazeta, aby podejrzany stawał się przestępcą, winnym spisku zmierzającego do obalenia istniejącego porządku.

Willa Prina w Cressogno powieściowy dom babki Franca

W takiej sytuacji rozkwita miłość Franca Maironi i Luizy Rigey. Franco należy do miejscowej arystokracji; jest młodym, pełnym ideałów patriotą, kochającym poezję i muzykę. Luiza pochodzi z burżuazji, jest dobrze wychowana, piękna, inteligentna i odznacza się nieugiętym charakterem. Jej ojciec, który był profesorem uniwersytetu, już nie żyje, natomiast matka ciężko choruje i nie opuszcza swego domu w małej, górskiej wiosce Castello, gdzie mieszkają obie panie.

Babka Franca, markiza Orsola Maironi, nie godzi się na nierówny związek i grozi wnukowi wydziedziczeniem, jeśli nie poślubi kobiety z własnej sfery. Dzieli ich również stosunek do spraw politycznych: markiza jest znana ze swych proaustriackich sympatii, podczas gdy Franco należy do włoskich patriotów.

Młody człowiek postanawia nie wyrzekać się uczuć ani przekonań za cenę majątku i potajemnie żeni się z Luizą w kościele w Castello. Wkrótce potem profesor Gilardoni, przyjaciel Franca, wyjawia mu tajemnicę, którą od dawna skrywał: porządkując dokumenty swego zmarłego ojca, odkrył kopię testamentu dziadka Franca, z którego wynika, że markiz cały majątek zapisał nie swojej żonie, lecz wnukowi. 

Franco nie chce zrobić użytku z tego dokumentu, gdyż uważa, że dochodzenie swoich praw wymagałoby procesu sądowego i udowodnienia babce oszustwa, co jego zdaniem okryłoby hańbą całą rodzinę. Zabrania przyjacielowi wspominać o testamencie komukolwiek, prosi go nawet o jego spalenie, lecz profesor nie spełnia tej prośby. Niedługo po tym pozbawiona podobnych skrupułów markiza wyrzeka się wnuka, kiedy dowiaduje się o jego potajemnym małżeństwie.

W jednym z tych domów mieszkała powieściowa Luiza


Młodzi zamieszkują u Piera Ribeiry, wuja Luizy, który posiada dom w niedalekiej Orii. Wuj pracuje jako inżynier w Como, więc przebywa z nimi jedynie okazjonalnie. Wkrótce umiera matka Luizy, a młoda para żyje z niewielkiego funduszu, jaki Franco ma po matce oraz dzięki finansowej pomocy wuja.

Z biegiem czasu coraz wyraźniej ujawniają się różnice charakterów i światopoglądów małżonków. Luiza jest osobą bardzo zasadniczą i w duchu skłania się ku filozoficznym poglądom swego ojca, zagorzałego materialisty. Franco natomiast żarliwie wierzy w Boga, a jego podejście do życia jest pełne ideałów. Kocha sztukę, a także pracę w ogrodzie, gdzie każdą roślinę traktuje jak równą sobie istotę.

Wszystko to nieco drażni Luizę i budzi w niej ukrytą pretensję do męża, który żyje w swojej wieży z kości słoniowej, podczas gdy ona i wuj troszczą się o byt materialny rodziny. Mimo tych różnic nadal łączy ich głęboka i namiętna miłość. Wkrótce przychodzi na świat ich córka Maria, zwana Ombrettą. Kiedy dziecko ma trzy lata, wydarza się coś, co sprawia, że egzystencja rodziny chwieje się w posadach...


Okazuje się, że babka Franca nie zaprzestaje intryg z austriacką policją, skierowanych przeciwko wnukowi. Przybierają one na sile, gdy markiza dowiaduje się od profesora Gilardoniego, że Francowi znana jest historia testamentu. Zresztą i bez tego jest on dla Austriaków osobą wysoce podejrzaną, ponieważ wiadomo, że potajemnie spotyka się z liberałami i emisariuszami działającymi na rzecz zjednoczenia Włoch.

Dochodzi do nocnej rewizji w domu wuja Piera oraz ostrzegawczego aresztowania Franca. Zostaje on dość szybko zwolniony, ponieważ tym razem babce zależało przede wszystkim na jego zastraszeniu. Wkrótce markiza doprowadza również do odejścia wuja Piera na emeryturę, wskutek czego jego zasoby pieniężne znacznie się kurczą, a rodzinie zaczyna brakować środków na godziwe życie. Franco z bólem serca podejmuje więc decyzję o rozstaniu z bliskimi. Przekracza zieloną granicę i ucieka z Lombardii do Turynu, gdzie podejmuje pracę w redakcji gazety.

Wyjazd jest istotny także dla jego bezpieczeństwa, ponieważ policja nadal się nim interesuje. W Turynie Franco przyłącza się do miejscowych radykałów, którzy działają na rzecz zjednoczenia kraju i wyrugowania Austriaków z Lombardii i Veneto.


Dla Luizy i jej wuja nastają bardzo ciężkie czasy. Młoda kobieta nie tylko rezygnuje z wielu rzeczy, aby ograniczyć wydatki na utrzymanie domu, ale podejmuje również pracę przy przepisywaniu tekstów. Wtedy niespodziewanie ponownie wychodzi na światło dzienne sprawa testamentu. Luiza dowiaduje się o nim przypadkiem i przeżywa ogromną rozterkę, ponieważ ma świadomość, że jej pogląd na tę sprawę jest niezgodny z decyzją Franca. Postanawia postąpić wbrew jego woli, ponieważ uważa, że nie należy tolerować podobnego oszustwa.

Decyduje się na spotkanie z markizą by powiedzieć jej to prosto w oczy. Wie, że ma ona przybyć do sąsiedniego Albogasio, więc idzie tam, aby na nią zaczekać. Do rozmowy nie dochodzi, gdyż  nadbiegają kobiety z Orii, wołając, że coś złego przydarzyło się małej Ombretcie.

Okazuje się, że choć w domu było kilka dorosłych osób, dziewczynka sama zeszła do darseny, aby pobawić się małym stateczkiem, i wpadła do wody. Luiza biegnie do domu, gdzie zastaje nieprzytomną córeczkę. Niestety, mimo całonocnych wysiłków miejscowego lekarza dziecko umiera.

Franco potajemnie przybywa do domu i choć stara się wesprzeć żonę, ten dramatyczny wypadek stawia między nimi barierę nie do przebycia. Franco ponownie wyjeżdża do Turynu. Jego głęboka, żarliwa wiara w Boga pozwala mu przetrwać i pogodzić się ze stratą dziecka.

Luiza natomiast pogrąża się w rozpaczy graniczącej z szaleństwem. Codziennie chodzi na cmentarz i rozmawia tam z córką, jakby dziecko nadal żyło, a z czasem zaczyna uczestniczyć w seansach spirytystycznych, próbując przywoływać ducha zmarłej.

Wuj Piero stara się jej pomóc w tym trudnym okresie, lecz otwarcie potępia takie postępowanie jako sprzeczne z rozsądkiem i naturą. Wspomina również, że powinna urodzić drugie dziecko, co dla Luizy jest czymś absolutnie nie do pomyślenia.


Tymczasem nadchodzą wielkie zmiany polityczne, jakie przynosi rok 1859. Królestwo Sardynii, przy pomocy Francji szykuje się do wojny z Austrią, więc Franco, wierny swoim ideałom, zaciąga się do armii. Pisze do żony, prosząc ją, aby spotkała się z nim na Isola Bella, wyspie leżącej na Lago Maggiore. Luiza nie chce tego spotkania, ponieważ uważa, że jej miłość do męża umarła.  Obawia się przede wszystkim tego, że Franco będzie oczekiwał fizycznego zbliżenia, na które ona nie potrafi się zdobyć.


Kiedy wuj Piero dowiaduje się o liście, grozi Luizie, że mimo słabego zdrowia sam pojedzie na wyspę, aby spotkać się z Frankiem i wyjawić mu prawdę o stanie jej ducha. Luiza ma świadomość, że mąż może umrzeć na polu bitwy z przekonaniem, iż kobieta, z którą związał się na dobre i na złe, po raz drugi opuściła go w decydującej chwili. Postanawia więc mimo wszystko pojechać na wyspę, by pożegnać się z mężem, choć czyni to niejako pod przymusem i wbrew własnym chęciom.


Dla obojga jest to bardzo trudne spotkanie po latach rozłąki i cierpienia. Franco, człowiek otwarty i prostolinijny, nie pozwala jednak, aby zły nastrój ich rozdzielił. Przypomina żonie początki ich miłości i prosi, aby powtórzyła słowa, którymi przed laty wyznała mu swoje uczucia. Ta prośba i inne wspomnienia sprawiają, że w Luizie budzą się wszystkie dobre uczucia, jakie nadal żywi dla męża. Spędzają razem noc w hotelu na wyspie.

Następnego dnia Luiza i Piero żegnają Franca, który wsiada na statek płynący na piemoncki brzeg, aby wyruszyć na wojnę. Wuj idzie na taras, żeby jeszcze raz popatrzeć na piękne widoki roztaczające się wokół i niespodziewanie umiera na serce. Pogrążona w smutku i żałobie Luiza jeszcze nie wie, że w jej łonie rodzi się nowe życie...


Ta książka, którą tu dość pobieżnie streściłam, jest pierwszą z czterech części cyklu, w którym Antonio Fogazzaro, uważany za wybitnego pisarza swojej epoki i wielokrotny kandydat do Nagrody Nobla, zawarł wiele swoich poglądów i idei. Z pozostałych tomów, których akcja toczy się w okolicach Vicenzy i Rzymu, dowiadujemy się, że Franco wrócił do domu, lecz zmarł wskutek rany odniesionej w walce, a Luiza także odeszła na zawsze niedługo po narodzinach drugiego dziecka.

Protagonistą kolejnych części staje się ich syn Piero, w którym splatają się dominujące cechy obojga rodziców, co sprawia, że jest postacią naprawdę nieprzeciętną. Pod wpływem życiowych doświadczeń przechodzi istotną przemianę duchową i niczym święty Franciszek, bez reszty poświęca się idei odnowy Kościoła katolickiego, który sam Fogazzaro uważał za instytucję skostniałą i daleką od prawdziwie chrześcijańskiego ducha.

Jednak mimo szczytnych celów, jakie postawił sobie autor, pozostałe części cyklu są pod względem literackim nieco słabsze od pierwszej. Brakuje im dramatycznego napięcia i dyskretnego humoru, które sprawiają, że w pierwszej powieści widzimy kawałek prawdziwego życia. Są bardziej wyrozumowane niż odczute i przeżyte, jakby autor tworzył szereg scen będących nie tyle zwierciadłem życia, ile ilustracją jego tezy filozoficznej. To sprawia, że postacie bohaterów nie przemawiają do czytelnika z taką siłą prawdy, jaka cechowała pierwszą część.

Natomiast Piccolo mondo antico to nie tylko piękna, choć bolesna historia dwojga ludzi, którym przypadła w udziale trudna miłość w trudnych czasach. To również historia miejsca, w którym żyją, pokazująca jego niewątpliwe, choć surowe piękno. Całość jest wspaniale opowiedziana, z głęboką analizą psychologiczną zarówno głównych bohaterów, jak i całej galerii postaci drugoplanowych, o których tu nie wspominałam. Autor często opisuje codzienne obyczaje a także urodę i klimat Valsoldy, przy czym niejednokrotnie używa lokalnego dialektu, co sprawia że powieść jest również ciekawym przyczynkiem do poznania realiów owej epoki.

W następnych postach chciałabym opowiedzieć o moich wędrówkach śladami Antonia Fogazzaro i jego bohaterów, o tym, jak poznawałam Valsoldę, gdzie toczy się akcja powieści, a także przybliżyć emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły.

Ciąg dalszy tej historii można znaleźć w poście Valsolda, świat miniony, świat odnaleziony...


* Jeśli kogoś interesuje początek mojej fascynacji Jeziorem Lugano zapraszam do pierwszych postów na jego temat (linki są poniżej).


Włochy i Szwajcaria. Wędrując wokół Jeziora Lugano. Część I    

Włochy i Szwajcaria. Wędrując wokół Jeziora Lugano. Część II - miasto Lugano

Włochy i Szwajcaria. Wokół jeziora Lugano


Natomiast więcej zdjęć Valsoldy znajduje się  w albumie