czwartek, 10 października 2024

Lombardia i Piemont. Lago Maggiore oraz jego okolica.



Lago Maggiore, to jedno z największych włoskich jezior. Leży na pograniczu dwóch prowincji jego wschodnia strona należy do Lombardii, natomiast zachodni brzeg to już Piemont. Od Mediolanu dzieli je około godzina jazdy pociągiem lub samochodem. W tym zaktualizowanym wpisie chciałabym powiedzieć cos więcej o jego topografii, a także o miejscach na jego obu brzegach, które miałam okazję zobaczyć i których pisałam na blogu. Czytelnik, który choćby wirtualne chciałby pójść w moje ślady, znajdzie tu wiele linków do postów ze zdjęciami i większą ilością szczegółów




Położone nieco na zachód od Jeziora Como, Lago Maggiore jest też od niego znacznie większe. Jego południowa część rozlewa się pośród płaskiej Równiny Padańskiej, natomiast północny kraniec otaczają łańcuchy Alp. W przeciwieństwie do Como, które w okresie wiosenno-letnim odbija zielone stoki gór i nabiera szmaragdowego koloru, Lago Maggiore w pogodny dzień ma kolor szafirowy a widziane z dużej wysokości staje się wręcz chabrowe. Przy kiepskiej pogodzie pojawiają się tu całkiem spore fale, którym zazwyczaj towarzyszą zadziwiająco ciemne chmury przesłaniające niebo. Wody jeziora stają się wtedy stalowo–szare, niczym wody naszego Bałtyku podczas zimowego sztormu.


W poprzek jeziora przebiega granica ze Szwajcarią, jednak nie ma to żadnego wpływu na podróż statkiem, którym można popłynąć z części włoskiej aż do szwajcarskiego Locarno. Jest to bardzo piękna wycieczka, lecz trwa wiele godzin, z tego powodu odradzałabym ją osobom nerwowym i źle znoszącym pobyt na ograniczonej przestrzeni pokładu. Wzdłuż brzegu jeziora prowadzą wygodne drogi, jest również pociąg relacji Mediolan–Locarno.


Mieszkańcy Mediolanu i okolicy pragnący tu spędzić miły dzień, mogą też  dotrzeć nad jezioro jednym z licznych pociągów lokalnych, należących do sieci "TreNord" relacji Mediolan-Laveno. Jeśli ktoś planuje jednodniową wycieczkę objazdową warto zapytać o możliwość nabycia całodobowego biletu kumulacyjnego ważnego na terenie Lombardii, gdyż dzięki niemu możemy bez przeszkód jeździć wszystkimi pociągami regionalnymi a także autobusami i środkami komunikacji miejskiej. 




Jeżeli lubimy przygodę i wędrówki gdzie oczy poniosą, jest to rozwiązanie idealne, ponieważ można wsiadać i wysiadać w dowolnym miejscu, nie troszcząc się o szukanie kasy biletowej. Jednak należy zwrócić uwagę, aby nie przekroczyć granicy prowincji i nie próbować podróży z lombardzkim biletem na terenie Piemontu! Jeśli środek lokomocji przekracza tę granicę, jest on ważny jedynie do ostatniego przystanku na terenie Lombardii a na część piemoncką należy wykupić drugi bilet. Z reguły wystarczy powiadomić o tym kierowcę autobusu, poprosić aby chwilę zaczekał z odjazdem, wysiąść na odpowiednim przystanku i opłacić pozostałą część trasy.


Podczas mojego pobytu we Włoszech Piemont jeszcze nie oferował biletów kumulacyjnych, ale warto zasięgnąć stosownej informacji, bo być może coś się zmieniło od tej pory. Podobne udogodnienie oferuje armator statków; płacąc określoną kwotę mamy możliwość pływania do woli przez cały dzień po włoskiej części jeziora, możemy zmieniać prom na statek i wysiadać, gdzie nam serce podpowiada. Bilety opiewają na określony dystans, zwykle należy poprosić o "biglieto cumulativo fino a..." czyli bilet kumulacyjny aż do...  tu należy określić, czy chcemy płynąć do Arony, czy też będziemy krążyć pomiędzy Laveno i Stresą lub wybieramy się również do eremu Świętej Katarzyny.


Oczywiście, mając jasno określony plan, możemy kupić zwykły bilet albo z opcją A/R czyli 'tam i z powrotem". Możliwości jest wiele, więc należy zapytać w kasie albo punkcie informacji turystycznej, gdzie pracownik przedstawi nam wszystkie dostępne warianty. W pełni sezonu rejsy są bardzo liczne, nieco gorzej jest wiosną i jesienią;  w  zimie ich większa część jest zawieszona, lecz mimo to, żegluga nigdy nie zamiera całkowicie. 




Stacja końcowa kolei TreNord w Laveno, podobnie jak ta w Como, znajduje się niemal na samym skraju akwenu. Wystarczy wyjść z pociągu i przejść przez ulicę by wsiąść na prom, który przewiezie nas na przeciwległy brzeg jeziora. Tam, w miejscowości Intra znajduje się duży port, będący swego rodzaju węzłem komunikacyjnym żeglugi śródlądowej w tej okolicy. Można stąd popłynąć zarówno na północ, do Szwajcarii, jak i na południową, włoską stronę, gdzie znajdziemy liczne atrakcje, warte naszej uwagi.


Są to między innymi dwa przepiękne parki ogród botaniczny willi Taranto w Verbanii (link jest tu Verbania, Villa Taranto, czyli spełnione marzenie Kapitana.) i ogrody willi Pallavicino w Stresie, gdzie dodatkowo można  zobaczyć z bliska wiele gatunków zwierząt. Po drugiej stronie jeziora leży widoczny w oddali klasztor Świętej Katarzyny Na Skale, który opisywałam w poprzednim poście pt. Lago Maggiore, Santa Caterina del Sasso..


Statki kursujące po  jeziorze zawijają również do niewielkich, lecz bardzo malowniczych miejscowości a wśród nich największą popularnością cieszy się właśnie Stresa. Leży ona u podnóża góry noszącej nazwę Monte Mottarone, na jej szczyt można wejść jedną z licznych ścieżek lub wygodnie wjechać kolejką linową (relacja z wycieczki jest tu Jedna góra, dwa światy, czyli Monte Mottarone). Mniej więcej w połowie drogi znajduje się stacja przesiadkowa "Giardino Alpinia", nazwana tak od interesującego ogrodu botanicznego, w którym rosną rośliny alpejskie w swoim naturalnym środowisku.


Wjazd kolejką na górę zapewnia niezapomniane wrażenia; w miarę, jak wagonik się wznosi, ogarniamy wzrokiem coraz większą połać jeziora i położoną na wprost Stresy Zatokę Boromeuszy (Golfo Borromeo) z trzema wysepkami leżącymi w jej obrębie. Rodzina hrabiów Borromeo jest sławna między innymi z tego, że wydała jednego ze świętych, znanego nam, Polakom, jako Św. Karol Boromeusz.   





Te trzy nieduże wyspy są znane jako Isole Borromee i w dalszym ciągu należą do żyjących współcześnie potomków owej rodziny. Najmniejsza z nich to Isola Madre, niewielki skrawek ziemi, gdzie wzniesiono  willę otoczoną pięknym ogrodem. Druga z wysp to Isola Bella o której pisałam w poście Isola Bella - jej pałac i czarodziejskie ogrody., ongiś wspaniała siedziba głowy rodu, która ma bardziej reprezentacyjny charakter. Znajduje się tam imponujący, barokowy pałac otwarty dla zwiedzających i jedyny w swoim rodzaju, tarasowy ogród w stylu włoskim. Ogrodowe tarasy zdobią posągi, niezliczone, bardzo zadbane rośliny oraz piękna fontanna, wyglądająca niczym teatralna dekoracja.


Dodatkową atrakcją jest mieszkająca tam rodzina białych pawi, swobodnie krążąca wśród odwiedzających. Kilka lat temu na wyspach miał miejsce bardzo głośny we Włoszech ślub Lawinii Borromeo i Johna "Jaki" Elkanna. Młody Elkann jest jednym z dziedziców Giovanniego Agnelli a po śmierci dziadka został jego następcą i objął prezesurę firmy "Fiat".

Ślub odbył się w prywatnej kaplicy na Isola Madre, w bardzo wąskim gronie składającym się jedynie z najbliższych krewnych. Następnie nowożeńcy, wraz ze swoim niewielkim orszakiem, udali się motorówkami do pałacu na Isola Bella, gdzie odbyło się huczne wesele, na którym pojawił się już cały  wielki świat czyli potentaci przemysłowi i arystokracja a także wiele osób związanych z kulturą.




Mimo tych niewątpliwych ogrodowo-pałacowych wspaniałości, również trzecia z wysp, zwana Isola Pescatori, czyli Wyspa Rybaków. O niej opowiadam w poście pt. Wyspa Rybaków, czyli Isola dei Pescatori. cieszy ona się sporym gronem swoich zagorzałych zwolenników, do których również się zaliczam. Długa i wąska, do dziś zachowała swój rybacki charakter, choć nie brakuje tu także pracowni artystycznych wytwarzających majolikę, sklepików z pamiątkami i uroczych restauracyjek.


Rodzina Borromeo ma w swym posiadaniu także zamek w miejscowości Angera, leżący na południowym końcu jeziora, na wprost innego urokliwego miasteczka, zwanego Arona, gdzie wzniesiono kolosalny pomnik Karola Boromeusza, jeśli ktoś chciały dowiedzieć się o nim czegoś więcej, zapraszam do przeczytania wpisu Arona, "Sancarlone" - monumentalny pomnik św. Karola Boromeusza..





Północny kraniec Lago Maggiore ma zupełnie odmienny charakter, lecz i w jego obrębie nie brakuje ciekawych miejsc. Jest tam niewielkie, urocze miasteczko Ghiffa, ze swoim Sacro Monte, o którym pisałam w tym poście Ghiffa, czyli Sacro Monte niedokończone. i Muzeum Kapeluszy, gdzie można dowiedzieć się różnych ciekawostek na temat procesu powstawania tych nakryć głowy oraz obejrzeć maszyny służące do ich wyrobu.


Jeszcze dalej na północ, nieopodal miasteczka Cannero, znajdują się na jeziorze dwie mikroskopijne wysepki, gdzie niegdyś wznosiły się obronne zamki, znane jako Castelli di Cannero. Mają one za sobą bardzo bogatą historię, niestety, dziś pozostały z nich jedynie malownicze ruiny, sprawiające wrażenie, że wyrastają wprost z toni jeziora. O ich burzliwej historii opowiada post Lago Maggiore - Castelli di Cannero, czyli zamki na wodzie.



Tuż przy samej granicy ze Szwajcarią leży Cannobio, gdzie warto zobaczyć miejsce znane jako L'Orrido di Sant' Anna. Jest to głęboki wąwóz, w którym płynie strumień, noszący tę samą nazwę co miasteczko. Nad nim, nieopodal kamiennego mostu, stoi niewielki kościółek pod wezwaniem Świętej Anny; od niego to wywodzi się nazwa wąwozu, byłam tam swego czasu, a relację z wycieczki można znaleźć tu Cannobio, Orrido di Sant' Anna..


Cannobio to ostatnia z miejscowości po stronie włoskiej, na znajdującym się nieopodal przejściu granicznym dla pieszych, podobnie, jak w innych, przygranicznych miejscowościach, panuje zazwyczaj dość znaczna swoboda ruchu. Ja także kilkakrotnie przekraczałam granicę ze Szwajcarią w różnych miejscach, gdzie nikt nie pytał mnie ani o dokumenty, ani o czas, jaki mam zamiar spędzić w tym kraju. Jedynie dwa razy spotkałam się z kontrolą paszportową, raz w pociągu na trasie Mediolan–Lugano i po raz drugi, kiedy przypłynęłam statkiem do Locarno.




Właściwie należałoby jeszcze raz wspomnieć o panoramie wokół jeziora, która chyba nie pozostawia obojętnym nikogo z odwiedzających te strony... Tak, jak pisałam wcześniej, południowa część jeziora ma w większości płaskie brzegi z nielicznym i  niewysokimi pagórkami, natomiast na północy okolica jest zdecydowanie górzysta. Wyższe wzniesienia są po lewej, zachodniej stronie a ponieważ większość z nich znacznie przekracza wysokość 1000 m, często aż późnej wiosny ich szczyty pokrywa warstwa śniegu, co w połączeniu z szafirowym kolorem wody i nieba, daje obraz wprost niewyobrażalnej urody. Wschodni brzeg to łagodne, zielone łańcuchy Prealp, pomiędzy nimi, nieco dalej na wschód, znajduje się  jezioro Lugano, podobnie jak Lago Maggiore podzielone na część włoską i szwajcarską.

Kiedy kończy się nasz rejs po jeziorze a statek skieruje się do Laveno, nieopodal, po lewej stronie, widzimy charakterystyczną, trójkątną skałę, wyłaniającą się z wody. Jest to Rocca di Calde’ miejsce warte, aby je odwiedzić, ze względu na interesujący, romański kościół pod wezwaniem Świętej Weroniki, gdzie z tarasu przed świątynią roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na jezioro - zdjęcia i relacja z tej wyprawy jest w tym poście Castelveccana, czyli z dala od zgiełku.





Samo Laveno leży u podnóża dość sporego wzniesienia, noszącego nazwę Sasso di Ferro, można tam wejść jedną z licznych i bardzo wygodnych ścieżek lub wjechać wyciągiem kubełkowym, który funkcjonuje od wiosny do jesieni. Na szczycie góry znajduje się punkt widokowy, zwany Poggio Sant' Elsa i restauracja z obszernym tarasem. Przy dobrej pogodzie jest stąd niezapomniany widok na włoską część jeziora, otaczające je Alpy z masywem Monte Rosa na czele, Wyspy Boromeuszy i białe wyrobiska w zboczach gór na zachodnim brzegu.


To właśnie tam leży niewielka miejscowość Candoglia, znana ze swoich kamieniołomów, gdzie wydobywa się piękny szary i biało-różowy marmur, z którego zbudowano mediolańskie Duomo. Niegdyś, bloki tego surowca transportowano stąd drogą wodną przez jezioro, następnie rzeką Ticino i systemem kanałów, aż do Mediolanu — nieco więcej na temat mediolańskich kanałów można przeczytać w jednym z moich starszych wpisów pt. Milano - ancora!


Nie mniej piękny jest widok na południu, otulony lazurową mgiełką, z panoramą Doliny Padu i rozległym, zielonym  wzniesieniem Campo dei Fiori. Ze względu na sprzyjające prądy powietrza, Sasso di Ferro jest jednym z ulubionych miejsc do uprawiania lotniarstwa a ponieważ jest tu też lotniarska szkółka, więc nie jeden raz zdarzyło mi się widzieć nawet po kilkadziesiąt osób, latających jednocześnie. W sezonie wiosenno-letnim jest to również jedno z ulubionych miejsc piknikowych, zarówno ze względu na piękno okolicy, jak i z powodu wspaniałego, rześkiego powietrza, którego tak bardzo brakuje w mglistej Lombardii.


Osobiście najbardziej lubiłam wycieczki w te strony nie w środku lata, lecz w kwietniu (o jednej z nich pisałam tu Laveno-Mombello i Sasso di Ferro.) lub maju albo na przełomie września i października. Kiedy nadchodzi fala upałów, powietrze nad jeziorem często traci przejrzystość, foschia utrudnia obserwację okolicy oraz robienie zdjęć i robi się bardzo duszno. Natomiast wiosna a także wczesna jesień to wymarzony okres zarówno na wędrówki, jak i fotografowanie. 


Jeśli ktoś ma ochotę na obejrzenie innych zdjęć z Lago Maggiore, wystarczy że kliknie w jeden z linków. do Zdjęć Google


https://photos.google.com/album/AF1QipMm-pz1CE-j2FVY99Lg3e60HYQp1TU10fEy7-iL?hl=pl

Lub

https://photos.google.com/album/AF1QipNaJUkpOIfkqbH-xm7q5A6SUNN1gwShHN5uGB7D?hl=pl


niedziela, 29 września 2024

Piemont. Lago Maggiore - Castelli di Cannero, czyli zamki na wodzie.

 


Castelli di Cannero po raz pierwszy zobaczyłam podczas rejsu statkiem po północnej części Lago Maggiore, kiedy płynęłam z Laveno do Locarno. Był to bardzo długi rejs, tak długi, że mimo niezaprzeczalnego piękna tej okolicy dopadła mnie klaustrofobia i pod koniec wycieczki miałam problem z przebywaniem na ograniczonej przestrzeni pokładu. Moja podróż, jak zwykle, rozpoczęła się od przeprawy promem z Laveno na lombardzkim brzegu do Intry, leżącej na terenie Piemontu, gdzie przesiadłam się na statek płynący do szwajcarskiego Locarno. 

Już na starcie spotkała mnie nieprzyjemna niespodzianka, ponieważ okazało się, że zapomniałam zabrać zapasową kartę pamięci do aparatu fotograficznego, a ta, którą miałam, była zapełniona do ostatniego miejsca. To oznaczało, że tym razem robienie zdjęć nie wchodzi w rachubę, co oczywiście było wielkim minusem tej wyprawy, tym bardziej że pogoda była sprzyjająca, a pejzaż wart uwiecznienia. Oczywiście w moich zasobach miałam różne zdjęcia Lago Maggiore, jednak obejmowały one jedynie część włoską, i to nie całą, więc strata była niewątpliwa. Jednak właśnie wtedy miałam okazję oglądać fascynujące Castelli di Cannero, był to naprawdę  niezwykły widok, więc wiedziałam, że tak czy inaczej kiedyś wrócę, żeby zobaczyć go ponownie.

Podczas rejsu mogłam je oglądać w dwóch odsłonach — pierwsza miała miejsce w środku dnia, co sprawiało, że ich jasno oświetlone sylwetki rysowały się ostro na tle kobaltowej wody, a drugą widziałam po południu, kiedy lustro Lago Maggiore dzielił cień padający od gór. Część jeziora, po której płynął statek, była zielono-złota, a ta przybrzeżna, z niemal czarnymi zamkami, tonęła w granacie, po którym ślizgały się ukośne promienie słońca. Było to widok tak piękny, że mimo upływu lat wciąż mam go przed oczami...

Następną podróż postanowiłam odbyć w trybie mieszanym i przeprawić się promem do Intry na zachodnim brzegu, a tam wsiąść do autobusu jadącego w stronę granicy ze Szwajcarią, który zatrzymywał się w miejscowości Cannero Riviera, celu mej podróży. Niestety, tym razem pogoda nie rokowała najlepiej, było gorąco, lecz widoczność zmieniała się jak w kalejdoskopie, a góry od strony południowego wschodu spowijał welon wilgoci. Jednak był to mój dzień wolny po nocnym dyżurze, ponieważ samo dotarcie do Intry zajęło mi około dwóch godzin, zmarnowanie tego czasu i wysiłku absolutnie nie wchodziło w grę. Kiedy prom opuścił przystań w Laveno, większość pasażerów usytuowała się na jego obu burtach, aby podziwiać widoki, a uprzejmi marynarze wskazywali interesujące miejsca i chętnie odpowiadali na wszystkie pytania dotyczące okolicy. Wielkie zainteresowanie pasażerów wzbudziła Rocca di Caldè, lecz niebawem zniknęła za nami, za to na wprost mieliśmy piękny widok na Verbanie i Intrę — bliźniacze miasta, dokąd zmierzaliśmy. Intra to ładna, zadbana miejscowość, gdzie zawsze jest mnóstwo turystów, ponieważ jest tu główny port Lago Maggiore i początek wielu szlaków trekkingowych.  

Cannero Riviera jest dość rozległe, więc w jego obrębie autobus zatrzymuje się kilka razy. Dzięki wskazówkom uczynnego kierowcy wysiadłam na właściwym przystanku, odległym od centrum, za to usytuowanym praktycznie naprzeciw zamków. Teraz mogłam je zobaczyć nie z pokładu statku, lecz z nabrzeża, co prawda od lądu dzieliło je mniej więcej czterysta metrów, ale mimo to, na tle błękitnej wody prezentowały się bardzo wyraźnie. W tym czasie Castelli di Cannero stanowiły malowniczą ruinę, posadowioną na małych wysepkach, co sprawiało, że kiedy patrzyłam na nie z daleka, miałam wrażenie, iż wyłaniają się wprost z toni jeziora.

Wysepki są trzy, jednak zamki zajmują jedynie dwie większe, ponieważ trzecia jest zbyt mała, żeby pomieścić jakąkolwiek budowlę. W rzeczywistości faktycznym zamkiem jest większa struktura, wzniesiona na planie trójkąta z kilkoma wieżami i resztkami budynku mieszkalnego; jej mury odpowiadają obrysowi wysepki, co daje złudzenie, że wyrasta on z wody. Drugi zamek jest właściwie masywnym i pozbawionym dachu donżonem, tu oprócz skały jest jeszcze wąski pasek lądu wysunięty w stronę większej budowli, niczym przerwana grobla. Na cyplu obok donżonu można zauważyć smukłą kolumnę z tajemniczo wyglądającą rzeźbą, jak się dowiedziałam, jest to figura Madonny wykonana współcześnie, dzieło Giannino Castiglioni.

Aby mieć jakieś pojęcie o detalach zamku, zrobiłam parę zdjęć, używając mocnego zoomu; ponieważ północna ściana, którą miałam przed sobą, była pogrążona w cieniu, efekt, jaki uzyskałam, jest daleki od zamierzonego, lecz mimo to można na nich dostrzec nieco więcej szczegółów.

To miejsce, tak niezwykłe, ma równie niezwykłą historię, sięgającą początków XV wieku, kiedy niesnaski pomiędzy gwelfami i gibelinami przerodziły się w otwartą wojnę, skutkującą podziałami miejscowych rodzin na dwa zwalczające się stronnictwa. Z tej niespokojnej sytuacji skorzystało pięciu synów Lanfranco Mazzardiego, rzeźnika z Ronco, jednej z frakcji niedalekiego Cannobio. Byli to ludzie nieznający strachu, a przy tym brutalni, amoralni i pazerni na doczesne dobra.

W centrum Cannobio, nieopodal kościoła San Vittore, wznieśli ufortyfikowaną wieżę, która służyła im jako punkt wypadowy do łupieżczych wypraw, a także więzienie i miejsce kaźni tych, którzy próbowali im się opierać. Przez kilka lat dopuszczali się licznych napadów oraz grabieży, gwałcili kobiety, torturowali i mordowali mężczyzn. W 1403 roku upatrzyli sobie małe wysepki na jeziorze, które uznali za lepsze miejsce na swą przestępczą bazę. Terrorem i groźbami zmusili okolicznych mieszkańców, by z własnych środków i własną pracą wznieśli dla nich zamek, nazwany później od ich przydomka Castello Malpaga (malpaga – zła zapłata). Od tej pory jeszcze skuteczniej rozpanoszyli się na wodach jeziora i przez całe dziesięciolecie pobierali myto od statków żeglujących po Lago Maggiore, począwszy od odległej Arony aż do bliżej położonego Locarno. Pewni swojej siły i bezkarności, do roku 1414 swobodnie grasowali po okolicy dręcząc mieszkańców niezliczonymi gwałtami i morderstwami. 

Ich panowanie zakończył Filippo Visconti, ówczesny książę Mediolanu, wysyłając pięciuset żołnierzy pod wodzą kapitana Giacomo Lunatiego, który po dwuletnim oblężeniu wziął zbójów głodem. Mazarditi byli zmuszeni do oddania księciu swej siedziby i zrabowanych skarbów, w zamian za to, zamiast śmierci na szafocie, zostali skazani na długoletnią banicję. Zamek, gdzie okrutni bracia pozbawili życia wielu niewinnych ludzi, zrównano z ziemią, natomiast jezioro wraz z wysepkami i dużym obszarem przyległych ziem stały się lennem hrabiów Borromeo.

Po ponad stu latach od wypędzenia Mazarditich, w 1519 roku hrabia Lodovico Borromeo nakazał wzniesienie nowego zamku, którego resztki oglądamy obecnie. Jego budowę zakończono w roku 1521 i nadano mu nazwę Rocca Vitaliana, na cześć Vitaliano Borromeo, założyciela rodu. Niestety, w trakcie wojny o mediolańską sukcesję nowy właściciel stanął po stronie francuskiego króla Franciszka I i sprzymierzonych z nim Szwajcarów przeciwko armii księcia Sforzy, co doprowadziło do długotrwałego oblężenia przez oddziały pod wodzą kondotiera Azzone Visconti. Oblężenie się nie powiodło,  Visconti był zmuszony do wycofania swego wojska, lecz mimo to w XVII wieku zamek został opuszczony i zaczął popadać w ruinę.

Jeszcze przed moim wyjazdem z Włoch, dzięki decyzji obecnego właściciela, księcia Vitaliano Borromeo-Arese, i finansowej pomocy jednego z włoskich banków, w zamkach Cannero rozpoczęto prace archeologiczne i gruntowną restrukturyzację, celem utworzenia muzeum udostępnionego dla zwiedzających.

Dodam jeszcze, że zamki i cały teren są własnością prywatną, poza tym ze względu na toczące się prace był surowy zakaz przebywania na wysepkach. Mimo to wokół ruin zauważyłam sporą grupę osób, które przypłynęły tam łódkami, aby poopalać się i popływać w tej niecodziennej scenerii.

Przed moim odjazdem pogoda zmieniła się radykalnie, wiatr przepędził foschię i poprawił widoczność. Żałowałam, że nie zabrakło mi czasu, żeby jeszcze raz zrobić przymiarkę do fotografowania zamków, lecz niebawem miał przyjechać mój autobus powrotny do Intry. Dzięki poprawie widoczności na koniec mogłam zrobić zdjęcie północno-wschodniego brzegu jeziora, gdzie w całej krasie widniała rozłożysta sylwetka Monte Lema i szczyt Monte Tamaro, na które zawsze tęsknie patrzyłam. Od dawna miałam ochotę na wycieczkę w tamte strony, lecz ciągle ją odkładałam z przyczyn logistycznych. Jednak mimo wszystkich przeszkód przyszedł dzień, w którym częściowo zrealizowałam ten plan, o czym pisałam tutaj.

Kiedy dotarłam do Intry, było wczesne popołudnie, więc postanowiłam, że pokręcę się po nabrzeżu i zabytkowych uliczkach, których w zasadzie nie znałam, ponieważ zwykle bywałam w nowym centrum w okolicy portu. Okazało się, że jest tu piękny, zadrzewiony bulwar, ozdobiony stylowymi latarniami, i skwer z pomnikiem poległych, zaś nieopodal — ładnie zagospodarowany budynek dawnego portu. Obecnie mieści się w nim restauracja, a pod stylową wiatą jest poczekalnia dla podróżnych korzystających z komunikacji autobusowej.

Z bulwaru mogłam oglądać fantastyczny widok na góry po drugiej stronie jeziora, białą skałę Caldé i miejscowość Castelveccana. Nieco bardziej w lewo, w zacisznej zatoczce, leżało Laveno, ponad nim, niczym zielona ściana, wznosiła się malownicza góra Sasso di Ferro o stromym zboczu. Równie interesująco przedstawiała się panorama okolicy po prawej stronie z wielką połacią jeziora o błękitnej, lekko falującej wodzie i długim grzbietem Monte Mottarone, zamykającym horyzont.

Miły widok tej urokliwej okolicy i czystego, zadbanego miasta nieco złagodził wspomnienie pełnych okrucieństwa historii związanych z zamkami Cannero. Choć, jak już wspomniałam, obecne budowle nie mają bezpośredniego związku z bezlitosnymi rzezimieszkami, jakimi byli bracia Mazarditi, to mimo wszystko trudno mi było zapomnieć o wszystkich strasznych rzeczach, których się dopuścili na tych terenach i o tym, że w zasadzie ich występki nigdy nie zostały należycie ukarane.

Nieopodal nabrzeża zauważyłam ładny placyk z kościołem w głębi i okazałym pomnikiem z białego marmuru, przedstawiającym piękną kobietę w dramatycznej pozie, ze sztandarem na ramieniu. Postanowiłam przyjrzeć im się z bliska; z tablicy umieszczonej na cokole pomnika dowiedziałam się, że jest on poświęcony pamięci Francesco Simonetty, bohatera Risorgimenta. Simonetta walczył na Sycylii u boku Garibaldiego, później powrócił do Lombardii, by w 1848 roku wziąć udział w powstaniu znanym jako "Cinque Giornate", które były próbą wyzwolenia Mediolanu spod austriackiego panowania.

Równie interesujący okazał się niewielki, barokowy kościółek pod wezwaniem San Rocco, gdzie w głównym ołtarzu znajduje się piękny XIV-wieczny fresk z wizerunkiem Madonny del Latte, czyli Matki Boskiej Karmiącej, której strzegą dwie drewniane figury przedstawiające San Rocco i San Defendente. Mnie zainteresowało bardzo ciekawe malowidło przedstawiające ścięcie św. Jana Chrzciciela, gdzie na pierwszym planie z wielkim realizmem przedstawiono jego ciało pozbawione głowy. Zgodnie z modą, jakiej hołdowali malarze baroku, uczestnicy tego zdarzenia są ubrani w stroje z XVII wieku. Salome, z tacą, na której spoczywa odcięta głowa męczennika, wygląda niczym dama z dworu Ludwika XIV, za nią po lewej stronie stoi jakiś modniś w kapeluszu nasuniętym na oczy i w butach na obcasach. Zaintrygował mnie ten obraz, bo odniosłam wrażenie, że malował go twórca o niepoślednim talencie, jednak nigdzie nie znalazłam żadnej wzmianki na ten temat.

Po tym krótkim spacerze udałam się do portu i ponownie wsiadłam na prom, by przeprawić się na drugą stronę jeziora, skąd pociągiem wróciłam do domu. Popołudnie było nadzwyczaj pogodne, więc niedługi rejs obfitował w piękne widoki na lombardzki brzeg. Kiedy dopłynęliśmy do Laveno i z bliska mogłam zobaczyć jego ładny bulwar, Sasso di Ferro i kubełkową kolejkę, poczułam się, jakbym była niemal na progu domu, choć przede mną była jeszcze godzina jazdy pociągiem. Castelli di Cannero i ich historia pełna okrucieństwa, walk i przemocy, wydały mi się w tym momencie tak odległe, jakby od poranka, kiedy je oglądałam, dzieliły mnie nie godziny, a całe lata świetlne...

Na koniec chciałam dodać parę słów na temat mojego rejsu do szwajcarskiego Locarno, który w sumie sprawił mi spory zawód. W istocie cała ta wyprawa zaczyna się w Aronie na południowym krańcu jeziora i, jak wspomniałam powyżej, kończy w Locarno na krańcu północnym, co bardzo dokładnie widać na mapce powyżej. Taki rejs zaczyna się w późnych godzinach porannych, w jedną stronę trwa ponad cztery godziny i odbywa się tylko raz dziennie. Statek ma niezbyt długi postój w Locarno, gdyż po południu wraca z powrotem do Arony. Ponieważ ja moją podróż rozpoczęłam w Intrze, więc trwała ona krócej, bo dwie i pół godziny. Wykupiłam sobie bilet z opcją andata-ritorno, czyli tam i z powrotem, żeby mieć gwarancję bezpiecznego powrotu do domu. Teoretycznie przerwa w Locarno pozwala na pobieżne obejrzenie miasta, jednak okazało się, że skrupulatni szwajcarscy pogranicznicy ustawili nas w długiej kolejce, aby dokładnie sprawdzić, kto schodzi ze statku. Trwało to całe wieki i czas, jaki mieliśmy w Locarno, skurczył się niesamowicie. Bardzo chciałam wjechać kolejką na górę ponad miastem do sanktuarium Madonna del Sasso w Orselinie, jednak ta uciekła mi niemal sprzed nosa i mój plan spalił na panewce. Musiałam się zadowolić spacerem po mieście i widokiem centralnego placu, gdzie trwały przygotowania do uroczystości w ramach festiwalu filmowego. Poza tym mocno zdziwiło mnie to, że chociaż miasto leży w Kantonie Ticino, gdzie językiem urzędowym jest włoski, wszyscy, do których zwracałam się w tym języku, odpowiadali mi po niemiecku, nawet pan sprzedający lody! Był to dla mnie szok, ale po powrocie dowiedziałam się od znajomych, że w tej części Ticino większość mieszkańców jest dwujęzyczna, jednak przybysze z Włoch nie są przez nich szczególnie lubiani, więc często udają, że nie znają ich języka. Coś w tym może być, a może po prostu ci ludzie wolą mówić po niemiecku? W miejscowościach przygranicznych nad Lago Maggiore wielokrotnie słyszałam, jak między sobą rozmawiają w tym języku, w przeciwieństwie do Szwajcarów mieszkających w okolicy Lugano, którzy z reguły posługują się włoskim.

Płynąc do Locarno mijamy dwa bardzo ciekawe miejsca, których co prawda nie poznałam osobiście, bo widziałam je tylko z daleka, jednak skądinąd znam ich historię i walory na tyle, że polecam każdemu, kto będzie w tej okolicy wystarczająco długo, żeby je odwiedzić. Pierwsze to dwie wyspy znane jako Isole di Brissago – na większej z nich, noszącej nazwę San Pancrazio, jest historyczny ogród botaniczny, założony w XIX wieku przez Richarda i Antoinette Fleming Saint-Leger, natomiast na mniejszej, noszącej nazwę Sant'Apollinare, roślinność rozwija się w zgodzie z naturą.

Drugie z tych miejsc to malownicze miasteczko Ascona, gdzie na początku XX wieku miało miejsce niezwykłe przedsięwzięcie znane pod nazwą Monte Verità, czyli Góra Prawdy, w którym brało udział wielu protagonistów ówczesnego życia kulturalnego, artystycznego, a nawet naukowego. Niestety, dowiedziałam się o nim już po powrocie do Polski, kiedy przypadkowo natrafiłam w TV na film fabularny pt. "Monte Verità. Odurzenie wolnością". Żałowałam, że nie miałam okazji zapoznania się z tą lokalizacją podczas pobytu we Włoszech, ale kto wie, może jeszcze kiedyś pojadę nad Lago Maggiore? Dla osób zainteresowanych tym, co kryje się za tą tajemniczą nazwą, zamieszczam link, naprawdę gorąco polecam ten artykuł!

https://www.dwutygodnik.com/artykul/10309-wegetarianie-z-gory-prawdy.html

Na mapce, jaką zamieściłam, oprócz niebieskiej linii odpowiadającej trasie statku, można dostrzec jeszcze dwie inne, czerwoną i zieloną. Otóż jest to piękna, choć według mnie mordercza trasa jednodniowej wycieczki pociągiem i statkiem. W jej trakcie zatacza się wielkie koło, a przy okazji, oprócz rejsu po jeziorze, przejeżdża się pociągiem wśród gór linią popularnie zwaną "Centovalli", czyli "Sto dolin". Nie byłam, ale podobno widoki są nie do zapomnienia.