Mam nadzieję, że ci czytelnicy, którzy z zainteresowaniem przeczytali poprzedni wpis o Sanktuarium Cyklistów, nie wezmą mi za złe tej dygresji, będącej jednocześnie bardzo osobistą refleksją.
Jak już pisałam wcześniej, Włosi to naród bardzo uczuciowy, który lubi (również publicznie) wyrażać swoje emocje. Początkowo byłam tym nieco zdziwiona, a nawet zażenowana, jednak po pewnym czasie doszłam do wniosku, że być może jest to swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa, chyba niezbędny tym ludziom o tak żywym temperamencie. My, Polacy, jesteśmy pod tym względem odmienni, bardziej powściągliwi w wyrażaniu uczuć i oszczędni w słowach. Jednak po wielu latach spędzonych we Włoszech ja również przywykłam do tego rodzaju ekspresji i do egzaltowanych napisów na pomnikach, a rower wiszący w kościele już nie budzi mojego zdziwienia.
Nie czuję się też nieswojo, gdy pod wpływem wzruszenia łza zakręci mi się w oku... Oczywiście emocje budzące się w takiej chwili mogą być przemijające i ulotne, lecz mogą też zostawić trwały ślad, który odmieni nas i nasze życie. Kiedy to zrozumiałam i doceniłam, wszystko, co mi się tam przydarzyło, nabrało dla mnie innego wymiaru – choć nadal często przychodził taki czas, iż wydawało mi się, że tego wszystkiego nie zniosę, że nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej z dala od Polski, mojego domu i rodziny...
Dlatego korzystałam z każdej nadarzającej się okazji, aby wyrwać się z kieratu codzienności i wyruszyć przed siebie, gdzie nogi poniosą. Czasem było to miejsce, o którym marzyłam od dawna, innym razem wracałam do tych dobrze mi znanych, niczym do starych przyjaciół, gdzie wpada się na chwilkę miłej rozmowy. Przestałam sobie robić wyrzuty za mój nadmiar entuzjazmu i za to, że nieraz niczym małe dziecko zagapiłam się w zachwycie. Znów byłam małą dziewczynką w sukience w kropki, o której myślałam, że już dawno we mnie umarła... Widocznie tak musiało być, że samotność i cały ból emigracji, jakiego tam zaznałam, pozwoliły mi odrodzić się na nowo.
Nauczyłam cieszyć się nawet najmniejszym okruszkiem radości, jaki podrzucało mi życie, walczyć ze sobą i własnymi słabościami, ale także nie obwiniać, jeśli coś mi się nie udało, bo wiedziałam, że daję z siebie wszystko, na co mnie stać... Kiedy chodziłam w góry, czasem brakowało mi sił, żeby pokonać jakiś szczególnie trudny fragment drogi, więc w bardzo stromym miejscu byłam zmuszona iść nieomal na czworakach – czy jak mówią Włosi: a quattro zampe. Mówiłam wtedy głośno sama do siebie: „Boże, dopomóż!”. Jednak nigdy mi nie przyszło do głowy, aby zawrócić, a kiedy znalazłam się u celu, mówiłam sobie w duchu: „Dzięki Ci, Boże, jednak mi się udało!”. Choć częściej była to myśl: „Dzięki Ci za ten świat taki piękny i za to, że mogę go oglądać!”.
Kijek trekkingowy stał się dla mnie tym, czym jest rower dla kolarza – czymś o wiele więcej niż tylko posłusznym narzędziem. Był wiernym przyjacielem, niemym świadkiem moich małych zwycięstw, a wysiłek i zachwyt nad pięknem, które mogłam oglądać, najbardziej osobistą modlitwą.
Sądzę, że niezależnie od tego, czy jesteśmy ludźmi głęboko wierzącymi, czy laikami, mamy potrzebę idei, która by nas prowadziła i nadawała sens naszym poczynaniom. Prawda jest w nas, jest jedna, choć ma wiele imion...
Czasem ta lepsza, idealna część naszej istoty usypia, przysypana codziennością, lecz budzi się pod wpływem emocji. Warto pamiętać o takich chwilach, gdyż to one mogą dać nam siłę, aby iść do przodu i mimo przeciwności z nadzieją patrzeć w przyszłość...
W Sanktuarium znalazłam tekst modlitwy cyklistów, którą przetłumaczyłam, starając się zachować jej piękny i głęboki sens. Myślę, że każdy z nas, kto na co dzień zmaga się z życiem lub własną słabością, znajdzie w niej coś, co mówi właśnie o nim:
O Matko Pana Naszego Jezusa otocz swą łaskawą opieką nas i nasze działania.
Dopomóż nam zachować
w zdrowiu nasze ciała a nasze dusze niech pozostaną czyste i żarliwe.
Strzeż nas od niebezpieczeństw, tak w czasie treningów, jak i podczas zawodów.
Niech rowery będą dla nas narzędziami przyjaźni i braterstwa, abyśmy wciąż bardziej zbliżali się do Boga.
Modlimy się do Ciebie, aby Przyjaciele, których śmierć wyrwała z naszego grona, odnaleźli się w Królestwie Niebieskim, gdzie zaznają radości i wiecznego spokoju. Prosimy Cię też, daj ich Rodzinom pocieszenie w cierpieniu i siłę wiary, aby mogli sprostać tej ciężkiej próbie.
Chciałabym jeszcze przytoczyć napis, jaki umieszczono na pomniku poświęconym cyklistom, który tej sportowej pasji nadaje wymiar niemal duchowy:
...I Bóg stworzył rower aby był dla człowieka instrumentem wysiłku i uniesienia na stromej ścieżce życia.
Ta góra niech będzie pomnikiem sportowej epopei naszego ludu, który zawsze był surowy i cierpki w cnotach a słodki i łagodny w swoim poświęceniu.
Sam pomnik może się wydawać zbyt dosłowny i niezostawiający wiele pola dla imaginacji, lecz mimo to, dla mnie jest w pewnym sensie metaforą i apoteozą życia. Chyba każdy z nas czasem był zwycięzcą, a innym razem pokonanym, zaznał radości i uniesienia, jakie niesie tryumf, a także goryczy upadku, po którym trzeba było podnieść się i iść dalej. A zwycięstwo? Zwycięstwo to tylko moment i słodki dodatek do walki, bo tak naprawdę ważne jest tylko to, żeby próbować...