Pokazywanie postów oznaczonych etykietą massi avelli- tajemnicze grobowce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą massi avelli- tajemnicze grobowce. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 września 2013

Lombardia. Brunate i Faro Voltiano.



Pisząc o Como kilkakrotnie wspominałam o Brunate, które co prawda z racji bliskości wydaje się jego częścią, lecz w istocie jest odrębnym organizmem. Ta niewielka gmina licząca około 1700 mieszkańców, leży na wzniesieniu, jakie dominuje nad Como po prawej stronie i jest pierwszym z pasma Prealp oddzielającego Brianzę od alpejskich łańcuchów i jeziora Como. Tu zaczynają się zielone tereny Triangolo Lariano, ciągną się one aż do Bellagio i są ulubionym miejscem rekreacyjnym mieszkańców najbliższej okolicy, a także niezbyt odległego Mediolanu. W przeciwieństwie do leżącego w kotlinie miasta Como jest tu pod dostatkiem świeżego powietrza, do tego w pogodne dni można podziwiać wspaniałe widoki, zarówno na pobielone śniegiem alpejskie czterotysięczniki, jak i na spowite w błękicie zielone połacie Lombardii i Piemontu. Ta uprzywilejowana pozycja sprawia, że o Brunate często się mówi, iż jest balkonem Prealp (jak Włosi lubią nazywać podobne miejsca) i muszę powiedzieć, że jest to miano w zupełności zasłużone. Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Como, mój zachwyt nad tym tak pięknie położonym miastem sprawił, że nie wiedziałam, gdzie najpierw mam skierować swe kroki... Patrząc wokoło, dostrzegłam na jednym ze wzgórz jakieś domostwa a wśród nich piękny różowy budynek z białymi ornamentami w stylu liberty.



Miałam wrażenie, że owo wzgórze tworzy prawie pionową ścianę ponad miastem (w istocie stopień nachylenia nie przekracza 55%). Kiedy się dowiedziałam, że można tam wjechać kolejką, natychmiast udałam się na poszukiwanie stacyjki. Jej odnalezienie nie było trudne, gdyż jest to bardzo charakterystyczna budowla, wzniesiona w stylu szwajcarskiego chalet z pięknymi ornamentami wyrzeźbionymi w drewnie. Kolejka do Brunate jest kolejką zębatą, wciąganą na górę za pomocą lin na zasadzie przeciwwagi (wagonik jadący do góry przemieszcza się pod ciężarem tego, który zjeżdża na dół). Dlatego też w połowie drogi znajduje się mijanka, gdzie obydwa wagony spotykają się na wyciągnięcie ręki. Z racji dużego nachylenia terenu emocje podczas pierwszej podróży są naprawdę niecodzienne, podobnie, jak widoki, które się roztaczają wokoło.



Jak niejednokrotnie wspominałam, w Lombardii problem polega na tym, że z racji dużej wilgotności powietrza i smogu zalegającego nad tą krainą, trzeba mieć sporo szczęścia, żeby przy pierwszym podejściu zobaczyć ten widok w całej krasie. Ja miałam fart, ponieważ poprzedniego dnia przeszła silna burza z ulewnym deszczem, więc powietrze było kryształowo przejrzyste. W miarę jak kolejka wznosiła się w górę, mogłam zobaczyć coraz większą przestrzeń dokoła, z miastem Como w dole, błękitnym lustrem jeziora i pobielonymi śniegiem szczytami wysokich gór, poprzedzonych ariergardą łagodnych, zielonych przedalpejskich wzniesień na horyzoncie.



Kolejka posuwała się do góry po torowisku biegnącym wśród zarośli poprzetykanych ciemnozielonymi kolumnami cyprysów i laurowymi drzewkami a ja byłam tak pełna wrażeń, że wydawało mi się, iż ta podróż trwa wieki, choć w istocie było to zaledwie parę minut. Od tamtej wycieczki minęło ponad dziesięć lat, ale pamiętam ją tak dobrze, jakby to było wczoraj (podobnie, jak mój pierwszy rejs po jeziorze Como), gdyż były to dla mnie wspaniałe chwile i niezapomniane wrażenia. Ta pierwsza wycieczka do Brunate nie była ostatnią, później jeździłam tam jeszcze kilka razy, ale nigdy już nie poczułam takiego dreszczu emocji połączonego z nieopisanym zachwytem...
Pewnego razu, wybrałam się tam pod koniec zimy, aby zobaczyć Faro Voltiano, bardzo szczególny monument poświęcony pamięci Aleksandra Volty. Volta urodził się w Como w zamożnej rodzinie, należącej do miejscowej arystokracji.

Podobno był wątłym dzieckiem i z tej racji oddano go na wychowanie do mamki, która mieszkała właśnie w Brunate, w niewielkim, skromnym domku. Jej mężem był rzemieślnik wytwarzający barometry i uważa się, że to właśnie dzięki niemu Aleksander zainteresował się fizyką. Przyszły uczony, jako dziecko nie rokował wielkich nadziei, co więcej, dość długo uważano go za niemego, a nawet upośledzonego umysłowo, ponieważ przez pierwszych pięć lat życia nie umiał mówić. Mimo to wyrósł na młodzieńca o wielkiej inteligencji, w szkole cieszył się opinią doskonałego ucznia, a w przyszłości zasłynął jako genialny wynalazca. Mieszkańcy Como są bardzo dumni z tego, że przyszedł na świat właśnie w ich mieście, dlatego też w setną rocznicę śmierci Volty w Brunate wzniesiono na jego cześć oktagonalną wieżę w kształcie latarni morskiej, która po zapadnięciu zmroku, aż do świtu emituje wiązkę światła o zmieniających się kolorach w barwach włoskiej flagi. Kiedyś wracając statkiem do Como, miałam okazję zobaczyć ten piękny spektakl i muszę powiedzieć, że naprawdę robi wrażenie! Wieża ma 27 metrów wysokości i służy również jako punkt widokowy. Znajduje się w San Maurizio, najwyżej położonej frakcji Brunate. Prowadzi tam droga jezdna biegnąca serpentynami i mulatiera, wiodąca w górę niemal prostopadle do stoku; dzięki niej, idąc pieszo, można sobie skrócić drogę, ścinając poszczególne, bardzo liczne zakręty. Wypróbowałam obydwie opcje, ale droga wciąż wydawała mi się dość długa i zastanawiałam się, dlaczego nie można podejść do wieży od strony zachodniej, co pozwoliłoby tę odległość zredukować o połowę.



Mało brakowało a te moje dywagacje skończyłyby się tragicznie i to nie tylko dla mnie, ale również dla Marty... Kiedy pewnego lata przyjechała do mnie w odwiedziny, bardzo chciałam jej pokazać wspaniały widok, roztaczający się ze szczytu wieży. Ponieważ miałyśmy dość ograniczony czas, postanowiłam zapytać kogoś z mieszkańców, czy nie ma krótszej drogi. Pewna pani, sprzedająca pamiątki na straganie nieopodal kościoła, powiedziała nam, że jest taka dróżka, zaczynająca się za cmentarzem. Jak się okazało słowo "cmentarz" było tu jak najbardziej na miejscu i nie zapowiadało niczego dobrego... Początkowo nic nie wskazywało na późniejsze kłopoty, gdyż faktycznie znalazłyśmy ścieżkę, dość szeroką i wygodną, którą przeszłyśmy kilkaset metrów pośród drzew i krzaków porastających strome zbocze.

Przyszedł jednak moment, kiedy okazało się, że skutkiem erozji dróżka zrobiła się niemal niedostrzegalna, a grunt zaczął się usuwać spod naszych nóg. Miałyśmy nadzieję, że za chwilę wrócimy na ubity szlak, ale niestety, ścieżka zniknęła nieodwołalnie, w tm miejscu utknęłyśmy definitywnie, bojąc się zrobić choć jeden krok w przód lub w tył. Problem polegał na tym, że na urwistym i bardzo w tym miejscu stromym zboczu, oprócz niezbyt gęstych drzew i słabo zakorzenionych, wątłych krzaczków, nie rosło nic więcej, co mogłoby stanowić jakikolwiek punkt podparcia. Cienka warstwa ziemi pokrywająca skały była piaszczysta i sypka, więc nie było mowy o tym, żeby próbować robić duże kroki od drzewa do drzewa, bo mogło to poskutkować usunięciem gruntu i wywrotką, po której człowiek zacząłby spadać po zboczu, niczym przysłowiowy kamień. Czepianie się krzaków też nie wchodziło w grę, gdyż ich długie i cienkie gałęzie nie były na tyle solidne, żeby utrzymać nasz ciężar. Robiłam sobie straszne wyrzuty, że naraziłam nas na tę niebezpieczną sytuację i zaczęły mi się przypominać wszystkie zasłyszane historie o ludziach, którzy w podobnych okolicznościach stracili życie, schodząc ze ścieżki w trakcie trekkingu albo podczas zbierania kasztanów.

Szczerze mówiąc, dziś trudno mi powiedzieć, jak to się stało, że udało nam się nie wpaść w panikę, opanować nerwy i pomału, stopa za stopą, na przemian przytrzymując się drzew i podając sobie nawzajem ręce, wycofać aż do miejsca, gdzie ponownie znalazłyśmy się na pewnym gruncie. Oczywiście po tej mrożącej krew w żyłach przygodzie nie dotarłyśmy do Faro i Marta nie zobaczyła pięknej panoramy, jaką chciałam jej pokazać. Ja natomiast dostałam niezłą lekcję, a ta nauczyła mnie szacunku dla lombardzkich gór, które choć niewysokie, mają opinię niebezpiecznych. Od tej pory raczej nie zapuszczałam się na niepewny teren i zanim zdecydowałam się na jakiś szlak, dokładnie czytałam jego opis w przewodniku, który swego czasu dostałam w prezencie od rodziny pewnego pacjenta. Doceniłam też dobrodziejstwo chodzenia z kijkiem, zwanym przez Włochów bastone, którego ostry, metalowy koniec niejednokrotnie uchronił mnie przed niekontrolowanym poślizgiem, że nie wspomnę o tym, o ile łatwiej było mi z nim wchodzić pod górę. 
Jednak wróćmy do Brunate, spacer jego uliczkami nie tylko daje nam okazję przyjrzenia się pięknym willom z przełomu XIX i XX wieku, lecz również zwiedzenia malutkiego centrum historycznego. Jest tam kilka zabytkowych domków z wewnętrznym dziedzińcem, w tym także dom rodziny Monti, gdzie Aleksander Volta spędził pierwsze lata swego życia. Na jego ścianie umieszczono pamiątkową tablicę, a nieopodal na kościele św. Andrzeja znajdziemy następną, poświęconą pamięci mamki Aleksandra, Elisabetty Pedraglio i jej męża Lodovica Monti.



Nieopodal stacji kolejki widać okazały i efektowny, lecz zamknięty i wyraźnie niszczejący budynek. To dawny hotel Belvedere, w którym ongiś znajdowało się również kasyno gry. Niestety, podobnie, jak piękny Grand Hotel na Monte Campo dei Fiori nieopodal Varese, po II Wojnie Światowej podupadł i stracił licencję na prowadzenie gier hazardowych, w związku z powstaniem nowoczesnego kasyna w niedalekim Campione d'Italia. Wspominałam już, że Brunate jest świetnym punktem wypadowym dla pieszych i rowerowych wycieczek. Można stąd powędrować aż do Bellagio albo wybrać jeden ze szlaków wiodących na niedalekie szczyty Monte Boletto i Monte Bolettone. Można też zejść pieszo do Torno, ślicznej miejscowości leżącej na brzegu jeziora Como. Jest to bardzo interesująca trasa, ze względu na możliwość zobaczenia po drodze ogromnych głazów narzutowych a także tajemniczych antycznych grobowców, o których pisałam w tym poście.




Jak zwykle zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć, jakie zrobiłam podczas wycieczki do Brunate. W albumie umieściłam zarówno te, zrobione aparatem cyfrowym, jak i jedne z moich najstarszych ujęć, wykonanych metodą analogową. Różnica jest ewidentna, ale mam nadzieję, że mimo swojej niedoskonałości również one, choć w części oddają niezwykłą atmosferę i urodę tego miejsca.

piątek, 1 czerwca 2012

Lombardia. Torno, Pietra Pendula, czyli kamień na kamieniu, na kamieniu kamień.



Pietra Pendula to jeden z najbardziej niezwykłych pomników przyrody, jakie są zlokalizowane w okolicach Jeziora Como. Ten ogromny głaz narzutowy, przypominający kształtem gigantyczny kamienny grzyb, znajduje się na zboczach Monte Piatto niedaleko miejscowości Torno. Wycieczka do Pietra Pendula jest łatwa i bardzo widokowa, po drodze można podziwiać wspaniałe widoki na jezioro, odetchnąć zapachem krzewów laurowych i kasztanowych lasów a także obejrzeć inne głazy narzutowe — ślady działalności lodowca, który przed tysiącami lat ukształtował krajobraz lombardzkich Prealp.

Sądzę, że każdy, kto spojrzy na powyższe zdjęcie, zgodzi się ze mną, iż panorama Jeziora Como i jego okolicy jest naprawdę przepiękna... 

Uwielbiałam ten widok od chwili, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy i niezależnie od pory roku i pogody nigdy mnie nie zawiódł. Wąska rynna krętego jeziora wije się pomiędzy zalesionymi zboczami Prealp, stromo schodzącymi nad brzeg wody, co sprawia, że niejednokrotnie przed naszymi oczami wyrasta pasmo gór, na pozór zamykające horyzont jak to ma miejsce na zdjęciu powyżej. Jednak jest to jedynie złudzenie, gdyż po chwili statek zmienia kurs i okazuje się, że ku naszej radości rejs trwa nadal. Tak się dzieje, kiedy przepływamy na wysokości miejscowości Torno, leżącej u podnóża wzniesienia Monte Piatto, które sprawia wrażenie tarasu, przyklejonego do zbocza wyższego łańcucha górskiego zwanego Monte Bolettone. Monte Piatto znaczy dosłownie "Płaska góra", co jak widać na powyższym zdjęciu, dobrze oddaje jego charakter, gdyż istotnie wygląda ono, jakby jego wierzchołek odcięto ostrym nożem. Na szczyt wiedzie mulatiera z kamiennymi stopniami, prowadząca wprost do niewielkiego kościółka; obok niego jest ładny placyk z miejscem piknikowym, gdzie można odpocząć przed dalszą wędrówką.




Ciekawe ukształtowanie tego terenu to skutek epoki lodowcowej oraz wielowiekowej erozji gruntu. Obecnie Prealpy porastają kasztanowe lasy, jednak podobno nie zawsze tak było, więc mróz, deszcze i wiatr miały większe pole do działania. Wszystko to sprawiło, że wędrując po lombardzkich górach można napotkać ogromne głazy, przywleczone tu przez przesuwający się lodowiec. 

Ich kształty oraz wielkość są doprawdy imponujące a z niektórymi związane są lokalne opowiastki i legendy. W innych wykuto charakterystyczne niecki, niegdyś prawdopodobnie służące jako miejsca pochówku o czym pisałam w poprzednim poście Torno, czuli strach i starożytne grobowce. W obrębie Triangolo Lariano znajdziemy wiele ciekawych pomników natury. Część z nich jest celem wycieczek i prowadzą do nich oznakowane ścieżki, inne leżą samotnie, zagubione w lesie, niedostępne dla oczu turysty. Wiele takich głazów, rozproszonych w niedalekim masywie Corni di Canzo, można obejrzeć, podążając geologiczną ścieżką dydaktyczną. Jednak tym razem chciałabym napisać jedynie o tych pierwszych, gdyż ścieżka geologiczna jest dość długa, zawiera liczne elementy i z całą pewnością zasługuje na osobny wpis (jest post na jej temat pod tytułem Val Ravella i Corni di Canzo). 











Wycieczka po górskich szlakach w okolicy Torno i Blevio, to prawdziwa przyjemność. Okolica jest przepiękna, ścieżki bardzo wygodne a widoki na jezioro spektakularne. W lesie na zboczach można napotkać wartkie strumyki tworzące małe kaskady i wiele głazów narzutowych o ciekawych kształtach. Jeden z nich jest doprawdy wyjątkowy, gdyż ma formę ogromnego grzyba. Znajduje się nieopodal niewielkiej osady na zboczu Monte Piatto; nadano mu nazwę Pietra Pendula co można przetłumaczyć jako wiszący lub bujający się kamień.  

Jest to ogromna, granitowa bryła, ważąca prawdopodobnie około sześćdziesięciu ton, wsparta na swego rodzaju postumencie z wapienia, co sprawia, że całość wygląda niczym wielki borowik o fantazyjnie wywiniętym kapeluszu. Powszechnie uważa się, iż "efekt końcowy" jest dziełem rąk ludzkich i baza, czy też nóżka grzyba, została celowo ociosana, aby całości nadać ten bardzo szczególny kształt. Donosi o tym tablica umieszczona na postumencie, jednak nie znalazłam żadnej informacji mówiącej o tym, kto i kiedy miałby tego dokonać.


Jeśli tak było istotnie, to wszelkie informacje na ten temat chyba nikną w pomroce dziejów, gdyż żadna z lokalnych legend nic o tym nie wspomina. Jeśli tak jest w istocie, nie można wykluczyć, że stanowi on dzieło tych samych rąk, które w zamierzchłych czasach wykuły grobowce w ogromnych kamieniach zwanych tu massi avelli, jakie można napotkać w tej okolicy. Jednak osobiście zastanawia mnie, w jakim celu miano by to robić, zważywszy, że nasi praszczurowie chyba mieli pilniejsze zajęcia związane z walką o byt, niż zabawianie się w tworzenie podobnie bezużytecznych monumentów (bo jeśli chodzi o grobowce, kult zmarłych zapewne jest dostatecznie ważną motywacją). 


głaz narzutowy w postaci monumentalnego kamiennego grzyba

Pomyślałam sobie (może naiwnie, bo absolutnie nie znam się na geologii), iż być może skała wapienna, na której wspiera się granitowa bryła, jako bardziej miękka i narażona na erozję, po prostu wypłukała się w ciągu tego w końcu niezmiernie długiego okresu, jaki minął od czasu, kiedy wędrował tędy lodowiec przesuwający ów głaz. Poza tym podobne głazy leżące bezpośrednio na podłożu widywałam w innych miejscach (jeden z nich jest widoczny w pierwszym bloku zdjęć), gdzie miało ono inną strukturę, więc być może gdyby leżały na miękkim wapieniu też przybrałyby podobną formę. Dodam jeszcze, że w tym rejonie również w innych miejscach spotyka się takie grzybopodobne formacje, lecz o mniejszych kapeluszach, zwane fungi di terra. Można je zobaczyć na stokach Monte Palanzone nieopodal wioski Rezzago, a ja  miałam okazję oglądać podobne twory podczas wycieczki którą opisuję w poście na Włochy - Szwajcaria, czyli Monte Generoso). 

Taka refleksja nasunęła mi się na widok "nóżki" skalnego grzyba, która jest o wiele lepiej wypracowana od strony, gdzie w czasie opadów spływa woda, natomiast ze strony przeciwnej wygląda na zdecydowanie bardziej masywną. Tak czy inaczej, ów skalny grzyb faktycznie robi ogromne wrażenie; zresztą cały ten szlak jest bardzo interesujący, również ze względu na możliwość podziwiania przepięknej panoramy Jeziora Como.

widok na Torno, Monte Piatto i łańcuch Prealp

Z tej wysokości wygląda ono bardzo malowniczo, zwłaszcza kiedy powoli kończy się lato i kasztanowce porastające góry zaczynają zmieniać barwę z zielonej na złotawą. O tej porze roku powietrze staje się bardziej przejrzyste, a cały pejzaż nabiera wspaniałych, nasyconych kolorów, zapowiadających nadchodzącą jesień. W lasach  unosi się gorzkawy zapach opadających kasztanów, a szmaragdowe wody jeziora, zmarszczone pod wpływem lekkiego wiatru, pokrywają się delikatną falą, przystrojoną leciutką koronką piany. 

Widziałam ten pejzaż we wszystkich jego szatach, jednak ta pora nastraja mnie najbardziej sentymentalnie, budząc we mnie uczucie, które Jarosław Iwaszkiewicz nazywał serenite. To spokój z lekką nutką melancholii, świadomość przełomu i przemijania, połączonego z poczuciem zawieszenia w czasie. Uwielbiam tę porę i kocham to uczucie — w końcu urodziłam się 5 września, pod znakiem Panny, więc jest to mój czas. Czas refleksji, przedostatnich kwiatów, spadających kasztanów, złotych liści i babiego lata...


Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie

poniedziałek, 28 maja 2012

Lombardia. Torno, czyli strach i starożytne grobowce.


Panorama okolicy z Monte San Primo w głębi i taflą jeziora widziana pomiędzy łańcuchami Prealp

Wokół Jeziora Como narosły liczne legendy, opowieści i historyczne anegdoty związane z pałacami, willami i sławnymi mieszkańcami tych stron. Jednak w kasztanowo bukowych lasach ponad urokliwą miejscowością Torno można odnaleźć ślady znacznie starszej i bardziej zagadkowej przeszłości — kamienne grobowce zwane massi avelli. Kim byli ludzie, którzy je wykonali, i dlaczego pozostawili po sobie tak niewiele śladów, pozostaje pytaniem bez odpowiedzi. Właśnie chęć zobaczenia tych niezwykłych obiektów skłoniła mnie do jednej z najbardziej pamiętnych samotnych wypraw, jakie odbyłam w lombardzkich Prealpach.  

W poprzednim poście Lombardia. Monte San Zeno wspomniałam o irracjonalnym strachu, jaki odczuwałam na myśl o samotnej wyprawie na tę górę, mimo przemożnej, wręcz obsesyjnej chęci, by zrealizować ten zamysł. Z natury nie jestem osobą bojaźliwą — raczej można mnie nazwać przewidującą, więc zgodnie ze swoją naturą planując jakieś przedsięwzięcie z reguły rozważam wszystkie możliwe warianty rozwoju sytuacji, w tym również czarny scenariusz. 

W związku z tym, zwykle staram dobrze się przygotować na niespodzianki (również te przykre) co pozwala mi zachować spokój i zdrowy dystans oraz nie tracić zimnej krwi, kiedy sprawy idą w złym kierunku. Mimo to zawsze mogą się zdarzyć rzeczy, na które nie mamy wpływu i to oczywiście rodziło moje zrozumiałe obawy. Jedną z nich są spotkania ze żmijami, które w rejonie Prealp ponoć są bardzo liczne. Piszę "ponoć”, ponieważ na szczęście żywą żmiję widziałam tylko raz i to właściwie pod przymusem, gdyż pokazał mi ją pewien kolega, który wypatrzył ją w trawie pod drzewem.


Natomiast zdarzyło mi się widzieć kilka egzemplarzy na asfaltowych, górskich drogach, przejechanych przez samochody, zredukowanych do wysuszonej skórki. Poza tym wielokrotnie mówiono mi, aby w górach nie chodzić poza ścieżkami i nie siadać na trawie, gdzie te gady chętnie się kryją i są wtedy absolutnie niewidoczne. Moim środkiem ostrożności, jaki zawsze stosowałam był solidny ubiór — długie spodnie i grube podkolanówki oraz buty trekkingowe z wysoką cholewką, Jednak nigdy nie nosiłam ze sobą surowicy, mimo iż większość przewodników to zaleca. 

Innym straszakiem były dla mnie dziki, których podobno jest sporo w górskich lasach Lombardii. Na moje szczęście nigdy ich nie spotkałam, bo jak sądzę, wpadłabym w panikę, robiąc dużo niepotrzebnego hałasu, co mogłoby jedynie zwrócić ich uwagę. Za to dwukrotnie miałam duszę na ramieniu, kiedy zdarzyło mi się zobaczyć jakiś zwierzęcy kształt, przedzierający się z trzaskiem gałęzi przez leśne chaszcze. Skończyło się na strachu, gdyż za pierwszym razem było to jedynie zabłąkane cielątko, a za drugim, stado poczciwych kóz, gnające na łeb na szyję, za kozłem-przewodnikiem. Innym realnym zagrożeniem dla osoby chodzącej w pojedynkę jest jak to się mówi, niekontrolowany poślizg, i tego zawsze obawiałam się najbardziej. 

Można by powiedzieć, iż w dobie telefonów komórkowych wezwanie pomocy w razie potrzeby nie powinno stwarzać większych problemów, ale niejednokrotnie okazywało się, że w górach telefon nie ma zasięgu, równie często zdarza się, że co chwila gubi sieć, co powoduje szybkie rozładowanie baterii. Prealpy nie są wysokimi górami, jednak absolutnie nie należy ich lekceważyć. Można tu znaleźć ścieżki dostępne przez cały rok, lecz na ogół uważa się, że lepiej unikać wędrówek, zanim szlaki nie obeschną w wiosennym słońcu. Ziemia w zimie rzadko przemarza i w związku z tym, pod cienką warstwą maskującego śniegu niejednokrotnie napotyka się sypki grunt, a to może skutkować niebezpiecznym upadkiem. 



Początkowo chodziłam w góry bez kijka zwanego tu, „bastone”, aż do chwili, kiedy otrzymałam takowy w prezencie od mojego kolegi Carla, zgorszonego takim brakiem należytego przygotowania*. Szybko przekonałam się o jego przydatności podczas drogi pod górę, niejednokrotnie też uchronił mnie przed przyśpieszonym zjazdem w dół na tylnej części ciała. 

Wracając do strachów — muszę powiedzieć, że na trasach moich wędrówek nie brakowało mi wskazówek, czego należy się obawiać w lombardzkich górach. Niejednokrotnie nieopodal ścieżki spotykałam niewielkie monumenty i pamiątkowe krzyże, w miejscach, gdzie ktoś upadł ze skutkiem śmiertelnym lub zginął od pioruna, i wcale nie byli to górscy nowicjusze mojego pokroju... 

Nigdy nie potrafiłam przejść obojętnie koło tych smutnych pamiątek, które dla mnie były ostrzeżeniem i uczyły szacunku dla gór. Jednak jak to zwykle bywa, prawdziwym lękiem nie napawa nas to, co możemy nazwać i przewidzieć, ale to, co nieuświadomione i irracjonalne. Moją piętą achillesową było przechodzenie koło porzuconych, pasterskich chatek, co zawsze napełniało mnie dziwnym lękiem.

Czasy, kiedy Prealpy były pełne pasącego się bydła i owiec, dawno minęły, i coraz rzadziej widzi się tu ich duże stada. Z minionego okresu zostały w górach liczne zabudowania, gdzie niegdyś na parterze chroniły się zwierzęta, a na pięterku pasterz miał swoje mieszkanko. Te domki, wzniesione z drewna i górskiego kamienia, dziś w większości stoją zamknięte na głucho. Inne idą w ruinę, strasząc powyrywanymi drzwiami i okiennicami oraz zawalonymi stropami.


Mijając te żałosne relikty dawnego życia, zawsze miałam zimne dreszcze na plecach i przypominało mi się ulubione powiedzonko mojej córki Marty "...to miejsce jest tak straszne, iż do pełni okropieństwa brak tylko widoku rozkładających się zwłok, leżących w trawie". Patrząc z punktu widzenia zdrowego rozsądku, nie wiem, jakie niebezpieczeństwa miałyby na mnie czyhać w tych rozpadających się chatkach, okrutny morderca czający się w wysokich pokrzywach? Ogromny wąż, a może inne, straszne monstrum?

Z powodu tych wyimaginowanych strachów szczególnie zapamiętałam krótką wycieczkę, jaką zrobiłam w okolicy Torno. W liściastych lasach porastających zbocza gór powyżej tej miejscowości znajdują się nadzwyczaj ciekawe grobowce, pochodzące z zamierzchłych czasów zwane tu "massi avelli” co można by w przybliżeniu przetłumaczyć, jako "kamienie-sarkofagi". Są to bardzo ciekawe znaleziska, charakterystyczne tylko dla niewielkiego obszaru Lombardii w pobliżu Como i w przygranicznych rejonach szwajcarskiego Kantonu Ticino.

ten głaz w którym znajduje się grobowiec w całości leży na powierzchni, więc aby obejrzeć wnętrze wchodzi się po drabinie

Co ciekawe, te tajemnicze niecki wykute w ogromnych głazach narzutowych, dotychczas nie wyjawiły swoich tajemnic i wszystko, co o nich wiadomo, to jedynie supozycje i przypuszczenia, niemające naukowych dowodów. Jeszcze dziwniejsze jest to, że brak jest również miejscowych legend i opowieści, mogących rzucić światło na ich proweniencję. 

Powszechnie uważa się, że pochodzą z V-VI wieku naszej ery, i nie mają nic wspólnego z kulturą rzymską, celtycką, czy wczesno- chrześcijańską, jakie kolejno następowały po sobie na tych ziemiach. Brak na nich jakichkolwiek inskrypcji oraz innych wskazówek, bowiem wszystkie zostały sprofanowane w zamierzchłych czasach. Dotychczas zidentyfikowano trzydzieści dwa takie grobowce w obrębie Brianzy, okolicy Torno, Val Menaggio, Valle d'Intelvi i Kantonie Ticino. 

Jest jeszcze siedem innych, podobnych obiektów, lecz te budzą jeszcze więcej wątpliwości co do swego pochodzenia (nie wiadomo nawet, czy można je połączyć w jedną grupę). Przyjęto teorię, że owe sarkofagi są dziełem któregoś z barbarzyńskich plemion, być może Gotów, lecz jedynym co mogłoby definitywnie wyjaśnić uczonym ich tajemnicę, byłoby odkrycie takiego grobowca w nienaruszonym stanie. Jednak na co się chyba nie zanosi, bo teren jest dość dobrze spenetrowany, jeśli nie przez specjalistów, to przez miejscową ludność. 

W gminie Torno, w jej frakcji zwanej Negrenza, na niewielkim obszarze znajdują się trzy z nich, a dwa dalsze we frakcjach Maas i Resina. Do tych w Negrenza prowadzi ścieżka zwana "Ferro di Cavallo” (podkowa), choć w istocie z podkową ma niewiele wspólnego, gdyż jej linia na mapie przypomina raczej rozciągnięty owal.

jeszcze jeden grobowiec - ten głaz jest zaryty w zboczu góry

Po wyruszeniu z Torno przebyłam pierwszy odcinek drogi wygodną mulatierą, która zaprowadziła mnie do antycznej bramy z czasów rzymskich. Nieopodal napotkałam niewielki mostek przerzucony nad wartkim strumieniem i małą kaplicę poświęconą Madonnie. Tu rozpoczynała się właściwa ścieżka do grobowców, niestety, nie mogę powiedzieć, że jej oznaczenie wzbudziło mój szczególny entuzjazm. Niejednokrotnie bowiem dochodziłam do miejsc, gdzie się rozdwajała i w zasadzie nie wiadomo było czy dalej należy iść w prawo, czy w lewo? Właśnie na tym odcinku dały znać o sobie moje strachy, gdyż napotkałam kilka rozpadających się zabudowań, których tak nie lubię. Półgłosem zaczęłam się besztać za niezdrową ciekawość, jaka mnie tu zaprowadziła, jednak z drugiej strony, w głębi ducha usprawiedliwiałam się możliwością zobaczenia tych niecodziennych zabytków. 

Kiedy doszłam do jednego z wyjątkowo nieprzyjemnych miejsc, na pociechę tuż za walącymi się zabudowaniami, zobaczyłam pierwszy grobowiec. Rzeczywiście robił wrażenie! Ogromny głaz, w którym wykuto prostokątne wgłębienie o lekko zaokrąglonych kątach, był w większej części ukryty w ziemi. Kiedy podeszłam bliżej, dostrzegłam, że w jednym z krótszych boków niecki znajduje się swego rodzaju wezgłowie. Całość miała regularny kształt i została bardzo starannie wykonana. Nie było żadnych śladów po ewentualnej pokrywie, nic, tylko to wgłębienie wypełnione deszczówką... 

Można przypuszczać, iż ten grobowiec z racji bliskości pasterskiego domku, zapewne przez wiele lat służył pasterzowi za cysternę i poidło dla owiec. Nieopodal znalazłam następny, podobny sarkofag, również do połowy zaryty w ziemi i wypełniony wodą, a nieco dalej trzeci, wykuty w ogromnym głazie widocznym w całej okazałości. Stała przy nim drabina zbita z okrąglaków, po której wdrapałam się, aby zajrzeć do środka. Z boku sarkofagu zauważyłam otwór odpływowy umieszczony przy jego górnej krawędzi; w nim również znajdowało się sporo wody i tu także widoczne było charakterystyczne wezgłowie.


Po dokładnym obejrzeniu wszystkich grobowców zadumałam się nad ich historią, gdyż te zadziwiające znaleziska istotnie sprawiają niesamowite wrażenie. Powszechnie uważa się, że były miejscem pochówku osób mających wielkie znaczenie dla ludu, z którego pochodzili, być może wodzów lub znamienitych wojowników. Dziwne jednak jest to, iż czas, na który są datowane, jest stosunkowo krótki, a grobowce, przynajmniej te w okolicy Torno, są dość liczne na raczej niewielkiej przestrzeni. Przyznam się też, że przez moment zrodziła się w mojej głowie myśl o mistyfikacji, ale czemu miałaby ona służyć? I kto mógłby wykonać tak gigantyczną pracę? 

Chciałabym dożyć momentu, kiedy grobowce odkryją przed nami swe zagadki, i dowiemy się, kto i dla kogo je wykuł w tych ogromnych głazach. Mimo nieprzyjemnego wrażenia związanego ze zrujnowanymi chatkami, koło których znów przyszło mi przechodzić, miałam oczywiste powody do zadowolenia z tej wycieczki. Sądzę, że mając na uwadze moją pasję do zwiedzania interesujących miejsc, byłoby z mojej strony niewybaczalnym zaniedbaniem, gdybym zaniechała ich obejrzenia, mając taką możliwość praktycznie w zasięgu ręki...

*
Co ciekawe, mój pierwotny ekwipunek w większości otrzymałam w prezencie, w pewnym sensie na zachętę. Przyjęłam to z wielką wdzięcznością, jako widomy dowód sympatii ze strony moich włoskich przyjaciół i ich wsparcia dla moich wycieczkowych aspiracji. Początkowo na górskie wyprawy chodziłam w trzewikach na grubej podeszwie, a pierwsze buty trekkingowe niesamowicie lekkie i bardzo wytrzymałe dostałam od Patrycji (właścicielki lokalu, w którym mieszkałam) a od jej męża używany, lecz w pełni sprawny cyfrowy aparat fotograficzny, co wspominam z wielkim sentymentem. Kijek, jak już pisałam, był od Carla, a wspaniały przewodnik po górach w okolicy Como — od krewnych jednego z pensjonariuszy Domu Opieki, gdzie pracowałam. Te podarunki zmotywowały mnie do następnych wypraw, gdyż wykazałabym się dużą niewdzięcznością, nie robiąc z nich użytku. W ten sposób, w zasadzie przez przypadek, narodziła się moja pasja, która obok pracy wypełniła mi długie lata emigracji.  Buty służyły mi parę lat, aż przyszedł dzień, kiedy musiałam się z nimi pożegnać i kupić nowe, natomiast kijek oraz przewodnik towarzyszyły mi wiernie, aż do końca mojego pobytu we Włoszech. Przez te lata trzy razy zmieniłam plecak, dwa razy kapelusz à la' Indiana Jones, zgubiłam też kilka par słonecznych okularów...


Więcej zdjęć z tej wycieczki można obejrzeć w albumie