Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan Piazza Duomo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mediolan Piazza Duomo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2015

Mediolan, znaki szczególne. Część I - Duomo.




O Mediolanie pisałam już kilkakrotnie, lecz ponieważ jest to temat bardzo obszerny, nie mogę się oprzeć chęci, aby poruszyć go po raz kolejny. Niejednokrotnie zastanawiałam się nad tym, jakie punkty w jego tkance są dla mnie tymi wyróżniającymi je spośród innych miast? Jakie obrazy widzę, kiedy słyszę jego nazwę? Z pewnością jest to Duomo, czyli katedra, zamek Sforzów oraz Dworzec Centralny. Oczywiście, oprócz nich jest o wiele innych interesujących miejsc i obiektów, ale to właśnie te trzy wyznaczają na mapie miasta swoisty trójkąt i są dla mnie punktami odniesienia. Nie chodzi tu nawet o przestrzeń w sensie fizycznym, były one dla mnie raczej  świadectwem pewnej epoki w życiu miasta, a także aspiracji i dążeń jego mieszkańców. W ramach tego wpisu postaram się przedstawić je z mojego punktu widzenia, pokazać ich "portret sentymentalny" tak, jak to się robiło za czasów Lawrence Sterne'a... Może nie jest to najszczęśliwsze porównanie, gdyż Mediolan nie jest miastem zbyt romantycznym, które na pierwszy rzut oka jawi się raczej jako metropolia nowobogackich, ze swoim XIX- wiecznym anturażem, szerokimi ulicami i ogromnymi kamienicami.

Pod tym względem przypomina mi Peszt, (gdzie wiele lat temu, po raz pierwszy zobaczyłam tak imponującą, miejską zabudowę) do tego stopnia, że miałam wrażenie, iż wiele projektów tych monumentalnych kamienic zrodziło się w pracowni tego samego architekta. Jednak wróćmy do moich trzech punktów na mapie miasta; jako pierwsze wymieniłam Duomo, więc od niego zacznę mój opis. Tu muszę zmartwić wszystkich miłośników gotyku, którzy zapewne będą bardzo rozczarowani tym, co teraz napiszę.  Otóż zwykle mówi się, że jest to katedra gotycka i rzeczywiście taka jest, choć z pewnym zastrzeżeniem. Jej budowę rozpoczęto po koniec XIV wieku, co jednoznacznie sytuuje ją w okresie późnego gotyku. Jednak o ile pozostaje to prawdą w stosunku do zasadniczej konstrukcji i jej wnętrza, to co widzimy na zewnątrz, jest o wiele bliższe naszym czasom i w większości pochodzi z XVII i XIX wieku...Te piękne, strzeliste detale, centralna guglia z pokrytą złotem Madonniną oraz jej pomniejsze siostry, które ją otaczają, a także ażurowe przypory i wykończenia dachu, to w większości nie gotyk, lecz barok i neogotyk.

Jedyna guglia wzniesiona w okresie średniowiecza, to ta z figurą św. Jerzego, czyli guglia Carelli, nazwana tak od nazwiska jednego z benefaktorów. Oczywiście zachowały się też pierwotne, gotyckie elementy, w tym rzeźby, gargulce oraz część przepięknych witraży, jednak stanowią one zaledwie ułamek całości. Pierwotna fasada katedry była bardzo skromna, niemal pozbawiona ozdób i mówiąc szczerze, dość nieciekawa.
W moich postach kilkakrotnie używałam określenia "lombardzka szopa" (capanna lombarda) tak bowiem jest określana podobna bryła architektoniczna, jaką widzimy, patrząc na inne, mediolańskie kościoły, choćby sławną Santa Maria delle Grazie, gdzie w przyległym klasztorze znajduje się Ostatnia wieczerza Leonarda.
Ten przysadzisty kształt, którego zarys nadal możemy dostrzec w fasadzie Duomo, jest niezbyt wdzięczny, więc na przestrzeni wieków wielokrotnie próbowano przyozdobić katedrę na rozmaite sposoby, jednak wynik tych starań zawsze pozostawiał wiele do życzenia i nie satysfakcjonował następnych pokoleń. 



Kiedy w ubiegłym dziesięcioleciu podjęto decyzję o restauracji fasady Duomo, cały fronton wraz z rusztowaniami zakryto specjalną tkaniną. Na niej umieszczono nadruki, przedstawiające zmiany, jakim poddawano katedrę w różnych epokach.  Był to dla mnie spory szok, ponieważ nie miałam pojęcia, że to, co zobaczyłam, kiedy po raz pierwszy stanęłam na Piazza del Duomo, jest o wiele bliższe naszym czasom, niż pierwotnie sądziłam. Nie przesadzę, jeśli powiem, że w tym momencie poczułam się w pewnym sensie oszukana, choć już wcześniej wyczuwałam w niej jakąś fałszywą nutę, rozziew pomiędzy surowym, monumentalnym wnętrzem i koronkowym wyglądem fasady. Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, katedra mediolańska stylistycznie zdecydowanie odbiega od znanych mi ze zdjęć gotyckich katedr w Orvieto i Sienie, że nie wspomnę tu o świątyniach francuskich, czy niemieckich.  




Bez trudu dało się dostrzec, że w większości jej zewnętrzne ozdoby nie przystają do epoki, w której powstało Duomo, jednak sądziłam, że te niezgodności w wyglądzie fasady są raczej wynikiem daleko posuniętej dowolności podczas prac renowacyjnych przeprowadzonych w minionych stuleciach, a nie całkowitą zmianą pierwotnego założenia. Moje uczucia związane z katedrą zawsze były ambiwalentne; z jednej strony podziwiałam jej misterne detale, które same w sobie z pewnością są przejawem sztuki wysokiego lotu, lubiłam też na nią patrzeć od strony Pałacu Biskupiego i Piazza Fontana, skąd według mnie prezentuje się najlepiej.

Natomiast z drugiej strony miałam jej za złe to przebranie, w którym mi się ukazała; zaczęłam ją postrzegać jako symbol zadufania i wielkościowych ciągotek, jakie w Lombardczykach obudził Napoleon, co zresztą chyba było dość zgodne z ich charakterem i padło na podatny grunt. Powstało wtedy kilka projektów ozdobienia fasady, lecz zrezygnowano z nich ze względu na zbyt duży koszt. Lombardczycy zawsze byli obrotni w kwestii pieniądza, w końcu to im świat zawdzięcza powstanie sieci banków, że nie wspomnę o lombardach sensu stricto (notabene, zawsze miałam do nich odrazę i nigdy w życiu nie kupiłabym nic w tej instytucji, gdyż mam wrażenie, że zła energia podążyłaby za mną wraz z przedmiotem zastawionym za lichwiarską cenę, co mogło być dla kogoś ostatnią deską ratunku). Pod koniec XIX wieku rozpisano nowy konkurs, który wygrał Giuseppe Brentano, lecz i ten projekt nie został zrealizowany w pierwotnej postaci, gdyż wprowadzono do niego rozliczne zmiany, nie rezygnując jednak z zamysłu dania katedrze wyglądu monumentalnego i ozdobnego zarazem. Mając na uwadze ten aspekt, Duomo jest dla mnie świadectwem pychy mieszkańców tego miasta, zdaje się mówić o ich aspiracjach stworzenia katedry na miarę ich kieszeni, bo przecież przyozdobienie go taką ilością rzeźb i innych elementów musiało kosztować masę pieniędzy...

Oczywiście, można  tu  zgłosić zastrzeżenie, że dzieło sztuki samo w sobie jest bezcenne, więc zwracanie uwagi na finansową stronę przedsięwzięcia być może jest nietaktem, jednak choć mam wiele respektu dla sztuki i ambicji artystycznych, to w przypadku mediolańskiej katedry wyczuwam jakąś przesadę.

Choć jest ona bardzo efektowna na pierwszy rzut oka, ma w sobie coś, co sprawia, że patrząc na nią, czuję niezbyt miły zawrót głowy, jakbym przed chwilą zeszła z wirującej karuzeli. Mimo tych niuansów estetycznych, z biegiem czasu stała się dla mnie czymś znajomym i bliskim, więc po każdym dłuższym okresie, kiedy Mediolan pozostawał dla mnie niejako na marginesie moich zainteresowań, widok jej nieco zbyt przysadzistej sylwetki sprawiał, że witałam ją z radością, niczym dawno niewidzianą przyjaciółkę.

Cieszyło mnie, że każda zmiana aury ukazuje ją nieomal w innej postaci, jakby była teatralną dekoracją, z której oświetleniowiec za pomocą reflektorów kreuje coraz to nową rzeczywistość. Poza tym to właśnie katedra była pierwszą, tak bardzo charakterystyczną budowlą w tym mieście, jaką zobaczyłam po przyjeździe. Wtedy było ono dla mnie obce i tajemnicze, w tym nieznanym otoczeniu sylwetkę Duomo znaną mi ze zdjęcia, rozpoznałam na pierwszy rzut oka. Po tej być może nieco przydługiej dygresji, chciałabym wrócić do tematu remontów, modernizacji i finansów. Wydatki na te cele zdają się nie mieć końca, gdyż kwaśne deszcze i smog powodują, że Duomo szarzeje pod ich wpływem, a delikatne detale kruszeją, więc pracownikom instytucji znanej jako Fabbrica di Duomo nie brakuje zajęcia. Fabbrica powstała w 1387 i trwa do dziś, więc być może jest jednym z najstarszych, (jeśli nie najstarszym) zakładem pracy, istniejącym w zasadzie nieprzerwanie...


Oprócz  prac restauracyjnych ma ona za zadanie całą obsługę administracyjną, zarówno katedry jak i katedralnego muzeum a jej siedzibą jest okazały budynek usytuowany przy wschodniej pierzei Piazza del Duomo. Konstrukcja katedry kreuje wiele problemów, chyba najpoważniejszym było osiadanie i pękanie kolumn wspierających strop, co w latach 70 i 80 ubiegłego wieku, spowodowało konieczność wymiany znacznej części materiału, z jakiej je wzniesiono. Specjalistyczne prace o tak wielkim zakresie wymagają ogromnych nakładów, więc siłą rzeczy administrator musi korzystać z różnych dodatkowych źródeł finansowania. Aby zaokrąglić budżet, wdraża się różne projekty — można na przykład zaadoptować guglię, gargulca lub rzeźbę, co oczywiście sprowadza się przede wszystkim do łożenia na ich konserwację. Myślę, że dla niektórych osób to bardzo dobry sposób na spożytkowanie nadmiaru funduszy, a zarazem przejście do historii...



Mediolańskie  Duomo słusznie szczyci się swoimi imponującymi witrażami. Przewodniki informują o tym, że ich powierzchnia wynosi 1700 m2  i przedstawia aż 3600 postaci. Niestety, zwykle trudno je zobaczyć w całej krasie, ponieważ okna są bardzo wysokie, więc ich część zwykle tonie w cieniu; niedostateczna ilość dziennego światła, jaka przez nie wpada, pozwala je obejrzeć jedynie częściowo i tylko od wewnątrz. 

Jednak miałam to szczęście, że w ostatnim roku mojego pobytu we Włoszech z okazji świąt Bożego Narodzenia, przedsiębiorstwo odpowiedzialne za oświetlenie miasta, zainstalowało na własny koszt system złożony z mnóstwa lampek LED, co pozwoliło również z zewnątrz, podziwiać niezwykłe piękno tych witraży. O projekcie dowiedziałam się z lokalnego dziennika telewizyjnego i natychmiast postanowiłam wziąć udział w tym spektaklu, gdyż grzechem byłoby przeoczenie takiej niepowtarzalnej okazji. Po zapadnięciu ciemności, punktualne o godzinie 19:00 zgasły latarnie na placu w pobliżu Katedry i w tej samej chwili jej okna rozbłysły całą gamą kolorów tęczy.  Był to wspaniały widok, gdyż witraże są naprawdę przepiękne, ogromne, o żywych i nasyconych kolorach. Setki małych fragmentów szkła składają się na obrazy przestawiające sceny ze Starego i Nowego Testamentu, zaś szczyty okien wieńczą misterne rozety. 




Z rozmysłem nie piszę nic na temat wnętrza katedry, ponieważ szczerze mówiąc, nie razi mnie, ani nie zachwyca, a nie jest moim celem multiplikowanie informacji, jakie można znaleźć w przewodniku lub w necie. Byłam tam kilkakrotnie, ale nie znalazłam niczego, o czym mogłabym powiedzieć, że oczarowało moje oczy i skradło mi serce. Oczywiście, imponuje mi jej ogrom a świadomość, że tego kolosa wzniesiono kilkaset lat wstecz przy użyciu prostych narzędzi, budzi respekt. Jednak jak napisałam na początku, jest to wpis sentymentalny, a w tym wypadku moje sentymenty pozostały w uśpieniu...

Natomiast wyprawa na dach katedry była dla mnie naprawdę wspaniałym przeżyciem, o którym pisałam tutaj

Ps. Chciałam tu nadmienić, że zdjęcia raczej nie oddają rzeczywistego koloru katedry, ponieważ jak już wspomniałam, jest on zależny od oświetlenia i tego, czy marmur w danej chwili odbija, czy pochłania światło. W istocie, w neutralnym świetle jest ona biało-szaro-różowa, co w przybliżeniu wygląda tak, jak na zdjęciu nr 10 (tym z posągiem w niszy).  

Suplement do wpisu

Dla osób zaineresowanych przemianami, jakim poddano Duomo na przestrzeni wieków, zamieszczam link do strony, która mówi o tym bardzo dokładnie 


Poniżej zamieszczam rycinę katedry w niemal pierwotnym kształcie, przed pracami zainicjowanymi w okresie panowania Napoleona. Widoczne są  niewielkie modyfikacje fasady,  wprowadzone po okresie średniowiecza.


Więcej zdjęć Duomo w obecnej postaci można obejrzeć pod linkiem 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Lombardia. Prezenty, prezenty, czyli Mediolan w przededniu Bożego Narodzenia.



W okolicy Święta Zmarłych w Mediolanie zaczęły się pojawiać pierwsze dekoracje zwiastujące Gwiazdkę. Pod koniec listopada na placu przed Katedrą ustawiono wysoką choinkę, a w ciągu kilku następnych dni podobne dekoracje i przedświąteczna gorączka zapanowały niepodzielnie. Wszędzie widzi się światełka, bombki, stroiki i szopki we wszystkich rozmiarach; powszechnie pada też podstawowe pytanie- jakie prezenty ? Dla kogo ? I za ile ? Ten temat zdominował życie publiczne, prawie na równi z votum zaufania dla rządu Silvia Berlusconiego.

W większości dzienników co rusz zamieszcza się sondy uliczne na ten temat. Wiele osób z zażenowanym uśmiechem wyznaje, że tego roku może być problem z zakupem podarków, bo ich portfel nie jest tak zasobny, jak jeszcze kilka lat temu. Więc może jedynie prezenty dla dzieci? Część śmiało wyznaje, że uprawia "recykling" czyli obdarowuje innych prezentami otrzymanymi w poprzednim roku. Tak czy inaczej, świąteczne podarki pozostają w centrum zainteresowania — nie udało mi się usłyszeć ani słowa na temat przyczyny całej tej gorączki, ani słowa o tradycji świątecznej, nie mówiąc już o duchowym wymiarze Świąt... Prezent stał się głównym punktem odniesienia, w sklepach i centrach handlowych spocone, oszołomione tłumy ludzi szukają czegoś na swoją kieszeń. Zastanawiałam się, jaki film na ten temat stworzyłby Fellini, gdyby nadal żył ?
W epoce narastającego konsumizmu Ferreri nakręcił "Wielkie żarcie" do jakich metafor musiałby się posunąć dzisiaj, aby oddać ducha epoki ? Szczerze mówiąc, czuję się zniesmaczona tą dewaluacją Bożego Narodzenia. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że również dla mnie te Święta nie są tym, czym były dla moich rodziców i dziadków a moje dzieci i wnuki patrzą na to z innej perspektywy niż ja...

Jednak mimo wszystko, budzi się we mnie głęboki opór przeciwko tak przedmiotowemu traktowaniu tego wydarzenia. Ani słowa o Nowo Narodzonym, o odnowie i pojednaniu. Jezus stał się Jezuskiem z szopki, czymś na kształt staroświeckiej lalki. Mam nieodparte wrażenie, że mało kto zastanawia się nad duchowym sensem tych Świąt, więc puste miejsce po utraconej idei zajęły świąteczne dekoracje. A może po prostu nie wypada w dzisiejszych czasach mówić o czymś tak intymnym, jak wiara ?
Tak czy inaczej, dekoracji mamy w tym roku pod dostatkiem. Galerię Wiktora Emanuela odświętnie przystrojono; chyba już nie tysiącami, lecz dziesiątkami tysięcy światełek. Cała ogromna kopuła nad centralną częścią budynku została nimi dokładnie pokryta od wewnątrz. Kilka dni temu, wisiały tam jeszcze dodatkowo dekoracje, będące reklamą firmy Swarovski pokryte sławetnymi kryształami. Niestety, jedna z nich, w kształcie wielkiego serca, urwała się i spadła na głowę przechodzącej pod nimi kobiety, raniąc ją poważnie. Po tym przykrym wypadku reklamę natychmiast usunięto, lecz przykre wrażenie pozostało. Świetlne dekoracje spotyka się na każdym kroku. Oświetlono co ciekawsze budynki, pomniki, fontanny i bezlistne drzewka. Oprócz maleńkich lampek zainstalowano również punktowe reflektory o światłach zmieniających kolory, a po mieście jeździ zabytkowy tramwaj, którego całą powierzchnię pokrywają niezliczone, małe lampki. Aby uprzedzić ewentualne ataki i posądzenie o rozrzutność, Zarząd Miasta nie omieszkał zaznaczyć, że te wszystkie światełka konsumują niewiele energii elektrycznej, ponieważ do oświetlenia użyto żarówek typu LED.


Z okazji Świąt sprawiono mieszkańcom jeszcze jedną, miłą niespodziankę, związaną z Duomo, tak ukochanym przez wszystkich mediolańczyków. Szczyci się ono (i słusznie !) swoimi imponującymi witrażami. Przewodniki mówią, że ich powierzchnia wynosi 1700 metrów kwadratowych i przedstawia 3600 postaci ze Starego i Nowego Testamentu. Niestety, rzadko można obejrzeć je w całej krasie, ponieważ okna są bardzo wysokie; do tego niedostateczna ilość wpadającego tam światła dziennego, siłą rzeczy pozwala je obejrzeć jedynie częściowo i tylko od wewnątrz. W tym roku jednak przedsiębiorstwo odpowiedzialne za oświetlenie miasta zainstalowało na własny koszt dodatkowe oświetlenie, które pozwala również z zewnątrz podziwiać ich całe piękno.


Dowiedziałam się o tym z lokalnego dziennika telewizyjnego, więc postanowiłam wziąć udział w tym nadzwyczajnym zdarzeniu. Rzeczywiście, spektakl zasługiwał, aby go nie przeoczyć. Po zapadnięciu ciemności punktualne o godzinie 19:00 zgasły latarnie na placu w pobliżu Katedry a jej okna rozbłysły wszystkimi barwami tęczy. Był to istotnie wspaniały widok, gdyż witraże są ogromne, przepiękne, o nasyconych kolorach. Setki małych fragmentów przestawiają sceny ze Starego i Nowego Testamentu, a ich szczyty wieńczą imponujące rozety. Bardzo się cieszyłam, że miałam niepowtarzalną okazję, aby to zobaczyć, co w pewnej części umniejszyło moje wcześniejsze rozgoryczenie spowodowane świąteczną atmosferą Mediolanu.


Oprócz tego spotkało mnie jeszcze inne, miłe zaskoczenie. Pod arkadami "Rinascente" natknęłam się na muzykujących Cyganów, których gra kiedyś wywołała na mnie piorunujące wrażenie, gdy po raz pierwszy usłyszałam ich w podziemiach metra (piałam o nich tutaj). Teraz zobaczyłam ich ponownie, grali we czterech, gdyż pojawił się jeszcze jeden skrzypek, pozostali też nieco się zmienili na przestrzeni tych kilku lat, lecz grają nadal ten sam repertuar z tym samym co kiedyś zapałem.

Postanowiłam, że przyszedł czas zakończyć to popołudnie, więc bez żalu zsiadłam do metra i pojechałam na dworzec. Kiedy siedziałam w zatłoczonym pociągu, pośród ludzi trzymających na kolanach papierowe torby z zakupami, znowu ogarnęło mnie poczucie, że wbrew mojej woli znalazłam się na karuzeli, która kręci się, jak oszalała. W ciągu mojego pobytu we Włoszech kilkakrotnie musiałam spędzić Boże Narodzenie z dala od domu i mojej rodziny. 

W takiej sytuacji świąteczne dyżury nie były dla mnie żadnym dopustem, wolałam pracować jak najwięcej, gdyż wtedy miałam mniej czasu na rozważania. Dotychczas broniłam się przed wspominaniem moich pierwszych Świąt we Włoszech, może nawet więcej, chyba chciałam je wymazać z pamięci... Dzisiaj, kiedy tu jestem (jak to się potocznie mówi) jedną nogą i właściwie z wolnego wyboru, mogę sobie pozwolić na ten luksus i spojrzeć wstecz bez obawy, jakie uczucia wywoła we mnie to wspomnienie.

Do Włoch wyjechałam na początku grudnia. Pamiętam moją podróż autobusem z Rzymu do Bari — po lewej stronie autostrady mogłam podziwiać zielone Apeniny, które powoli czerniały na tle różowej zorzy zachodzącego słońca. Na ich zboczach widniały ogromne, świetlne napisy: "Auguri", "Buon Natale" oraz świąteczne motywy — gwiazdy, dzwonki, choinki... Autobus połykał kolejne kilometry drogi, a ja patrzyłam przez okno na odległe miejscowości, gdzie zapalały się światełka w oknach ciepłych, ludzkich siedzib, podczas gdy ja jechałam w nieznane, do nowego życia. Kiedy późnym wieczorem przybyłam na miejsce i wysiadłam z autobusu, uderzyła mnie fala ciepłego, prawie letniego powietrza i zapach laurowych drzewek z pobliskiego parku. Nieco później, bliżej Świąt, te drzewka i palmy na deptaku ozdobiono choinkowymi lampkami. Pamiętam, jakim smutkiem napawał mnie ten widok, tak odmienny od tych, które dotychczas widywałam w Polsce. Były to pierwsze Święta w moim życiu spędzone poza domem. Kiedy podchodziłam do okna w moim ówczesnym mieszkaniu, w budynku naprzeciwko widziałam jasno oświetlone mieszkania a w nich pięknie przybrane choinki. Nieco dalej był luksusowy hotel, gdzie wejście przystrojono zielonymi gałęziami jedliny i czerwonymi świecami.
Pamiętam też, że na ten widok nie mogłam powstrzymać łez.

Później była Wigilia przy przypadkowym, włoskim stole, gdzie zaproszonym gościom podano cztery rodzaje pizzy, orzeszki, słodycze i kawę, a na koniec po kieliszku szampana. Po spełnieniu toastu wymknęłam się po angielsku i przez parę godzin samotnie włóczyłam się po mieście, niczym postać ze smutnej bajki Andersena. 
 
Dziś, gdy to wspominam i patrzę na przebytą drogę, na zmiany, jakie nastąpiły w moim życiu i we mnie samej, mam wrażenie, że to wszystko było udziałem innej osoby lub złym snem, z którego się budzimy, lecz na cały dzień pozostaje w nas osad smutku... Te wspomnienia, obecnie tak odległe, a których kiedyś tak się obawiałam, nadal śpią gdzieś na dnie mojego umysłu. To chyba z nich bierze się uczucie niedosytu, gdy widzę tłumy kłębiące się w pogoni za prezentami, które obdarowany za chwilę odłoży znudzony albo przeznaczy do okolicznościowego "recyklingu"...


Więcej zdjęć z przedświątecznego Mediolanu  jest w albumie  



czwartek, 26 kwietnia 2012

Lombardia. Mediolan niezbyt turystyczny.



W centrum Mediolanu praktycznie non stop trwa swego rodzaju show... Na każdym kroku można tu zobaczyć artystów i amatorów, którzy wszelkimi sposobami starają się zainteresować przechodniów, przykuć, choć na chwilę ich uwagę, a przy okazji zarobić parę groszy. Najczęściej są to znane również z naszych ulic "żywe posągi" stojące godzinami niemal nieruchomo, choć zdarza się, że taki posąg nieoczekiwanie porusza się, kiedy ktoś podchodzi bliżej. Wykorzystując element zaskoczenia, wprawia swą ofiarę w osłupienie, co zwykle kończy się wybuchem śmiechu, i wrzuceniem kilku monet do plastikowego kubka.


Niektóre postacie noszą pięknie wypracowane, teatralne kostiumy, innym, których nie stać na kostium, musi wystarczyć choćby własna goła skóra, pomalowana na złoty kolor. Niejednokrotnie zdarza się też, że pod grubym makijażem można dostrzec rysy twarzy, świadczące o cudzoziemskim pochodzeniu.


Najczęściej tego zajęcia podejmują się mężczyźni — chyba ze względu na trud związany z kilkugodzinnym staniem w nie zawsze wygodnej pozie, na mrozie lub w pełnym słońcu, kiedy żar leje się z nieba. Podczas moich mediolańskich wycieczek, zawsze miałam w kieszeni monety przygotowane na datki dla ulicznych artystów, gdyż osobiście nie uważam tego zajęcia za banalną żebraninę, lecz ciężką i wyczerpującą pracę. Niestety, to bogate i piękne miasto nie dla wszystkich jest oazą szczęśliwości...


Ludzie chwytają się rozmaitych zajęć, czasami po prostu z desperacji, choć oczywiście są również tacy, dla których jest to pomysł na doraźny albo wakacyjny zarobek bez wiązania się etatem. Oprócz żywych posągów na ruchliwych ulicach w okolicy Duomo można spotkać wielu handlarzy, oferujących przeróżne mechaniczne zabawki — miauczące kotki, szczekające pieski, gumowe pająki czy ośmiornice. Handel zabawkami zdominowali Azjaci, niestety najczęściej nie mają one koniecznych atestów, i mogą być szkodliwe dla zdrowia, a cały proceder niejednokrotnie odbywa się bez koniecznego zezwolenia.


Mimo to handel kwitnie — czasami wprost trudno przejść ulicą pomiędzy osobami prezentującymi swoje towary i ich potencjalnymi klientami. Jest to zarazem nieustający, amatorski teatr uliczny, cos w rodzaju niezamierzonego happeningu, gdzie każdy może przejąć rolę protagonisty.


W centrum miasta zawsze jest też kilku artystów, którzy od ręki, podczas krótkiego posiedzenia za pomocą ołówka lub węgla mogą nam wykonać portret o znacznym stopniu podobieństwa. Te seanse zwykle przyciągają kilku gapiów, obserwujących i komentujących, zwłaszcza gdy modelką jest młoda i ładna dziewczyna. Nie brakuje też Chińczyków, którzy za drobną opłatą na paskach kartonu napiszą ideogramami nasze imię lub mądrą sentencję, mogącą służyć za drogowskaz na drodze życia.


Pamiętam, jak pewnego lata, w Mediolanie zapanowała moda na robienie baniek mydlanych. W pasażu za katedrą często można było spotkać kilku Filipińczyków, prezentujących w celach reklamowych sztukę robienia owych baniek za pomocą małego urządzenia. Był to doprawdy bajeczny widok, kiedy na kilkudziesięciu metrach deptaka zaczynały fruwać setki opalizujących, tęczowych kul.



Znaczną grupę wśród ulicznych handlarzy stanowią przybysze z Afryki, którzy wyspecjalizowali się w sprzedaży książek i plecionych bransoletek wykonanych z kolorowych nitek. Ci ostatni z reguły biorą naiwnych pod włos i przez zaskoczenie wiążą upatrzonej osobie taką plecionkę na nadgarstku. Zwykle dają do zrozumienia, że jest to podarunek, a następnie dopominają się o pieniądze. Ofiara, żeby nie wyjść na skąpca i gbura, płaci, choć są też tacy, którzy nie dają się podejść i "prezent" zwracają.


Jest tu także znaczna grupa emigrantów wyspecjalizowanych w handlu podrabianymi torbami znanych włoskich firm. Za sklepową ladę służy im prześcieradło rozłożone na chodniku, a na nim kuszą torebki z logo Prady lub Trussardi. Są to tanie imitacje za 20-30 euro, czyli zaledwie ułamek ceny, jaką trzeba zapłacić za oryginał — niestety, jakość produktu jest adekwatna do wartości....


Handlarzy prześladują stróże prawa i w związku z tym, trwa swego rodzaju zabawa w policjantów i złodziei. Policja próbuje zlikwidować ten niezgodny z prawem proceder, lecz handlujący w porę ostrzegani przez wspólników stojących na straży, w piorunującym tempie chwytają cztery rogi prześcieradła, robią z niego zgrabny tobołek i odchodzą swobodnym krokiem, udając, że nie mają nic wspólnego z czymś tak obrzydliwym, jak nielegalny handel. Oczywiście, po przejściu policji wszystko wraca do normy, jednak pewnego razu, zdarzyło mi się widzieć policjantów, którzy niespodziewanie cofnęli się, łapiąc delikwentów na gorącym uczynku.


Kilka lat temu wszystkie dzienniki mówiły o spektakularnym ukaraniu amerykańskiej turystki bardzo wysokim mandatem (o ile dobrze pamiętam, było to dwadzieścia tysięcy euro), za kupno takiej torebki. Miałam wrażenie, że był to jedynie tzw. fakt medialny, rozdmuchany dla odstraszenia innych, potencjalnych nabywców. 

Tak czy inaczej, handel uliczny choć nielegalny, kwitnie nadal. Zdawać by się mogło, że w rzeczywistości nikomu nie zależy na jego faktycznej likwidacji, więc robi się pewne posunięcia, by zachować pozory praworządności. W powszechnym odczuciu Włochy absolutnie nie radzą sobie z problemem emigracji i można by długo dyskutować na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Z całą pewnością, po latach boomu ekonomicznego nadeszły lata chude, i kryzys daje się odczuć na każdym kroku. Państwo ma wiele problemów z zapewnieniem należytego poziomu życia swoim obywatelom, a ogromna fala emigrantów bardzo obciąża niedopinający się budżet. 

Po wojnie i upadku ustroju faszystowskiego pozostał tu paniczny lęk przed posądzeniem o rasizm i naruszanie praw człowieka, więc kraj jest przepełniony cudzoziemcami szukającymi lepszego bytu. Obywatele Europy zwykle przyjeżdżają z niezbędnymi dokumentami, natomiast Azjaci i Afrykanie to najczęściej uchodźcy, przybywający nielegalnie drogą morską. Niejednokrotnie zdarza się, że te próby kończą się tragicznie i dochodzi do zatonięcia łodzi wraz z pasażerami. 

Ci, których podróż przebiegnie szczęśliwie, są umieszczani w obozie przejściowym na wyspie Lampedusa, a po pewnym czasie mogą się przenieść w głąb kraju, więc jest tu naprawdę ogromna rzesza Afrykanów, Arabów i Azjatów, nie licząc osób z uboższych krajów Europy. Bella Italia nie jest w stanie zapewnić im wszystkim godnego bytu i uczciwej pracy, więc zdesperowani ludzie, z konieczności imają się niezbyt legalnych zajęć różnego rodzaju. Niestety, część z nich wchodzi w konflikt z prawem – mnożą się napady i rozboje, kwitnie sutenerstwo i handel narkotykami.


Narkomania nie od dziś jest prawdziwą plagą społeczną Włoch. Media dostarczają danych statystycznych na temat jej rozmiarów, które brzmią wprost nieprawdopodobnie, jednak są oparte na ciągłym monitoringu stężenia metabolitów narkotyków w ściekach komunalnych. Jak każde duże miasto, również Mediolan ma swoją ciemną stronę. Są tu miejsca, gdzie lepiej się nie pokazywać, a jeśli już, to należy przyspieszać ruchy dobrze trzymać torebkę czy teczkę i często oglądać się za siebie.


Ta brzydka twarz Mediolanu to bezdomność, gwałty, żebranina oraz kradzieże w biały dzień, w centrum miasta. Częstokroć autorami tych kradzieży są dzieci, bezdomne, kupowane lub porywane przez gangi, i zmuszane do przestępstw albo prostytucji. Są to niewyobrażalne tragedie — chociaż jest wiele instytucji i organizacji, które robią, co mogą, aby pomóc tym nieszczęśnikom, to straszne, drugie życie rozrasta się niczym nowotwór, niewidoczny na pierwszy rzut oka.


W czasie moich wędrówek często mijałam żebrzących ludzi: Cyganki z niemowlętami przy piersi, młodych włóczęgów z psami, kaleki... Niejednokrotnie zastanawiałam się, ile w takim życiu jest własnego wyboru, a ile bezradności i rozpaczy? Gdzie jest ta cienka granica, która oddziela nadzieję od upadku? Tak łatwo jest zasnąć na ławce w parku, kiedy nie ma się domu, do którego można wrócić, tak łatwo przestać się myć, bo po kilku dniach człowiek się przyzwyczaja... Łatwo jest usiąść na ulicy z kubkiem po Coca-Coli, w mieście, gdzie nikt nas nie zna, nikogo nie obchodzimy, i nawet ten, kto wrzuci nam monetę, nie patrzy nam w oczy, a za chwilę o nas zapomni...


Pewnego lata, będąc w Como, tuż koło baru McDonald's zobaczyłam przystojną Rosjankę, siedzącą na walizkach. Wyglądała jak przeciętna turystka, więc pomyślałam, że czeka na autobus lub taksówkę. Z ogromnym zaskoczeniem zauważyłam stojący przed nią plastikowy kubek, a w nim drobne monety. Nie musiałam nawet uruchamiać wyobraźni, gdyż dobrze znałam taki scenariusz, kiedy ludzie przyjeżdżali do pracy, której nie było, i zostawali na ulicy, najczęściej bez pieniędzy i żadnego punktu zaczepienia. Następnego lata Rosjanka też tam była ze swoim kubkiem, poznałam ją bez trudu, choć tym razem nie miała ze sobą walizek, i w brzydkiej, znoszonej odzieży nie wyglądała już niczym turystka, która przysiadła na chwilę. Po pewnym czasie przestałam ją widywać i niejednokrotnie myślałam o tym, gdzie jest i co się z nią stało? Czy znalazła pracę, czy też uzbierała dość pieniędzy, żeby wrócić do domu?  A może jej życie weszło w ostatni, ostry zakręt, z którego już nie ma wyjścia? 

We włoskiej telewizji wielokrotnie widziałam programy, w których poruszano te trudne tematy. Mówiono w nich o ludziach wykolejonych, bezdomnych, bez nadziei na lepsze jutro. Grupa młodych zaangażowanych dziennikarzy lokalnych mediów tropiła różne zbrodnicze afery związane z handlem żywym towarem i zniewoleniem ludzi do żebraniny. Mówiono wręcz o procederze kupna na terenie Rumunii kalekich osób, a nawet o ich celowym okaleczaniu!  Podobno za tym wszystkim stoi potężna organizacja o charakterze mafijnym, więc wiele instytucji, a także niektórzy księża ostrzegają, żeby żebrzącym nie dawać pieniędzy, bo są one natychmiast zabierane, a "pracodawcy" tych nieszczęśników traktują ich gorzej niż zwierzęta.


W związku z tym wiele osób poszło po rozum do głowy i w takich przypadkach zamiast pieniędzy ofiarowuje coś do zjedzenia, próbując w ten sposób pogodzić ludzkie odruchy z rozsądkiem. Na ulicach widać też wielu bezdomnych, śpiących nawet w dzień wprost na ulicy, całkowicie obojętnych na resztę świata.

Kiedyś, pod koniec lata, tuż obok Dworca Centralnego, zauważyłam młodą, czarnoskórą kobietę. Siedziała zawsze w tej samej pozycji, niczym pogrążona we śnie, wtulona w kąt na ławce pod wiatą, gdzie kiedyś był przystanek autobusowy. W zimowej czapce otulona płaszczem obstawiona jakimiś reklamówkami i workami, tkwiła tam z zamkniętymi oczami, i rękami schowanymi w rękawach. Przechodziłam tamtędy codziennie — zawsze widziałam ją nieruchomą niczym posąg wykuty z kamienia.

W innym kącie dworca, pod arkadami, gdzie zatrzymują się taksówki, mieszkali dwaj mężczyźni, którzy najczęściej przez całe dnie spali w swoich śpiworach. Jeden z nich, ciemnoskóry, wyróżniał się długimi dredami okrytymi wielkim beretem w kolorach rasta, a drugi, w nieodłącznej wojskowej kurtce, przyciągał wzrok bujną ciemną brodą. Obok ich posłań zauważyłam mały, afrykański bębenek. Być może, kiedyś dzięki niemu zarabiali na życie albo po prostu muzyka dawała im radość i poczucie wolności? Jednak przechodząc tamtędy nigdy nie słyszałam, żeby któryś z nich na nim grał, instrument zwykle leżał obok, bezużyteczny. Pewnego dnia zupełnie przypadkowo zobaczyłam, jak brodacz zakończył swą ziemską wędrówkę. Karabinierzy wezwali pogotowie, zatrzymało się kilka przypadkowych osób, po chwili nadjechał ambulans, a jego obsługa szybko włożyła zwłoki do plastikowego worka. Kompan zmarłego przełożył bębenek w inne miejsce, po czym na powrót zwinął się w kłębek na swoim barłogu, jakby się nic nie stało...


W Mediolanie jest spora grupa niezwykle ofiarnych wolontariuszy zwanych "City Angels", którzy patrolują dworce i inne newralgiczne punkty miasta, starając się pomagać ludziom stojącym na krawędzi, organizują im noclegi i posiłki. Nie wszyscy bezdomni są skłonni do podporządkowania się regułom panującym w schroniskach, poza tym są one przeludnione, więc trudno znaleźć tam nocleg, zwłaszcza w okresie zimy. 

Pomocy, potrzebującym udziela także "Caritas" oraz wiele innych organizacji i stowarzyszeń, w tym bracia kamilianie. Pewnego razu, widziałam jednego z nich na ulicy przed kościołem, rozmawiającego z grupą bezdomnych emigrantek. Przyzwyczajona do widoku zadbanych duchownych, zdziwiłam się na widok jego znoszonego, poplamionego habitu z czerwonym krzyżem na piersi, i zniszczonych rąk z połamanymi paznokciami. Nie wiedziałam wtedy, że przez chwilę stałam obok człowieka, który poświęcił swoje życie nieustannej, ciężkiej pracy na rzecz bezdomnych i prostytutek, a dziełem jego życia były liczne schroniska dla bezdomnych. 

Nieco później zobaczyłam go w lokalnej telewizji, było to pośmiertne wspomnienie o nim, gdyż zmarł niedługo po naszym przypadkowym, przelotnym spotkaniu. Ludzie, którzy go dobrze znali i wiedzieli, jak wiele zrobił dla innych, mówią, że otaczała go aura świętości. Za życia nazywał się Ettore Boschini.


Więcej zdjęć mediolańskiego show off można zobaczyć w albumie 

środa, 25 kwietnia 2012

Lombardia. Mediolan, okolice Katedry.



W Mediolanie, podobnie jak w Wenecji, rządzą gołębie, a na placu przed Katedrą jest ich prawdziwe zatrzęsienie. Ponieważ brudzą, przez co stwarzają zagrożenie epidemiologiczne oraz przyczyniają się do degradacji zabytków, Zarząd Miasta toczy z nimi ciągłą walkę. Jest to walka trochę nierówna, gdyż wspomagają je ekolodzy, a także turyści uwielbiający fotki w towarzystwie ptaków, które chętnie siadają ludziom na ramionach. Gołębie w wielkich stadach przemieszczają się z furkotem skrzydeł z jednej strony placu na drugą. Aby je przywabić, ludzie używają resztek jedzenia lub kukurydzy sprzedawanej przez pokątnych handlarzy, którzy dziwnym trafem zawsze potrafią wypatrzyć w tłumie potencjalnego klienta. Są też tacy, którzy zachęcają do kupna ziarenek, proponując, że zrobią nam zdjęcie w towarzystwie gołębi. Ten proceder zwalczają piesi i konni karabinierzy patrolujący plac, lecz ponieważ włoskie siły porządkowe nie odznaczają się nadmierną surowością, ma to wymiar raczej symboliczny.






Konni karabinierzy również stali się swego rodzaju atrakcją turystyczną. Ludzie podchodzą do nich na pogawędki, niejednokrotnie też stróże porządku wraz ze swoimi wierzchowcami pozują do zdjęć. Być może jest to "szatański spisek" w celu wyeliminowania gołębi za pomocą zdrowej konkurencji? Ale ptaki nie dają za wygraną, gdyż na placu zawsze znajdzie się coś do jedzenia, a trzy rumaki nie są w stanie obsłużyć wszystkich chętnych do pamiątkowej fotografii, nie mówiąc o osobach, które po prostu boją się koni. Na Placu Duomo jest zawsze mnóstwo turystów, chyba nie mniej niż gołębi. Przez cały rok dopisują Japończycy, a od wiosny do jesieni napływają Amerykanie i nacje europejskie.





Cały ten tłum kłębi się na placu przed katedrą, w okolicznych ulicach i pasażach handlowych. Kiedy nadchodzi lato, a wraz z nim prawdziwe, nawet czterdziestostopniowe upały, zmęczeni ludzie szukają odrobiny cienia w galerii Wiktora Emanuela i pod portykami otaczającymi plac. Galeria to piękny budynek na planie krzyża o czterech wejściach, przykryty szklanym dachem. Jest ogromna, wewnątrz można pospacerować, zrobić luksusowe zakupy lub coś zjeść w jednej z wielu restauracji (jest też McDonald's dla osób mniej zasobnych). Główną atrakcją Galerii, jakiej absolutnie nie można przeoczyć, jest "byk", czyli fragment mozaiki podłogowej przedstawiający herb Turynu, w którym widnieje wizerunek tego dorodnego zwierzęcia. Byk jest przedstawiony realistycznie, ze wszystkimi anatomicznymi szczegółami. Panuje przesąd, że kto po raz pierwszy przybywa do Mediolanu, obowiązkowo musi wykonać pewien rytuał zapewniający spełnienie najskrytszego marzenia. W tym celu należy postawić piętę prawej nogi na genitaliach byka, pomyśleć o tym, czego się pragnie, i trzykrotnie obrócić się wokół własnej osi.





Chętnych do tego rytuału nigdy nie brakuje, więc czasami tworzą się prawdziwe kolejki turystów, gdyż prawie wszyscy, bez względu na wiek i płeć, poddają się temu zwyczajowi. Przewodnicy przyprowadzają tu wycieczki, aby każdy turysta mógł przywołać Panią Fortunę i zapewnić sobie powodzenie. Niestety, powoduje to szybkie zużycie marmuru; kiedy kilka lat temu przyjechałam do Mediolanu, zamiast intymnych części byka w posadzce widniało jedynie głębokie wyżłobienie od obcasów. Mozaikę zrekonstruowano, więc znów bez przeszkód można zapewnić sobie trochę szczęścia. Wychodząc na tyły galerii, trafiamy prosto na Piazza della Scala, gdzie mieści się ta znana całemu światu opera. Kiedy znalazłam się tam po raz pierwszy, stanęłam jak wryta, gdyż oczekiwałam imponującego gmachu, a tymczasem zobaczyłam niewielki, dwupiętrowy budynek z piękną, bardzo elegancką fasadą w neoklasycznym stylu. Mimo tego pierwszego wrażenia okazało się, iż w rzeczywistości jest to budynek naprawdę okazały, choć niewysoki.





La Scala przez długie lata była w remoncie, więc spektakle odbywały się w innym teatrze. Niestety, nie udało mi się zobaczyć żadnego przedstawienia, gdyż nabycie biletu graniczy z cudem; w większości są one wykupione z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, a ja, pracując w systemie zmianowym i z perspektywą nagłych zastępstw, nie mogłam robić dalekosiężnych planów. Przed teatrem znajduje się ładny skwer z pomnikiem Leonarda da Vinci, a wokół posągu jest duży krąg granitowych ławek. Ten miły plac, ze względu na swe położenie, cieszy się dużym powodzeniem jako miejsce odpoczynku, więc w ciepłe dni ławki są po prostu oblężone. Tuż obok La Scali, w jednej z bocznych ulic, znalazłam jedno z moich magicznych miejsc - śliczną, stylową kawiarnię "Verdi". Ze swoimi czerwonymi portierami, maleńkimi stolikami o marmurowych blatach i krzesełkami obitymi czerwonym aksamitem, wydawała się czymś żywcem przeniesionym z czasów, gdy Giuseppe Verdi mieszkał tuż obok, w hotelowym apartamencie przy via Manzoni.




Ale oprócz magicznej atmosfery ta kawiarnia ma jeszcze jeden wabik. Można tam godzinami oglądać stare pocztówki, gazety, afisze i zdjęcia. Te oryginalne są częścią wystroju i wiszą oprawione na ścianach albo stoją na wystawce, lecz są również dodruki, które można nabyć za niewielką sumę. Szczególnie mi się podobały zdjęcia starego Mediolanu z przełomu XIX i XX wieku, a także postery reklamowe z tego okresu. Są tam też nowsze egzemplarze, plakaty kinowe i zdjęcia popularnych gwiazd filmowych z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Centrum miasta jest pełne rozmaitych atrakcji, częste są też wystawy uliczne. Swego czasu ogromnym zainteresowaniem cieszyły się wielkie fotogramy wystawione na pobliskiej via Dante "Ziemia widziana z nieba" oraz "Italia widziana z nieba". Te przepiękne zdjęcia przez kilka tygodni gromadziły wielkie rzesze oglądających. Miało to miejsce w pierwszych latach mojego pobytu we Włoszech, więc niektóre z tych zdjęć stały się dla mnie swego rodzaju objawieniem i inspiracją do przyszłych podróży.






Innym, bardzo interesującym ewenementem była uliczna wystawa rzeźb Fernando Botero. W okolicy katedry można było oglądać kilkanaście monumentalnych ludzkich postaci oraz dwa zwierzaki: "Kota" i "Konia". Luzacką atmosferę lata 2007 uświetniła wystawa "Cow-Parade", kiedy to w całym mieście napotkało się kolorowe krowy, pomalowane w najbardziej fantastyczne wzory. Można było je oglądać na stacjach metra, dworcach i na ulicach. Budujące było to, że nikt nie próbował dewastować tej wystawy, która w dobrym stanie dotrwała aż do końca. Ludzie ją oglądali z wielkim zainteresowaniem - niektórzy sadzali na krowach małe dzieci i robili sobie pamiątkowe zdjęcia z krówką w tle. W biurze Informacji Turystycznej wyłożono specjalne mapy, więc zainteresowani, wędrując po mieście, mogli obejrzeć wszystkie elementy tej sympatycznej ekspozycji. Ja, mimo chęci, nie zdołałam tego dokonać, ale udało mi się zobaczyć i sfotografować jej dość istotną część.


Więcej zdjęć można zobaczyć w albumie >


https://photos.google.com/album/AF1QipO8_tB1_hpuOMU5P0Vy4jwWTMH44v7weeKs5GRb?hl=pl