
Oczywiście, każdy, kto ogląda taką instalację, może mieć własne skojarzenia i przemyślenia, płynące z indywidualnych doświadczeń i wiedzy, jaką zgromadził, a także odniesień do kultury, w której się wychował i znajomości tej, której wyrazem jest dane dzieło. Bez wątpienia, od tych wszystkich uwarunkowań, preferencji, a także naszej indywidualnej wrażliwości i wyobraźni, zależy odbiór szeroko pojętych sztuk pięknych.
Myślę tu o tzw. przeciętnym odbiorcy lub jak się to najczęściej mówi, amatorze — nie zamierzam tu nikogo deprecjonować, zważywszy, że to nieco strywializowane określenie ma swój źródłosłów w pięknym łacińskim słowie amare, czyli kochać. W tym sensie sama również jestem amatorką, nie tylko przez brak kierunkowego wykształcenia, lecz przede wszystkim dlatego, że sztukę, która jest istotnym elementem mojego życia, odbieram w sposób podświadomy i bardzo emocjonalny. Zawsze uważałam, że najpiękniejszy jest moment, kiedy spotkanie z dziełem drugiego człowieka wywołuje we mnie falę wzruszenia i swego rodzaju gonitwę myśli. Te uczucia sprawiają, że czuję powinowactwo duchowe z twórcą, identyfikując się z jego sposobem postrzegania rzeczywistości i jej wyrażania. W takiej chwili kontekst dzieła nie jest mi niezbędny, żebym mogła pojąć je na swój własny sposób, jeśli wydobywa ono z mojej jaźni rzeczy, które zaledwie przeczuwałam, a może po prostu z biegiem czasu pogrzebałam je zbyt głęboko...
Jednak mimo wszystko, moje ulubione książki to biografie i pamiętniki twórców z różnych dziedzin sztuki, uwielbiam też wspomnienia z podróży, gdzie autor opowiada o swoich spotkaniach z architekturą, malarstwem, rzeźbą, czy muzyką lub opisuje niezwykłe pejzaże, sprawiające, że umysł człowieka otwiera się na nowe doznania, nie tylko estetyczne, ale i duchowe. Te książki są dla mnie nie tyle sposobem na poszerzanie wiedzy, ile raczej szukaniem punktów odniesienia i okazją do refleksji nad własnym sposobem widzenia świata. Z punktu widzenia praktyki, cenię również wydawnictwa, gdzie oprócz zdjęć i reprodukcji, można przeczytać pogłębioną analizę drogi twórczej i warsztatu artysty. Oczywiście są one bardzo przydatne, jednak ta znajomość zaplecza rzadko powoduje, że zmienia się moje nastawienie do dzieła sztuki. Powiedziałabym, że jest w tym raczej szacunek dla intelektu twórcy i jego warsztatu — to coś na kształt małżeństwa z rozsądku, przeciwstawionego miłości, która spada jak grom z jasnego nieba i nawet nie ma sensu, ani potrzeby, żeby analizować to uczucie...

Jednak od każdej reguły są odstępstwa, więc i mnie czasem zdarzało się, że znajomość kontekstu dzieła sztuki znacząco wpłynęła na moje zrozumienie jego przesłania. Tak właśnie było z końmi Mimma Paladino, szczerze przyznaję, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłam "Czerwonego konia" nie skojarzył mi się absolutnie z niczym (zresztą podobnie, jak jego niebieski brat w Vittoriale) i zarejestrowałam jedynie jego aspekt czysto wizualny. Nie robiłam sobie z tego powodu wyrzutów, ponieważ inne rzeźby artysty, które wtedy widziałam, dostarczyły mi takiego ładunku emocji, że absolutnie nie narzekałam na niedosyt wrażeń. Poza tym, chociaż lubię patrzeć na piękne i eleganckie sylwetki rasowych koni, to prawdę powiedziawszy, kiedy myślę o tym zwierzęciu, widzę przede wszystkim znane mi z dzieciństwa biedne, spracowane konie, ciągnące wyładowane wozy jadące na targ...
Zapewne z tego powodu miałam problem z prawidłowym odczytaniem przekazu "Solnej góry". Tu głęboko mi się ukłonił kontekst kulturowy, o którym usłyszałam z ust jej twórcy, podczas wywiadu transmitowanego przez telewizję. Wtedy dowiedziałam się, że dla Paladina koń jest uosobieniem dążenia do wolności i doskonałości, walki z własnymi słabościami, a także nosicielem najpiękniejszych cech charakteru ludzi z południa, jak wierność, poświęcenie, odwaga i samozaparcie. Nie ukrywam, że w tym momencie doznałam oświecenia i cały przekaz tej instalacji ukazał mi się jak na dłoni. Stało się dla mnie jasne, dlaczego stylizowane sylwetki koni od pierwszej chwili tak bardzo skojarzyły mi się z rysunkami na greckich wazach. Południowe wybrzeże Włoch to dawna Magna Grecia, region, gdzie kultura ma helleńską proweniencję, a ziemia nadal kryje niezliczone pamiątki tamtych czasów. Natomiast nie miałam problemu z odgadnięciem symboliki góry soli, gdyż w europejskiej kulturze jest ona bardzo silnie zakorzeniona i chyba nikomu nie trzeba jej wyjaśniać.
Podczas mojego pobytu we Włoszech miałam okazję poznać historię włoskich salin i koszmarnie ciężkich warunków pracy przy ich eksploatacji, z jakimi przez stulecia borykali się robotnicy zwani salinieri. Dziś pozyskiwanie soli z wody morskiej jest częściowo zmechanizowane, a pracownicy są wyposażeni w różne środki ochrony osobistej. Jednak jeszcze w latach 20 i 30 XX wieku, była to praca niemal niewolnicza, zatrudniano całe rodziny, bo do niektórych czynności zatrudniano również dzieci i osoby w podeszłym wielu. To sprawiało, że przysłowiowa szczypta soli — un grano di sale — zanim trafiła na czyjś stół, była okupiona ciężkim, zbiorowym wysiłkiem wielu osób. Kiedy te wszystkie znaczenia i symbole ułożyły się w mojej głowie, niczym kawałki puzzli dające pełny obraz, innymi oczami spojrzałam na tę wielką masę soli, w której brną i zapadają się nieszczęsne konie, mimo wszystko podążające wzwyż, chociaż nie wszystkim będzie dane osiągnąć szczyt...
W tym momencie przyszło mi na myśl, że ta góra wraz z końmi może mieć o wiele więcej znaczeń, a temat można rozwijać niby nitkę z motka, szukać w nim własnych odniesień i kontekstów. Pomyślałam też, że właśnie to jest piękne, bo każdy z nas może do tej historii dopisać jej własny rozdział, znany tylko sobie.

















































