
Mediolan to miasto wyjątkowe, różni się od innych historycznych włoskich miast. Jego sercem jest Plac Katedralny (Piazza Duomo) z konnym pomnikiem Wiktora Emmanuela II, pierwszego króla zjednoczonych Włoch. Otaczają go imponujące budowle z różnych epok — majestatyczne gotyckie Duomo, neorenesansowa Galeria Wiktoria Emmanuela II, klasycystyczne Palazzo Reale, miejsce wspaniałych wystaw czasowych, i Palazzo Arengario, przykład włoskiego racjonalizmu. Nie ma tu wyraźnie wyodrębnionego zabytkowego centrum, jest to miasto eklektyczne, a jego liczne zabytki są porozrzucane na dość znacznym obszarze. Również w nowo powstałych dzielnicach można znaleźć wielowiekowe budowle — kościół z przyległym do niego klasztorem, patrycjuszowską willę, a nawet zamek. Dzieje się tak, ponieważ miasto, podobnie jak inne metropolie, nieustannie się rozszerza, wchłaniając w siebie liczne ościenne miejscowości, a także obiekty, które w momencie swego powstania znajdowały się na pustkowiu. Z tego powodu ktoś, kto nie mieszka tam od wielu lat, a do tego nie pasjonuje go zwiedzanie nowych zakątków, ma niewielką szansę na jego rzeczywiste poznanie. Mediolan kojarzy się z pośpiechem, modą i nowoczesnością. Czy da się go naprawdę poznać podczas krótkiego wypadu? Jako osoba, która spędziła w Lombardii wiele lat, uważam, że nie, bo wiem, że to miasto-zagadka. Jednak nie dziwię się, jeśli ktoś na jego zwiedzanie poświęca dwa, trzy lub nawet jeden dzień. Jest to zrozumiałe, gdyż trzeba mieć na względzie czas, oraz zasoby finansowe, jakimi dysponuje turysta. Nie można też zapominać o tym, że całe Włochy to prawdziwa skarbnica sztuki i zabytków, więc wybór jest tak duży, że nie wiadomo, gdzie kierować swe kroki.


Mediolan ma wiele twarzy i tylko od tego, czego szukamy, zależy, co tam znajdziemy. Ja miałałam to szczęście, że mój pobyt w Lombardii trwał wiele lat, więc jego zwiedzanie mogłam rozłożyć na wiele epizodów, jednak wracając do Polski na stałe, zdawałam sobie sprawę, że widziałam może połowę tego, co warto zobaczyć. Jednak mimo wszystko parę takich dni zapadło mi w pamięć – jedne dlatego, że zobaczyłam jakiś znaczący zabytek lub wystawę, a inne po prostu z powodu niezwykłej atmosfery.
Niestety Mediolan nie zalicza się do miast, w których można bezkarnie przebywać przez dłuższy czas, jeśli gnębią nas problemy zdrowotne lub po prostu mamy na względzie swój fizyczny dobrostan. Zresztą z tym samym problemem boryka się cała Równina Padańska i są okresy, kiedy ten region znajduje się na szczycie rankingu miejsc o najbardziej zanieczyszczonym powietrzu.
Ma na to wpływ zarówno specyficzny mikroklimat i wysokie uprzemysłowienie regionu, jak i spaliny produkowane przez ogromną liczbę aut, które nieustannie krążą po ulicach. W niektóre dni czapa smogu jest tak dokuczliwa, że drapanie w gardle ciągle zmusza do kaszlu, a podrażnione oczy łzawią i pieką. Jednak czasem zdarza się, że przychodzą dni wspaniałej pogody, gdyż wiatr od gór przegania te dokuczliwe zanieczyszczenia, a to sprawia, że ostry blask słońca inaczej modeluje budynki i ukazuje nam detale architektoniczne, które na co dzień umykają naszej uwadze.
Najczęściej dzieje się tak wczesną wiosną lub jesienią, bo wtedy wiatr mocniej wieje — sporadycznie zdarza się też w lecie, po burzy połączonej z obfitym deszczem, która na kilka dni oczyszcza powietrze.




Pewnego razu, pod koniec listopada, wybrałam się do Mediolanu, aby obejrzeć wystawę obrazów Salvadora Dalego w Palazzo Reale. Co prawda nie jestem szczególną miłośniczką jego malarstwa, jednak wychodząc z założenia, że czym innym jest kontakt z reprodukcją, a czym innym możliwość obejrzenia oryginału, postanowiłam skorzystać z tej niepowtarzalnej okazji. Wystawy w Palazzo Reale zawsze gwarantują spotkania ze sztuką na najwyższym poziomie. Nie tylko są przygotowane z ogromną starannością, ich dodatkowym walorem jest to, że organizatorzy sprowadzają dzieła z najróżniejszych źródeł – są one wypożyczane nie tylko z muzeów, ale również z kolekcji prywatnych czy zbiorów wielkich banków.
Dla mnie była to prawdziwa gratka – miałam niepowtarzalną okazję zobaczyć wiele wspaniałych obrazów, które bardzo rzadko są udostępniane szerszej publiczności. Wystawa Dalego była jedną z większych ekspozycji i zgromadziła mnóstwo oglądających. Szczerze mówiąc, tym, co mnie naprawdę zaskoczyło, była rozmaitość stylów i technik prezentowanych obrazów. Oprócz tych powszechnie znanych, namalowanych w stylu surrealizmu i bezsprzecznie robiących ogromne wrażenie, pokazano również inne, dość konwencjonalne, które bardzo mnie zaskoczyły, gdyż skojarzyły mi się raczej z wystawą prac studentów akademii sztuk pięknych.
Reasumując, cieszę się, że mogłam to wszystko zobaczyć, ale nie mogę powiedzieć, że poczułam się szczególnie wzbogacona duchowo. Dla mnie sztuka jest przede wszystkim sprawą emocji, które we mnie budzi, co oczywiście nie znaczy, że szukam tylko tego, co jest pogodne, "ładne" i miłe dla oka. Nie mogę też powiedzieć, że w obrazach Dalego nie dostrzegam przesłania czy swoistej filozofii w sposobie widzenia świata, jednak patrząc na nie, mam wrażenie czegoś wyrozumowanego i wykreowanego, a nie płynącego z głębi jaźni artysty.
Mimo wszystko, na wystawie spędziłam około trzech godzin, a kiedy wyszłam na Plac Duomo minęło już południe. Był to jeden z tych pięknych dni późnej jesieni i choć dopiero kończył się listopad, pogoda była niemal zimowa — utrzymywał się lekki mróz, wspaniale świeciło słońce, a powietrze miało przejrzystość kryształu. Aura była wręcz wymarzona na przechadzkę po mieście, tym bardziej że tym razem pokazało się ono ze swojej najlepszej strony.
Chyba po raz pierwszy miałam okazję oglądać mediolańską katedrę w takim oświetleniu. Muszę przyznać, że prezentowała się po prostu olśniewająco, przepięknie wymodelowana przez światło i cień, ukazywała wszystkie swoje detale i zakamarki fasady.
Również inne budynki wokół placu nabrały niemal nierzeczywistego wyglądu — masywna bryła Palazzo Arengario, podobnie jak Duomo oblicowana marmurem z Candoglii, zdawała się niemal unosić w powietrzu dzięki swym ogromnym oknom, w których odbijał się ciemny błękit nieba i rozmyta sylwetka katedry.




Na Piazza Duomo jak zwykle było sporo ludzi, a jeszcze więcej gołębi, które całymi chmarami fruwały z miejsca na miejsce. Choć od świąt dzielił nas równo miesiąc, na placu już ustawiono ogromną, smukłą choinkę, jeszcze częściowo osłoniętą, gdyż nadal trwały prace związane z jej ozdabianiem i montażem światełek. Światełka, zgodnie z tradycją, po raz pierwszy zapala się w dniu 6 grudnia, czyli w wigilię obchodów poświęconych św. Ambrożemu, patronowi miasta. Jest to ważne wydarzenie gromadzące wielu widzów.
Tymczasem na placu toczyło się zwykłe życie, choć może nieco zredukowane z racji mniejszej liczby turystów. Imigranci z krajów afrykańskich handlowali książkami, a młodzi mężczyźni, przybysze z Maghrebu, przez zaskoczenie próbowali "obdarowywać" turystów bransoletkami splecionymi z kolorowych nitek. Rzekomi ofiarodawcy po zawiązaniu tego "prezentu" na nadgarstku upatrzonej ofiary żądają za niego datku w postaci kilku euro, co często kończy się kosmiczną awanturą, gdyż wiele osób nie chce płacić i próbuje zwracać niechciany podarunek.
Nie brakuje też osób sprzedających kukurydzę dla gołębi, chociaż ich karmienie jest surowo zakazane i zagrożone sporą grzywną. Mimo to chyba jest to proceder dość opłacalny, bo wiele osób chce sobie zrobić zdjęcie w otoczeniu chmury ptaków.




Podobnie jak Duomo i Arengario, również Galeria Wiktora Emmanuela dzięki temu niecodziennemu oświetleniu ukazała całe bogactwo swych dekoracyjnych elementów. Z racji wysokości budynku część z nich zwykle tonie w półcieniu i aby je dobrze obejrzeć, należałoby użyć lornetki. Tym razem ostre słoneczne światło padające od wejścia zadziałało jak reflektor, oświetlając mozaiki i architektoniczne zdobienia.
Mnie zainteresowały czasowe dekoracje w postaci kolorowych proporców zawieszonych pod stropem, wysoko ponad głowami przechodniów. Na proporcach umieszczono symbole i motywy ze średniowiecznych rycin, ilustrujących stare, włoskie przysłowia. Większość z nich była mi zupełnie nieznana i mogłam się jedynie domyślać, o co w nich chodzi, jednak dwa nie pozostawiały cienia wątpliwości.
Pierwszy proporzec przedstawiał wizerunek nieszczęsnej owieczki rozszarpywanej przez wilka i napis "Che pecora si fa" (To się robi z owcą) - nic ująć, nic dodać! (Tu przyszła mi do głowy refleksja — czy nie ma innego podziału, czy na świecie faktycznie są tylko owieczki na pożarcie i okrutne wilki? A może są momenty, kiedy te role się odwracają? Można by o tym długo dyskutować).
Natomiast na drugim widniał wizerunek człowieka, który z niezbyt mądrą miną zamierza drażnić kijem śpiącego psa, czemu odpowiadało przysłowie "Non svegliare il cane che dorme" (Nie budź śpiącego psa). To ostatnie po prostu mnie oczarowało trafnością spostrzeżenia! W Polsce mówi się w takich sytuacjach "Nie budź licha", ale wydaje mi się, że włoska wersja bardziej przemawia do wyobraźni. Wraz z moją córką Martą szybko je zaadaptowałyśmy na swoje potrzeby, zmieniając psa na kota i używamy go, kiedy nasze kotki śpią (wiadomo, że jak się je zbudzi bez potrzeby, będą robić na złość i zaczną rozrabiać).







To miłe popołudnie postanowiłam zakończyć kawą w ustronnym barze przy placu San Fedele, z widokiem na piękny, renesansowy kościół pod wezwaniem tegoż świętego. Ten śródmiejski plac, choć znajduje się na tyłach Galerii i w bezpośrednim sąsiedztwie bardzo uczęszczanego Piazza della Scala, zwykle jest oazą spokoju. Co ciekawe, jedną jego pierzeję stanowią tyły Palazzo Marino (jego front wychodzi na Piazza della Scala). Jeśli ktoś czytał mojego posta Historia zakazanej miłości, miejsce, gdzie urodziła się Marianna de Leyva, znana jako Virginia, mniszka z Monzy, i gdzie spędziła pierwsze lata swego życia Ale to nie koniec ciekawostek — tuż obok, na małym placyku Piazza Belgiojoso, znajduje się dom, gdzie mieszkał Aleksander Manzoni, pisarz, który pod imieniem Gertrudy uwiecznił Virginię w swojej powieści "Promessi sposi", sztandarowym dziele włoskiej literatury. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że pewnego razu liczący niemal dziewięćdziesiąt lat Manzoni, wychodząc po mszy z kościoła San Fedele, upadł na schodach tak niefortunnie, że dotkliwie rozbił sobie głowę. Skutki tego zdarzenia były fatalne — pisarz nie odzyskał zdrowia i zmarł po kilku miesiącach.
W dziesiątą rocznicę jego śmierci na środku placu wystawiono mu pomnik, w miejscu, które tak bardzo połączyło w jedno jego życie i twórczość. Nawiązując do Manzoniego, dodam jeszcze, że w domu, gdzie niegdyś mieszkał, obecnie znajduje się muzeum i że byłam tam na początku mojego pobytu w Mediolanie. Przeżyłam wtedy mały szok na widok tego domostwa o wprawdzie licznych, lecz dość skromnie wyposażonych pokojach, które pozostawiono w nienaruszonym stanie. Moją uwagę zwróciła bogata biblioteka pisarza i jego pokój o ścianach pociemniałych od dymu z kominka, z wąskim, metalowym łóżkiem i wręcz ubogim, podstawowym wyposażeniem.
Było to zaskakujące, tym bardziej że Manzoni pochodził z arystokratycznej rodziny i był człowiekiem zamożnym. Tymczasem jego pokój był chyba bardziej odpowiedni dla ucznia niezbyt dbającego o wygody, a nie człowieka w podeszłym wieku i uznanego autora.
Słoneczny dzień, jak zwykle o tej porze roku, szybko się skończył, lecz mimo to byłam bardzo zadowolona z tego relaksującego wyjazdu. Jedyna rzecz, która mnie ominęła, to widok na ośnieżone Alpy z dachu Duomo. Co prawda oglądałam go kilkakrotnie jednak przy dużo gorszej pogodzie. Niestety, uświadomiłam to sobie dopiero w chwili, kiedy już siedziałam w pociągu powrotnym. Szkoda, że wcześniej nie wpadłam na ten pomysł, bo tym razem zapewne wszystko było widać jak na dłoni – zarówno miasto, jak i dalsze rejony Lombardii, Alpy, a nawet Apeniny...