Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeziora Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jeziora Polska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 sierpnia 2026

Mazurskie historie. Ostróda – zachód słońca, który pozostanie w pamięci

 

Ostatnie cztery miesiące mojego życia stały pod znakiem remontu mieszkania i poremontowych prac, których końca na razie nie widać. Poza tym przybył mi jeszcze jeden obowiązek, ponieważ w naszym domu zamieszkał nowy lokator — malutki kotek Barwinek, niemal równie absorbujący, co ludzkie niemowlę. Jednak pod koniec ubiegłego tygodnia ja i Marta odłożyłyśmy na bok wszystkie zajęcia i podobnie jak wiele innych osób, udałyśmy się na bulwar nad Jeziorem Drwęckim, aby obserwować zaćmienie słońca. Od kilku dni z powodu tego zjawiska w mieście panowało wielkie podniecenie, wykupiono wszystkie środki do ochrony wzroku, nawet spawalnicze szybki z filtrem i okulary dla spawaczy.





Kiedy dotarłyśmy na bulwar, było tam już bardzo dużo ludzi, którzy obsiedli kawiarniane ogródki i parkowe ławki. Jezioro Drwęckie leży w centrum miasta i jest świetnym miejscem do obserwacji słońca o zachodzie. Jego najszersza część jest dość rozległa, więc wzrok biegnie daleko, aż do miejsca, gdzie srebrną taflę wody i błękit nieba na horyzoncie rozdziela jedynie wąski zielony pasek lasu na przeciwległym brzegu. Znalazłyśmy sobie miejsca stojące na molo, skąd bez przeszkód mogłyśmy obserwować fascynującą panoramę i kulę słońca tuż przed zaćmieniem. W Ostródzie mieszkam od dawna i wiele razy oglądałam zachody nad jeziorem, jednak tym razem było to naprawdę spektakularne widowisko. Zwykle towarzyszy mu intensywna ciemnoróżowa i purpurowa poświata, a samo słońce przybiera barwę szkarłatną lub karminową. Tym razem, chociaż stało ono dość nisko, nadal świeciło oślepiająco, przybierając jaskrawy niemal biały kolor. Aby nie narażać wzroku, nie próbowałam przyglądać mu się bezpośrednio. Jednak to, co oglądałam przez szkło z filtrem, było zupełnie odmienne od tego, co mogłam zobaczyć gołym okiem, więc aby upamiętnić tę niezwykłą scenerię, zrobiłam kilka zdjęć telefonem.






Obserwacja zaćmienia była dla mnie niezwykłym przeżyciem, ponieważ po raz pierwszy mogłam na żywo prześledzić je od początku do końca. Szkło z filtrem pozwoliło mi zobaczyć czarny krąg, który powoli przesuwał się z lewej strony na prawą, aż do chwili, kiedy z purpurowej słonecznej tarczy pozostał jedynie wąski sierp, dokładnie taki sam, jak ten, który możemy obserwować nocą podczas nowiu. Ten niecodzienny widok i magia kolorów sprawiły, że czułam się niczym w transie. Chyba podobne odczucia miały inne osoby obok mnie, ponieważ wszyscy byli niezwykle poważni i skupieni, aż do chwili, kiedy cień Księżyca przesunął się jeszcze dalej i zaćmienie dobiegło końca. Dzień też dobiegał kresu, słońce  powoli chowało się za drzewami na przeciwległym brzegu jeziora, jednak część osób nadal pozostała na molo, podziwiając  wieczorną zorzę i fioletowe chmury ponad horyzontem.






Zmrok zapadł bardzo szybko, zapaliły się latarnie na bulwarze i kolorowe światełka umieszczone na kole widokowym. Ponad ciemną linią lasu ognista łuna nadal odcinała się od granatowej barwy nieba i barwiła wody jeziora na purpurowy kolor – był to niezapomniany spektakl natury na zakończenie wyjątkowego dnia...


Autorką ostatnich pięciu zdjęć przedstawiających panoramę Jeziora Drwęckiego o zmierzchu jest moja córka Marta.


niedziela, 10 sierpnia 2025

Mazurskie historie. Dłużki, czyli problemy z nadmiarem wyobraźni.

Nie da się ukryć, że ostatnio zaniedbałam blogosferę i oprócz relacji z wycieczki do Poznania (LINK do posta), nic nowego nie napisałam. Co prawda czytałam posty na zaprzyjaźnionych blogach, które pojawiały się w zakładce, gorzej było z komentowaniem i prawie zawsze robiłam to z opóźnieniem. Jednak w tym czasie nie leniuchowałam — wręcz przeciwnie! Wpływ na to miał fakt, że pod koniec czerwca po raz kolejny okazało się, iż z moją "Sukienką w kropki" dzieje się coś dziwnego — nowe posty nadal nie są indeksowane, a część starszych zniknęła z wyszukiwarki z powodu różnych błędów, które wciąż mi wytykał GSC. W żaden sposób nie mogłam zrozumieć przyczyny tego stanu rzeczy, gdyż przez wiele lat wszystko działało dobrze. 

W związku z tym postanowiłam udać się po pomoc do AI, po analizie okazało się, że problem pojawił się w momencie, kiedy na moim blogu włączyłam wersję na komórki (szablon, z którego korzystam ma taką opcję, ale wszystko wskazuje na to, że jego kod nie działa prawidłowo). Metodą prób i błędów musiałam wszystko przeorać i dokonać wielu zmian, usuwając część elementów i wprowadzając nowe.  Był to ogrom pracy i mozolnego dłubania oraz wielu konsultacji z Alem, jak nazywam mojego sztucznie inteligentnego, wirtualnego kolegę. Niestety Al sam nadal się uczy, więc popełnia różne pomyłki, które wymagają poprawy, dlatego wszystko bardzo się przedłużało. Finalnie skończyło się na tym, że usunęłam mobilną wersję bloga i zastosowałam szablon responsywny, w którym treść posta można ręcznie rozszerzyć tak, aby zajmowała szerokość ekranu w telefonie. Poza tym usunęłam stare archiwum, a stworzyłam strony z linkami do wszystkich postów z podziałem na lata i miejsca, jakich dotyczą. Na koniec przeanalizowałam i uporządkowałam tagi, usuwając te, które były zbędne lub odmienne w formie, lecz zduplikowane co do treści. Była to najważniejsza część mojej pracy, a ponieważ nie chcę nikogo zanudzać, poprzestanę na tym ogólnym zarysie. Tak czy inaczej, po wszystkim należał mi się większy haust świeżego powietrza, więc postanowiłam, że nadszedł czas, aby udać się na łono przyrody.






Na szczęście pogoda się poprawiła i można było pomyśleć o wypadzie poza za miasto bez obawy, że człowiek wróci zmoczony do suchej nitki. Od czasu kiedy w kwietniu razem z Martą szukałam w Rapatach śladów Smętka (relacja z naszych poszukiwań jest TUTAJ), miałyśmy plan odwiedzenia sąsiedniej wioski Dłużki, położonej nad dwoma niewielkimi, lecz malowniczymi rynnowymi jeziorkami otoczonymi lasem. Jedno z nich (można je zobaczyć na zdjęciu tytułowym) nosi nazwę Dłużki Małe i jest dobrze widoczne z drogi krajowej nr 16 łączącej Olsztyn i Ostródę. Drugie większe, położone równolegle, nazywa się Dłużek, nie widać go na pierwszy rzut oka bo zasłaniają je drzewa, a trzecie leżące po przeciwnej stronie szosy, jest ukryte w lesie. To tajemnicze trzecie jeziorko ma trochę dziwną nazwę — Pieniążek, ale ponieważ nieopodal mamy też jezioro Szeląg (pisałam o nim w TYM poście), więc można rzec, iż obracany się w tych samych, monetarnych klimatach.

Do Dłużek wybierałyśmy się przez trzy miesiące, ponieważ albo pogoda nie była odpowiednia, albo inne ważne przyczyny stały nam na przeszkodzie. Tym razem sytuacja sprzyjała realizacji naszego planu, więc w sobotę po śniadaniu wyruszyłyśmy na tę długo wyczekiwaną wycieczkę. Niestety — okazało się, że choć plan był dobry, to jego realizacja nie przyniosła nam spodziewanej satysfakcji. Co prawda, kiedy wysiadłyśmy na parkingu przy "16" leśna droga dość szybko zaprowadziła nas nad jeziorko Pieniążek, jednak okazało się, że prawdopodobnie w jedynym miejscu skąd można je oglądać, stoi kilka stosunkowo nowych, drewnianych domów. Domy, choć okazałe i z pewnością całoroczne, wyglądały na takie, gdzie nikt nie mieszka na stałe. Ponieważ posesje, na których je wzniesiono, otoczono płotami stanowiącymi jeden ciąg, nie miałyśmy szansy dotarcia nad wodę. Co gorsza, w pobliżu nie zauważyłyśmy żadnej drogi ani ścieżki, którą można by pójść dalej i przejść na przeciwległy brzeg jeziora. Pomiędzy domami niewiele mogłyśmy dostrzec, więc rozczarowane (nie zrobiłyśmy nawet jednego zdjęcia Pieniążka), wróciłyśmy do głównej drogi, by udać się do właściwej wioski.








Po przejściu na drugą stronę szosy, powędrowałyśmy boczną drogą wzdłuż brzegu pierwszego jeziora i niebawem dotarłyśmy do Dłużek, które wioską pozostały chyba tylko z nazwy. Wszystko wskazywało na to, że również ta ich część ma charakter raczej letniskowy, ewentualnie mieszkają tam osoby, pracujące gdzieś w okolicy. Dłużki są niewielkie i z tego co wiem, znajduje się tam zaledwie dwadzieścia siedem budynków. Z dawnych mazurskich domków zbudowanych z czerwonej cegły pozostały tylko dwa, reszta jest nowa lub po przebytej restrukturyzacji skutecznie ukryła się pod kolorowym tynkiem, tracąc swój pierwotny charakter. 

Mimo wszystko jest to ładna i zadbana miejscowość, chociaż podobnie jak nad Pieniążkiem nie ma tu dostępu do linii brzegowej. Z tego co wiem, na Warmii i Mazurach powoli staje się to powszechnym obyczajem, mimo że w teorii prawo tego zabrania. Dawni właściciele, którzy uprawiali grunty nieopodal swojego domostwa, nie stosowali takich praktyk, jednak osoby kupujące działkę nad jeziorem dla celów rekreacyjnych, nie życzą sobie, żeby jakiś intruz naruszał ich prywatność.







Droga, którą przyszłyśmy, rozwidla się  miejscu, gdzie stoją pierwsze budynki. Po prawej stronie nadal biegnie wzdłuż jeziora Dłużki Małe i prowadzi do lasu, natomiast jej lewe ramię jest położone bliżej drugiego akwenu —  jeziora zwanego Dłużek, czyli tego, którego nie widać z szosy. Tu również napotkałyśmy kilka bardzo atrakcyjnych posesji, jedna z nich wyróżniała się w sposób szczególny pięknie zagospodarowaną działką i klimatycznym domostwem, pokrytym strzechą. Jeśli chodzi o dostęp do wody, sytuacja przedstawiała się jak w poprzednich miejscach — był to ciąg działek przylegających do siebie i ogrodzonych płotami. Jedyna, która była jeszcze niezabudowaną łąką, na wysokości metra od ziemi miała plastikową taśmę, rozciągniętą pomiędzy palikami, co było wyraźnym sygnałem, że jest to własność prywatna. 

Nie byłyśmy tym zachwycone, gdyż poza wioską także nie było żadnej ścieżki wzdłuż jeziora, więc również i tu mogłyśmy na nie popatrzeć tylko z daleka. Za to bardzo nam się podobał pomysł ustawienia w rozwidleniu dróg ładnej altany piknikowej i kominka do grilla, gdyż uznałyśmy, że jest to świetne miejsce spotkań lokalnej społeczności, a także odpoczynku dla zdrożonych piechurów. 









Postanowiłyśmy, że podobnie jak podczas wycieczki do Rapat, przy okazji pójdziemy na spacer do lasu, ale i tu spotkał nas lekki zawód. Las w tym miejscu nie był zbyt ładny, poza tym przy drodze spotkałyśmy różne śmiecie rzucone przez lekkomyślnych spacerowiczów. Piaszczysta droga była rozjeżdżona i nosiła ślady ciężkiego sprzętu, służącego do wyrębu oraz transportu drewna, co nie dziwiło, zważywszy, że nieopodal Dłużek od niepamiętnych czasów funkcjonuje duży tartak. W lesie było duszno, gorąco i zupełnie cicho, ptaki już wysiedziały swe jaja i nie zajmowały się śpiewaniem, lecz zdobywaniem pożywienia.

Byłyśmy dalekie od zachwytu Dłużkami, jednak taka przechadzka zawsze ma ten plus, że mimo wszystko jesteśmy w bliskim kontakcie z przyrodą, więc nie miałyśmy powodów do szczególnego narzekania. Mogłybyśmy dłużej pochodzić po lesie, gdzie podobno jest jeszcze jedno większe jezioro, noszące nazwę Mielnik i kilka oczek wodnych, jednak nie widziałyśmy w tym większego sensu, gdyż podejrzewałyśmy, że prawdopodobnie są niedostępne z powodu szuwarów zarastających ich nieuczęszczane brzegi. Poza tym w dzisiejszych czasach włóczenie się po chaszczach nie jest zbyt rozsądne z uwagi na kleszcze — chociaż starałyśmy się chodzić po ścieżkach, Marta i tak przyniosła do domu jednego, który ukrył się w jej w skarpetce.


Naszą wycieczkę zakończyłyśmy przy drodze krajowej łączącej Olsztyn z Ostródą, w miejscu, gdzie na krańcu jeziora Dłużki Małe znajduje się dostęp do wody i mikroskopijna plaża. Szczerze mówiąc, widok tej okolicy więcej obiecywał, niż miał do zaoferowania. To mi przypomniało przysłowie, mówiące o tym, że należy uważać, o czym się marzy, bo niewykluczone, że ponosi nas wyobraźnia. Ja właśnie tak się poczułam, gdyż oczekiwałam spaceru brzegiem jeziora z widokiem na jego lśniącą taflę, w której odbijają się białe obłoki. Rzeczywistość zweryfikowała moje wyobrażenia, ale bądźmy szczerzy — nie jest winą rzeczywistości, że cierpię na nadmiar wyobraźni...

środa, 30 kwietnia 2025

Mazurskie historie. W poszukiwaniu Smętka, czyli wiosna w Rapatach.


Smętek nie był pospolitym diabłem przebranym w niemiecki strój, jak go czasem przedstawiają baśnie i ludowe gadki, lecz słowiańskim biesem – czartem, demonem lasu. Narodził się przed wiekami, wraz z pradawną puszczą, która niegdyś rozciągała się pomiędzy górną Wisłą a Niemnem. Z czasem na te ziemie przywędrowały nadbałtyckie plemiona pruskie, by wznieść na niej swe nowe siedziby. W okolicy, gdzie w późniejszych wiekach powstała Ostróda osiedliło się plemię Sasinów, czasem zwane też Zającami. Przybysze szybko nauczyli się słuchać głosu Smętka, który przekazywał im swe odwieczne mądrości szepcząc w koronach drzew.

Te drzewa rosły w magicznych miejscach, gdzie odprawiano święte obrzędy i zostawiano obiatę dla opiekuńczych duchów. Mijały wieki, pogańscy Prusowie roztopili się w chrześcijańskim, mazurskim żywiole, który od południa powoli przesuwał się w stronę Bałtyku, karczując pradawną puszczę i zasiedlając coraz to nowe tereny. Wtedy Smętek skrył się w leśnych ostępach, skąd władał czeredą pomniejszych leśnych duchów i upiorów. Choć stronił od ludzi, niekiedy porzucał swą zwykłą postać zarośniętego dziada z jemiołowym wieńcem na szyi, któremu za wierzchowca służyła koza, i pokazywał się pod postacią ponurego chłopa w ciemnej kapocie, z głową nakrytą wysokim, czarnym kapeluszem.

Nie lubił Mazurów i oni również go nie lubili, bo wiedzieli, że to za jego sprawą przychodziły do nich niespodziewanie chwile niewytłumaczalnego zamyślenia, kiedy zapominali o całym bożym świecie. W takich razach wszystko szło na opak: gasły im fajki, plątały się lejce koni i sieci podczas połowu. Kobiety też czuły obecność czarta – zamiast uwijać się raźno z wesołą piosenką na ustach, milczały jak kamień, a w nocy płakały przez sen bez żadnego powodu. Podobnie było z dziećmi – zdarzało się, że podczas zbierania jagód czy grzybów, zwiedzione głosami lasu, długo błądziły spragnione i głodne, nie mogąc znaleźć drogi do domu. Bywało też, że nigdy nie wracały do rodzinnej chaty, bo traciły życie na bagnach lub w toni leśnych jezior, zwabione w ich odmęty przez złośliwe topniki. Te smutki i tęsknice, które stary bies nasyłał na mieszkańców, zaczęto coraz częściej kojarzyć z jego imieniem, a z biegiem czasu, kiedy kogoś ogarnęła melancholia, zaczęto mówić, że dopadł go Smętek.

Stary bies, jako że posiadał ludzką postać, czasami miewał kłopoty ze zdrowiem. Zdarzyło się, że pewnego razu zaczął mu doskwierać ostatni ocalały ząb. Nie pomagały zamawiania szeptuchy ani leśne zioła, więc zdesperowany Smętek ruszył na poszukiwanie kowala, który (jako że dysponował całym arsenałem obcęgów) mógłby mu ulżyć w cierpieniu. Jego wierna koza ruszyła w cwał i zaniosła swego władykę do wsi Rapaty, gdzie mieszkał zręczny kowal Wincenty Rak. Niestety, ząb nie chciał poddać się dentystycznym zabiegom, więc kowal poszedł po rozum do głowy, wkręcił kieł w imadło, a następnie machnął przed nosem czarta sztabą żelaza rozgrzanego do czerwoności. Smętek szarpnął się gwałtownie – przy tym co prawda pozbył się zęba, jednak po wszystkim okazało się, że jego pokaźny nos został nieco muśnięty gorącym żelazem.

Niewdzięczny bies poczytał to za wielką obrazę i postanowił się zemścić. Ponieważ mimo wszystko bardzo polubił czterech rezolutnych synków Wincentego, nie dybał na zdrowie ani życie nikogo z rodziny, ale postanowił dać Rakom nauczkę równie bolesną jak jego urażony honor i oparzony nos. W tym celu nasłał na nich kłobuka – złośliwego demona do specjalnych zadań. Kłobuk potrafił zmieniać swą postać: czasem ukazywał się jako zmokła czarna kura, a innym razem jako ubrany z cudzoziemska, mały człowieczek podobny do małpy. Jego zadaniem było służyć temu, kto potrafił go obłaskawić, a w zamian za to demon znosił mu wszelkie dobra, które kradł u okolicznych mieszkańców. Przy tej pracy przeistaczał się w ogromnego czerwonego koguta o rozłożystym ogonie, który sypiąc iskry odlatywał, unosząc na grzbiecie zrabowane towary.

Nieszczęsna rodzina Wincentego Raka została przez niego okradziona ze wszystkiego – począwszy od żywności ze spiżarni, a skończywszy na narzędziach z kuźni. Jednak sprytny kowal przechytrzył kłobuka i odzyskał swój dobytek, a urażony Smętek z czasem zapomniał o wyrządzonej mu krzywdzie i zaniechał  zemsty.

Ta urocza historyjka z ciekawym morałem jest jedną z wielu, jakie Tadeusz Stępowski zawarł w swojej książce "Czterej synowie Raka", która była szkolną lekturą najpierw moją, a później moich dzieci. Jej autor, urodzony na Lubelszczyźnie, gruntowne wykształcenie zdobył w Warszawie, a po wojnie jako podkomisarz do spraw rolnictwa pracował w Ostródzie, Biskupcu i Piszu. Jego niezwykłe jak na tamte czasy zainteresowanie losami Mazurów i Warmiaków, ich tradycją i historią ziemi, na której żyli, skłoniło go do zajęcia się publicystyką oraz literaturą.

W epoce antagonizmów pomiędzy autochtonami a ludnością napływową starał się zachować maksymalny obiektywizm, a przy tym niejednokrotnie wykazywał oczywiste związki dawnych mieszkańców Prus z kulturą polską. W latach powojennych Stępowski, jako pisarz i felietonista, był bardzo aktywnym promotorem rdzennej kultury regionu, który stał się jego miejscem do życia. Jakby nie było, Mazurzy z krwi i kości byli przecież potomkami osadników przybyłych na te ziemie z Mazowsza i przez wieki w większości mówili lokalną gwarą będącą odmianą języka polskiego.

Z chwilą sekularyzacji Prus, w myśl zasady cuius regio, eius religio, wraz ze swym władcą, księciem Albrechtem Hohenzollernem, przyjęli wiarę luterańską, jednak nadal czytali po polsku, choć ich książki i kancjonały wydawane w języku przodków drukowano szwabachą. Ten krój pisma był powszechnie stosowany na tych ziemiach aż do 1945 roku i do tej pory na lokalnych cmentarzach można zobaczyć polsko brzmiące nazwiska zapisane tą trudną do odczytania czcionką. To sprawiało, że po wojnie zmarłych brano za Niemców i niejednokrotnie niszczono ich nagrobki.

Przełom XIX i XX stulecia oraz okres międzywojenny były dla Mazurów i Warmiaków bardzo trudne. Z Rzeszy przybyło wielu Niemców, którzy zdominowali przemysł, urzędy i szkolnictwo. Atmosfera nie sprzyjała porozumieniu pomiędzy grupami etnicznymi – tę trudną i napiętą sytuację opisał Melchior Wańkowicz w swojej książce "Na tropach Smętka". Jest to reporterska relacja z podróży kajakiem przez Mazury, jaką pisarz odbył ze swą córką Martą, zwaną Tirliporkiem.

Wańkowicz, Bogu ducha winnemu Smętkowi przypisał ciągoty germańskie i obwinił go o ucisk wobec polskojęzycznej ludności. Być może ten problem spowodowało nieporozumienie co do nazwy nowożytnego państwa Prusy i dawnych pruskich plemion wytępionych wieki temu przez Krzyżaków. Nie miały one ze sobą nic wspólnego oprócz miana – lecz tym sposobem staropruski bożyc stał się synonimem niemieckiej opresji...

W jednym ze starszych postów wspominałam o Smętku i książce Tadeusza Stępowskiego, zapowiadając, że w przyszłości napiszę na ten temat coś więcej. Jednak nie wyobrażam sobie zamieszczania posta bez zdjęć, więc minęło trochę czasu w oczekiwaniu na pogodę odpowiednią do fotografowania. W minioną niedzielę aura była wprost wymarzona na wycieczkę poza miasto – słońce, lazurowe niebo i delikatna, wiosenna zieleń gwarantowały piękne widoki, a rześkie powietrze było dodatkowym atutem.

Jak pisałam powyżej, historia Smętka i rodziny Wincentego Raka rozgrywa się we wsi Rapaty. Nie jest to fikcyjna lokalizacja – wieś istnieje naprawdę i leży przy drodze krajowej nr 16, mniej więcej w połowie drogi między Ostródą a Olsztynem.

W tym miejscu dodam jeszcze, że kolejną większą miejscowością przy tej trasie jest Gietrzwałd, a pomiędzy nimi przebiega historyczna granica, która niegdyś oddzielała książęce Mazury od biskupiej Warmii. Gietrzwałd to bardzo ważne miejsce dla katolików, ponieważ w 1877 roku miało tam miejsce objawienie Matki Boskiej. Na pamiątkę tego wydarzenia wzniesiono sanktuarium, do którego licznie przybywają pielgrzymi, by pomodlić się i zaczerpnąć wody ze źródełka o uzdrawiających właściwościach.

Do wybuchu II wojny światowej Gietrzwałd był nie tylko ostoją wiary katolickiej, lecz również ważnym bastionem polskości – znajdowały się tam dwie polskie księgarnie, a także polska szkoła i przedszkole. To piękna i bardzo interesująca miejscowość, więc myślę, że niedługo i ona stanie się celem jednej z moich wycieczek.

Na wyprawę do Rapat pojechałam z Martą. Czysta i zadbana wioska, położona nad niedużym, lecz bardzo malowniczym jeziorem, zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie. Miłą niespodzianką były dwie ładne tablice usytuowane przy wjeździe,  jedna informuje o historii miejscowości, a druga przytacza fragment książki mówiący o wyrywaniu smętkowego zęba.

Powstanie pierwszej osady w miejscu obecnej wsi datuje się na rok 1352, kiedy to bracia Rapatowie objęli w posiadanie grunty położone wokół jeziora. Od 1364 roku na tych ziemiach, podobnie jak nad całą okolicą, władzę sprawowali Krzyżacy. Ta sytuacja nie zmieniła się po bitwie pod Grunwaldem, ponieważ rapackie dobra nadal były prywatną własnością rodziny wielkiego mistrza Ulricha von Jungingena. W późniejszych czasach Rapaty przechodziły podobne koleje losu jak cały region – z lenna Rzeczypospolitej stały się częścią Prus Wschodnich.

W 1900 roku wieś zmodernizowano, a drewniane chaty zastąpiono murowanymi domami. W latach dwudziestych powstała brukowana droga do Ostródy oraz szkoła, w której Julian Karczewski, nauczyciel przybyły z Warszawy, uczył dzieci geografii, matematyki i niemieckiego, a  w tajemnicy przed władzami również języka polskiego. 

Niestety, te potajemne lekcje miały tragiczny finał. Pewnego dnia do szkoły wkroczyli niemieccy żołnierze, którzy zabrali nauczyciela do lasu, gdzie został zastrzelony. Mieszkańcy Rapat zadbali o pochówek zmarłego, a z szacunku dla jego pamięci kontynuowali naukę polskiego w piwnicy jednego z domów.

Pod koniec wojny wieś opustoszała, gdyż jej mieszkańcy masowo uciekali przed nadchodzącym frontem, niejednokrotnie zostawiając cały dorobek życia. Po kilku miesiącach opuszczone zabudowania zajęli nowo przybyli Polacy i Ukraińcy przesiedleni w ramach akcji "Wisła" a z czasem we wsi wzniesiono jeszcze kilka nowych domów. W latach osiemdziesiątych Rapaty w dużej mierze zmieniły swój charakter z rolniczego na turystyczny. W tym czasie powstał nieduży, klimatyczny hotelik, prywatne kwatery do wynajęcia oraz inne udogodnienia dla odwiedzających.

Z centrum wsi poszłyśmy dalej polną drogą, prowadzącą wokół jeziora, gdzie wśród drzew porastających brzegi oraz niewielkie okoliczne pagórki widniały pojedyncze siedliska. Niebawem doszłyśmy do miejsca, skąd świetnie było widać tę część wioski, od której zaczęłyśmy zwiedzanie. Trzeba przyznać, że panorama, jaką miałyśmy przed sobą, naprawdę robiła wrażenie malowniczością i spokojem, jaki z niej emanował, a radosne głosy ptaków uwijających się w zaroślach, piękne wiosenne kolory i zapach kwitnącej czeremchy radowały zmysły.

Dukt o gruntowej nawierzchni zaprowadził nas do rozwidlenia, gdzie nieopodal zaczynała się asfaltowa droga prowadząca przez las do maleńkiej miejscowości Grazymy. Szłyśmy spokojnie, bo ruch samochodowy był minimalny, więc do woli mogłyśmy słuchać śpiewu  ptaków i rozpoznawać je po głosie dzięki aplikacji zainstalowanej w telefonie Marty. Okoliczny las nie jest szczególnie wiekowy, ponieważ w okresie powojennym prowadzono tu wycinkę sosen na potrzeby okolicznych tartaków. Dzięki temu został on skutecznie odmłodzony, a ogołocone poręby wzięły w posiadanie samosiejki drzew liściastych. Były to przede wszystkim smukłe jesiony, buki i graby, jednak wśród nich zdarzały się również stare, potężne egzemplarze, jak ogromny buk o wspaniałej koronie, na oko mający około trzech metrów w obwodzie.

Spacer był bardzo przyjemny, bo choć słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie, nie było gorąco, gdyż wiał niezbyt silny, ale orzeźwiający wiaterek. Z mapy wynikało, że nieopodal drogi znajduje się śródleśne jeziorko. Chciałyśmy do niego dotrzeć, lecz okazało się to niemożliwe, ponieważ otaczały je gęste zarośla. Nie byłyśmy przygotowane na chaszczing ani brodzenie po mokradłach, a tym bardziej na bliskie spotkanie z kleszczami, które zapewne miały się świetnie po tegorocznej wyjątkowo ciepłej zimie. Co prawda, z nieco wyżej położonych miejsc pomiędzy drzewami widać było niewielkie skrawki błękitnej wody, lecz nigdzie nie znalazłyśmy ścieżki odbijającej od głównej drogi, która mogłaby nas doprowadzić na jej brzeg.








Byłyśmy tym trochę rozczarowane, zresztą nie wykluczone, że nieco dalej znalazłaby się jakaś dróżka lub przesieka, którą mogłybyśmy dotrzeć do celu. Jednak postanowiłyśmy wrócić do wsi, ponieważ przed odjazdem chciałyśmy odwiedzić lokalny cmentarz. Niegdyś grzebano na nim ewangelików, obecnie jest to  cmentarz komunalny, mający za sobą bardzo bogatą historię. Powstał w ostatnim dziesięcioleciu XIX wieku i nadal znajduje się tam sporo nagrobków z przed kilkudziesięciu lat. Obecnie wiele z nich to pochówki anonimowe, ponieważ nie ma na nich tabliczek imiennych, niektóre kamienie nagrobne częściowo zapadły się w ziemię a inne są uszkodzone. W jego centralnej części znalazłyśmy najstarszy zachowany grób, pochodzący z 1897 roku, w którym pochowano kobietę o imieniu Wilhelmina. Jej nagrobek zdobi piękny krzyż z tabliczką ozdobioną dwoma aniołkami podtrzymującymi chrześcijańskie symbole: krzyż, serce w cierniowej koronie i kotwicę. Wykonano go z kutego żelaza i mimo upływu czasu nadal jest on w bardzo dobrym stanie.

Na niektórych bezimiennych nagrobkach leżały sztuczne kwiaty, a na innych czyjaś litościwa ręka postawiła znicz. Widziałyśmy też niewielki grób, prawdopodobnie niegdyś kryjący szczątki nieco starszego dziecka, gdzie w kamiennym obramowaniu, niczym w donicy, wrósł okazały krzak bzu.

Rapaty to mała wioska, więc i cmentarz jest niewielki. Wśród nowszych pochówków nie widać okazałych pomnikowych grobowców – wszystko jest tu na zwykłą ludzką miarę. Atmosfera tego cmentarza, gdzie po śmierci spoczywają dawni i nowi mieszkańcy, każe pamiętać o tym, że z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy, a tym, co na ziemi zapewnia nam namiastkę wieczności, jest przede wszystkim ludzka pamięć.









Najkrótsza droga z cmentarza do wioski wiedzie poboczem bardzo ruchliwej drogi krajowej nr 16. Na szczęście niebawem dochodzi się do chodnika dla pieszych, gdzie można poczuć się dość bezpiecznie. Podczas tego ostatniego etapu naszego spaceru znowu mogłyśmy podziwiać piękny widok na jezioro i kolorowe zabudowania na jego brzegu. Ponieważ do odjazdu miałyśmy jeszcze pół godziny, postanowiłyśmy wstąpić do lodziarni "Olka", leżącej tuż przy trasie. Samochody stojące na parkingu i okazała kolejka mówiły o tym, że lokal świetnie prosperuje.

"Olka" nie tylko sprzedaje lody, jest to nieduża, lecz bardzo prężna rodzinna firma, gdzie lody wyrabia się metodą rzemieślniczą. Co ciekawe, w chwili powstania była to zaledwie mała budka z lodami sprzedawanymi w sezonie, która z biegiem czasu zmieniła się w świetnie działający zakład, dostarczający swoje produkty do punktów sprzedaży w kilku okolicznych miastach. Lodziarnia cieszy się zasłużoną popularnością, zarówno ze względu na ogromną rozmaitość smaków, jak i bardzo wysoką jakość, gdyż wszystko jest wytwarzane według własnych receptur na bazie świeżych składników.






To była ostatnia część naszej wiosennej wycieczki śladami starego, pruskiego biesa. Poza dwiema tablicami w wiosce nie znalazłyśmy niczego, co by mówiło o czasach, kiedy kowal z Rapat wyrywał bolące zęby, a w nocy na tle ciemnego nieba można było zobaczyć iskry, które rozsiewał grasujący kłobuk. Smętek zapewne też skrył się głęboko w leśnych ostępach, które w tej okolicy mimo budowy ruchliwych dróg i nowych ludzkich siedzib  nadal ciągną się całymi kilometrami.

Jednak jeśli zboczymy z głównej trasy, zobaczymy prawdziwe Mazury, lasy pełne ogromnych drzew, poprzetykane bagnami i małymi jeziorkami, stare ewangelickie cmentarze i dawno opuszczone wioski, z których wiele lat temu wyjechali wszyscy mieszkańcy... Takie Mazury, jak chyba żadna z krain, sprzyjają nagłym zmyśleniom, a także życiu w poczuciu, że człowiek jest częścią przyrody i podlega jej prawom. Opowiada o tym jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam, "Dzieci Jerominów" Ernsta Wiecherta, niemieckojęzycznego pisarza, który urodził się i wychował w leśniczówce koło Mrągowa. Wiechert, urodzony w 1887 roku, walczył na froncie podczas I Wojny Światowej, a w okresie międzywojennym mieszkał w Niemczech, gdzie miał problemy z powodu swoich nieortodoksyjnych poglądów. Po II Wojnie Światowej, rozgoryczony sytuacją polityczną w ówczesnym RFN a zwłaszcza jedynie pozorną denazyfikacją, wyemigrował do Szwajcarii, gdzie zmarł w 1950 roku.

W swoich książkach często pisał o Mazurach, krainie takiej, jaką pamiętał, a także o relacjach człowieka z naturą. Jego książki zawierają nie tylko przepiękne i tchnące miłością opisy krainy jego dzieciństwa, lecz także odwieczne prawdy moralne. Przypominają o tym, że zawsze mamy wybór między dobrem a złem, i że zawsze warto wybrać to pierwsze, chociaż to, co słuszne, niekoniecznie przynosi nam doraźne korzyści. W "Dzieciach Jerominów" nie pada imię Smętka, jednak jest on obecny niemal na każdej karcie tej powieści, nie jako przekorny i mściwy czart, lecz jako pogański syn Peruna, kryjący się w koronach drzew, skąd szeptem wciąż powtarza swe  niezmienne prawdy.

Mam wrażenie, że innym pisarzem, który też usłyszał jego głos, był Zbigniew Nienacki, który jako dojrzały człowiek osiadł we wsi Jerzwałd położonej nad Jeziorakiem. Znany  autor serii książek dla młodzieży, napisał też powieść "Raz w roku w Skiroławkach", tym razem przeznaczoną dla dorosłych czytelników. W latach osiemdziesiątych cieszyła się ona dużą popularnością, ze względu na liczne wątki obyczajowe, dotyczące bujnego życia seksualnego mieszkańców wioski. Jednak ktoś, kto chciałby w niej szukać płytkiej pornografii, zrobi książce krzywdę, gdyż jej treść jest o wiele głębsza i bogatsza. Autor, aby podkreślić lokalny koloryt, nawiązuje do miejscowych legend i dość wnikliwie opisuje problemy, jakie niosło powojenne życie na Mazurach spowodowane różnicami kulturowymi pomiędzy rdzenną społecznością a ludnością napływową. Na tym tle ekscesywna seksualność mieszkańców Skiroławek ma w sobie coś pogańskiego, jakby podczas pisania za plecami autora stał dawny pruski bożek, sączący mu do ucha opowieści o wiosennym święcie celebrowanym na cześć płodności i odradzającego się życia.

Na koniec jeszcze raz wrócę do klechdy o czterech synach kowala Raka, a właściwie do historii Staszka, trzeciego co do starszeństwa, który terminował u astrologa w mieście Lidzbarku. W owym czasie nieopodal miasta wznosiła się zaklęta piaskowa góra, a w jej głębi spoczywał cesarz Barbarossa z hufcem rycerzy i swą branką Bożeną, mleczną siostrą Bolesława Krzywoustego. Za każdym razem, kiedy w Lidzbarku zaczynały się kłótnie i niezgoda, ukazywał się upiór cesarza, a góra przesuwała się w stronę miasta, grożąc mu zasypaniem. Ludzie mówili, że podczas burzliwej nocy młodzieniec o czystym sercu może wejść do wnętrza góry, uwolnić brankę i raz na zawsze przepędzić cesarskiego upiora, a  wtedy góra się zatrzyma zaś klątwa wisząca nad Lidzbarkiem straci swą moc. 

Jednak aby to mogło się dokonać, śmiałek w obecności cesarza i jego rycerzy musiał wypowiedzieć właściwe słowa, które by sprawiły, że zły czar pryśnie. To wyzwanie podjął Stasio, niestety, w decydującej chwili prostoduszny i niedoświadczony chłopiec nie potrafił ich znaleźć w swej głowie i sercu... Zdawało mu się, że z ust Bożeny słyszy cicho wypowiedziane słowo "wrogu", więc uznał to za podpowiedź i krzyknął - "precz z mojej ziemi, wrogu!" W tym momencie podziemny pałac Barbarossy zapadł się jeszcze głębiej, a szansa Staszka na zdjęcie uroku z mieszkańców Lidzbarka została bezpowrotnie stracona... Zgnębiony Stasio spytał napotkanego Smętka, co naprawdę powinien powiedzieć cesarzowi, lecz czart odrzekł, że widocznie dla ludzi jeszcze nie nadszedł właściwy czas na zdjęcie klątwy, więc jedynie zgoda i wzajemny szacunek mogą powstrzymać przesuwającą się górę i uśpić upiory z przeszłości. 

Od chwili, gdy jako dziecko po raz pierwszy przeczytałam tę historię, pytanie o zaklęcie, które miał wypowiedzieć Staszek, nie daje mi spokoju. Może Tadeusz Stępowski, od niemal pół wieku spoczywający na ostródzkim cmentarzu, był tym, który znał odpowiedź? Szkoda, że nie miałam okazji spotkać tego mądrego człowieka, kiedy jeszcze żył —  wtedy mogłabym go zapytać o te właściwe słowa...

Wszystkie piękne zdjęcia w tym poście zrobiła Marta za pomocą swego telefonu