Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valle d'Intelvi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valle d'Intelvi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2015

Lombardia. Natale con i suoi, Pasqua - con chi vuoi!



Tytuł tego wpisu to dźwięczne włoskie przysłowie, które przetłumaczone na język polski mogłoby brzmieć "Boże Narodzenie spędzaj z rodziną, a Wielkanoc z kim chcesz!" Słyszałam je wielokrotnie, bo Włosi, przynajmniej ci mieszkający na północy, powtarzają je często i chętnie. Tak też jest przyjęte — Boże Narodzenie spędza się w domu, natomiast podczas świąt Wielkiej Nocy wiele osób wyjeżdża z przyjaciółmi na pierwsze, wiosenne wycieczki, choć niejednokrotnie robi się takie wypady tylko w gronie rodziny. 

Wiosna, która w Lombardii zaczyna się przynajmniej miesiąc wcześniej niż w Polsce, pod koniec marca zaczyna rozpieszczać ludzi promieniami słońca, kwitnącymi magnoliami i glicyniami oraz pierwszą delikatną zielenią. Wielkanoc jest świetną porą, żeby w pojedynkę lub z przyjaciółmi, ruszyć w plener. Na górskich drogach pojawiają się cykliści i "centaury" czyli motocykliści na swoich ryczących maszynach, a piechurzy stęsknieni za widokiem szerokiej przestrzeni, wyciągają swe kijki i buty trekkingowe, aby znów wyruszyć na szlak.




Jeśli Święta wypadają na początku kwietnia, oczywiście jest jeszcze cieplej i bardziej zielono a wtedy naprawdę trudno się oprzeć chęci wyjścia z domu na łono natury. Osoby wierzące i praktykujące uczestniczą w wielkanocnych uroczystościach kościelnych, jednak mam wrażenie, że wraz ze zmianą pokoleń przykłada się do tego coraz mniejszą wagę, przynajmniej na północy kraju. 

Niezależnie od tego w Niedzielę Palmową obowiązkowo należy przynieść do domu poświęcone gałązki oliwne, które tu pełnią funkcję naszych kolorowych, bogato przystrojonych palm. W tym dniu we wszystkich kościołach leżą całe stosy świeżo ściętych gałęzi, są też stoiska, gdzie można kupić malutkie gałązki związane czerwoną wstążeczką, zapakowane w celofanowy woreczek. Te gałązki nie tylko przynosi się do domu, lecz również ofiarowuje przyjaciołom, krewnym i znajomym, jako symboliczny dar pokoju i dobrych życzeń. Nie wiem jak to będzie wyglądało w tym roku, ponieważ słyszałam, że na południu Włoch jakaś straszliwa zaraza pustoszy gaje oliwne, więc podobno jest zakaz transportu takich gałązek, co ma zapobiec szerzeniu się choroby.




Podczas mojej pracy w Domu Opieki w Saronno, niejednokrotnie z okazji Świąt otrzymywałam od pacjentów lub członków ich rodzin malutkie paczuszki z taką gałązką i jakimś drobiazgiem, często własnoręcznie wykonanym. W ten to sposób weszłam w posiadanie kilku koronkowych serwetek robionych na szydełku lub klockach, które są dla mnie jednymi z najmilszych pamiątek. 

W przeciwieństwie do Polaków, dla których znaczna część wielkanocnej tradycji to uciechy stołu, Włosi mają w tym względzie obyczaje nieco skromniejsze. Jednak w każdym domu musi znaleźć się tradycyjne ciasto zwane "la colomba" czyli "gołębica". Jest to rodzaj lukrowanej, drożdżowej babki z migdałami, upieczonej w formie, która (jeżeli ktoś się bardzo uprze) może istotnie nieco przypominać sylwetkę gołębia w locie, choć mnie się ono kojarzy raczej ze zdeformowanym, równoramiennym krzyżem. Z tym ciastem wiąże się legenda mówiąca o mojej ulubionej królowej Teodolindzie, władczyni Longobardów.


Podobno w VII wieku na dwór królewski w Pawii przybyli irlandzcy mnisi pod przewodnictwem św. Colombana. Ponieważ był to okres Wielkiego Postu, zakonnicy zgorszyli się widokiem królewskiego stołu, uginającego się od wszelkiego mięsiwa. Pobożni Irlandczycy nie chcieli go jeść, więc Colomban pobłogosławił potrawy a wtedy ku powszechnemu zaskoczeniu pieczone mięso zamieniło się w biały chleb. Tę legendę wykorzystała firma Motta i w 1900 roku zaczęła wypiekać wielkanocne babki w kształcie gołąbka, nawiązując w ten sposób nie tylko do imienia świętego, lecz również do tradycji, która każe go przedstawiać z białą gołębicą siedzącą na ramieniu. Dziś tymi wypiekami trudni się wiele dużych firm i małych, prywatnych piekarni, gdyż na żadnym włoskim stole nie może zabraknąć "gołębicy". Inną słodką tradycją są czekoladowe jajka z niespodzianką. Są to nie tylko małe jajeczka, ale również ogromne, bogato przystrojone nieraz nawet półmetrowe jaja. 

W ich wnętrzu można znaleźć różne cudeńka: zabawki, słodycze, a nawet apaszkę lub krawat, gdyż w sklepach są jajka przeznaczone dla panów, dla pań, dla dzieci oraz dla całej rodziny. Idąc z wielkanocną wizytą, obowiązkowo należy coś ofiarować gospodarzom, więc po świętach we wszystkich domach piętrzą się pudełka z "gołąbkami" i czekoladowe jaja. Małym dzieciom wmawia się, że prezenty przynosi wielkanocny zajączek a w sklepach podobnie jak w Polsce, pełno jest świątecznych dekoracji z wizerunkami zająca, baranka, kury na jajkach, a także kolorowych, sztucznych jajek, choć nie ma tu tradycji własnoręcznego zdobienia pisanek, jak to się robi w naszych domach.

W związku ze Świętami jest tu jeden obyczaj, który wiele osób uważa za barbarzyński, czyli zabijanie malutkich baranków (rzadziej koźląt) na wielkanocną pieczeń. Z tym zwyczajem walczą różne stowarzyszenia na rzecz zwierząt, również telewizja piętnuje tę świąteczną hekatombę. Mam wrażenie, że powoli przynosi to pozytywne rezultaty i być może kiedyś ta powszechna rzeź baranków odejdzie w zapomnienie. W tym kontekście najsympatyczniejszym i chyba najzdrowszym zwyczajem są wspólne wycieczki. Jak już wspomniałam na wstępie, wiele osób idzie w góry, organizuje się też rajdy rowerowe i motocyklowe. Wygodniccy wsiadają do samochodu, aby jechać do niejednokrotnie dość odległych, malowniczych miejscowości, gdzie można miło spędzić dzień i zjeść posiłek w restauracji lub wiejskiej oberży. Pod koniec marca na lombardzkich jeziorach zwiększa się ilość kursujących statków, które w okresie wielkanocnym cieszą się dużym powodzeniem.

Biura podróży również nie próżnują i oferują interesujące pakiety, zarówno dla miłośników aktywnego uprawiania sportu, jak i amatorów historii. Dla tych ostatnich organizuje się kilkudniowe wypady do Rzymu, Florencji, czy Wenecji, a także innych, pięknych miast, pełnych skarbów sztuki. Nie brakuje też propozycji dla pospolitych leniuchów, którzy po prostu chcą jedynie odpocząć i zmienić powietrze. 

Jeśli chodzi o mnie, święta najczęściej spędzałam w pracy, choć zdarzyło mi się parokrotnie, że miałam jeden dzień wolny i również mogłam udać się w plener. W te wczesnowiosenne dni szczególnie lubiłam wypady do Valle d'Intelvi. Jest to piękna dolina pomiędzy górami rozdzielającymi jeziora Como i Lugano, leżąca na dość znacznej wysokości, gdzie można podziwiać zieleniejące szczyty i zbocza porośnięte kwitnącymi tarninami a przy okazji zajrzeć do niewielkich, malowniczych wiosek. 

Bardzo lubiłam te dni, kiedy w powietrzu, jeszcze ostrym po zimie i wilgotnym od niedawno stopniałego śniegu, wiatr przynosił mi delikatny zapach świeżo rozkwitłych drzew i krzewów. Co prawda, jak już wspomniałam, wczesna wiosna w Lombardii czasem bywa dość mokra, więc pejzaż spowija foschia, która w górach tworzy perłowo-błękitny opar (co widać na zdjęciach załączonych do tego posta). Jednak ma to tę zaletę, że młoda zieleń wygląda nadzwyczaj świeżo a zapach ziemi, rozkwitających tarnin, głogów i pierwszych kwiatów jest wprost nie do opisania. Wilgoć zaciera kontury gór, jeziora daleko w dole są ledwie widoczne, czasem tylko przez te zasłony nieśmiało przebija odrobina słońca, co sprawia, że wszystko zaczyna lśnić tęczowo. Słoneczny promień wędruje po zboczach wzniesień niczym światło reflektora wydobywając z cienia kościelne wieże i zabudowania w okolicznych wioskach. 

Kochałam ten czas, jego zapachy i kolory, możliwość odetchnięcia pełną piersią po zimowej stagnacji, zmęczenie po przebytych kilometrach i poczucie wolności...




Wędrując po górach, często spotykałam stada owiec, wśród których były matki z małymi. Zawsze miałam do nich wielki sentyment z uwagi na moją córkę Martę (urodziła się w znaku Barana i choć nie brakuje jej charakterystycznego uporu, nie brak jej też ciepła i słodyczy małego jagniątka) toteż nie ominęłam żadnej z okazji, aby im zrobić mniej lub bardziej udane zdjęcie. Muszę przyznać, że są to zwierzęta spokojne, ładnie pozują i raczej nie uciekają sprzed obiektywu. Moją drugą pasją było fotografowanie Baranka Eucharystycznego, którego interesujące wizerunki napotykałam w lombardzkich kościołach.




A tak na marginesie dodam jeszcze, że jednym z najczęstszych pytań, jakie mi zadawano podczas mojej emigracji, było to, czy Polacy są prawosławni, czy faktycznie używamy tego samego kalendarza co Włosi, i kiedy obchodzimy ważniejsze kościelne święta...

Na zakończenie chciałabym życzyć Wszystkim Zaprzyjaźnionym Blogerom i Czytelnikom zdrowych i wesołych Świąt. Niech ta wiosna będzie dla Was łaskawa, doda sił i energii, a także niech przyniesie Wam najpiękniejsze marzenia, które się spełnią wszystkie, bez żadnego wyjątku!

Więcej zdjęć baranków oraz tych zrobionych podczas wycieczek do Valle d'Intelvi, można zobaczyć w folderach

niedziela, 20 maja 2012

Lombardia. Monte San Zeno.



Monte San Zeno (1025 m n.p.m.) to niewysoki szczyt o charakterystycznej sylwetce, wznoszący się na obszarze Valle d'Intelvi nad zachodnim brzegiem Jeziora Como. Na jego wierzchołku znajduje się zabytkowy kościół pod wezwaniem San Zeno, którego historia sięga wczesnego średniowiecza. Ta tajemnicza budowla przez wiele lat nie dawała mi spokoju od chwili, gdy dostrzegłam ją z pokładu statku podczas rejsu po jeziorze. To niezbyt trudna wycieczka, będąca ciekawą propozycją dla osób lubiących łączyć górskie wędrówki z odkrywaniem historii. Przy dobrej pogodzie nagrodą za wejście są rozległe panoramy Jeziora Como oraz otaczających je zielonych grzbietów Prealp.


Moja wyprawa na Monte San Zeno była jedną z tych, do których zbierałam się jak przysłowiowa sójka za morze, skutkiem czego czekała na realizację nieomal pięć lat... Jak już wspomniałam, pierwszy raz zwróciłam uwagę na tę górę o wiele wcześniej, podczas rejsu statkiem po Jeziorze Como. Było późne popołudnie i właśnie wracałam do domu z wędrówki po prealpejskich szlakach. Mając do wyboru powrót do Como zatłoczonym autobusem lub relaks na otwartym pokładzie statku, wybrałam ten drugi wariant.


Byliśmy na wysokości Argegno, kiedy niespodziewanie załamała się pogoda i zaczęło zbierać się na burzę. Panorama okolicznych gór, którą zwykle oglądałam w blasku słońca lub spowitą uroczym welonem lombardzkiej mgiełki, nagle nabrała zupełnie innego wymiaru. Na tle ciemnych, burzowych chmur kontury wzniesień rysowały się wyraziście, niczym na dziewiętnastowiecznej litografii stanowiącej ilustrację w romansie grozy, a na horyzoncie pojawiły się pierwsze błyskawice.



Nagle w jednym miejscu chmury się rozstąpiły i przez powstałą wyrwę wpadły zbłąkane promienie słońca, oświetlając fragment Valle d’Intelvi, rozległej doliny leżącej u podnóża Monte Generoso. Moją uwagę przykuła niezbyt wysoka góra, kształtem przypominająca zalesiony stożek (lub bardziej prozaicznie — ogromną kopę zielonego siana). Zafascynował mnie piękny, regularny kształt tego wzniesienia, więc z uwagą zaczęłam przyglądać się widokowi, jaki miałam przed sobą.


Miałam wrażenie, że na szczycie zobaczyłam coś, co przypominało kościelną wieżę, lecz wydało mi się to dość dziwnym miejscem na budowę miejsca kultu z racji sporej odległości od okolicznych wiosek. Niemniej, znając włoski obyczaj umieszczania kaplic i sanktuariów na szczytach gór, doszłam do wniosku, że to prawdopodobnie jedno z tych miejsc, gdzie wierni udają się na pielgrzymkę, ofiarowując swój trud Bogu, w sobie tylko wiadomej intencji...


To właśnie wtedy, na widok tego fascynującego wzniesienia przyszło mi do głowy, że warto byłoby się tam wybrać, bo mogłaby to być bardzo ciekawa wycieczka. Próbowałam rozpytywać znajomych, czy wiedzą coś o tej tajemniczej górze i widocznej tam budowli, lecz nikt nie miał pojęcia, o jakie miejsce mi chodzi, a tym bardziej o tym, jak tam dotrzeć. Wtedy przyszło mi do głowy, że dobrym źródłem informacji mogą być kierowcy lokalnych autobusów, rekrutujący się z Como i okolicznych wiosek, którzy z racji swej pracy ustawicznie krążą po całym regionie.




Okazało się, że był to pomysł genialny w swojej prostocie! 

Pewnego razu, jadąc do Bellagio, gdy po drugiej stronie jeziora ukazało się interesujące mnie miejsce, wskazałam górę kierowcy i zapytałam, czy może mi coś powiedzieć na jej temat. Trafiłam na wiarygodne źródło, ponieważ ów pan był członkiem Klubu Alpejskiego i osobą dobrze poinformowaną. Dowiedziałam się wtedy, że ta góra to Monte San Zeno a na jej szczycie znajduje się zabytkowy kościół, który przez wiele lat pozostawał w ruinie. Kierowca uprzedził mnie, że szlak jest raczej mało uczęszczany i w związku z tym, może być nieco zapuszczony, a cały szczyt góry porasta gęsta roślinność. 

Nie była to dobra wiadomość i nieco ostudziła mój zapał, lecz idea odwiedzenia tego miejsca odżyła, kiedy weszłam w posiadanie książkowego przewodnika po pieszych szlakach turystycznych w okolicy Jeziora Como z obszernym rysem historycznym okolicy. Znalazłam wszystkie niezbędne wskazówki, dowiedziałam się również, że kościół wzniesiono w 1215 roku, lecz w połowie XX wieku spłonął skutkiem uderzenia pioruna i stracił dach oraz dzwonnicę. 

Choć nigdy mi nie brakowało planów ani zamierzeń czekających w długiej kolejce na realizację, umieściłam projekt wycieczki na San Zeno na mojej dość długiej liście miejsc do odwiedzenia. Dziwna rzecz, ale pomimo wręcz obsesyjnej chęci, aby dotrzeć na ów szczyt, z niewyjaśnionych powodów odczuwałam jakiś dziwny niepokój na myśl o samotnej wyprawie, tym dziwniejszy, że przecież z reguły wszystkie wycieczki, również te górskie, robiłam w pojedynkę.





Chyba właśnie z tego względu zwlekałam z jej realizacją, jednak gdy jechałam autobusem do San Fedele, Pelio, czy innych wiosek Valle d’Intelvi, gdzie zaczynają się szlaki po tej malowniczej okolicy, San Zeno nieodmiennie przyciągało mój wzrok niczym magnes. Przez kilka lat nadaremnie szukałam kogoś, kto mógłby mi dotrzymać kompanii, lecz tak się składało, że zwykle na przeszkodzie stały problemy ze zgraniem dni wolnych od pracy, pogodą lub obowiązkami rodzinnymi moich potencjalnych towarzyszy. 

Tak minęło prawie pięć lat i wreszcie przyszedł dzień, kiedy powiedziałam sobie, iż albo pójdę sama, albo będę zmuszona zrezygnować z tego pomysłu. Ponieważ rezygnacja nie leży w mojej naturze, postanowiłam, że jeśli tylko pogoda będzie w miarę sprzyjająca, najbliższy wolny dzień bez względu na okoliczności, przeznaczę na tę wyprawę. Na San Zeno prowadzi kilka ścieżek, które mają początek w wioskach u jej podnóża, ja wybrałam tę, która zaczyna się w Casasco d’Intelvi

Szczerze mówiąc, od początku wszystko składało się na opak... 

Obudziłam się otępiała z powodu okropnego bólu głowy i z ledwością zdążyłam na pociąg do Como. Teraz czekała mnie jazda autobusem do Argegno, przesiadka do San Fedele d’Intelvi, a następnie jazda jeszcze jednym autobusem do wioski Casasco d’Intelvi, gdzie zaczynał się szlak który wybrałam. Jak widać, wyprawa na San Zeno była prawdziwą podróżą rzemiennym dyszlem, jak mawiali nasi przodkowie. Dla zabicia czasu pospacerowałam po niewielkim San Fedele, gdzie podobnie, jak w większości górskich, lombardzkich wiosek, znajduje się interesujący romański kościół pod wezwaniem  Sant'Antonio Abate.
 


Co gorsza, już w chwili wyjazdu z Como pogoda nie była najlepsza, mimo dość dobrej prognozy meteo (niestety, w tym regionie bardzo często mylnej). W głębi ducha miałam jednak nadzieję, że niebo się rozjaśni i zniknie foschia, co poprawi widoczność. Niestety, kiedy dojechałam do Casasco, na niebie pojawiły się jeszcze ciemniejsze, wyraźnie deszczowe chmury. Pierwszy odcinek szlaku przebiega asfaltową drogą, przy której od czasu do czasu spotyka się pojedyncze zabudowania, gdzie ewentualnie można szukać schronienia, więc postanowiłam, że jednak przejdę jeszcze kawałek drogi i zawrócę, jeśli aura nie zmieni się na lepsze. 

Na szczęście, ciemne chmury gdzieś się rozpłynęły i mimo nie najlepszej widoczności, pogoda stała się znośna. Po przejściu kilku kilometrów asfaltową drogą skręciłam w lewo i weszłam na ścieżkę prowadzącą w stronę szczytu. Monte San Zeno nie jest wysoką górą, ma jedynie 1025 m n.p.m. natomiast wioska Casasco jest położona dość wysoko, więc aby dotrzeć na szczyt, miałam do pokonania niespełna trzysta metrów przewyższenia i odległość około 5-6 kilometrów. 




Szlak prowadził poprzez las w pobliżu rozległej łąki, gdzie pasły się stada owiec — od czasu do czasu z wiatrem dobiegało mnie ich beczenie i dźwięk dzwoneczków. Wzdłuż ścieżki napotkałam liczne, drewniane krzyże, gdyż jak się okazało jest to również szlak pielgrzymkowy, którym wierni wędrują do kościoła na górze, odmawiając tajemnice różańca.

Na San Zeno prowadzi kilka ścieżek. Ta z Casasco, choć dość długa, jest chyba najłatwiejsza i  nieźle utrzymana. Wznosi się bardzo łagodnie i dopiero na ostatnim kilometrze biegnie po stromym zboczu. Kiedy dotarłam do celu zastałam kościół zamknięty, lecz jak się okazało, został on pieczołowicie odrestaurowany. Ślady restauracji są wyraźnie widoczne, ponieważ stara i nowa część znacznie różnią się kolorem. 

Kościółek to bardzo prosta budowla z niewysoką dzwonnicą, wzniesiona z lokalnego, szarego kamienia. Mimo zamkniętych drzwi do wnętrza można zajrzeć przez zakratowane okienko, co pozwala zobaczyć ołtarz z wykonanym współcześnie wizerunkiem Świętego Zenona. Obiekt ten, niezależnie swojej wartości historycznej, przez wiele lat był kompletnie opuszczony. Tak się złożyło, że w czasie, kiedy dojrzewałam do realizacji tego pomysłu, nadal trwały tam prace restauracyjne. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam tę tajemniczą budowlę na tle ciemniejącego nieba, była ona ledwie widoczna spośród otaczającej ją roślinności.





Obecnie szczyt góry został oczyszczony z drzew i krzewów, co daje możliwość oglądania wspaniałej panoramy okolicy, z jeziorem Como widocznym w niecce otaczających je gór. Niestety, tym razem pogoda nie dopisała na tyle, abym mogła naprawdę cieszyć się widokiem, jaki można podziwiać w słoneczny dzień, nie mówiąc o zrobieniu przyzwoitych zdjęć. Był to niewątpliwie minus tej wycieczki, lecz nie powiem, żeby mnie to specjalnie zmartwiło, bo jak by nie było, dotarłam na szczyt i zobaczyłam kościół z bliska. Przed moim odejściem niebo zaczęło się przecierać, a widoczność poprawiać, jednak musiałam myśleć o powrocie, żeby na wszelki wypadek mieć trochę czasu w zapasie.

Abstrahując od niemiłej niespodzianki, jaką sprawiła mi pogoda, miałam ogromną satysfakcję, ponieważ osiągnęłam to, co tak długo chodziło mi po głowie i w tym momencie to było dla mnie najważniejsze. Oczywiście, byłam też bardzo zadowolona z tego, że zobaczyłam to miejsce nie w ruinie, ale doprowadzone do stanu, na jaki zasługuje, zadbane i otoczone opieką. Na niewielkiej łączce obok kościoła, zrobiłam sobie mały piknik. Nieopodal posilała się włoska rodzina z dwójką bliźniaków, która pojawiła się prawie równocześnie ze mną. Jak się okazało, przyszli od strony Cerano, wioski leżącej u podnóża góry, o wiele niżej niż Casasco. Od nich dowiedziałam się ciekawych szczegółów na temat rewitalizacji tego miejsca.





Wymieniliśmy się także informacjami na temat ścieżek; zdecydowałam, że z powrotem pójdę drogą, którą przyszli Włosi i vice-versa, oni postanowili wracać tą, którą ja przybyłam. Ścieżka, którą poszłam w dół, była dość stroma, zapuszczona i pełna wyrw po niedawnych ulewach, lecz o wiele krótsza, więc po niedługim czasie znalazłam się w Cerano. Nie obawiałam się problemów z powrotem do San Fedele, gdyż wyruszając na wyprawę zawsze mam przy sobie książeczkę z rozkładem jazdy lokalnych autobusów, co pozwala mi na ewentualną zmianę trasy, jeśli zachodzi taka konieczność. 

Po drodze zastanawiałam się, dlaczego tak długo zwlekałam z realizacją tego pomysłu i skąd się wziął ten irracjonalny lęk, który mnie powstrzymywał. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że być może to moja kocia intuicja podpowiadała mi, iż to jeszcze nie jest odpowiedni czas? Gdybym poszła tam wcześniej, być może zastałabym prace budowlane w toku, a szczyt góry zarośnięty drzewami i krzakami, bez możliwości popatrzenia na okolicę, co przecież jest najpiękniejszą nagrodą, kiedy wreszcie osiąga się cel wędrówki... 

Było mi nieco żal straconej okazji sfotografowania jeziora z tej wysokości, ale mówi się trudno! Podobne widoki widziałam już wiele razy, więc w moich albumach nie brakowało podobnych ujęć. Na pociechę udało mi się zrobić portret fiołka alpejskiego w jego naturalnym środowisku oraz zdjęcie interesującej rzeźby, wykonanej przez anonimowego artystę w pniu, czy też korzeniu, którą zupełnie nieoczekiwanie zobaczyłam na skraju lasu.




Jak większość obiektów tego rodzaju, również kościółek na Monte San Zeno posiada swoją bardzo ciekawą historię, ściśle związaną z nieprzeciętnymi zdolnościami niegdysiejszych mieszkańców tej okolicy. Z Valle d’Intelvi wywodzili się romańscy i średniowieczni rzeźbiarze oraz architekci, którzy przeszli do historii sztuki jako magistri antelami (od nazwiska mistrza zarządzającego pracownią) lub intelvesi — od nazwy krainy, z której pochodzili. Najsławniejszym z nich był właśnie Benedetto Antelami, jego wspaniałe płaskorzeźby zdobią między innymi baptysterium w Parmie i Duomo w Fidenzie. 

Legenda związana z kościółkiem na górze nieopodal Casasco mówi, że około roku 1000 grupa artystów-kamieniarzy, pracujących przy wzniesieniu i dekoracji kościoła San Zeno w Veronie, podczas powrotu w rodzinne strony, została zaskoczona na jeziorze Como przez niezwykle gwałtowną burzę. Nieszczęśni podróżni zagrożeni utratą życia, żarliwie modlili się o ocalenie właśnie do św. Zenona. Na szczęście burza ucichła i zostali uratowani, więc w podzięce zbudowali tę niewielką świątynię, o czym przypomina napis na tablicy wmurowanej w lewą ścianę kościelnego prezbiterium. 

Kiedy wyszłam z lasu na drogę prowadzącą do Cerano, jeszcze wiele razy oglądałam się za siebie, aby spojrzeć na górę i świątynię na jej szczycie. Kiedy dotarłam do wioski, okazało się, że mam jeszcze trochę czasu do odjazdu, więc obejrzałam zabytkowy kościół pod wezwaniem San Tomaso, który również ma bogatą historię. Jego budowę rozpoczęto we wczesnym średniowieczu, o czym przypomina tysiącletnia dzwonnica, zwana wieżą królowej Teodolindy.


Ten uroczy mostek znajduje się na ostatnim odcinku drogi, tuż przed Cerano. Na mostku wierni towarzysze moich wędrówek: plecak, kijek i kapelusz.

P.S. Jak się niedawno dowiedziałam, prace restauracyjne na Monte San Zeno trwały jeszcze długo po mojej wycieczce. Po ich zakończeniu kościół konsekrowano w 2015 roku i nadano mu miano "Kościoła na trzecie tysiąclecie". 


Więcej zdjęć z Monte San Zeno oraz Valle d'Intelvi jak zwykle można zobaczyć w albumie