Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 kwietnia 2026

Dwa oblicza Poznania – Ostrów Tumski i Śródka, czyli historia i współczesność miasta

W Poznaniu można znaleźć miejsca, gdzie po przejściu kilkudziesięciu metrów mamy wrażenie, jakbyśmy odbyli podróż w czasie. Tak jest w przypadku Ostrowa Tumskiego i Śródki — dwóch enklaw oddzielonych nurtem rzeki. 

Ostrów Tumski jest najstarszą częścią Poznania i jedyną zachowaną wyspą na Warcie, uznawaną za przypuszczalne miejsce chrztu Polski. To tutaj w X wieku Mieszko I wzniósł swój gród i pierwszą katedrę. Z kolei Śródka, położona nad Cybiną, to jedna z najbardziej klimatycznych i najstarszych dzielnic — dawniej była osobnym miastem, a do Poznania włączono ją dopiero w 1800 roku.

Już te pierwsze zdania częściowo wyjaśniają, na czym polegają kontrasty zawarte w tytule posta. Jednak dopiero podczas zwiedzania tej części Poznania można dostrzec, jak bardzo różnią się te dwie dzielnice, oddzielone korytem Cybiny, która na wysokości Ostrowa Tumskiego tworzy prawe ramię Warty. Niedawno miałam taką okazję, kiedy wraz z Martą i Mają wybrałam się na wystawę obrazów Mojżesza Kislinga w poznańskim Muzeum Archidiecezjalnym. Wiele lat temu byłam na Ostrowie Tumskim podczas wizyty w katedrze, jednak nazwa Śródka żadnej z nas nie mówiła absolutnie nic — wiedziałyśmy jedynie, że rondo Śródka jest miejscem, gdzie mamy wysiąść z tramwaju.

Ta niewiedza sprawiła, że spotkało nas wielkie zaskoczenie. Gdy po przejściu niezbyt ciekawego fragmentu ruchliwej Trasy Chwaliszewskiej dotarłyśmy do niewielkiego skupiska kamienic, odniosłyśmy wrażenie, jakbyśmy niespodziewanie trafiły do odrębnego miasteczka. Okazało się, że jest to właśnie Śródka — obecnie jedna z najstarszych dzielnic Poznania, której historia sięga średniowiecza. Prawa miejskie uzyskała jeszcze przed 1233 rokiem z rąk księcia Władysława Odonica, natomiast jej nazwa pochodzi od targów niegdyś odbywających się tu w każdą środę.

Z biegiem czasu miejscowość podupadła i straciła swe gospodarcze znaczenie. Pod koniec XIII wieku weszła w skład dóbr biskupów poznańskich a w XVII wieku uległa niemal całkowitemu zniszczeniu podczas katastrofalnego pożaru. Odbudowana pozostała niewielkim miasteczkiem na obrzeżach Poznania aż do 1800 roku, kiedy władze pruskie zdecydowały o ich połączeniu w jeden miejski organizm. Jednak mimo tej administracyjnej zmiany Śródka nadal zachowała swoją odrębność i specyficzny małomiasteczkowy klimat. Sytuacja zmieniła się radykalnie, kiedy podjęto decyzję o budowie Trasy Chwaliszewskiej, która przecięła Ostrów Tumski i połączyła dwa brzegi Warty. Obecnie trasa jest uznawana za przykład nietrafionej inwestycji, która nie spełniła swego zadania, a co więcej — przy jej budowie zniszczono dużą część Śródki i Chwaliszewa co przyczyniło się do ich degradacji. Obecnie Śródka leży w granicach Osiedla Samorządowego Poznania Ostrów Tumski–Śródka–Zawady–Komandoria i sąsiaduje z terenami rekreacyjnymi poznańskiej Malty.

Kiedy przeszłyśmy niewielki odcinek malowniczej ulicy, przy której wznoszą się zabytkowe  kamienice, otworzył się przed nami widok na plac, gdzie w centralnym miejscu wznosi się gotycki kościół otoczony murem z barokową bramą. Z tablicy informacyjnej dowiedziałyśmy się, że jest to kościół św. Małgorzaty, wzniesiony w XII wieku. W późniejszych czasach świątynia została dwukrotnie przebudowana — po raz pierwszy w okresie renesansu, a drugi raz w dobie baroku. W połowie XX wieku przeprowadzono w niej gruntowny remont, podczas którego odsłonięto gotyckie detale ocalałe z wcześniejszych przebudów. 

Piękna, słoneczna pogoda i błękitne niebo nad naszymi głowami jeszcze bardziej podnosiły urok tego miejsca, które kiedyś było rynkiem, gdzie odbywały się środowe jarmarki.

Oprócz kościoła przy placu znajduje się jeszcze jeden interesujący, zabytkowy obiekt. Jest to dawny klasztor filipinów o ślicznej rokokowej fasadzie w jasnożółtym kolorze z białymi ornamentami. Na przestrzeni wieków budynek wielokrotnie zmieniał właścicieli i pełnił różne funkcje publiczne. W pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku został poddany gruntownej renowacji, a po ponownym oddaniu do użytku umieszczono w nim Katedralną Szkołę Muzyczną I stopnia.

Jednak tym, co wprawiło nas w zachwyt graniczący z osłupieniem, był widok trójwymiarowego muralu na częściowo ślepej ścianie budynku nieopodal klasztoru. Miejska panorama, którą przedstawia, nie jest wytworem fantazji — namalowano go na podstawie zdjęcia z lat dwudziestych ubiegłego wieku, przedstawiającego ówczesny wygląd tej pierzei rynku z jego historyczną zabudową. Możemy na nim zobaczyć rzeźnika stojącego przed swoim sklepem oraz Władysława Odonica — księcia, który nadał Śródce prawa miejskie. Trębacz siedzący na dachu to hejnalista przypominający o nieistniejącym już śródeckim ratuszu, kot natomiast — jako stworzenie wolne duchem, a jednocześnie przywiązane do swego miejsca — śmiało może być uznany za symbol tej nieszablonowej dzielnicy.

Ciekawostką jest obecność w tym historycznym otoczeniu napisu Terravita, odnoszącego się do współcześnie działającej fabryki czekolady. Ponieważ obecni właściciele kamienicy mieli podpisaną z tą firmą umowę na reklamę, która wisiała na budynku przed powstaniem muralu, wkomponowano go w malowidło, by nadal realizować wcześniej zawarte zobowiązania.

Pomysł z muralem uważam za fantastyczny — nie tylko jest piękny i zdobi miasto, ale dzięki niemu możemy sobie wyobrazić, jak wyglądała ta dzielnica sto lat temu. Malowidło jest równie klimatyczne jak jego nazwa — „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle”, a widok człowieka z trąbką siedzącego na kalenicy przypomniał mi magiczny obraz Chagalla „Skrzypek na dachu”. Nieopodal znalazłyśmy również kilka urokliwych, brukowanych ulic o zabudowie z przełomu XIX i XX wieku. Gdyby nie auta i znaki drogowe, mogłyby sprawiać wrażenie, jakby w Śródce czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu…

Pomysł na mural pojawił się w 2012 roku z inicjatywy lokalnego społecznika i radnego Gerarda Cofty, zwanego „Merem Śródki”. Na jego prośbę architekt prof. Radosław Barka przygotował szkic malowidła przedstawiającego historię dzielnicy. Koszty realizacji pokryto z nagrody wygranej w konkursie „Centrum Warte Poznania”, finansowanym przez Miasto Poznań, a stroną techniczną zajęła się Fundacja Artystyczno-Edukacyjna PUENTA w ramach programu „W środku Śródki 2015”. Wsparcia udzielił także prywatny przedsiębiorca Piotr Włodarczyk, prezes firmy Budchem, która ufundowała farby.

Mural malowali artyści wyspecjalizowani w dużych formatach i technice trompe l’oeil, służącej do uzyskania na płaskiej powierzchni efektu głębi. Całą grupą kierowała Arleta Kolasińska z fundacji PUENTA, która również brała udział w jego malowaniu. To spektakularne przedsięwzięcie znalazło szerokie uznanie nie tylko wśród mieszkańców miasta — „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle” w 2016 roku zdobyła piąte miejsce wśród siedmiu cudów Polski w plebiscycie magazynu „National Geographic”.

Jego wyjątkowym smaczkiem jest obecność dwóch męskich postaci uwiecznionych na tle zielonego parterowego domku — jedna z nich to właśnie Piotr Włodarczyk z Budchemu. Nazwa firmy także została upamiętniona na muralu — znajdziemy ją na szyldzie sklepu namalowanego po jego prawej stronie. Druga postać to Władysław Włodarczyk, przedstawiony jako rzeźnik w białym fartuchu (zbieżność nazwisk obu panów jest podobno przypadkowa), który przed wojną był właścicielem sklepu mięsnego znajdującego się w tym miejscu.

Idąc w stronę mostu prowadzącego na Ostrów Tumski, na rogu ulic Ostrówek i Cybińskiej, na ślepej ścianie budynku znajdziemy jeszcze jedną atrakcję Śródki. Jest to instalacja zatytułowana „Zielona symfonia”, zbudowana z rynien w kształcie instrumentów, zainspirowana podobną realizacją, jaką można zobaczyć w Dreźnie. Podobnie jak „Opowieść śródecka”, również to przedsięwzięcie zrealizowała Fundacja PUENTA ze środków zdobytych w ramach konkursu. Ideą instalacji jest to, że woda deszczowa spływająca z dachu, przepływając przez rynny, wydaje dźwięki tworzące naturalną muzykę.

Wspominałam już, że Śródkę od Ostrowa oddziela rzeka Cybina, stanowiąca dopływ Warty. Ponad nią w 2007 roku przerzucono malowniczą kładkę pieszo-rowerową, zwaną mostem Jordana (Jordan był pierwszym poznańskim biskupem). Ma ona bardzo ciekawą historię — poprzedni most, zwany Cybińskim, rozebrano ze względu na zły stan techniczny w latach 70. ubiegłego wieku. Choć nieopodal, na obrzeżach Śródki, powstał drogowo-pieszy most Mieszka I, brak bezpośredniej przeprawy był bardzo uciążliwy dla mieszkańców. Po wielu latach starań zapadła decyzja, że w tym miejscu ponownie powstanie kładka, a do jej budowy zostanie wykorzystane przęsło zdemontowane podczas remontu mostu św. Rocha. Tu ponownie wrócę do postaci śródeckiego radnego Gerarda Cofty — to dzięki jego energii udało się pozyskać dla Śródki owo przęsło, które pierwotnie miasto zamierzało sprzedać. Gdyby nie jego determinacja, nie byłoby dziś tak łatwego dojścia z Ostrowa Tumskiego na Śródkę, a sama dzielnica mogłaby nigdy nie odżyć.

Transport 70-metrowego kolosa o wadze 450 ton na odległość jednego kilometra, a następnie przeniesienie go ponad mostem Mieszka I, zgromadziły setki poznaniaków, którzy obserwowali tę niecodzienną operację. Most Jordana, z pięknym widokiem na przeciwległe brzegi Cybiny i Ostrów Tumski, jest bardzo malowniczym traktem spacerowym, który przyciąga wiele zakochanych par, o czym świadczą symboliczne kłódki zdobiące jego barierki. Podobno cieszy się on także dużym powodzeniem wśród miłośników ekstremalnych wyzwań, którzy spacerują po jego przęsłach, a nawet wjeżdżają na nie rowerami.

Lojalność mieszkańców wobec swojego fyrtla (tak poznaniacy nazywają najbliższą okolicę, w której mieszkają) sprawiła, że miejscowa społeczność i organizacje pozarządowe zawarły porozumienie nazwane Republiką Śródka, co pięknie oddaje sens idei, jaka mu przyświeca. Jakby nie było, słowo „republika” pochodzi od łacińskiego zwrotu res publica, czyli „rzecz publiczna”, a tym samym „nasza sprawa”. To przedsięwzięcie dało spektakularne efekty, dzisiejsza Śródka przyciąga wzrok swoją urodą, a na jej terenie organizuje się kameralne imprezy i ciekawe wydarzenia. Dzięki tym staraniom dawna, zaniedbana i odcięta od centrum dzielnica na powrót stała się atrakcyjnym miejscem, jak przystało na bezpośrednie sąsiedztwo Ostrowa Tumskiego.

Przy wejściu na most zauważyłyśmy dwa stylizowane niebieskie koziołki. Jak się okazało, są one częścią ekspozycji upamiętniającej 160-lecie firmy Aquanet, która dostarcza miastu Poznań wodę pitną i z tej okazji przyozdobiła miasto takimi figurkami w różnych kolorach.

Z mostu Jordana rozciąga się piękny widok na Bramę Poznania (ICHOT) — wspaniałe połączenie historii i tradycji z nowoczesnością, a zarazem kolejne osiągnięcie niestrudzonego pana Cofty. Radny przez lata zabiegał o powstanie nowoczesnego centrum właśnie na styku Ostrowa Tumskiego i Śródki — przedstawiał korzyści i przekonywał nieprzekonanych.

Obiekt wzniesiono w ramach przygotowań do Euro 2012, jednak z powodu trudności technicznych został otwarty już po zakończeniu mistrzostw. W zamyśle przedsięwzięcie to miało pomóc w rewitalizacji tej części miasta i nadać jej nową funkcję poprzez stworzenie Interaktywnego Centrum Historii Ostrowa Tumskiego (ICHOT), które popularyzuje wiedzę o przeszłości Poznania i początkach naszej państwowości.

Projekt połączył nowo wzniesiony, oszczędny w formie budynek na terenie Śródki z dawną Śluzą Katedralną — zabytkową, XIX-wieczną pozostałością Twierdzy Poznań. Obie budowle scala zadaszona i przeszklona kładka przerzucona ponad nurtem Cybiny. Nowoczesna część to centrum multimedialne, gdzie w czterech salach tematycznych można zapoznać się z historią Polski aż do czasów współczesnych. Na płaskim dachu budynku znajduje się taras widokowy, z którego rozpościera się piękny widok na Ostrów Tumski i dachy Śródki.

Po drugiej stronie rzeki, w zabytkowej XIX-wiecznej części kompleksu, mieści się Galeria Śluza — miejsce wystaw czasowych oscylujących wokół tematów: miasto, ludzie i środowisko. Nieopodal Śluzy znajduje się jeszcze jedno ciekawe miejsce — Rezerwat Archeologiczny Genius Loci, gdzie można zobaczyć ekspozycję artefaktów oraz fragmenty wykopów prezentujących pozostałości pierwotnego grodu z X wieku.

Ostrów Tumski, który początkowo był ośrodkiem władzy książęcej, stracił na znaczeniu, kiedy w XII wieku na lewym brzegu Warty, w okolicy obecnego ratusza, zaczęło się rozwijać miasto Poznań. Tereny na wyspie przeszły na własność Kościoła, do którego nadal należy obszar pomiędzy linią kolejową przebiegającą w jego północnej części a ulicą Zagórze na południu. Ten stan prawny spowodował, że w centralnej części Ostrowa nie ma typowej miejskiej zabudowy mieszkalnej — znajdują się tu jedynie obiekty sakralne, budynki administracji kościelnej, a także kanonie i domy zakonne.

Oprócz katedry, pałacu arcybiskupa i kurii metropolitalnej znajdziemy tam zabytkowy kościół pomocniczy pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, budynek psałterii oraz Muzeum Archidiecezjalne. Mierząc siły na zamiary, z przykrością musiałyśmy zrezygnować ze zwiedzenia zarówno Bramy Poznania, jak i Rezerwatu Archeologicznego, gdyż — jak wspomniałam na wstępie — naszym głównym celem było muzeum i czasowa wystawa Mojżesza Kislinga.

Po przejściu mostu Jordana znalazłyśmy się na Ostrowie Tumskim, gdzie przywitał nas piękny widok na katedrę od strony apsydy — jej pięć wież i monumentalną ceglaną bryłę obudowaną kaplicami pokrytymi jasnym tynkiem. Postanowiłyśmy, że po obejrzeniu wystawy wrócimy, aby ją zwiedzić, lecz tymczasem skręciłyśmy w boczną ulicę ks. Ignacego Posadzego, która prowadzi do Akademii Lubrańskiego, gdzie mieści się muzeum.

Po drodze poddałyśmy się urokowi klimatycznego Ostrowa — jego cichych, niemal bezludnych, brukowanych uliczek i zadbanych ogrodów. Nie był to jeszcze czas licznie przybywających turystów, więc spotkałyśmy niewiele osób, tak jak my kontemplujących w ciszy i spokoju jego niezwykłą atmosferę. Choć była dopiero pierwsza połowa kwietnia i na Mazurach nadal czekałyśmy na wiosnę, w Poznaniu mogłyśmy cieszyć oczy widokiem kwitnących wiśni i forsycji, magnolii o pękających pąkach oraz klonów, które w najlepsze rozwijały swoje na razie jeszcze lekko pomarszczone liście. 

(Tu dodam uwagę odnośnie jesiennych kolorów drzew na niektórych zdjęciach — wbrew pozorom były one sfotografowane podczas naszej kwietniowej wycieczki). 

Mniej więcej w połowie ulicy trafiłyśmy na metalową konstrukcję w kształcie bramy. Z tablicy umieszczonej nieopodal dowiedziałyśmy się, że jest to instalacja, a właściwie przestrzenna rzeźba nosząca nazwę „Przekrój P(p)oznania”. Ten zagadkowy tytuł wiąże się z faktem, że pod ulicą, którą się poruszałyśmy, odkryto pozostałości wałów obronnych grodu założonego na Ostrowie przez Mieszka I. Rzeźba swoim kształtem nawiązuje do przekroju podłużnego tych umocnień, a ich resztki oraz makietę pokazującą sposób konstrukcji można zobaczyć w Rezerwacie Archeologicznym Genius Loci, znajdującym się tuż obok.

W ciągu tysiąca lat poziom terenu na wyspie podniósł się tak bardzo, że pozostałości wałów znajdują się około jednego metra poniżej poziomu ulicy i sięgają nawet sześciu metrów w głąb gruntu. Jest to niezwykłe uczucie, gdy podczas spaceru uświadamiamy sobie, ile ludzkich istnień przeminęło w tym czasie i że ziemia pod naszymi stopami kryje nie tylko resztki zwykłych domostw, lecz także ważne pomniki historii.

Na przestrzeni wieków Ostrów Tumski przeszedł wiele przeobrażeń. Szczególne zasługi dla jego rozwoju miał biskup Jan Lubrański, który pełnił tę funkcję w latach 1498–1520. W historii Polski zapisał się jako humanista, prawnik i dyplomata odgrywający istotną rolę u boku kolejnych królów — następców Władysława Jagiełły. Był światłym mecenasem kultury renesansowej i inicjatorem powstania w Poznaniu pierwszej szkoły wyższej, nazwanej od jego nazwiska Akademią Lubrańskiego, która działała aż do 1780 roku. Dzięki niemu w pierwszej połowie XVI wieku wzniesiono budynek uczelni, w którym obecnie mieści się Muzeum Archidiecezjalne.

Szkoła cieszyła się dużą renomą — jej najbardziej znani absolwenci to poeta Klemens Janicki, matematyk Jan Śniadecki i lekarz Józef Struś. Ten ostatni był wybitnym uczonym doby odrodzenia — przetłumaczył traktaty medyczne Hipokratesa i Galena, a wyniki jego badań nad tętnem nadal należą do kanonu medycyny. Z inicjatywy biskupa na Ostrowie wzniesiono także psałterię — budynek dla kolegium dwunastu śpiewaków, których zadaniem było nocne czuwanie w katedrze połączone ze śpiewaniem psalmów, a także oprawa muzyczna porannej mszy.

Jan Lubrański był również sprawnym administratorem, dbającym o rozwój infrastruktury Ostrowa Tumskiego. Wyspa zawdzięczała mu powstanie wodociągu, brukowanych ulic oraz umocnień z dwiema bramami — jedna z nich prowadziła na prawobrzeżną Śródkę, a druga na lewobrzeżne Chwaliszewo.

Fortyfikacje Lubrańskiego częściowo rozebrano w XVIII wieku, a ostatecznie zlikwidowano w XIX stuleciu, kiedy Prusacy rozpoczęli wznoszenie systemu umocnień przekształcających Poznań w twierdzę. Po II wojnie światowej większość tych fortyfikacji rozebrano — do naszych czasów przetrwał jedynie fort Roon na północnym krańcu wyspy oraz Śluza Katedralna, obecnie wchodząca w skład Bramy Poznania.

To już koniec relacji z pełnego kontrastów spaceru po urokliwych zakątkach Śródki i Ostrowa Tumskiego, jednak nie koniec naszej wycieczki. Była ona pełna niezwykłych wrażeń, które trudno zawrzeć w jednym poście, dlatego prawdopodobnie powstaną jeszcze dwa — jeden poświęcony Muzeum Archidiecezjalnemu i wystawie Kislinga, a drugi poznańskiej katedrze. 

Dodam jeszcze, że ta wycieczka pozostawiła mi duży niedosyt, więc mam zamiar wrócić tam by bez pośpiechu jeszcze raz oddać się zwiedzaniu. Oprócz Śródki i Ostrowa chciałabym też zobaczyć wzniesiony przez joannitów późnoromański kościół św. Jana za Murami, leżący na terenie Komandorii nieopodal przystanku przy rondzie Śródka. Choć na przestrzeni wieków był kilkakrotnie przebudowany, nadal można tam zobaczyć pozostałości pierwotnej romańskiej świątyni.


poniedziałek, 21 lipca 2025

Chełmoński w Poznaniu albo podróż do źródeł


Poznań - rynek starego miasta kolorowe kamienice i fragment ratusz

Poznań to jedno z najstarszych i najważniejszych miast Polski, związane z początkami naszej państwowości. Dziś jest dużym, nowoczesnym organizmem – historyczna architektura płynnie miesza się tu z nową technologią i biznesem, a obok zabytkowych ulic i kamienic toczy się gwarne, miejskie życie. Jego najbardziej znanym symbolem jest Stary Rynek z kolorowymi kamieniczkami i renesansowym ratuszem, ale Poznań ma znacznie więcej do zaoferowania.

Jakiś czas temu Marta zaproponowała, żebyśmy wybrały się na jednodniowy wypad do Poznania, aby obejrzeć wystawę obrazów Józefa Chełmońskiego. Pomysł wyglądał na dobry — z Ostródy do Poznania mamy wiele bezpośrednich połączeń kolejowych, a podróż trwa jedynie dwie i pół godziny. Swego czasu odbyłyśmy podobną całodniową wycieczkę na wystawę Fridy Khalo więc uznałyśmy, że może czas to powtórzyć, tym bardziej że tak duża wystawa jednego z czołowych polskich malarzy z pewnością na to zasługuje.

 


Tu wypada mi dodać kilka słów na temat tytułu, w którym piszę, że ten wyjazd był powrotem do źródeł. Otóż jest to prawda o tyle, że ja i Marta jesteśmy, jak to się czasem mówi "pyrami" półkrwi. 

Mój ojciec pochodził z okolic Poznania a mama spod Warszawy, więc od zarania życia walczą we mnie dwie natury — kwadratowa i po wielkopolsku poukładana z mazowiecką — nieco fatalistyczną i rozwichrzoną, działającą trochę na żywioł pod hasłem, że "jakoś to będzie". Marta jest w podobnej sytuacji, ponieważ będąc ćwierć-Wielkopolanką po mnie, drugą ćwiartkę krwi ma ze strony ojca, gdyż mój teść był poznaniakiem. Szczerze mówiąc, chociaż w tamtych stronach bywam rzadko, mimo wszystko czuję podskórną więź z Wielkopolską i myślę o niej jako o czymś, co w dużej mierze mnie determinuje, nie wspominając o tym, że za korzec ziemniaków oddałabym wszystkie cytrusy świata.

Jednak w tym wypadku nasze pochodzenie z tej, a nie innej części Polski nie jest jedynym aspektem, w którym można mówić o źródle, do którego się wraca. Przyszło mi to do głowy w trakcie oglądania obrazów Chełmońskiego, bo chociaż artysta niejednokrotnie malował również Ukrainę, to jego obrazy są tak nasycone polskością, że patrząc na nie, nie sposób tego nie zauważyć. W tym sensie, kiedy oglądamy uwiecznione przez niego sceny i pejzaże,  możemy powiedzieć, że w każdym z nich kryje się jakaś cząstka historii naszej i naszych przodków









W dniu naszej wycieczki prognoza meteo dla Poznania na popołudnie przewidywała burze i deszcz. W związku z tym postanowiłyśmy, że dopóki jest ładna pogoda, najpierw trochę pospacerujemy, a na wystawę udamy się później. Po dotarciu na starówkę pierwsze kroki skierowałyśmy do Fary, bo tak się dziwnie złożyło, że obydwie nigdy tam nie byłyśmy. 

Fara, czyli dawny kościół jezuicki jest bardzo efektownym przykładem architektury barokowej. Co prawda nie jestem szczególną miłośniczką tego stylu, jednak muszę przyznać, że jest to świątynia bardzo spójna i elegancka, chociaż według mnie jej wnętrze jest nieco przytłaczające. Pomysł połączenia czerwonawego brązu kolumn oraz okładzin ścian z mocno kontrastującą bielą posągów i gzymsów, nie wydaje mi się szczególnie szczęśliwy, tym bardziej że ta barwa a także bogate ornamenty mimo woli skojarzyły mi się z rzeźbioną szafą gdańską. Marcie, choć również nie jest wielbicielką baroku, w przeciwieństwie do mnie kościół bardzo się podobał, gdyż oprócz przemyślnego projektu wysoko oceniła jego intymność i wrażenie ciepła, jakie daje brak ostrego światła i karmelowo-czekoladowy kolor wykończenia. 

Nasze opinie pozostały podzielone również podczas oglądania z zewnątrz Fary i przylegających do niej dawnych budynków Kolegium (obecnie Urząd Miasta). Tym razem ja byłam pełna uznania dla ich architektury, zwłaszcza różowych tynków poprzecinanych białymi pilastrami i gzymsami, co Marcie podobało się zdecydowanie mniej.








Spod Fary miałyśmy bliziutko do serca miasta, jakim jest Stary Rynek i poznański ratusz. Podczas naszego poprzedniego pobytu to miejsce prezentowało się dość żałośnie, trwały jakieś wykopki i remonty, a ponieważ był styczeń, wszędzie zalegał topniejący śnieg i błoto. Tego kiepskiego wrażenia nie była w stanie poprawić bardzo ładna bożonarodzeniowa choinka,  stojąca nieopodal barokowej fontanny przedstawiającej porwanie Prozerpiny przez Plutona.

Tym razem wszystko wyglądało zupełnie inaczej, remonty odeszły do historii, mimo lekkiego zachmurzenia wokoło było kolorowo i radośnie, więc można było sobie wyobrazić, jak pięknie wygląda poznańska starówka w blasku słońca na tle szafirowego nieba. Na rynku i w przyległych uliczkach spotkałyśmy mnóstwo ludzi, a tłum wciąż gęstniał, ponieważ zbliżało się południe, co oznaczało, że będzie można zobaczyć sławne koziołki bodące się na ratuszowej wieży. Podobno mechanizm, jaki je uruchamia, dość często się psuje, więc miałyśmy szczęście, że trafiłyśmy na moment, kiedy wszystko funkcjonowało bez zarzutu. Ja miałam dodatkową atrakcję, ponieważ na ratuszowych schodach i w pobliżu fontanny występowały zespoły czerpiące inspirację z muzyki tradycyjnej, walczące o "Ignysiowy Laur" w ramach VI Festiwalu Kultury Ludowej. Słuchałam z przyjemnością, ponieważ uwielbiam energię, jaka płynie z takiej muzyki, a poza tym jakby nie było folkowy koncert jest także powrotem do źródeł, o czym wspomniałam w tytule tego posta.

O godzinie dwunastej przed ratuszem zebrało się prawdziwe mrowie widzów, nad naszymi głowami krążyło kilka dronów, prawdopodobnie filmujących zdarzenia, jakie odbywały się na rynku.








Koziołki nie zawiodły i punkt dwunasta pokazały swoją przekorną kozią naturę, bodąc się rogami. Był to miły spektakl, ale po jego zakończeniu wyszłam z placu zniesmaczona, ponieważ oprócz koziołków mechanicznych na wieży, pod ratuszem pojawiła się jakaś pani z dwoma żywymi koźlętami i kartką mówiącą o tym, że zbiera fundusze na karmę dla swoich zwierząt. Koźlęta wyglądały na zestresowane, jedno położyło się na kocyku, a drugie stało na drżących nóżkach. Pani chyba chciała dać konkurencyjne widowisko, próbowała postawić na nogi leżące zwierzę, jednak trafiła na jego bierny opór i z przedstawienia nic nie wyszło. Bardzo mi się nie spodobał taki pomysł na zarabianie pieniędzy, bo kozy to nie pieski, które można prowadzić w miejsca pełne ludzi. Próbowałam zainteresować tym straż miejską, jednak pan, z którym rozmawiałam, nie wykazał zrozumienia dla problemu, jaki mu zgłosiłam.

Pospacerowałyśmy jeszcze wokół ratusza, podziwiając jego cztery fontanny — Apolla. Marsa, Neptuna i Prozerpiny, o której już wspominałam powyżej. Fontanny ustawiono w okresie baroku na miejscu dawnych XVI wiecznych studni, do naszych czasów w oryginalnym stanie dotrwała tylko ta ostatnia, natomiast pozostałe trzy to współczesne rekonstrukcje. Oprócz fontann przed ratuszem możemy zobaczyć wysoką kolumnę z figurą kata dzierżącego miecz usytuowaną na jej szczycie. To dawny pręgierz, wzniesiony w miejscu, gdzie karano drobniejszych przestępców oraz wystawiano na widok publiczny tych, których skazano na karę śmierci. Co ciekawe, sfinansowano go z grzywien nakładanych na niepokorne mieszczki-strojnisie, które nosiły klejnoty i zbytkowne suknie, czego im zabraniało ówczesne prawo. Obecny pręgierz jest kopią średniowiecznego oryginału, który przeniesiono do muzeum.








Wychodząc z rynku, zajrzałyśmy na chwilę do Arsenału, który pamiętałyśmy jako bardzo nieciekawą budowlę. Okazało się, że również on jest niemal nie do poznania, przeszedł gruntowny remont, a także zmienił swe przeznaczenie. Dzięki tej transformacji stał się bardzo ładnym obiektem z pasażem przykrytym szklanym dachem, obecnie mieści Galerię Miejską z przestrzenią wystawienniczą przeznaczoną dla sztuki współczesnej, kawiarnię i księgarnię. Piękna rzeźba przypominająca wielobarwny totem zachęca by zajrzeć do wnętrza, jednak z racji ograniczonego czasu przełożyłyśmy ten projekt na następną wizytę (mamy taki plan). 

Nieopodal arsenału zauważyłyśmy malowniczą Studnię Bamberki, upamiętniającą  osadników, przybyłych z okolic miasta Bamberg w Bawarii, ozdobioną figurą dziewczyny w tradycyjnym stroju, jaki nosiły bawarskie kobiety. Ich ubiór był malowniczy i kolorowy, pełen wstążek, haftów i koronek  —  przeciwieństwo sukni Wielkopolanek, skromnych, w ciemnych kolorach z białym czepkiem, kryzą i fartuchem (taki strój nosi prababcia Marty, uwieczniona na starym zdjęciu). Studnia została ufundowana w 1915 roku, początkowo stała przy ścianie ratusza, gdzie służyła jako poidło dla zwierząt i punkt poboru wody. W późniejszym czasie wielokrotnie zmieniała swą lokalizację, po ostatniej renowacji ustawiono ją przed restauracją — nomen omen — Bamberka. Ciekawostką jest to, że modelką do postaci dziewczyny nie była potomkini bawarskich osadników, lecz Polka, Jadwiga Gadziemska.

Mimo złych prognoz meteo w Poznaniu po południu nie padał deszcz, nie było też burzy, co nas bardzo ucieszyło. Ze starego miasta udałyśmy się wprost na wystawę, co było drugim i ostatnim punktem naszej wycieczki. Bilety kupiłyśmy wcześniej przez internet, więc pozostało nam jedynie odszukać gmach Muzeum Narodowego a właściwie jego nową część, przeznaczoną dla ekspozycji czasowych.


Na wystawie zastałyśmy wielu zwiedzających, co nas nie zdziwiło, zważywszy, że na ulicy przed muzeum stało kilka autokarów wycieczkowych. Teoretycznie był to ostatni miesiąc jej trwania, jednak w praktyce z uwagi na dużą ilość chętnych przedłużono ją o cztery tygodnie.
 
Szczerze mówiąc, początkowo był pewien kłopot ze znalezieniem miejsca przed niektórymi obrazami, jednak powoli sytuacja się unormowała. Co do organizacji wystawy to podzielono ją na okresy chronologiczne, począwszy od czasu spędzonego przez Chełmońskiego w Warszawie i Monachium, poprzez okres paryski, powrót do Polski, wyjazdy na Ukrainę i schyłek życia spędzony w Kuklówce. 

Józef Chełmoński nie był człowiekiem łatwym w codziennym współżyciu, dziwak, abnegat, utracjusz w okresie powodzenia i patologiczny sknera, kiedy materialnie powodziło mu się gorzej. Żony nie rozumiał, więc ją tyranizował i zaniedbywał, co skończyło się zdradą z jej strony, a następnie skandalicznym rozwodem. Trzy starsze córki, jako że za rozpad małżeństwa obwiniono żonę malarza, pozostały z ojcem. Pod opiekę matki oddano jedynie najmłodszą Wandę, gdyż Józef uważał, że jest ona owocem zdrady. Co ciekawe to właśnie Wanda jako jedyna z jego dzieci posiadała talent plastyczny, malować uczyła się w Warszawie i Paryżu (równocześnie studiowała historię sztuki na Sorbonie), gdzie wystawiała dużo prac i  zrobiła karierę artystyczną.

Malarz musiał być człowiekiem pełnym sprzeczności, gdyż jego osobowość artystyczna jest w niezgodzie z tym, co mówi o nim życie prywatne, jakie prowadził. Patrząc na jego obrazy, spotykamy człowieka z jasno wytyczoną drogą twórczą, pracowitego, umiejącego uczyć się od innych, świetnego obserwatora, pełnego wrażliwości na piękno przyrody, kochającego i rozumiejącego zwierzęta.






Abstrahując od chronologii, dokonałam tu własnego podziału obrazów Chełmońskiego, w zależności od przedstawionego tematu. Do pierwszej grupy zaliczyłam te, gdzie główną rolę odgrywają konie, aczkolwiek niejednokrotnie występują w równorzędnej roli z człowiekiem. 

Chełmoński zyskał wielką sławę, malując konie w ruchu, którą to umiejętność doprowadził niemal do perfekcji, Mimo woli przychodzi mi do głowy porównanie z końmi Mimma Paladino i roli, jaką odegrały w jego sztuce, o czym swego czasu pisałam w tym poście Mediolan - "Montagna di sale" instalacja Mimmo Paladino. Tu jednak jak na dłoni widoczna jest różnica pomiędzy kulturą włoską i polską, gdyż symbolika, a także podejście do tematu są u tych dwóch artystów zupełnie odmienne. U Paladina koń jest symbolem i odrębnym bytem, natomiast u Chełmońskiego wiernym towarzyszem człowieka w doli i niedoli, walce, hulankach, podróży i wędrówce. Jego konie stąpają z gracją lub spokojnie pasą się na łące, a inne pędzą niczym apokaliptyczne bestie, gryząc wędzidło. 

Osobiście na każdy dobrze namalowany obraz patrzę w dużej mierze przez pryzmat moich emocji, chyba dlatego najbardziej mnie urzekł ten przedstawiający stado koni w stepie (powyżej drugie zdjęcie od dołu). Widzę w nim ich piękno i bezbronność, swego rodzaju moment zawieszenia bytu, bo przecież ta idylla nie będzie trwała wiecznie...






Do drugiej kategorii zaliczam zbiorowe scenki rodzajowe z życia ówczesnej wsi, opowiadające nieco inne historie — wyjazdy na polowanie, jarmarki i sceny przed karczmą. 

Zupełnie odmienny od pozostałych jest obraz pierwszy od góry, namalowany w 1875 roku w czasie, gdy Chełmoński wynajmował pracownię w Hotelu Europejskim do spółki ze Stanisławem Witkiewiczem, Adamem Chmielowskim i Antonim Piotrowskim. Artyści dzielili się wieloma rzeczami, również farbami i płótnami. Powyższy obraz noszący tytuł Wieczór letni Chełmoński namalował na szkicu wykonanym przez Piotrowskiego. Jest on niepodobny do żadnego innego dzieła pokazywanego na wystawie. Ma niezwykły nastrój spokojnego wieczoru, a postać dziewczyny drzemiącej czy odpoczywającej przy otwartym oknie, jest wręcz uosobieniem znużenia po upalnym dniu. Obraz dość długo uchodził za zaginiony, wspominam o nim ze względu na jego odmienność, i pięknie namalowaną firankę unoszoną wieczornym wietrzykiem. 

Jednak to nie on chwycił mnie za serce, lecz scenka pożegnania z mężczyzną który opuszcza dom, by przyłączyć się do powstania styczniowego (drugie zdjęcie od dołu powyżej). Obok niego w granatowych mundurach stoją przyszli towarzysze broni —  człowiek ubrany w półkożuszek wygląda przy nich, jakby szedł na polowanie, z którego wróci niebawem. Jest w tym determinacja, skrywane uniesienie i łzy połykane ukradkiem, bo być może ci, co go żegnają, po raz ostatni widzą go przy życiu...









Jednymi z moich ulubionych obrazów namalowanych przez Józefa Chełmońskiego, są te przedstawiające prostych wiejskich ludzi w sytuacjach mówiących tyle samo o nich, co o artyście, który ich uwiecznił. Malarz wykazał się w nich nadzwyczajną wrażliwością i mam nieodparte wrażenie, że przedstawiając fizyczność swoich modeli w intymnych, ulotnych momentach, namalował też ich duszę. 

Podobno niektórzy krytycy nie mogli darować Chełmońskiemu brudnych stóp wieśniaków, które często widać na pierwszym planie — dziś nawet trudno się do tego ustosunkować, bo co można powiedzieć? Czy to, że w ten sposób pokazał bezpośredni kontakt tych ludzi z naturą i matką-ziemią lub to, że byłoby lepiej gdyby dał im jakieś łapcie, żeby nie obrażać uczuć estetów, a może w ogóle nie powinien ich malować? Chełmoński pokazał nie tylko brudne nogi wieśniaków, wyraził też ich marzenia, zrozumienie, jakie mieli dla otaczającego świata i wrażliwość na jego urodę, taką samą, jaką mają eleganccy państwo przez całe życie chodzący w bucikach. Nie wykluczone, że w czasach gdy malarz tworzył te obrazy, ukazywanie prostych ludzi jako równych mu w uczuciach i emocjach było zbyt nowatorskie z jego strony? 

Kiedy patrzę na te scenki, przychodzi mi do głowy myśl, że w krzepkiej dziewczynie chwytającej nić babiego lata, jest tle samo poezji, co w obrazie przedstawiającym nimfę odpoczywającą na łące, a w zakochanej dziewoi, dla której chłopak gra na skrzypcach  takie same uczucia, jak w Julii słuchającej wyznań Romea... Uwielbiam te obrazy, pozornie pospolite scenki, pełne ciepła i tak wiele mówiące o ludzkiej duszy. Nie mówią one wprost, lecz przez ledwie zauważalne spojrzenie, uśmiech czy gest. Tak się dzieje na obrazie Bociany, gdzie spracowany ojciec i jego mały synek zgodnie podnoszą głowy, by spojrzeć na lecące ptaki, magiczne stworzenia jednoczące niebo z ziemią, zwiastujące nową wiosnę.

Osobiście nie sądzę, żeby Chełmoński będący z natury weredykiem i zwolennikiem prawdy w sztuce, opracowywał te tematy w zaciszu studia, a później dla udowodnienia swojej tezy pozował modeli niczym bezwolne kukiełki. Wolę myśleć, że widział ich rzeczywiste emocje i uznał je za warte pokazania światu, co samo w sobie jest wielką wartością jego malarstwa.









W ostatniej grupie umieściłam obrazy przedstawiające sceny z ptakami i pejzaże, ponieważ są odrębne od poprzednich zarówno w sensie tematu, jak i samego sposobu malowania.  Większość z nich bazuje na wrażeniu bezpośredniego kontaktu z naturą, a kolory są delikatniejsze, niemal akwarelowe, kładzione większymi plamami. W tym przypadku ja i Marta miałyśmy te same odczucia, bo właśnie temat ptaków jest nam szczególnie bliski.

Chełmoński nie zalicza się do wybitnych kolorystów, jego twórczość pod tym względem jest dość specyficzna, jednak w niektórych bardziej monochromatycznych obrazach przedstawiających świt, zmierzch lub noc, osiąga bardzo ciekawe efekty. Według mnie świetnym przykładami są tu wspaniała Noc gwiaździsta, mój ulubiony Stóg na Pińszczyżnie, Kuropatwy na śniegu czy Kurka wodna (cztery kolejne zdjęcia od góry powyżej).

Wystawa spełniła nasze oczekiwania, gdyż pokazała ewolucję, jaką przeszło malarstwo Józefa Chełmońskiego w ciągu półwiecza jego aktywności twórczej, poza tym dzięki niej mogłyśmy obejrzeć obrazy, których zapewne nigdy byśmy nie zobaczyły. Zdjęcia, jakie tu zamieściłam, słabo oddają wystawową rzeczywistość pod względem kontrastu i subtelności kolorów, poza tym niektóre obrazy są zniekształcone, ponieważ sztuczne oświetlenie i fotografowanie aparatem w telefonie wśród wielu zwiedzających nie należy do łatwych, jednak chciałam w jakiś sposób pokazać to, o czym piszę. 

Na koniec pragnę pokazać coś, co szczególnie zapadło mi w pamięć, a mianowicie trzy rysunki Chełmońskiego. Rysunków było więcej, lecz te wydały mi się szczególnie interesujące, zwłaszcza genialne studium chłopa z Polesia. Podobno Chełmoński miał fantastyczną, wręcz fotograficzną pamięć wzrokową i rzadko robił szkice. Chyba trochę szkoda, bo sądzę, że miałyby dziś wielką wartość, podobnie jak jego obrazy.  


Nasza jednodniowa wycieczka była udana pod każdym względem — oprócz wystawy Józefa Chełmońskiego widziałyśmy parę ciekawych zakątków Poznania, który bardzo wypiękniał od czasu naszych poprzednich wizyt. Poza tym pogoda nam dopisała, chociaż jak się dowiedziałyśmy z telewizji, w nocy po naszym wyjeździe nad miastem rozpętała się prawdziwa nawałnica. Dla mnie był to również sprawdzian mojej gotowości do podobnych wycieczek w przyszłości — jak się okazało, wszystko było w granicach normy, więc chyba jestem na dobrej drodze.