wtorek, 30 stycznia 2018

Lombardia. Castelveccana, czyli z dala od zgiełku.


Castelveccana to gmina w prowincji Varese, położona pomiędzy Lago Maggiore a zielonymi stokami Prealp, na północ od Laveno Mombello. Składa się z kilkunastu niewielkich osad i wiosek, z których największą jest Calde, znana z malowniczego portu.

Nad wioską wznosi się Rocca di Calde – wapienna skała wysoka na około 180 metrów, z której roztacza się wspaniały widok na jezioro. Od czasów starożytnych wznoszono na niej fortyfikacje i konstrukcje obronne, a ich niewielkie fragmenty zachowały się do naszych czasów. U jej podnóża znajdują się zabytkowe wapienniki, będące ciekawym świadectwem przemysłowej przeszłości tego regionu.

Podczas pobytu we Włoszech przeżyłam wiele niezapomnianych dni, jednak ta wycieczka nad Lago Maggiore zajmuje szczególne miejsce w moich wspomnieniach. Wrażenia, jakie wywarł na mnie blask tego dnia, jego kolory i zapachy, czas chyba nigdy nie zatrze w mojej pamięci...

Wszystko to zaczęło się dawno temu, gdy po raz pierwszy płynęłam promem z Laveno do Intry. Po lewej stronie mój wzrok przyciągnęły trzy Wyspy Boromejskie, odcinające się na tle ciemnoniebieskiej toni jeziora, a za nimi zbocza gór z białymi wyrobiskami kamieniołomów. Po prawej widok był zupełnie inny – tu mogłam podziwiać ogromną połać Lago Maggiore, zamkniętą pomiędzy zielonymi łańcuchami gór ciągnących się w stronę Szwajcarii.

Cały ten turkusowo-zielony pejzaż roztapiał się w błękitnej poświacie. Jego głębia sprawiła, że mimo hałasującego silnika promu i obecności innych ludzi wokół mnie poczułam się jak ptak bujający w przestworzach. Mój wzrok błądził po okolicy i właśnie wtedy zauważyłam w oddali niewielki cypel, a na jego krańcu wysoką, trójkątną skałę, wrastającą z wody. Nawet z daleka widać było, że porasta ją bujna roślinność, u podnóża poprzetykana zgaszoną czerwienią dachów ludzkich siedzib. Ten widok był bardzo intrygujący, więc pomyślałam, że kiedyś warto byłoby się tam udać, by obejrzeć to miejsce z bliska.

W następnych latach niejednokrotnie miałam okazję oglądać tę skałę z innej perspektywy, kiedy krążyłam po okolicy, zwiedzając różne ciekawe miejsca na obu brzegach jeziora. Z mapy dowiedziałam się, że nosi ona nazwę Rocca di Calde', a czerwone dachy należą do kilku małych miejscowości wchodzących w skład gminy Castelveccana. 




Kiedy podjęłam decyzję o zakończeniu pracy i powrocie do Polski, postanowiłam, że spróbuję zrealizować różne małe wycieczki, które zawsze odkładałam na później, między innymi właśnie tę nad Lago Maggiore, do miejsca, gdzie wznosiła się Rocca. Ułożyłam też plan, że na te krótkie wyprawy będę przeznaczała dni wolne po zakończeniu każdego cyklu nocnych dyżurów, których zwykle miałam cztery lub pięć, jeden po drugim. Starałam się wtedy nie spać po powrocie z pracy, żeby bez problemu móc zasnąć wieczorem, więc była to dobra okazja, aby wyskoczyć w jakieś spokojne, ładne miejsce, gdzie mogłabym pospacerować dla zabicia czasu, nie męcząc się zbytnio. 


Moja wycieczka nad Lago Maggiore jak zwykle zaczęła się od podróży do Laveno ( post Laveno Mombello i Sasso di Ferro), które z racji swego położenia jest świetną bazą wypadową dla osób przybywających od strony Mediolanu. Tam przesiadłam się na pociąg jadący do Luino i w krótkim czasie znalazłam się w Calde', celu mojej podróży. Wysiadłam na niewielkiej stacyjce i bez ociągania ruszyłam w drogę, biorąc za cel pierwszą z brzegu uliczkę sąsiedniej frakcji Castello, wychodząc z założenia, że w tak małej miejscowości trudno jest zabłądzić. 


Wbrew swemu zwyczajowi przed wyjazdem nie robiłam żadnego rozeznania na temat okolicy, więc z niejakim zdziwieniem na szczycie skały dostrzegłam wyniosły kształt przypominający obelisk, a poniżej, mniej więcej w połowie zbocza, niewielki kościółek, usytuowany na uskoku wyglądającym niczym naturalny balkon. Bez wątpienia, należało tam dotrzeć i obejrzeć to wszystko z bliska, jednak problemem było znalezienie drogi prowadzącej na górę. Okolica sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej — na wąskich uliczkach nie spotkałam nikogo, ale za to znalazłam tablicę informacyjną z planem okolicy, gdzie zaznaczono ścieżki prowadzące do interesujących mnie miejsc. 



W wiosce zatrzymałam się na chwilę, żeby obejrzeć niewielką budowlę przykrytą czterospadowym daszkiem, ozdobioną freskami. W niektórych miejscach czas zatarł kształty namalowanych postaci, pozostawiając zaledwie plamy jaskrawych kolorów. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jest to kaplica "Al pozzo" czyli "Przy studni" pochodząca z XV wieku. Prawdopodobnie wzniesiono ją ku czci San Antonio Abate, jako wotum po epidemii półpaśca, we Włoszech potocznie nazywanego "fuoco (ogień) di San Antonio". Na jednej ze ścian widnieje wizerunek tego świętego, a obok postać Madonny z małym Jezusem.


Niegdyś w tym miejscu nie tylko czerpano wodę — przy tej okazji mieszkańcy wioski mogli porozmawiać o ważnych, a także mniej istotnych sprawach, więc studnia była swego rodzaju klubem, czy też świetlicą ludową pod gołym niebem. Obecnie, choć ta pierwotna funkcja odeszła do przeszłości, kapliczka nadal jest zadbana i ozdobiona kwiatami, co robi bardzo miłe wrażenie. 


Minąwszy ostatnie zabudowania, znalazłam się u podnóża skalnego wzniesienia, na uroczej łączce z soczyście zieloną trawą, poprzetykaną białymi i żółtymi kwiatami. Nieopodal natrafiłam na mulatierę, biegnącą wśród liściastego lasu porastającego strome zbocze góry, która bez wątpienia prowadziła na jej szczyt. W niedługim czasie znalazłam się na rozległej, trawiastej polanie — domyśliłam się, że gdzieś tu musi być kościół, który widziałam z dołu.






Faktycznie, po chwili pomiędzy drzewami zobaczyłam najpierw wieżę, a następnie jego szare mury. Kościół pod wezwaniem św. Weroniki jest datowany na XVI wiek; tę niewielką świątynię wzniesiono na samym skraju urwiska, które dla bezpieczeństwa otoczono metalową barierką. 


Historia tego miejsca mówi, że wcześniej była tam kaplica, stanowiąca część zabudowań zamkowych, jako że już od wczesnego średniowiecza miejsce to było ufortyfikowane. Kościółek jest niewielki, lecz ładnie utrzymany. Co prawda, nie mogłam wejść do wnętrza, ponieważ zamykała je metalowa krata, jednak drzwi były otwarte, więc mogłam zajrzeć do środka i choć z daleka obejrzeć freski w absydzie. W XVI wieku, podczas wojen o mediolańską sukcesję twierdza wpadła w ręce Szwajcarów i została zburzona. Kiedy pozbyto się najeźdźców, kościół podniesiono z ruin i przebudowano, skutkiem czego do naszych czasów z jego pierwotnej bryły pozostała jedynie absyda oraz dwie arkady krużganka.




Ten krużganek jest świetnym punktem widokowym, można z niego podziwiać wspaniałą panoramę, jaka się rozciąga przed naszymi oczarowanymi oczami. Tym razem sprzyjała mi pogoda — był koniec kwietnia, piękny czas, kiedy Lombardzkie góry i jeziora pokazują się w pełni swej urody. Zachodnią część Lago Maggiore spowijał głęboki błękit rozświetlony blaskiem słońca, a zielone Prealpy i szafir nieba chyba nikogo nie pozostawiłyby obojętnym na te uroki. 


Kochałam ten pejzaż, chociaż oglądałam go bardzo często, nigdy nie miałam dość tego widoku, który mogłam podziwiać bez końca. Wiosenne powietrze było ciepłe, a jednocześnie rześkie, jeszcze było daleko do letnich upałów i dużej wilgotności, które w środku lata zwalają człowieka z nóg. Świeża zieleń przyciągała oczy, stanowiąc niezrównane tło dla kwiatów w pełni rozkwitu. Foschia nie przesłaniała okolicy, więc mój wzrok biegł swobodnie w dal, aż po horyzont zamknięty alpejskimi szczytami.






Wody jeziora, przy brzegu szmaragdowe, bo odbijają zieleń lasów porastających góry, dalej od niego stawały się zwierciadłem nieba, na które słońce rozsypywało garście złotych łusek. Domy w wioskach, w naturalnej barwie szarego kamienia lub pomalowane na ciepłe, pastelowe kolory, aż po swe czerwonawe dachy zatopione w zieleni ogrodów, dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Był to widok tak kojący, że starałam się nie myśleć o tym, iż kiedyś kręciło się tu uzbrojone wojsko, nieznające litości dla pokonanych... 


Na tym gęsto zarośniętym terenie podobno nadal można dostrzec ślady dawnych umocnień, jednak nie znając dokładnie miejsca ich usytuowania, nawet nie próbowałam szukać tych nikłych śladów przeszłości. Pozostał mi jeszcze do obejrzenia pomnik, który widziałam z dołu, więc postanowiłam wspiąć się na szczyt skały, gdzie wcześniej zauważyłam tajemniczy obelisk.



Po krótkiej, lecz forsownej wspinaczce przy pomocy łańcuchów, zamocowanych na niemal pionowej skale, znalazłam się u stóp schodów prowadzących do okazałej budowli. Ma ona kształt latarni morskiej i jak się okazało, jest kaplicą, a jednocześnie pomnikiem ku czci żołnierzy poległych na frontach wszystkich wojen. Choć z natury jestem racjonalistką, sentymenty nie są mi obce, więc w obliczu podobnych monumentów, zawsze wpadam w zadumę nad pokrętnymi losami narodów i ludzkich jednostek, będących niczym mrówki rozdeptywane nogą nieuważnego przechodnia... 


To dobrze, że ktoś myśli o tym, aby upamiętnić te wszystkie istnienia, przedwcześnie zmiecione z tego świata, szkoda jednakże, iż ta pamięć niczego nie zmienia w ludzkiej naturze, zawsze skłonnej do przemocy i dowodzenia swoich racji poprzez posyłanie innych na śmierć i poniewierkę...


Z przykrością zauważyłam, że ząb czasu zaczął kruszyć bazę pomnika. Na stopniach schodów pomiędzy kamiennymi płytami rosła trawa, a jego najbliższe otoczenie wyglądało na równie zaniedbane. Na szczęście jak się dowiedziałam z lokalnej gazetki, podobno są plany doprowadzenia tego miejsca do porządku i nawet znaleziono fundusze na ten cel. 


Droga powrotna była dużo łatwiejsza, gdyż okazało się, że z drugiej strony wzniesienia prowadzi szeroka i wygodna ścieżka z pięknym widokiem na jezioro. Idąc na dół znowu mogłam podziwiać pejzaż okolicy — po lewej stronie miałam przeciwległy brzeg z miasteczkiem Ghiffa na pierwszym planie (pisałam o nim w poście pt. Ghiffa, czyli Sacro monte niedokończone). Kiedy patrzyłam przed siebie, widziałam inne okoliczne miejscowości na tle górskiego łańcucha, zaczynającego się od Monte Lema a kończącym na Monte Tamaro ( o wycieczce na Monte Lema pisałam tu> Szwajcaria. Górskie fascynacje - Monte Lema).


Droga zaprowadziła mnie do frakcji San Pietro, biorącej swą nazwę od kościoła parafialnego. Tu mogłam z bliska popatrzeć na urocze wille i zgrabne domki ozdobione bujnymi festonami glicynii z mnóstwem fioletowych kiści, otoczone ogrodami pełnymi kwitnących krzewów kamelii.


Podczas tego spaceru zatoczyłam spory łuk u podnóża góry i znów znalazłam się w Calde, miejscu, gdzie rano rozpoczęłam wędrówkę. Tym razem poszłam nad brzeg jeziora, ponieważ chciałam obejrzeć z bliska nieczynne wapienniki, znajdujące się u stóp skały. Podobne piece można często zobaczyć w wielu okolicznych miejscowościach nad Lago Maggiore oraz Lago di Lugano — obecnie nieczynne, nadal pozostają interesującym świadectwem przeszłości.




Zawsze podziwiałam harmonię ich budowy, smukły kształt zakończony czerwonawym wylotem z daleka nieodmiennie kojarzył mi się z młodymi grzybami, które dopiero co wychynęły z leśnego poszycia. Niestety, spotkało mnie rozczarowanie, bo brama wiodąca na teren wapienników była zamknięta. Bardzo żałowałam, bo na terenie fabryczki dostrzegłam kilka pomniejszych budynków noszących ślady działań artystycznych okolicznych miłośników street-artu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zrobili oni w płocie jakiejś dziury, przez którą ja również mogłabym by przejść na drugą stronę, jednak po namyśle uznałam, że pójście w ich ślady i forsowanie ogrodzeń, to zły pomysł. Gdyby ktoś mnie zauważył, nie mogłabym tłumaczyć się niewiedzą, gdyż na bramie wisiała duża tablica, głosząca, iż jest to teren prywatny, a wstęp osobom postronnym surowo zabroniony.


Pocieszyłam się możliwością obejrzenia z bliska zabytkowej wieży obserwacyjnej, uczepionej do przybrzeżnej skały niczym jaskółcze gniazdo. Wzniesiono ją w późnym średniowieczu a następnie wielokrotnie rekonstruowano, obecnie jest ona jedną tak dobrze zachowaną pozostałością dawnych fortyfikacji.



Już po moim wyjeździe z Włoch, w internecie znalazłam informację, że grupa młodych ekologów postanowiła oczyścić i uporządkować teren wapienników, który widziany z bliska był obrazem nędzy i rozpaczy. Szkoda, że już nie mogłam tego zobaczyć, bo skutkiem ich działań zniknęły śmieci zalegające tam od wielu lat, za to na ocalałych ścianach powstały nowe murale. 


Bardzo się ucieszyłam, ponieważ na YouTube trafiłam na świetny filmik zrobiony za pomocą drona, który bardzo ładnie pokazuje nie tylko niezwykle ciekawą strukturę wzniesienia, ale także efekty akcji wolontariuszy, wapienniki oraz murale. Jak widać, tony odpadków zniknęły, a całość z miejsca zdegradowanego i opuszczonego, stała się ciekawym przyczynkiem obrazującym historię lombardzkiego przemysłu. 



Poniżej zamieszczam link do tegoż filmu, a pod nim dla porównania inny, obrazujący stan przed rewitalizacją terenu. Co prawda w drugim filmie dziewczyna oprowadzająca po terenie mówi po włosku, ale obraz przemawia sam za siebie.

czwartek, 30 listopada 2017

Lombardia. Triangolo Lariano - Monte Palanzone.



Góra Monte Palanzone ma wysokość 1440 m n.p.m. – po Monte San Primo jest to drugi co do wysokości szczyt w obrębie Triangolo Lariano. Choć wznosi się niemal centralnie na rozległym obszarze pomiędzy odnogami jeziora, dzięki tej wysokości nieźle go widać podczas rejsu statkiem. Po raz pierwszy zobaczyłam to wzniesienie, kiedy zamieszkałam w Caslino d'Erba, małej wiosce leżącej na zboczu Prealp.

Podczas pogodnych, wiosennych dni, ponad masywną, zalesioną sylwetką góry Capanna Mara, wysoko, wysoko, niczym zielony trójkąt na błękitnym niebie, rysował się jego trawiasty wierzchołek. Niejednokrotnie, kiedy słońce świeciło szczególnie ostro, mogłam dostrzec na nim coś, co – jak sądziłam – jest krzyżem, jakich sporo można spotkać w lombardzkich górach.


Pewnego razu, podczas rozmowy ze starszą panią, mieszkanką wioski, dowiedziałam się, iż to nie krzyż, lecz monumento, czyli pomnik. Pani dodała jeszcze parę zdań na jego temat, ale moja (wówczas dość ograniczona) znajomość języka włoskiego nie pozwoliła mi zrozumieć, co to za pomnik, a także kto i dlaczego go wzniósł. Jednak nasza rozmowa zasiała w mojej głowie ziarno ciekawości, więc nawet kiedy wyjechałam z Caslino i zamieszkałam w Limbiate, miejscowości położonej bliżej Mediolanu, od czasu do czasu wspominałam ów widok.

Niejednokrotnie też mogłam oglądać tę górę, kiedy płynęłam statkiem z Como do Bellagio, i zawsze przy tej okazji wypatrywałam interesującej mnie budowli na jej szczycie. Czasem wydawało mi się, że widzę tam coś na kształt białego przecinka, jednak duża odległość i znaczna wysokość nie pozwalały mi dostrzec nic, co dałoby mi jakieś szersze pojęcie na ten temat.

Sprawa się wyjaśniła, kiedy wpadła mi w ręce lokalna gazetka, gdzie ktoś pisał o swojej wycieczce na tę górę i zamieścił zdjęcie pomnika. Okazało się, że jest to mała kapliczka w kształcie smukłej piramidy otoczonej niskim murkiem, wzniesiona z szarawego, ciosanego kamienia. Wtedy zaświtał mi pomysł, aby wybrać się na podobną wycieczkę, jednak nie miałam pojęcia, jak tam dotrzeć.

Cały pomysł zaczął się materializować, kiedy weszłam w posiadanie książki z opisem szlaków w obrębie Triangolo Lariano – dzięki niej mogłam planować moje wyprawy, nie narażając się z góry na porażkę.


Dzięki temu artykułowi rozwiązałam dręczącą mnie zagadkę, co jeszcze bardziej zaostrzyło mój apetyt na wędrówkę śladami jego autora. Kilkakrotnie miałam okazję być na Piano del Tivano, rozległym płaskowyżu położonym pomiędzy Monte San Primo i Monte Palanzone, w samym sercu Triangolo Lariano. Powszechnie uważa się, że nazwa płaskowyżu pochodzi od il Tivano, porannego wiatru, jaki tu wieje z północnego wschodu, choć są na ten temat również inne, mniej romantyczne teorie.
Jest to ulubione miejsce rekreacji i pikników, więc w weekendy można tam spotkać sporo ludzi, ale w dni powszednie niepodzielnie panuje cisza i spokój. Dla mnie ta okolica przedstawiała się szczególnie atrakcyjnie u progu jesieni, kiedy lasy i trawy zaczynały płowieć, a głogi i jarzębiny stroiły się w złote liście i czerwone korale.


Uwielbiałam te wędrówki, zwłaszcza kiedy kończyło się lato, a upał przestawał dokuczać. Ciągnęło mnie wtedy w wyżej położone rejony, lecz wiedziałam, że taka wycieczka może skończyć się tym, iż ucieknie mi jedyny autobus powrotny, a to by oznaczało przymusowy nocleg w schronisku i nieobecność w pracy następnego dnia. W takich wypadkach żałowałam, że nie mam prawa jazdy, co dałoby mi możliwość swobodnego poruszania się po okolicy.

Oczywiście, mogłabym zanocować na miejscu i rano ruszyć na wyprawę, jednak musiałabym mieć dwa kolejne dni wolne, co raczej mi się nie zdarzało. Doroczny urlop także nie wchodził w grę, ponieważ w tym czasie moim jedynym celem był powrót do domu, do Polski, więc nie w głowie były mi góry – nawet najpiękniejsze i najbardziej wymarzone.

Dopiero kiedy lepiej poznałam Carla, pielęgniarza pracującego w tej samej placówce co ja, mogłam pomyśleć o realizacji planu wejścia na Monte Palanzone. Okazało się, że Carlo jest wytrawnym, górskim łazikiem, i choć jego ulubionym regionem była Val d'Aosta, udało mi się namówić go na tę wyprawę. Była to transakcja wiązana – ja miałam mu towarzyszyć na Monte Jafferau (pisałam o tym w poście pt. Fort Foens i Monte Jafferau ), a w zamian za to mieliśmy wybrać się we wskazane przeze mnie miejsce.

Skorzystałam na tym podwójnie, bo nie tylko miałam okazję podziwiać piękne okolice Aosty i Bardonecchii, ale wreszcie zobaczyłam miejsce tak bliskie, lecz mimo to dla mnie niedostępne. W sumie ta wycieczka była zrobiona nieco na siłę, ponieważ prognoza pogody nie nastrajała optymistycznie, jednak na przestrzeni kilku tygodni był to jedyny wspólny dzień wolny w naszych grafikach, więc nie mieliśmy wielkiego wyboru, tym bardziej że lato miało się ku końcowi.



Wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Saronno, gdzie wtedy mieszkałam, i pojechaliśmy w stronę Como, później dalej, do Nesso, skąd droga ostro pnie się w górę, aż osiąga Piano del Tivano. Przejechaliśmy cały płaskowyż z zachodu na wschód i zatrzymaliśmy się w miejscu zwanym Colma di Piano. Pisałam o nim przy innej okazji w poście Triangolo Lariano - "Muro di Sormano" kiedy relacjonowałam moją wycieczkę na znany z trudności odcinek wyścigu rowerowego Giro di Lombardia. Meta etapu jest tam, gdzie my rozpoczęliśmy naszą wędrówkę, tuż obok niewielkiego obserwatorium astronomicznego (o wizycie tamże napiszę na końcu posta). 

Nasza wątła nadzieja na poprawę pogody okazała się niestety złudna; co prawda słońce próbowało wyglądać zza zasłon foschii, ale mimo to widoczność była marna, co nie rokowało nadziei na podziwianie głębi pejzażu.  



Pocieszałam się tym, że tę okolicę widziałam z góry nie raz a moim celem było przede wszystkim  zobaczenie  z bliska  pomnika  na   szczycie.   Początkowo  szliśmy  przez  las, wygodną i szeroką gruntową dróżką, która dość  szybko  zmieniła  się w stromą, betonową  rampę  z  ukośnymi  żłobkowaniami.  Dzięki  nim ów  odcinek  drogi można  przebyć  przy każdej  pogodzie lecz według  mnie, wyglądało to  dość  barbarzyńsko.  Zdawałam  sobie  sprawę,  iż  deszcz  zamieniłby  tę  ścieżkę  w błotnisty strumyk  nie do przebycia, mimo to z uznaniem myślałam o dawnym, dobrym obyczaju brukowania podobnych ścieżek  zgrabnymi  otoczakami,  co  z pewnością  było  bliższe  naturze.  W  okolicznych   górach  są  niezliczone  kilometry dawnych  mulatier, kamienistych,  brukowanych  ścieżek,  po  których  poruszali  się  niegdysiejsi  mieszkańcy gór i ich zwierzęta. Obecnie nikomu takie prace nie są w głowie, więc idzie się na łatwiznę i w szczególnie newralgicznych miejscach  zalewa  ścieżki betonem. 

Przeszliśmy jeszcze kilkaset metrów; las zaczął rzednąć, dalej towarzyszyły nam coraz mniej liczne drzewa, dziwacznie poskręcane buki o gładkiej, szarej korze, wysmukłe brzozy oraz rozłożyste jarzębiny, przyciągające wzrok złotym kolorem liści i pękami szkarłatnych owoców.



Tak jak poprzednio każde z nas szło w swoim rytmie – Carlo, jak przystało na starego stażem piechura, maszerował długim krokiem, znacznie mnie wyprzedzając, a ja spokojnie i bez pośpiechu szłam sobie z tyłu, rozglądając się i robiąc zdjęcia. Mimo słabej widoczności okolica wyglądała atrakcyjnie, mogłam też do woli podziwiać „duchy gór”, jak nazywałam wzniesienia tonące w mglistym oparze, gdzie kolory i sylwetki szczytów zaledwie majaczyły, co sprawiało, że raczej trzeba było się ich domyślać, niż oglądać rzeczywisty obraz. Jednak to mi nie przeszkadzało – te szaro-perłowe zasłony wciąż się przemieszczały, dając różne nieoczekiwane efekty, co starałam się utrwalić na zdjęciach. 

Byliśmy na wysokości ponad 1100 m n.p.m, więc od czasu do czasu napływały chmury i pochłaniały nas wraz z pejzażem. Droga na Monte Palanzone prowadzi grzbietem długiego wzniesienia o kilku pomniejszych wierzchołkach, tak więc mieliśmy do pokonania kolejno: Monte Cippei, Monte Falò, Monte Croce, Monte Pianchetta i Monte Bul. Wdrapywaliśmy się na te szczyty, schodziliśmy w dół i tak, górka za górką, zbliżaliśmy się do celu.


Szczerze mówiąc, nie wzbudziło to we mnie nadmiernego entuzjazmu i z pewnością wolałabym iść cały czas pod górę. Ścieżka, którą szliśmy była dobrze ubita i dość wygodna, prowadziła wśród wielkich kęp szorstkiej trawy, gdzie po drodze napotkaliśmy kilka ogromnych grzybów, podobnych do kani. Nie miałam ochoty sprawdzać na własnej skórze czy przypadkiem nie są one muchomorami sromotnikowymi, więc pozostawiłam je w spokoju.

Po drodze natrafiliśmy na niewielki pomnik kształcie pięcioboku, poświęcony pamięci żołnierzy wojsk powietrznych, którzy w tym miejscu zginęli w tragicznym wypadku. Stało się to wiosną 2005 roku, podczas ćwiczeń grupy ratowników, mających za zadanie podejmowanie z ziemi ofiar nieszczęśliwych zdarzeń. Niestety, helikopter, którym lecieli rozbił się i cała piątka zginęła, ocalał jedynie pozorant pełniący rolę rannego, chwilę wcześniej opuszczony na ziemię... Podobno bezpośrednią przyczyną tej tragedii był nagły, boczny podmuch wiatru, przez co helikopter stracił sterowność i runął na ziemię. Razem z Carlem poprawiliśmy porozrzucane przez wiatr kwiaty leżące u stóp pomnika, zapaliliśmy niedopalone znicze i po chwili zadumy ruszyliśmy w dalszą drogę.



Do celu wędrówki było już niedaleko – przed nami rysował się szczyt Monte Palanzone z wzniesionym na nim monumentem. Zbliżaliśmy się od strony północnej; ponieważ wejście znajduje się po południowej stronie, aby zajrzeć do wnętrza kaplicy, musieliśmy obejść długi, niski murek, który ją otacza.

Z tabliczki przymocowanej do furtki dowiedziałam się, że kaplica została poświęcona Redentore (Odkupicielowi), a zbudowano ją w 1900 roku z inicjatywy młodzieży z Como, zrzeszonej w Circolo Educativo Alessandro Volta. Sama organizacja ma również ciekawą historię – założono ją w 1883 roku przy męskim oratorium San Filippo Neri, a jej celem było wychowywanie chłopców w duchu chrześcijańskim i patriotycznym poprzez działalność edukacyjną, sportową i kulturalną. Jednym z efektów tej działalności było właśnie powstanie kaplicy. Po rozwiązaniu koła w 1973 roku opiekę nad monumentem przejęli lokalni członkowie CAI, którzy dwukrotnie przeprowadzali tu prace renowacyjne – również o tym wspomina tablica informacyjna.

Kaplica zwykle pozostaje zamknięta (do środka można zajrzeć przez niewielki otwór), ale zgodnie z tradycją, podczas swoich świąt członkowie Klubu oraz byli żołnierze Korpusu Alpejskiego przybywają na Monte Palanzone, aby uczestniczyć w uroczystej mszy. Budowla jest skromna, ale – jak zazwyczaj w Prealpach – bardzo zadbana. Zawsze wysoko ceniłam tę cechę lombardzkich górali, którzy z pietyzmem dbają o tego rodzaju miejsca, będące świadectwem lokalnej historii, kultury i tradycji.



Niemal równocześnie z nami na szczyt dotarła kilkuosobowa grupa kobiet i mężczyzn w naszym wieku, więc wymieniliśmy kilka zdań o trasach i okolicznych ciekawostkach. Zbliżało się południe – przysiedliśmy więc na murku, by coś zjeść przed drogą powrotną. W tym czasie zaczął wiać lekki wiatr, niebo na chwilę się rozjaśniło, dzięki czemu w dole mogliśmy dostrzec błękitną taflę jeziora Como. 

Miałam nadzieję, że ten powiew poprawi widoczność, ale stało się inaczej – nadciągnęła gęsta chmura, która objęła cały szczyt, wraz z nami. Żałowałam, że nie mogłam spojrzeć na położoną nieopodal górę Capanna Mara, gdzie kilka lat wcześniej byłam z Graziellą – koleżanką z pracy (tą samą, która towarzyszyła mi w wyprawie na Corni di Canzo). Wtedy też pogoda nas nie rozpieszczała – choć dzień był ciepły, wilgotne powietrze uniemożliwiało podziwianie okolicy w pełnej krasie.

Ponieważ główny cel naszej wycieczki został osiągnięty, a pomnik obejrzany i sfotografowany, pozostało nam wrócić do punktu wyjścia, czyli na parking nieopodal obserwatorium. Tym razem droga nie wydała mi się tak nużąca, być może dlatego, że wiedziałam już, czego się spodziewać.

Gdy dotarliśmy na Colmę, było jeszcze dość wcześnie, więc nie musieliśmy się spieszyć z odjazdem. Postanowiłam pokręcić się wokół obserwatorium i zrobić kilka zdjęć. Na tarasie stał jakiś pan – zapytałam, czy nie ma nic przeciwko temu, by znaleźć się na jednym z ujęć. Zgodził się bez wahania,  po czym przedstawiliśmy się sobie i wdaliśmy w pogawędkę. Pan miał na imię Valter i – jak się okazało – był astronomem-amatorem prowadzącym obserwacje kosmosu. Do rozmowy dołączył Carlo, więc oboje usłyszeliśmy wiele ciekawych rzeczy o pracy obserwatorium. Na koniec Valter zaprosił nas do środka, abyśmy mogli popatrzeć przez teleskop ustawiony do śledzenia aktywności Słońca.


Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie zrobił na mnie widok ogromnej, ognistej, pomarańczowej masy od której odrywało się coś na kształt płonących, strusich piór. Nie mogłam uwierzyć, że bez zmrużenia oczu patrzę na gorejącą kulę Słońca; było to fascynujące i straszne jednocześnie, zjawisko niemal poza granicą pojmowania...

Widziałam coś podobnego w telewizji, ale tym razem nie był to martwy, powtarzalny obraz – działo się to na moich oczach, choć miałam świadomość, że z powodu ogromnej odległości to, co widzę, dociera do mnie z opóźnieniem.

W obserwatorium można obejrzeć fragmenty meteorytów oraz ciekawe zdjęcia wykonane przez astronomów podczas śledzenia nieba. Kupiłam sobie jedną z odbitek, przedstawiającą narodziny nowej gwiazdy – Valter opowiedział nam w skrócie, jak wygląda ten proces, co uznałam za niezwykle inspirujące. Jeszcze większy podziw wzbudził we mnie  sam fakt powstania tego miejsca zbudowanego przez stowarzyszenie Gruppo Astrofili Brianza (astrofil to astronom-amatorem, Brianza to kraina położona na północ od Mediolanu). Członkowie tej grupy prowadzą z Colmy obserwacje nieba, a przede wszystkim asteroid i komet. Mają na tym polu imponujące osiągnięcia – każdy z nich odkrył wiele nowych obiektów. Sam Valter Giuliani, nasz rozmówca, ma na koncie aż dwadzieścia dwa odkrycia, z czego cztery samodzielne, a osiemnaście dokonane wspólnie z innymi – jak podaje Wikipedia.


Poza działalnością stricte naukową, stowarzyszenie zajmuje się także popularyzacją astronomii – organizuje programy edukacyjne, ciekawe wydarzenia dla dzieci i młodzieży oraz wspólne obserwacje zjawisk zachodzących na niebie. Te inicjatywy trafiają na bardzo podatny grunt – pamiętam, jak ogromnym zainteresowaniem we Włoszech cieszyło się zjawisko zwane luna rossa, czyli zaćmienie księżyca. Miałam okazję obserwować je z tarasu domku w Limbiate, gdzie wtedy mieszkałam, ale wiem, że wiele osób pojechało w góry, m.in. na Colmę, gdzie widoczność jest znacznie lepsza. Mimo wszystko ja też byłam bardzo zadowolona – noc była pogodna, a światła w okolicy nie przeszkadzały w obserwacji. To był naprawdę niezwykły widok – księżyc najpierw przybrał czerwoną barwę, a potem, gdy cień Ziemi przesłonił jego tarczę, zaczął przypominać rozżarzoną bryłkę węgla, która powoli pokrywa się popiołem.

Inną okazją do grupowych obserwacji nieba jest noc św. Wawrzyńca, czyli notte di San Lorenzo, przypadająca w połowie sierpnia, kiedy we Włoszech można podziwiać rój spadających gwiazd. Z tej okazji wiele osób wyjeżdża w góry lub za miasto – niejednokrotnie są to prawdziwe nocne pikniki astronomiczne, połączone z posiłkiem pod gołym niebem.

Włosi są w tym niezrównani – potrafią świetnie się bawić w każdej sytuacji, kochają tradycję i cenią poczucie wspólnoty. Miałam naprawdę dużo szczęścia ponieważ podczas moich wędrówek wielokrotnie spotykałam fantastycznych, otwartych i życzliwych ludzi, którzy wbrew obiegowym opiniom o ich niechęci do cudzoziemców nigdy nie dali mi odczuć, że traktują mnie z rezerwą. Dzięki temu wiele przypadkowych spotkań, jak choćby to z astronomem Valterem, okazywało się nie tylko miłym doświadczeniem, ale też szansą na zdobycie ciekawych i wartościowych informacji.


Więcej zdjęć z tej wycieczki (i nie tylko – dodałam również fotografie Monte Palanzone zrobione podczas przejścia trasą wyścigu „Muro di Sormano” oraz rejsu statkiem po jeziorze Como w rejonie Torno) można zobaczyć pod linkiem>





poniedziałek, 30 października 2017

Wspomnienie o P.



Chciałabym coś napisać o P..... takim, jakim go znałam i którego nigdy nie poznałam naprawdę... Kiedy o nim myślę, widzę ciąg obrazów, a na każdym z nich jest ktoś inny. To tak, jakbym rozsypała zdjęcia z jego życia, krótkiego, bo kiedy odszedł na zawsze, zaledwie zaczęły się dla niego dojrzałe lata, a jednocześnie tak długiego, jeśli zmierzyć je długością udręki, jaką mu przyniosło. Czy to wszystko stało się dlatego, że to on nim źle pokierował, gdyż zabrakło mu zdolności do przewidzenia nieuniknionych konsekwencji? A może było to dążenie do autodestrukcji, bo zwątpił w swą wartość i wartość życia, które zostało mu dane?  Dla mnie P..... na zawsze zostanie chłopaczkiem siedzącym na parapecie okna, wołającym na mój widok "o, Kicia idzie!"  Byłam wtedy Kicią, miałam dziewiętnaście lat, włosy czesałam w dwa kucyki, obydwoje byliśmy mili i słodcy... Co życie zrobiło z nami albo co my zrobiliśmy z naszym życiem? Gdzie się podziała słodycz, ufność i niewinność? Jak to się stało, gdzie przekroczyliśmy punkt zwrotny i za jakie błędy przyszło nam zapłacić?

Widzę P..... jego niewinne oczy i złote loczki czterolatka, miłego dziecka, takiego grzecznego i dobrze ułożonego; kilka lat krótka później migawka — moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam jego strach i zagubienie....

Miał wtedy dwanaście a może trzynaście lat, czy właśnie wtedy zaczęła się jego ucieczka od siebie, bo zwątpił w sens tego, co go otacza? A może stało się to jeszcze później, gdy jako nastolatek, ciągle grzeczny i sympatyczny, ale jakiś zamknięty w sobie, zawsze był niby odgrodzony szkłem. Kiedy z nim rozmawiałam, miałam wrażenie, że jest niczym ryba pod taflą wody, którą chcę złapać gołą ręką — jest tuż, ale moja ręka nieodmiennie pozostaje pusta... Później zaczęła się jego droga w dół, pamiętam, widzę go w ten dzień, zanim przyjechała po niego żandarmeria, spotkaliśmy się w mieście — nadal mam tę scenę przed oczami — jego długi, szary płaszcz i dziwny uśmiech, kiedy zapytałam, czy jest na urlopie, a on mi odpowiedział ... "Tak, mam parę dni urlopu". Ten samowolny urlop od kamaszy i ucieczka z konwoju na parę lat zaprowadziły go do Barczewa, później były kolejne upadki, kłamstwa i urojenia, świat szczęśliwy i bezpieczny, spokojne miejsce, jakie usiłował sobie stworzyć jedynie w swej wyobraźni.

Tyle wcieleń P..... pamiętam, każdy z nich był inny, lecz który z nich prawdziwy? Jego życie stało się teatrem, gdzie wciąż zmienia się maski oraz przebrania, aż nikt już nie wie, jak naprawdę wygląda aktor...

P...... w pewien szczególny sposób był punktem odniesienia w moim życiu. Nasze kontakty, później tak rzadkie, zostawały w mojej pamięci niby kamienie wyznaczające drogę — kiedy dowiedziałam się o jego śmierci, było to tak, jakby umarła część mnie. Na zawsze też pozostało we mnie poczucie, że P...... swoim życiem zapłacił cenę, jaką mógł zapłacić każdy z nas, jednak być może inni mieli szczęście, którego jemu zabrakło, a może mimo swoich win wykpili się od zapłaty? W noc po tym, jak zamknął za sobą ostatnie drzwi, modliłam się o spokój dla jego duszy i o znak dla mnie; prosiłam o wskazówkę, dlaczego tak się dzieje, że nici życia plączą się w węzeł nie do rozwikłania? Moja prośba została wysłuchana, tej nocy miałam sen i wiem, że była to odpowiedź na moje pytania. Śniłam, że jestem w domu, gdzie nieco wcześniej pracowałam z pacjentem umierającym na raka. Ale to nie on był ważny, jego tam nawet nie było, jedynie jego żona i jakiś mężczyzna, krewny, czy znajomy. Znalazłam się w tym domu, ponieważ miało się odbyć jakieś przyjęcie, na które również ja byłam zaproszona.


Czekałam spokojnie, kiedy raptem coś niezrozumiałego stało się ze mną, ni stąd, ni zowąd, bez żadnego powodu, zaczęłam się znęcać nad gospodynią i obecnym tam panem. Nie wiedziałam, czemu to robię, co więcej, robiłam to wbrew sobie, ale nie potrafiłam się powstrzymać. Czułam wstręt do siebie, a jednocześnie jakąś obrzydliwą, przewrotną satysfakcję. Raptem zaczęli przychodzić inni zaproszeni goście, opamiętałam się i ogarnął mnie potworny wstyd, nie miałam pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. Jeszcze nikt o niczym nie wiedział, niczego nie zauważył, jednak miałam świadomość, że za chwilę wszystko się wyda, zostanę napiętnowana, osądzona i wyrzucona za drzwi. Zaczęłam się tłumaczyć, próbowałam coś wyjaśniać, ale nikt tego nie słuchał, do nikogo nie dotarło, co zrobiłam. Byłam niczym zawieszona w pustce a za chwilę i miałam upaść nisko i boleśnie. Wtem pojawiła się koło mnie młoda kobieta (wiedziałam o niej tylko tyle, że jest właścicielką sklepu z bielizną) i podała mi kolorowe skarpetki w paski, o które podobno ją prosiłam. Wzięłam je do ręki, w pierwszej chwili chciałam jej podziękować, gdyż zdawało mi się, że są takie, jakie chciałam mieć, ale w tym samym momencie ogarnęło mnie ogromne rozczarowanie.


Skarpetki były trzy, pozornie jednakowe, różniły się znacznie — jedna była niemal nowa, druga wyraźnie używana, sprana i zmechacona a trzecia wręcz zniszczona i pocerowana. Nie wiedziałam co z tym prezentem zrobić, byłam zdziwiona i głęboko zawiedziona, pomyślałam, że powinnam je po prostu wyrzucić. Obudziłam się z tymi uczuciami oraz świadomością, że to przesłanie otrzymałam dzięki P..... i jest ono odpowiedzią na moją prośbę. To była przestroga dla mnie, dla nas wszystkich, żebyśmy nie zapominali o tym, iż w każdym człowieku jest dobro i zło, są ślepe instynkty i rozum, więc tylko od nas zależy, co weźmie górę. 

Dostajemy życie niczym dar, niczym moje skarpetki ze snu, czasem piękne, całe, czasem pozornie bezwartościowe i bezużyteczne. Jak w biblijnej przypowieści wszyscy jesteśmy powołani na ucztę, lecz nie każdy okaże się godnym, aby siąść przy biesiadnym stole, niejeden odejdzie od drzwi napiętnowany, upokorzony, w bólu i udręce. 


Wyposażeni w dobre rady i wskazówki, które mają nas chronić tak, jak skarpety chronią nasze stopy, możemy je przyjąć w dobrej wierze, możemy też odrzucić z pogardą. Możemy być dobrzy lub źli, tak jak dobre albo złe są nasze uczynki. Rodząc się, jesteśmy niczym biała kartka, czy zapełnimy ją bazgrołami, czy piękną kaligrafią, to w dużej mierze zależy od nas...

Błądzimy, a nasze błędy są niczym kamienie — każdy z nich może uruchomić lawinę, która nas przygniecie i zetrze na proch. Jak się ustrzec przed tą lawiną, zatrzymać w decydującym momencie, zanim popełnimy błąd nie do naprawienia i zapłacimy najwyższą cenę?


P..... już zna odpowiedź na wszystkie pytania, zaś my, którzy pozostaliśmy aby opłakać jego życie, upadek i śmierć, nadal trwamy w cieniu naszych lawin wiszących nad nami. Czy runą nam na głowy, czy pozostaną na swoim miejscu, a my się ustrzeżemy? Skarpetki ze snu mogły ochronić moje stopy na drodze życia, nie chciałam ich, były czymś poniżej moich oczekiwań, bo sądziłam, że zasługuję na coś lepszego. Wszyscy dostajemy rady, ostrzeżenia i dobre przykłady, wyświechtane doświadczenia minionych pokoleń, ciągle te same słowa wsparcia, obawy, przestrogi, o które obdarowany nie dba i w nie nie wierzy. Choć w głębi ducha każdy z nas dobrze wie, gdzie jest dobro, a gdzie zło, mimo to żyjemy w przeświadczeniu, że cierpienie, upadek i śmierć dotyczą wszystkich, lecz nie nas, że zawsze będziemy chodzić po rozpalonych węglach, a ogień nie tknie naszych stóp...


Wszystkie zdjęcia zamieszczone w tym poście są zrobione w mediolańskiej bazylice San Ambrogio — przedstawiają kapitele kolumn z symbolicznymi wyobrażeniami zagrożeń czyhających na ludzką duszę.




niedziela, 29 października 2017

Powrót, czy może rtitorno?



Dziś po bardzo długiej przerwie zajrzałam na mojego bloga i z pewnym zaskoczeniem stwierdziłam, że to już rok minął od chwili, kiedy zamieściłam mojego ostatniego posta... Drugą, tym razem bardzo miłą niespodzianką było to, że pewne osoby zauważyły moje milczenie, że być może nieco im brakuje mnie i mojego pisania, a także iż są inni, którzy trafili tu niedawno i znaleźli w nim coś interesującego... W związku z tym chciałabym wszystkim serdecznie podziękować, przeprosić za brak odpowiedzi na komentarze a przy okazji  napisać kilka słów celem wyjaśnienia — otóż niemal rok temu doznałam złamania w obrębie miednicy i choć po kilku miesiącach kości się zrosły, to dłuższe przebywanie w pozycji siedzącej nadal sprawia mi spory ból. Początkowo uniemożliwiało mi to korzystanie z komputera, zaś  obecnie w znacznym stopniu mnie ogranicza. 

Ponieważ nie należę do osób zdolnych do tworzenia posta na raty (raczej po grafomańsku wpadam w swego rodzaju trans) piszę szybko co mi w duszy gra, a dopiero po ukończeniu tej bazy pomału nadaję jej ostateczną formę gramatyczną i stylistyczną, co nieraz trwa nawet kilka dni, a i tak przy każdym kolejnym czytaniu, nadal znajduję wiele błędów wymagających poprawienia. W tej sytuacji trudno mi było zasiąść do komputera na dłużej i tak mi mijał tydzień za tygodniem... Mimo wszystko, od pewnego czasu czuję, że powinnam wrócić do pisania, choćby dlatego, żeby zakończyć relację z moich włoskich wędrówek, zanim okryje je zasłona zapomnienia. Jednak bezpośrednią przyczyną jest to, że myśl o zbliżającym się Święcie Zmarłych spowodowała, iż chciałabym napisać o kimś, kogo już nie ma pomiędzy nami, lecz kto nadal żyje w mojej pamięci.

To wspomnienie powstało kilka lat temu, tuż po śmierci tej osoby, jednak dopiero teraz nadszedł moment, kiedy jestem w stanie podzielić się nim — nie tylko po to, żeby wśród bliskich mi osób nie zginęła pamięć o tym, co się wtedy stało, ale również z maleńką nadzieją, że ktoś, kto je przeczyta, pomyśli przez chwilę o zawiłościach losu, przeznaczeniu, a także o rzeczach, które w naszym życiu są najważniejsze.

Dzisiejsza notatka to tylko zapowiedź posta, który (mam nadzieję) ukaże się pojutrze.