środa, 9 września 2026

Mazurskie historie. Podwójny jubileusz, jeden cytat i pół miliona na koncie

Aby rozwiać wszelkie domysły, szybko wyjaśniam – nie, nie wygrałam w Lotto i nie otrzymałam spadku, a tytułowe pół miliona to 533 230 wejść na mojego bloga. Kilka dni temu zajrzałam do statystyk i z wielkim zaskoczeniem zobaczyłam, że ich liczba przekroczyła magiczną liczbę pięciuset tysięcy. Ponieważ w tym samym czasie skończyłam kolejny rok życia, a Sukienka w kropki też ma swoją okrągłą rocznicę, uznałam to za piękny prezent na mój podwójny, osobisty jubileusz.

Pół miliona – to brzmi poważnie, choć przecież wiem, iż to jedynie liczba wejść i nie oznacza, że pół miliona czytelników usiadło z kawą, by przeczytać wszystkie moje historie od początku do końca. Ale i tak zrobiło mi się przyjemnie, tym bardziej że, jak wspomniałam, było to w dniu moich urodzin.

Historia tego bloga jest trochę bardziej skomplikowana, niż mogłaby sugerować jego metryka widniejąca w zakładce „archiwum”. Zaczęłam go pisać pod koniec lata 2009 roku na Bloxie. Ponieważ platforma zmierzała do zakończenia działalności, w 2012 roku przeniosłam się na Bloggera, zabierając ze sobą stare posty. Tak się złożyło, że jednocześnie wróciłam do pracy – początkowo na pół etatu, a nieco później w pełnym wymiarze. Ponieważ praca zawodowa i codzienne zajęcia pochłaniały lwią część mojej życiowej energii, w 2018 roku postanowiłam zrobić sobie kilkumiesięczną przerwę od blogowania, jednak te kilka miesięcy zamieniło się w niemal sześć lat.

Dlatego, kiedy patrzę na te pół miliona, nie myślę o siedemnastu latach, jakie minęły od założenia bloga. Myślę raczej o dziesięciu latach mojego rzeczywistego pisania, z długą przerwą pośrodku, i chyba właśnie dlatego ta liczba zrobiła na mnie takie wrażenie.

Nie ukrywam, że prowadzenie bloga zawsze było ważną częścią mojego życia, gdyż, bez przesady, mogę powiedzieć, że Sukienka w kropki to ja. Są tu moje podróże, fotograficzne kadry, przemyślenia, i zapiski tego, co chciałabym zapamiętać. Coś, co zrodziło się nie z pogoni za algorytmami, ale z fascynacji i pasji do poznawania świata. Miejsce, gdzie okruszek po okruszku umieszczam moje wspomnienia, które być może do tej pory nieubłagany czas zatarłby w mojej pamięci, gdzie mogę się podzielić swoimi opowieściami z czytelnikami, którzy uważnie patrzą na świat i uwielbiają odkrywać jego urodę.

Co ciekawe, tekstem najczęściej odwiedzanym przez te wszystkie lata stał się post z 2012 roku pt. „Lombardia. Mediolan niezbyt turystyczny”. Pokazałam w nim coś, co przez wiele lat widywałam o wiele częściej, niż bym sobie tego życzyła – Mediolan odarty z blichtru, miasto trudne, pełne ludzkich dramatów i walki o przetrwanie. Przez chwilę z niedowierzaniem patrzyłam na statystyki, gdyż ten tekst, przepełniony bolesną prawdą o zakrętach emigracyjnego życia, ma niemal osiem tysięcy odsłon.

Emigracyjne lata, choć niełatwe, były dla mnie czasem nowych doświadczeń i odkrywania świata, który znałam wcześniej jedynie z literatury. Wychowałam się za żelazną kurtyną – moimi nauczycielami były pełne wzniosłych idei „książki zbójeckie”, w których podróże, historia, sztuka i architektura odgrywały niepoślednią rolę i pokazywały inny świat, o którym nawet nie śmiałam marzyć. Wtedy nie mogłam przypuszczać, że kiedyś przyjdzie dzień, gdy ja również stanę się drobną częścią tej rzeczywistości, niczym jedno z wielu ziarenek piasku na bezkresnej plaży.

Codzienność w nowym świecie przyniosła mi wiele wyzwań. Nauczyła mnie odporności na przeciwności losu i pokory w chwilach powodzenia. Nostryfikacja dyplomu a następnie zdobywanie doświadczeń zawodowych i społecznych na obcym gruncie nie było łatwe, ale wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić na zbyt długie rozpamiętywanie porażek. Starałam się wyciągać z nich naukę i iść dalej, bo wiedziałam, że determinacja jest matką sukcesu. Ten czas, pełen wzlotów i upadków, przyniósł mi również wiele wspaniałych chwil, ponieważ mogłam obcować z tym, co zawsze było bliskie mojemu sercu, i podziwiać harmonię piękna natury połączonego z dziełami rąk utalentowanych artystów i rzemieślników.

W pewnym sensie byłam tam niczym małe dziecko, które niejednokrotnie upada, zanim nauczy się chodzić, a do tego wciąż musi poznawać nowe słowa i doświadczać nowych emocji. Mój blog jest świadectwem tego wieloletniego doświadczenia, lustrem, w którym mogę się przejrzeć po latach i zadać sobie pytanie: kim się stałam i co z tego we mnie przetrwało? Czy zmarnowałam to, czego wtedy nauczyłam się o sobie i o świecie, czy pozwoliłam, żeby kurz niepamięci przysypał uczucia, które kiedyś były dla mnie tak istotne?

Dzień urodzin to dobry moment, żeby po raz kolejny zadać sobie te pytania i szczerze na nie odpowiedzieć. Jeśli odpowiedź nie jest zadowalająca, warto się zastanowić, co jest tego przyczyną – okoliczności, na które nie mieliśmy wpływu, czy świadoma rezygnacja z własnych standardów?

W tytule posta wspomniałam o pewnym cytacie – w zasadzie nie jest to cytat, lecz tytuł sztuki Tadeusza Kantora, wielkiego wizjonera, filozofa i artysty, który odszedł na zawsze w 1990 roku. Ostatnim dziełem tego twórcy, które zostało wystawione już po jego śmierci, był spektakl „Dziś są moje urodziny”. Jest to, jak sam mówił, jego „biedny pokój wyobraźni”, w którym pojawiają się wspomnienia dzieciństwa i czasów wojny, a także postacie „drogich nieobecnych” – rodziny oraz przyjaciół, którzy odeszli.

Podobnie jak inne spektakle teatru Cricot 2, widziałam go w Teatrze Telewizji na początku lat 90. Było to niezapomniane przeżycie, przepełnione wielką ilością odniesień i symboli, które tłoczyły się w mojej głowie niczym postacie w onirycznym śnie, gdzie wszystko jest wiadome, więc nie trzeba tego ubierać w słowa.

Treść tej sztuki tak bardzo zapadła mi w pamięć, że przez kolejne lata mimowolnie, niczym mantrę, powtarzałam jej tytuł w dniu moich urodzin. Były one impulsem, który kazał mi obejrzeć się za siebie, na drogę, którą przebyłam, pomyśleć o tym, kim się stałam przez miniony rok i dokąd zmierzam.

Dwa lata temu, w noc poprzedzającą moje urodziny, miałam niezwykle symboliczny sen. Śniło mi się, że zapada wieczór, jestem w hotelu, skąd mam wyruszyć w podróż powrotną do domu, ale nie mogę tego zrobić, ponieważ gdzieś zaginęły moje walizki. Ogarnął mnie wielki niepokój i za wszelką cenę starałam się je odnaleźć, byłam tym bardzo zaaferowana, aż do chwili, kiedy przyszło mi do głowy, że strata bagażu nie ma znaczenia, bo nie było w nim nic, bez czego nie mogłabym się obejść.

Windą zjechałam na najniższy poziom i przez słabo oświetlony podziemny tunel wyszłam na piękną, spokojną ulicę zalaną ciepłym światłem latarni, która miała być początkiem mojej drogi do domu. Kiedy się obudziłam, nie miałam wątpliwości, o czym mówił mi ten sen i że było to ważne przesłanie płynące z mojej podświadomości. Trzy lata wcześniej zakończyłam pracę zawodową i miałam zamiar korzystać z uroków życia na emeryturze, jednak stało się inaczej, niż planowałam. Te trzy lata były wypełnione fizycznym bólem – w tym czasie przeszłam dwie poważne operacje i długą rehabilitację. Ponieważ właśnie zaczęłam dochodzić do siebie tamte urodziny stały się dla mnie momentem przełomowym i w pewnym sensie musiałam wszystko zacząć od nowa.

Dziś, patrząc na minione lata z perspektywy czasu, nie żałuję, że moje życie wielokrotnie wystawiło mnie na próbę. To, co przeżyłam, dało mi coś, czego wcześniej nie miałam – większą świadomość siebie i doświadczenie. Cała reszta – smutki, lęki i niepewność – to tylko zbędny bagaż, który mogę zostawić bez żalu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz


Ze względu na spam wszystkie wypowiedzi podlegają moderacji, dlatego mogą pojawiać się z niewielkim opóźnieniem.