Po śmierci konsula w 1921 roku zamek odziedziczyli jego potomkowie, którzy w 1949 roku sprzedali go angielskiemu małżeństwu Johnowi i Joceline Barber. Nowi właściciele mieli wielkie zamiłowanie do archeologii, więc przeprowadzili w zamku specjalistyczne poszukiwania, te zaś zaowocowały odkryciem wielu tajemniczych zakątków. W 1961 roku Barberowie sprzedali zamek Gminie Portofino — dzięki tej decyzji dziś jest tu muzeum dostępne szerokiej publiczności.
Podczas poprzedniego pobytu zabrakło mi czasu i nie zdołałam zobaczyć wnętrz zamku, dlatego też wybrałam się tam po raz kolejny specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło tak, jak tego oczekiwałam, a dawna forteca okazała się naprawdę uroczym zakątkiem. Ponieważ dwaj ostatni właściciele nie pokusili się o zbyt daleko idące zmiany, jest to nadal zamek, a nie luksusowa willa w zamkowej skorupie.
Przestronne, niskie komnaty, w których panuje przyjemny chłód, mają ściany pomalowane na pastelowe kolory, podobnie jak domy w miasteczku; zachowano też oryginalne kominki i podłogi. Z dawnego wyposażenia pozostały nieliczne meble mające dużą wartość artystyczną i historyczną, a także cenne arrasy i malowidła na desce. W pokojach można obejrzeć bardzo bogaty zbiór fotografii z lat 50. i 60. XX wieku. Są to zdjęcia sławnych i popularnych aktorów oraz osobistości ze świata polityki i tzw. wyższych sfer, niegdyś spędzających wakacje w Portofino i okolicznych miejscowościach.
Obejrzałam je z wielkim zainteresowaniem, jako że są one świadectwem czasów, kiedy powstała piosenka „Miłość w Portofino”, od której zaczęła się moja prywatna przygoda z tym miasteczkiem. Oprócz znanych osób uwieczniono na nich również dawne Portofino, które nie było jeszcze ekskluzywnym kurortem, lecz zwykłą, choć bardzo malowniczą, rybacką wioską.





Nie mogłam się oprzeć i na pamiątkę sfotografowałam część wystawy, co nie było łatwe, bo zdjęcia umieszczono za szkłem, w którym odbijało się światło. Ekspozycja jest bardzo spójna – fotografie oprawiono w jednakowe, proste srebrne ramy z passe-partout, na których ktoś pięknie wykaligrafował podpisy informujące, kogo uwieczniono i w jakiej sytuacji.
Byłam pod wrażeniem nazwisk aktorów takich jak Susan Howard, Orson Welles czy Joan Collins, prezentująca na zdjęciu wyjątkowo zgrabne nogi, a także piękna seksbomba Jayne Mansfield. W Portofino gościły takie osobistości jak król Hiszpanii Juan Carlos z królową Zofią, Rainier książę Monako z rodziną, Jaqueline Kennedy i Winston Churchill. Były to piękne czasy, pełne prostoty – królewska para niczym zwykli przechodnie spaceruje bez ochrony po nabrzeżu, a o ich materialnym statusie świadczą jedynie przepiękne, ekskluzywne mokasyny firmy Gucci.
Moją uwagę przykuły zdjęcia ślicznej, młodziutkiej Zofii Loren w białych szpilkach oraz szczupłego, uśmiechniętego Marlona Brando, który pozdrawia kogoś stojąc w drzwiach pociągu. Nie mniej ciekawie prezentuje się para ówczesnych gwiazd – Rita Hayworth i Rex Harrison – uwieczniona w strojach dalekich od elegancji, podczas jazdy terenówką wyglądającą jakby pochodziła z demobilu. Szczerze mówiąc, w przeciętnej kobiecie o sterczących krótkich włosach, ubranej w bezkształtny płaszcz, trudno rozpoznać boską Ritę, jaką pamiętamy z ekranu.
Jednak najbardziej wyjątkowe ujęcie pochodzi z 1963 roku i przedstawia Gretę Garbo, która po zakończeniu kariery jak ognia unikała fotografów. Tym razem została zaskoczona obok przystani w towarzystwie jakiegoś przystojniaka w pirackiej chustce na głowie i w pięknych białych tenisówkach. Pięćdziesięcioośmioletnia Greta z wrodzoną elegancją nosi swój wakacyjny strój, składający się z białej bluzki, spodni i espadryli; jej rękę zdobi ciężka bransoleta, a twarz osłania kapelusz i duże, ciemne okulary. Chociaż wyraźnie widać, że jest niezadowolona z tej sytuacji, aktorka chyba wybaczyła fotografowi i nie zażądała zniszczenia zdjęcia, co podobno zdarzało się dość często.
Z zamkowego tarasu dość dobrze widać ścieżkę, którą przed miesiącem przyszłam do Portofino z opactwa San Fruttuoso (pisałam o tym w poście pt. Rezerwat Przyrody, czyli na piechotę z Capodimonte do Portofino.) oraz leżącą na przeciwległym wzgórzu i odległą o kilkaset metrów willę Altachiara. Pierwszy właściciel willi, lord Carnavon i gospodarz zamku konsul Brown, darzyli się wzajemną sympatią, utrzymywali dobre sąsiedzkie stosunki, często się odwiedzali oraz odbywali wspólne przechadzki.
À propos przechadzek — zaciekawiło mnie, jaki związek z historią półwyspu ma nazwa stromej dróżki, prowadzącej po urwisku od strony morza, noszącej nazwę discesa a Cala degli Inglesi, czyli zejście do Zatoczki Anglików i kim byli ci Anglicy? Czy nazwa wiąże się z czasami, kiedy w zamku stacjonował niewielki angielski garnizon, czy ze sportowymi wyczynami angielskich turystów? Ścieżka nosząca tę intrygującą nazwę nadal uchodzi za niebezpieczną, chociaż obecnie jest wyposażona w system łańcuchów, ułatwiających drogę i chroniących przed upadkiem. A upadek z urwiska w tej okolicy może mieć naprawdę tragiczne konsekwencje, jak tego dowodzi niewyjaśniona śmierć nieszczęsnej hrabiny Vacca Augusta, o której pisałam w poście pt. Na kawę do Portofino.
Próbowałam szukać informacji na temat tej nazwy, jednak nie znalazłam absolutnie nic, poza opisem szlaku. Najbardziej prawdopodobne wydało mi się to, że spoczywa tam wrak jakiegoś angielskiego okrętu, gdyż ta okolica była miejscem wielu morskich katastrof. Jedna z nich miała miejsce w 1967 roku, kiedy sztorm rzucił na skały i zatopił kanadyjski statek transportowy Mohawk Dree. Jego nieźle zachowane szczątki do dziś spoczywają na głębokości około dwudziestu metrów i mimo zakazu są częstym celem podwodnych eksploratorów.
świetny blog, przemyślany, wspaniałe zdjęcia i długie, ale mądre opisy.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam :)
Witam na moim blogu, bardzo mi miło że się podoba moje pisanie.Pozdrawiam!
UsuńMiejsce jest przepiękne . Zdjęcia wspaniale oddają atmosferę tego miasta.Po prostu bajka.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Rzeczywiście jest bajecznie, zwłaszcza dla kogoś lubiącego różnorodne wyzwania, gdyż jest tam również mnóstwo ścieżek którymi można przemierzyć wzdłuż i wszerz cały ten górzysty półwysep od Santa Margherita do Camogli.
UsuńZ tym muzeum rzeźb współczesnych jest trochę, jak z tym uwspółcześnianiem sztuk na siłę. Widocznie komuś się wydawało, że to świetny pomysł połączenie współczesności z przeszłością. Mnie te różowe stworku te nie przypadły do gustu w przeciwieństwie do Brązowego Zamku. Takie piękne wspomnienia są naszymi największymi skarbami.
OdpowiedzUsuńNo właśnie, trafne porównanie z tym uwspółcześnianiem, łatwo się wtym zatracić i przekroczyć granice rozsądku i dobrego smaku.
UsuńW galerii zdjęć na zamku, Marcello Mastrojanni w białych skarpetkach. Extra! Też tak mam.
OdpowiedzUsuńLigurią jestem zachwycona. Niestety do tej pory tylko w sensie teoretycznym, ponieważ nigdy nie byłam w tej części Włoch. Jeśli wszystko pójdzie jak trzeba planujemy wyjazd pod koniec sierpnia przyszłego roku. I z całą pewnością będę miała do Ciebie mnóstwo pytań z tym związanych - jako doświadczonej lokatorki tego państwa. Pozdrawiam i liczę na dalszą współpracę;)
OdpowiedzUsuńZachęcam do wyjazdu, naprawdę warto! W razie czego służę pomocą w miarę moich sił, bo w Ligurii sama byłam jedynie na kilku krótkich wycieczkach. Pozdrawiam!
Usuń