Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

czwartek, 27 września 2012

Piemont. Orta San Giulio i wystawa Mimmo Paladino.


Orta



















Orta to maleńkie piemonckie miasteczko, którego nazwa pochodzi od łacińskiego słowa "hortus"czyli ogród, więc nie jest niczym dziwnym to, że w jego herbie widnieje zielony, smukły cyprys. Właściwie jej pełna nazwa brzmi "Orta San Giulio" z powodu związku tego miejsca z obecnością świętego Juliusza, który tu żył w zamierzchłych czasach, na niewielkiej wysepce do dziś noszącej jego imię. W sezonie letnim do Orty przybywają liczni cudzoziemcy, bowiem miasteczko mimo iż niewielkie, ma ogromne walory turystyczne. Właściwie nie wiem jak te walory uszeregować, bo znajdziemy tu wszystko czego można zapragnąć do pełni turystycznego szczęścia. Jest przepiękny pejzaż, wspaniała zabytkowa architektura, sprawiająca że wygląda ono jakby czas zatrzymał się w miejscu, oraz dwa niezwykłe zabytki - Sacro Monte, o którym pisałam poprzednio, oraz wspomniana wyspa San Giulio z bazyliką i kompleksem klasztornym. Jedyne czego tu nie ma, to "święty spokój" w tzw. "sezonie",
Orta gdyż rzesze chętnych do smakowania tych uroków są nieprzeliczone. Jest to miejsce naprawdę niezwykłej urody i chyba właśnie dlatego miałam pewne opory przed podjęciem tego tematu, z obawy że nie zdołam go opisać w sposób na jaki zasługuje. Również mój projekt odwiedzenia Orty czekał na realizację kilka długich lat z powodów bardzo banalnych, a mianowicie trudności komunikacyjnych. Podczas pobytu we Włoszech byłam zmuszona korzystać z publicznych środków transportu, i niejednokrotnie robiłam sobie wyrzuty, że nigdy nie zdecydowałam się na uzyskanie prawa jazdy. Prawdę mówiąc, w Polsce nie było mi ono niezbędne, do tego hamowała mnie świadomość iż w chwili zmęczenia lub pod wpływem gorszego niż zwykle samopoczucia moja zdolność do koncentracji bardzo spada i często jak to się mówi "zawieszam się" więc strach pomyśleć co by było, gdyby coś takiego przytrafiło mi się w czasie jazdy. Dodatkowym problemem jest to, że jestem z natury leworęczna i choć dzięki wyrobionemu nawykowi używam ręki prawej, mam poważny problem z odruchowym wskazaniem prawej i lewej strony. W związku z tym, miałam uzasadnione obawy iż mogę się stać klasycznym przykładem pirata drogowego, co mogłoby mieć tragiczne konsekwencje. Będąc we Włoszech niejednokrotnie cierpiałam z tego powodu, gdyż brak samochodu poważnie ograniczał moje możliwości na rynku pracy, nie licząc tego, że podczas moich wypraw krajoznawczych z reguły traciłam masę czasu gdy przyszło mi jechać "rzemiennym dyszlem" do upatrzonej miejscowości. Kiedy mieszkałam w Limbiate nie było żadnej możliwości abym dotarła do Orty nie tracąc przy tym większości dnia, mimo iż samochodem można tam dotrzeć w godzinę! Dopiero moja przeprowadzka do Saronno sprawiła, że mogłam zrealizować ten zamysł. Pierwszy raz wybrałam się do Orty w maju. Nie był to najszczęśliwszy moment, ponieważ w maleńkim miasteczku zastałam niewiarygodne tłumy turystów, przede wszystkim ze Szwajcarii, Francji i Niemiec, więc w jego centrum wprost trudno było swobodnie się poruszać. Do tego przybyło kilka szkolnych wycieczek, i mimo iż włoskie dzieciaki w takich sytuacjach są raczej karne i spokojne, to siłą rzeczy zamieszanie było ogromne. Mimo tej niedogodności Orta oczarowała mnie z punktu, i doszłam do wniosku że muszę tu wrócić, jednak postanowiłam że poczekam do jesieniOrta kiedy przyjedzie do mnie Marta, gdyż bardzo chciałam jej pokazać ten prześliczny zakątek w jego najpiękniejszej, złoto - brązowej, jesiennej szacie. Tak też się stało, a na nasze szczęście mimo zaawansowanej jesieni pogoda była wspaniała, i sprzyjająca zarówno wycieczkom jak i fotografowaniu. Ponieważ środkami publicznej komunikacji można dojechać jedynie do niedalekiego Miasino, musiałyśmy przejść jeszcze około czterech kilometrów, co samo w sobie było bardzo miłą wyprawą, gdyż połowa drogi z Miasino do Orty prowadzi wygodną ścieżką obok drogi jezdnej, biegnącej wzdłuż brzegu jeziora. Byłyśmy oczarowane zarówno pięknym dniem,  i widokiem który się przed nami roztaczał. Brzegi tego niedużego jeziorka noszącego nazwę Lago di Orta porasta dość gęsty, liściasty las; jego złoto - brązowe i czerwonawe kolory rozbijała i podkreślała ciemna zieleń rosnących gdzieniegdzie pinii, świerków i ogromnych cyprysów. W całej okolicy panowały cisza i spokój, lśniły niebiesko- srebrne wody jeziora, a na jego drugim brzegu unosiły się smużki dymu z palących się ognisk. Kiedy dotarłyśmy do pierwszych domów miasteczka, zobaczyłyśmy coś niezwykłego. Była to monumentalna rzeźba wykonana z metalu, przedstawiająca kobietę otwierającą drzwi. Ustawiono ją w wąskiej przestrzeni pomiędzy budynkami, gdzie z ulicy schodzi się nad wodę. Zrobiła ona na nas ogromne wrażenie, tym większe, że absolutnie nie spodziewałyśmy się podobnego widoku. Na jej widok doznałam czysto fizycznego uczucia skurczu w okolicy splotu słnecznego, jakbym otrzymała nieoczekiwany cios. Rzeźbę można było obejrzeć zarówno z tyłu, jak i z przodu, i powiem szczerze, iż pomysł z ustawieniem jej w tym miejscu był po prostu genialny. Kobieta została przedstawiona w momencie kiedy stoi przed na wpół otwartymi drzwiami, lecz jeszcze nie przekroczyła progu. Trudno mi wyrazić to, co zrodziło się w mojej głowie na jej widok, zresztą to chyba nie były nawet myśli, raczej emocje, jak gdybym stanęła w obliczu wielkiej tajemnicy, której jeszcze nie poznałam do końca, ale już wiedziałam, że to coś bardzo ważnego, koło czego nie można przejść obojętnie. Z tabliczki na postumencie dowiedziałyśmy się, że twórcą rzeźby jest Mimmo Paladino, a jej tytuł brzmi "Porta d'Oriente" czyli "Drzwi na Wschód". Ten tytuł sprawił, że moje dotąd bezładne skojarzenia nagle nabrały wyraźnego kształtu. Wschód to przecież słoneczne światło i dzień, który się rodzi, to również podróż, tajemnica i iluminacja, a przecież podróż to nie tylko fakt związany ze zmianą miejsca, to również "wszystkie drzwi, które się przed nami otwierają i zamykają za nami" także te niematerialne drzwi naszego umysłu i naszej duszy...

Orta Podczas zwiedzania miasteczka odnalazłyśmy następne rzeźby. Na centralnym placu ustawiono ogromy dysk "Disco per Beuys"wykonany z drewna i miedzi przypominający planiglob ziemi. Paladino umieścił na nim liczne elementy w postaci kapeluszy wygladających jakby je porwał wiatr. Kapelusz był znakiem rozpoznawczym Josepha Beuysa gdyż artysta rzadko się z nim rozstawał, ponieważ w czasie wojny odniósł ranę głowy, po której została bardzo widoczna blizna. Nieco później, płynąc motorówką na wyspę San Giulio, w oddali zobaczyłyśmy sylwetkę czerwonego konia wyłaniającą się z kobaltowej wody jeziora. Koń stał na niewielkiej platformie zakotwiczonej do dna; na długich nogach, z lekko pochyloną głową, wyglądał jakby czekał aż spłynie z niego woda. Przyznam, że ten widok wydał mi się bardzo malowniczy, lecz wtedy nie wzbudził we mnie szczególnych skojarzeń. Dopiero w dwa lata później, kiedy usłyszałam wywiad z tym artystą jego przesłanie stało się dla mnie jasne. Jest to jeden z ulubionych motywów Mimma Paladino, który podobnego rumaka w kolorze niebieskim wykonał dla Wttoriale degli Italiani w Gardone Riviera, oprócz tego w Mediolanie widziałam też ogromną instalację z końmi jego autorstwa (o czym zmierzam napisać w przyszłości, gdyż zafascynowała mnie twórczość tego rzeźbiarza). Według Paladina jest to wyraz ekspansji w najlepszym znaczeniu tego słowa, a sam koń jest symbolem szlachetności, dumy, i niezależności, ale również pracowitości, ofiarności, i poświęcenia. Po wysłuchaniu tej wypowiedzi pomyślałam, że czerwony koń z Orty umieszczony w wodach jeziora miał zapewne obrazować legendę o świętym Juliuszu, którą przytoczę, kiedy będę pisała o wyspie jego imienia.
Nieco podobnego konia spotkałyśmy ponownie na jednym z dziedzińców, gdzie stanowił część rzeźby pod tytułem "Architettura".
Na wyspie San Giulio, na trawiastym cyplu obok przystani dla łódek odkryłyśmy następną rzeźbę. Przedstawiała ona postać człowieka z lekko rozłożonymi ramionami, na którym przysiadły ptaki. Człowiek miał otwarte dłonie, jakby czekał w gotowości na przyjęcie czegoś dobrego i pięknego; był w tym ptasi śpiew i przeczucie lotu, radość i uniesienie. Rzeźba nosi tytuł "Caduto a ragione" co można przetłumaczyć jako " Nierozsądny" lub "Ten, co stracił rozum"co jednak jest pewną trywializacją, gdyż chodzi tu raczej o osobę odbiegającą od pospolitych schematów zachowania, ponadprzeciętnie wrażliwą, i niejako żyjącą we własnym świecie. Jej przesłanie chyba naturalną koleją rzeczy skojarzyło mi się ze świętym Franciszkiem, którego wielu współczesnych uważało za szalonego, a i dzisiaj zdarza się, że w stosunku do niego, i jemu podobnych, używa się określenia "szaleńcy boży", co oczywiście nie zawiera żadnego pejoratywnego znaczenia.
W alejce niedaleko cmentarza, przy drodze wiodącej na Sacro Monte, napotkałyśmy jeszcze jedną rzeźbę a właściwie raczej instalację składającą się z wielu elementów, przy której długo chodziłyśmy w milczeniu, oglądając i fotografując jej poszczególne części. Nosiła ona lakoniczny tytuł "Treno" czyli "Pociąg", a którą na mój prywatny użytek nazwałam "Pociągiem cierpienia". Podobne do klatek elementy przypominały więzienne prycze sczepione ze sobą, niczym wagony towarowego pociągu wiozącego ból i śmierć. Artysta umieścił na tej konstrukcji głowy, stopy i dłonie oddzielone od ciał, oraz ludzkie postacie w pozycji embrionów, i podłużne kawałki metalu, które zawieszone ponad nimi zdawały się godzić w te bezbronne istoty.
Orta
Dostrzegłyśmy też karabiny i wiele innych przedmiotów: dachówki, kapelusze, miski, elementy budzące grozę swoim oderwaniem od rzeczywistości, której mogłyby służyć. Kojarzyło się z tym widokiem wszystko, co może człowieka przerazić, upodlić i złamać. Więzienne cele, miejsca tortur, i bydlęce wagony jadące do obozów zagłady. Nie komentowałyśmy tego, ani nie rozmawiałyśmy na ten temat. Był to moment kiedy słowa nie są potrzebne, bo wystarczy być blisko kogoś, kogo się zna, żeby wiedzieć co czuje.
Nigdy nie uważałam siebie za szczególną miłośniczkę rzeźbiarstwa, gdybym miała wybierać pomiędzy nim a malarstwem, bez wahania wybrałabym malarstwo. Oczywiście, kiedy widzę dobrze wykonaną rzeźbę, naturalną koleją rzeczy doceniam czysto techniczny kunszt artysty, lecz rzadko robi to na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Jednak tym razem stało się inaczej, i dziś nie wiem - czy był to jakiś podskórny przepływ emocji, może szczególne otoczenie, a może po prostu to bagaż moich doświadczeń spowodował, że chyba nie tylko na mój własny sposób zrozumiałam te rzeźby, ale je po prostu przeżyłam. Być może, moje odczucia nie były zgodne z zamysłem twórcy, lecz jak sądzę, sztuka to nie przepis ani recepta, lecz katalizator myśli i emocji, więc pozwolę sobie pozostać przy mojej interpretacji.

Zanim wyjechałyśmy z Orty miałyśmy okazję zobaczyć jeszcze inne dzieła Mimmo Paladino, które również dały nam okazję do różnych przemyśleń, lecz emocje z nimi związane były jednak dość dalekie od tych, jakie opisałam. Wystawę pokazano w ramach przedsięwzięcia Ortissima 2009. Zainteresowanych tą bardzo ciekawą ekspozycją zapraszam jak zwykle na Picasę, gdzie jest więcej zdjęć

>https://plus.google.com/photos/113977733476722899989/albums/5591254791598353313

Orta

Ogółem przedstawiono dziesięć dzieł tego artysty, a oto ich tytuły:
Porta d'Oriente
Elmo
Disco per Beuys
Senza titolo (Uomo con la sbarra)
Architettura
Caduto a ragione
1953-film (Bicicletta)
Treno
Cavallo
Senza titolo (San Gennaro)

Muszę tu powiedzieć, że jestem raczej przeciwna mieszaniu stylów, gdyż rzadko jest to udany związek, i jak dotąd nie przetrawiłam pomysłu z piramidą na dziedzińcu Luwru, ani budowy betonowych bloków w bliskim sąsiedztwie gotyckich kościołów. Jednak w tym przypadku pomysł był bardzo szczęśliwy, chyba z racji geniuszu Mimma Paladino, którego wielu krytyków uważa za pierwszego od czasów Rodina zasługującego na tak wysoką ocenę.

W następnych wpisach postaram się pokazać Ortę historyczną, a także jezioro i wyspę San Giulio z jej piękną bazyliką i niezapomnianym nastrojem. 

24 komentarze:

  1. Uwielbiam takie małe klimatyczne miasteczka, oczywiście koniecznie przed lub po sezonie ;), a koń prezentuje się niezwykle malowniczo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klimat Orty jest niesamowity, co postaram się pokazać za kilka dni. A koń naprawdę robił wrażenie, czego może nie widać na zdjęciu, bo było robione ze znacznej odległości i jest nieco blade. Na żywo kolory były bardzo jaskrawe i mocno skontrastowane.

      Usuń
  2. Sukienko, a mnie zastanawia Twoja kronikarska pamięć. Czy wędrując po tych wszystkich zakątkach robiłaś jakieś zapiski?

    Włochy mnie zachwycają (choć nigdy tam nie byłam) - czytam parę blogów z Italii i naprawdę krajobrazy, małe miasteczka, przyroda zapierają dech w piersi.

    A co do samochodu, to ... myślę, że z migaczami byś sobie spoojnie dała radę. Jeśli daltoniści dostają prawo jazdy, bo się uczą gdzie jest jakieś światło, to i ty byś się nauczyła odpowiednich skojarzeń (naciskałabyś ten, od stsrony planoanego skrętu, bez nazywania strony :)) - powiedziała ta, która się wciąż nie odważyła jeździć po angielskiej lewicy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! Oj zapierają, faktycznie! Chociaż bałaganu i degradacji też nie brakuje, niestety...Ale z całą pewnością warto je zobaczyć! W sprawie pamięci odpowiadam, że zawsze miałam dobrą i pojemną a jako wzrokowiec mam ten komfort, że wspomnienia do mnie wracają podczs oglądania zdjęć. Natomiast jeśli chodzi o prawo jazdy, chyba masz rację. We Wołszech miałam wiele koleżanek, które jeżdżą mimo iż też mają ten problem. Gdyby nie moje godziny pracy zapewne zdecydowałabym się na kurs ale trudno by mi było na niego uczęszczać gdyż w większośći pracowałam w nocy lub po południu. A Ty próbowałaś siąść za kieronicę chociaż tak "kontrolnie" gdzieś w cichej, spokojnej okolicy?

      Usuń
    2. Cześć :)
      Próbowałam w bocznych uliczkach, ale moje miasteczko jest koszmarnie górzyste, więc na razie to stanowi główną przeszkodę.
      Mąż obiecał, że wykupi mi jazdy dodatkowe w prezencie. Tylko - znając jego - nie wiadomo kiedy się wyrobi, czy na urodziny, czy na gwiazdkę, czy na rocznicę ślubu :))

      Usuń
  3. Pięknie opisałaś urok tego miejsca. Miejscowość rzeczywiście pięknie położona. Dodatkowego smaczku nadają wspomniane przez Ciebie rzeźby. Wspaniale wygląda w jesiennych kolorach.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję że pozostałe zakątki też Ci się spodobają. A złota jesień we włoskim wydaniu jest faktycznie niesamowita! Pozdrawiam wzajemnie!

      Usuń
  4. Oj, jakie złudne w takim razie jest pierwsze zdjęcie. Kiedy na nie spojrzałam pomyślałam sobie, kiedyś pojadę sobie do takiego spokojnego, cichego miasteczka. Ryneczek, słoneczko, mała grupka osób przy stoliczku wszystko to wyglądało mi tak sielsko, anielsko, a zaraz czytam o nieprzebytych tłumach turystów i myślę sobie, gdzie ich zatem nie ma. Co do braku prawa jazdy- witaj w klubie niezmotoryzowanych. W kraju przeszkadza mi brak prawa jazdy, kiedy czytam liczne wpisy na podróżniczych blogach o odwiedzanych świątynkach, miasteczkach i mieścinkach, gdzie to ode mnie jedynie autobusem, pociągiem, pksem i furmanką i dwa dni drogi (skoro do stolicy jadę 8 godzin, to co dopiero do Kraśnej Wólki). Ale zagranicą to dopiero żałuję, że nie prowadzę. Wpis przepiękny- spacerowałam razem z Tobą i Martą do miasteczka i oglądałam te wszystkie rzeźby (choć też wolę malarstwo, no chyba że M.A. albo Bernini) i nie wiem, czy moje skojarzenia byłyby tożsame, ale jak piszesz na to nie ma przepisu czy recepty... Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pocieszę Cię, że zdjęcie nie jest złudne! Jak zapewne odgadłaś z kolorów, zrobiłam je na jesieni kiedy było cichutko i spokojnutko, po prostu pięknie! Ale jak pisałam, była to połowa listopada. Moi znajomi odwiedzili Ortę we wrześniu i podobno sezon trwał w najlepsze. Ale jeśli będziesz w Aoście to polecam ten kierunek i myślę, że nie pożałujesz. Co do prawa jazdy bujam się z pomysłem o pójściu na kurs, bo z publiczną komunikacją w Polsce jest coraz gorzej a poza tym po moich włoskich doświadczeniach życiowych nabrałam wiary w to, że jak się "zaprę" to mi się uda. Zaś co do interpretacji dzieł sztuki, to chyba jest w nich najpiękniejsze, że wydobywają to co mamy w środku a co bez tego "katalizatora" nie wychynęłoby na świat, nie sądzisz? Pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję że wyzdrowiałaś!

      Usuń
    2. Podziwiam determinację i odwagę - jeśli chodzi o prawo jazdy, ja sobie odpuściłam. Ale musisz być osobą odważną, skoro zdecydowałaś się na radykalną zmianę warunków życia w pewnym jego momencie. A jeśli chodzi o odbiór sztuki, to jak wewnątrz pustka trudno oczekiwać jakiejkolwiek interpretacji. A co do zdrowia, wygląda, że jest ok, tylko znając życie po powrocie do pracy poczuję się znowu fatalnie :(

      Usuń
    3. Szukanie wyzwań to moja specjalność, nie mogę bez tego żyć... A co do choroby to może coś Cię uczula? Objawy mogą być różne, od astmy i kaszlu do objawów brzusznych, apatii i przewlekłego zmęczenia.

      Usuń
  5. Miejsce jak zawsze niezwykłe, podobnie jak przedstawione rzeźby. Zaimponował mi Twój realizm w ocenie możliwości kierowania pojazdem. Na ogół ludzie te własne możliwości bardzo przeceniają.
    Ja też nigdy nie starałam się o uzyskanie prawa jazdy, mając świadomość i absolutne przekonanie, że byłabym fatalnym kierowcą. ;)) BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję że następne wpisy o Orcie również Cię zainteresują. Co do auta muszę powiedzieć że podczs mojej pracy w terenie byłam postrachem naszych kierowców, którzy mnie wozili na wizyty domowe (czasami musiałam wytłumaczyć gdzie mają jechać skręcać itd.). Wtedy to nabrałam obaw, że jeśli będę takim kierowcą jak pilotem to biada innym użytkownikom dróg...Z biegiem czasu nabrałam nieco pewności siebie ale moment nie był sprzyjający.

      Usuń
  6. Mój Boże, ileż to cudowności jest na tym świecie, a ile nie zdążymy zobaczyć; może kiedyś uda nam się wyjechać, choć na chwilę, w takie miejsca; pięknie opisujesz, jesteś naszymi oczami; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Mario! Cieszę się że do mnie zajrzałaś a moja pisanina znalazła uznanie w Twoich oczach. Słusznie zauważyłaś, że życie jest za krótkie żeby zobaczyć wszystkie cuda które świat nam oferuje, a do tego jeszcze są inne sprawy... Ja z kolei zazdroszczę Wam bo uwielbiam góry (chociaż w Bieszczadach byłam jedynie dwa razy i to dawno) więc mam zamiar systematycznie śledzić Twojego bloga. A swoją drogą, jak słyszę że kogoś kot terroryzuje od razu widzę w nim bratnią duszę. Pozdrawiam!

      Usuń
  7. Takie małe miasteczka mają najwięcej uroku i klimatu, wiedzą o tym turyści, którzy tłumnie ściągają do takich miejsc :)
    A rzeźby ciekawe, niektóre bardzo przejmujące.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cała bieda w tym, że to właśnie ludzie spragnieni klimatu niweczą go bezlitośnie, ale chyba nie ma na to innej rady jak jechać poza sezonem. Urok Orty mogłam docenić w całej pełni dopiero podczas drugiego pobytu, kiedy w miasteczku oprócz mnie i Marty było naprawdę niewielu przybyszów. Sądzę również, że cisza i spokój zdecydowanie sprzyjały refleksji nad rzeźbami Paladina, przynajmniej w moim wypadku. Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Miasteczko sliczne, spokojne i cche - jesienia jak napisalas. Mnie ten placyk z pierwszego zdjecia przypomnial lezace nieopodal mojego miejsca zamieszkania miasteczko Caserta, tam tez cisza i spokoj poza sezonem a w sezonie raczej gwarno... ale wszystko ma swoj urok.

    Na rzezbie natomiast kompletnie sie nie znam, nie wiem co wyraza, a symbolika ogolnie znana nie zawsze pomaga rozszyfrowac intencje autora. W kazdym razie nie jestem pod wrazeniem czegos, czego nie rozumiem. Nie wypowiem sie wiec na ten temat, ale wrazenie niewatpliwie robia takie dziela!
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam o Casercie a nawet kiedyś widziałam w programie "Sereno, variabile". Natomiast co do rzeźby to podobnie jak Ty nie znam się na tym i albo coś mi się podoba w warstwie wizualnej albo nie i w sumie nie zastanawiam się dlaczego. Za rzeźbą tzw. nowoczesną raczej nie przepadam i często mam wrażenie, iż ktoś mi wmawia że to sztuka. Dlatego sama byłam zdziwiona moją reakcją i tym, że te rzeźby zrobiły na mnie takie wrażenie a co więcej, jakoś mi się to wszystko poukładało w głowie. Może to istotnie geniusz Paladina a może bliskość Marty, która rzeźbę uwielbia? Czasem nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest między nami jakiś telepatyczny przepływ emocji, o czym zresztą wspominam w tym poście. Pozdrawiam!

      Usuń
  9. Och te Włochy - zabytków bez liku a poczucia stylu też można pozazdrościć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Po sezonie zawsze jest najfajniej:)) Nieznoszę szturmu turystów!
    A co do tego prawa jazy, to podobno większość kobiet myli prawą z lewą. Ja - NOTORYCZNIE!:DD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, dowiedziałam się że jakoś można sobie z tym poradzić i jeździć mimo wszystko, Fidrygauka nawet mi podała jeden z nich.

      Usuń
  11. Jesień i jej kolory + piękne miasteczko + jezioro + góry = fantastyczne miejsce bardzo ładnie pokazane na Twoich fotografiach. :-)
    Bardzo mi się to wszystko podoba... i tylko powiększa mój zachwyt na tym rejonem Włoch.
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń