Camogli to urokliwa, historyczna osada rybacka, malowniczo położona w północnej części Włoch, na wybrzeżu Morza Śródziemnego, które w tej części nosi nazwę Riviera di Levante. Miasteczko leży nad brzegiem zatoki Golfo Paradiso, około 20 kilometrów na wschód od Genui, u stóp zielonego półwyspu Portofino. Ta wyjątkowa lokalizacja – wciśnięta wąskim pasem między błękitne Morze Liguryjskie a strome, górskie zbocza Apeninów, nadaje miejscowości wyjątkowy charakter i sprawia, że do dziś zachowała ona swój kameralny, tradycyjny klimat.
Camogli najpierw poznałam ze słyszenia; później kilkakrotnie widziałam je z okien pociągu, kiedy jechałam wybrzeżem liguryjskim w stronę południa. Spodobała mi się jego dźwięczna nazwa, z którą wiąże się ciekawa historia, jak się później o tym przekonałam, świetnie oddająca jego charakter. W lokalnym dialekcie liguryjskim słowo casa (dom) skraca się do charakterystycznego ca' – legenda głosi, że nazwa powstała z połączenia słów Ca' de Mogli, czyli „Dom Żon”. Gdy lokalni rybacy i marynarze na wiele miesięcy wypływali w morze, w wielkich, kolorowych kamienicach na brzegu zostawały same kobiety, które zarządzały miastem i wypatrywały powrotu swoich mężów. Druga interpretacja wskazuje na zwrot Ca' moeggi, co oznacza po prostu „domy stłoczone obok siebie” i doskonale opisuje ciasną zabudowę tutejszego nabrzeża.
O samym miasteczku nie mogłam nic powiedzieć, gdyż leży ono na samym brzegu morza, natomiast tory kolejowe są usytuowane nieco wyżej, na zboczu góry. Z tego powodu z okien pociągu niewiele można zobaczyć poza dworcem, który jest typową, liguryjską stacyjką z początku XX wieku, palmami, drzewkami pomarańczowymi, dachami domostw poniżej i morzem aż po horyzont.
Po raz pierwszy znalazłam się tam w pewnym sensie przymusowo, gdyż właśnie z Camogli odpływa statek do Capodimonte, gdzie leży zabytkowe opactwo San Fruttuoso, które było zasadniczym celem mojej wyprawy.
Kiedy planowałam tę wycieczkę moi włoscy znajomi powiedzieli mi, że nie pożałuję, jeśli poświęcę trochę czasu na zwiedzenie miasteczka, gdyż jest to typowa dla Ligurii, bardzo malownicza miejscowość. Kiedy po dwu i półgodzinnej podróży w sobotni poranek około godziny dziewiątej wysiadłam z pociągu, w Camogli panował jeszcze senny nastrój, choć słońce świeciło przepięknie, a niebo miało kolor głębokiego turkusu. Był początek lutego; w Lombardii nadal panowała zima, więc miałam na sobie ciepłą, pikowaną kurtkę. Ku mojemu zaskoczeniu pogoda w Ligurii była niemal wiosenna, a nieliczne osoby, jakie napotkałam, były przyodziane w swetry lub bluzy z polaru. Ponieważ pod kurtką również miałam taką bluzę, szybko przystosowałam się do sytuacji, zapakowałam wierzchnie okrycie do plecaka i ruszyłam przed siebie. Od stacji do portu prowadzi główna ulica miasteczka, wiodąca lekkim zakosem w dół, w kierunku morza. Kiedy przeszłam jej niewielki odcinek, wiedziałam już, że to urocze miejsce znajdzie swój stały kącik w moim sercu i z pewnością zechcę tam wrócić.
Zapewne to pierwsze, tak korzystne wrażenie było związane z przepiękną słoneczną pogodą i cudowną atmosferą leniwego poranka, kiedy rybacy, którzy pracowali w nocy, śpią smacznie, a inni mieszkańcy z racji soboty nie muszą się śpieszyć do swoich zwykłych zajęć. Wysokie domy, pomalowane na ciemnożółto i pomarańczowo w blasku słońca wyglądały wspaniale. Zachwyciły mnie te wielkie kamienice z niezliczonymi oknami, przysłoniętymi drewnianymi, dwuskrzydłowymi persjanami, pomalowanymi na ciemnozielony kolor. Obydwa skrzydła w połowie wysokości mają zawiasy, dzięki czemu można podnieść ich dolną część, co wewnątrz mieszkań zapewnia zarówno cień, jak i przepływ powietrza. Takie persjany po raz pierwszy widziałam w Bari, tuż po przyjeździe do Włoch, zawsze też kojarzyły mi się z czymś egzotycznym, z morskim wiatrem i słońcem... W Lombardii powszechnie używa się zwijanych rolet zewnętrznych lub prostych okiennic malowanych na szaro lub brązowo, więc z przyjemnością patrzyłam na ten widok i wspominałam moje pierwsze włoskie dni.
Inną rzeczą, która mnie uderzyła i sprawiła, że powróciłam pamięcią do początków mojego pobytu we Włoszech, był zapach świeżo parzonej kawy połączony z morską bryzą. Po wyjeździe z Bari najbardziej mi brakowało właśnie tego cudownego aromatu, gdyż jestem nałogową kawoszką i bez kawy nie wyobrażam sobie życia. W Bari, kiedy wychodziłam na ulicę i przechodziłam koło licznych kawiarenek serwujących poranne espresso, ten zapach był dla mnie niczym narkotyk. Oczywiście ja również zaczynałam każdy dzień od "małej czarnej" ale jak wiadomo, nadmiar wypijanej kawy nie sprzyja zdrowiu, natomiast można ją wąchać do woli... W Bari lubiłam patrzeć na kelnerów w śnieżnobiałych koszulach z muszką i długich, czarnych fartuchach, wybiegających na ulicę z tacą w ręku, gdzie pod wykrochmaloną serwetką stały pachnące filiżanki i dzbanuszek z mlekiem. Wtedy był to dla mnie bardzo egzotyczny widok, bo nie wiedziałam, że zgodnie z obyczajem powszechnym na południu Włoch, pracownicy z okolicznych biur dzwonią do pobliskiego baru, aby zamówić poranną kawę do miejsca pracy.
Co ciekawe, w Lombardii kawa pachnie zupełnie inaczej, niewykluczone, że dzieje się tak z powodu ciężkiego, wilgotnego powietrza i trującego smogu zalegającego nad Doliną Padu. Mam wrażliwy węch, więc przeszkadzało mi to tak bardzo, że przestałam używać kafetiery, gdyż woń wyparzonych fusów przyprawiała mnie o mdłości. Jednak mój organizm domagał się codziennej porcji kofeiny, więc zdecydowałam się na szybką w przygotowaniu Nescafé. Różnica w smaku, choć wyczuwalna, była do zniesienia, a poza tym nie musiałam myć kafetiery, czego nie cierpię z całej duszy. W Camogli znowu mogłam napawać się tym prawie zapomnianym wrażeniem, jakie mi towarzyszyło w pierwszych miesiącach mojej emigracji, więc weszłam do pierwszego napotkanego baru na filiżankę espresso. Podobnie jak Proust, u którego smak magdalenki uruchomił lawinę wspomnień z dzieciństwa, wróciłam pamięcią do poranków w Bari i tego wszystkiego, co się zdarzyło w ciągu wielu lat, od chwili, kiedy po raz pierwszy postawiłam stopę na włoskiej ziemi...
Budynki stojące przy głównej ulicy Camogli oprócz persjan mają jeszcze jedną cechę, typową dla tego regionu. Są to elewacje malowane techniką trompe l'oeil, która za pomocą odpowiednio dobranych odcieni farby tworzy iluzję światła i cienia. To sprawia, że płaska ściana nabiera cech trójwymiarowości, a nasze oczy widzą nieistniejące w rzeczywistości posągi, kolumny i balustrady. Jak już wspomniałam, główna ulica miasteczka biegnie nieco poniżej linii torów kolejowych, po zboczu wzgórza, równolegle do brzegu morza. Dla wygody mieszkańców, co kilkadziesiąt metrów pomiędzy budynkami pozostawiono wąskie prześwity, ze schodami wiodącymi wprost na plażę.
Kiedy dotarłam do końca ulicy, znalazłam się przy takich schodach prowadzących do niezbyt dużego portu, skąd miał odpłynąć statek do opactwa. Stało tam mnóstwo rybackich łodzi, które wczesnym rankiem wróciły z nocnego połowu. Wszędzie wokoło wisiały żółte i pomarańczowe sztormiaki suszące się w porannym słońcu oraz wielkie zwoje sieci z czerwonymi pływakami. Podczas spaceru zauważyłam tam coś, co mnie zastanowiło i rozbawiło jednocześnie. Było to stare plastikowe wiadro z dużym napisem „Se vuoi prenditi anche questo!!” (Jeśli chcesz, weź także to!!). Pomyślałam, że być może jest to zgryźliwy komentarz kogoś, komu już nieraz zginęło wiadro, więc w taki sposób postanowił zostawić złodziejowi "wiadomość zwrotną", a ten osobliwy szczegół zapadł mi w pamięć równie mocno jak widok kolorowych łodzi.
Na lewo od portu znajduje się niewielki placyk, wybrukowany okrągłymi kamieniami w odcieniach szarości i bieli, ułożonymi w misterne wzory w kształcie rozet. W głębi placu umieszczono piękne schody z białego marmuru, prowadzące na dwustopniowy taras, z którego wchodzi się do kościoła i zamku wznoszącego się nieopodal na wysokiej skale wyrastającej z morza.
Obydwie budowle znajdują się tuż przy plaży, lecz dostępne są jedynie z tarasu, co w razie napaści na miasto od strony morza, pozwalało mieszkańcom na szybką ucieczkę i schronienie się w ich murach. Zamek nie jest zbyt duży, ale chyba nieźle sprawował swoją obronną funkcję, o czym może świadczyć jego groźna nazwa — Castel Dragone, czyli "Smoczy Zamek". Zastanawiałam się, czy ma to jakiś związek z legendą o smoku z pobliskiego Capodimonte? Tak czy inaczej, można tu do dziś podziwiać "zęby smoka", czyli dwie potężne armaty z lufami zwróconymi w kierunku morza, stojące na tarasie obok kościoła. Patrząc na nie, nietrudno uwierzyć, że dobrze wycelowane, mogły skutecznie roznieść na strzępy każdy okręt, który nieproszony chciałby zbliżyć się do miasta.
Masywna bryła kościoła i jego bezpośrednie sąsiedztwo z zamkiem, świadczą o tym, że w razie niebezpieczeństwa mógł być schronieniem i znaczącym punktem oporu dla mieszkańców, którzy w razie potrzeby mogli dać wsparcie żołnierzom. Dziś taras pomiędzy nimi służy jako punkt widokowy, można stąd obserwować wspaniałą panoramę, z Genuą bielejącą po prawej stronie oraz rozpościerającą się na lewo plażę i przylegające do niej zabudowania Camogli. Okolica istotnie jest tak piękna, że trudno ją zapomnieć. Plaża jest co prawda szara i kamienista, lecz blask słońca sprawia, że lśni bielą i srebrem. Wzdłuż niej prowadzi bulwar będący paralelą głównej ulicy miasta, przy którym również wznoszą się wysokie domy, pomalowane na ciepłe, żywe kolory.
W głębi są podwórka-studnie, a całość połączono systemem schodów, o których pisałam uprzednio. Tym razem zadowoliłam się pobieżnym obejrzeniem tej pięknej scenerii i jej sfotografowaniem, gdyż głównym celem mojej wycieczki było opactwo San Fruttuoso. Ponieważ zbliżała się godzina, o której odpływał statek do Capodimonte, musiałam przerwać spacer, by wrócić do portu. "Zaokrętowałam się" bez przeszkód, po chwili statek opuścił zatokę i skierował się w stronę pełnego morza, więc miałam okazję zobaczyć Camogli z innej perspektywy i znowu zrobić parę zdjęć. Nie mogłam też napatrzeć się na kolor morza, które w miarę jak oddalaliśmy się od lądu przybierało barwę indygo i na linię brzegową, gdzie w lazurowej mgle rysowały się Alpy Liguryjskie i Zatoka Genueńska. Po chwili przybiliśmy do miejsca zwanego Punta Chiappa, gdzie jest najmniejsza we Włoszech przystań rybacka, zwana Porto Pidocchio (pidocchio to po prostu wesz, więc zapewne chodzi o to, że port jest taki mały, jak nie przymierzając ten insekt). Przed nami był jeszcze kilkunastominutowy rejs wzdłuż wybrzeża do miejsca, o którym pisałam w poście pt. Liguria. Opactwo San Fruttuoso w Capodimonte.
Podczas tej pierwszej wizyty nie starczyło mi czasu, aby wstąpić do słynnej pasticerii Rovello, w której sprzedawane są pyszne ciasteczka wspomniane w tytule. Dlatego ponownie pojechałam do Camogli, a podczas tej drugiej wizyty odkryłam zupełnie inne oblicze miasteczka. To właśnie wtedy trafiłam do niewielkiej cukierni, gdzie mogłam spróbować słynnych ciasteczek camogliesi – o czym opowiadam w kolejnej części, którą można znaleźć pod linkiem Liguria. Camogli, zapach kawy i pyszne ciasteczka (część II)
Więcej zdjęć z Camogli jest w albumie






Twoje wpisy wywołują u mnie lawinę skojarzeń, po pierwsze temperatura, pamiętam mały szok, jaki wywołała we mnie wycieczka do Rzymu, kiedy wylatywałam rano z Gdańska w temperaturze minus 16 stopni a trafiłam na plus 12, ja w ciepłej zimowej kurtce, a ludzie w wiosenno-jesiennych okryciach :) Po drugie- zapachy i smaki, które zostają w pamięci już na zawsze; lody, które dla mnie na Piazza Navona smakują inaczej, niż gdziekolwiek indziej, tiramisu, które najlepsze w życiu jadałam w ...Gdyni, bruscheta....i tak możnaby mnożyć, pamięć smaku z pamięcią zapachu, miejsca, okoliczności, przeszłości... a miejscowość prześliczna. Ty wiesz, że te, które otacza woda mają u mnie już palmę pierwszeństwa choćby tylko z tego powodu.
OdpowiedzUsuńCamogli jest urzekające, chociaż "w sezonie" zapewne są tam tłumy czego osobiście nie lubię, więc nie ryzykowałam powrotu latem. A smaki i zapachy przywołują wspomnienia nie gorzej niż obrazy, to fakt, ja sama też mam mnóstwo takich...Pozdrawiam niedzielnie!
UsuńBardzo ładna miejscowość pełna zachwycających budynków. Ich sposób dekoracji zadziwia, wydaje się, że są bogato zdobione a to tylko złudzenie optyczne. Znów z przyjemnością pospacerowałem miastem pełnym słońca i zapachu morza. Bardzo obrazowo opisujesz.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Z tego co słyszałam ten sposób ozdabiania ścian jest typowy dla Ligurii a w Genui jest specjalna szkoła takiego malowania, więc tradycja w narodzie nie ginie, i dobrze, bo to wygląda po prostu fantastycznie. Liguria jest naprawdę piękna i żałuję, że nie poświęciłam jej więcej czasu ale zawsze mi go brakowało...Serdecznie pozdrawiam!
UsuńDziękuję za przybliżenie tak pięknego miejsca.Twoje fotki też są fajne.Pozdrawiam Jola
OdpowiedzUsuńA ja dziękuję za odwiedziny i miły komentarz. Wzajemnie pozdrawiam!
UsuńCiekawe miejsce, piękne budynki, niesamowite elewacje. Nie lubię kawy rozpuszczalnej a raczej moja wątroba ale kawy potrzebuję. Kiedyś prowadziłam zajęcia w sali obok palarni kawy i to nie był czas klimatyzowanych pomieszczeń - ten zapach był nie do wytrzymania.
OdpowiedzUsuńWłochy pachną i topolami i kawą i dobrymi kosmetykami...
W sumie Nesca nie może się równać z dobrym espresso ale taka z kafetiery po prostu zaczęła mnie obrzydzać, czy to z racji wody czy powietrza, po prostu nie mogłam znieść jej zapachu. A nadmiar szczęścia może być nieszczęściem, tak jak Tobie obrzydł zapach kawy, mnie obrzydł zapach miętowych pralinek w czekoladzie po 6 tygodniach kiedy mieszkałam przy fabryce czekolady.
UsuńTak, Liguria jest piękna. Pracowałam w okolicy Forte di Marmi przez trzy sezony,i w wolne dni jeździłam na rowerze po 50 km w jedną albo w drugą stronę wzdłuż wybrzeża. Palmy, promenady, kąpieliska i wspaniałe, dwutysięczne Apeniny i kopalnie marmurów. A lody... lepszych w zyciu nie jadłam. Było wspaniale....Alina.
OdpowiedzUsuńMasz rację, też byłam kiedyś w Forte di Marmi skąd jest jeden krok do liguryjskiego Porto Venere a tuż obok są jeszcze prześliczne wioski Cinque Terre, pejzaż jest cudny to prawda!
UsuńWygląda na to, że Włosi są prawdziwymi smakoszami. Włoskie ciasteczka są znakomite, lody też! :)) BBM
OdpowiedzUsuńO ciasteczkach jeszcze będę pisała, Włosi to istotnie smakosze, nigdzie nie nasłuchałam się tyle o jedzeniu co tam! A lody faktycznie mają fantastyczne, nieporównywalne i co więcej z naturalnych składników, pycha!
OdpowiedzUsuńJak zwykle pokazujesz nam piękne i ciekawe miejsce. Lubię zaglądać tutaj i nabieram coraz większej ochoty na odwiedziny we Włoszech. Akurat dziś znajoma zaproponowała mi wyjazd w przyszłym roku na kilka dni, ale dokładne dane gdzie i kiedy poda później.
OdpowiedzUsuńWłochy mają szczęście, bo gdzie by człowiek się nie ruszył, znajdzie coś ciekawego więc Wasza wycieczka pewnie będzie udana tak, czy inaczej!
UsuńDzieki Tobie coraz bardziej jestem oczarowana wloskimi klimatami!!!
OdpowiedzUsuńDziekuje za kolejna cudowna podroz!!!
Serdecznie pozdrawiam
Ja ja Twoją Odessą...a Camogli i Liguria są naprawdę piękne, to fakt. Również pozdrawiam!
UsuńOooo, widzę, że mój ukochany region Włoch - Trentino ma dużą konkurencję. :-)
OdpowiedzUsuńRzeczywiście pięknie w tej Ligurii... A samo miasteczko niezwykle malownicze. W tym roku nie będę we Włoszech (Chorwacja w planach) ale za rok może ta Liguria mnie skusi...
Bardzo ładne zdjęcia (jak zawsze) i niezwykły opis (jak zawsze) :-)
Dzięki! Chorwacji zazdroszczę bo to jeden z najpiękniejszych regionów w Europie ale Liguria też niczego sobie! Właściwie trudno wybierać bo tyle wspaniałych miejsc jest na świecie...Serdecznie pozdrawiam i czekam na wspomnienia z Chorwacji i życzę wielu pięknych wrażeń!
UsuńChciałabym tam mieszkać ;]
OdpowiedzUsuńJa też bym nie odmówiła!
UsuńLubie kawę i spokojne małe kawiarenki. Ciastkiem tez nie pogardzę. Fajna klimatyczna miejscowość. :)
OdpowiedzUsuńPozdrowionka!