wtorek, 13 listopada 2012

Liguria. Portofino, Castello Brown i kilka refleksji o urodzie miasta.



Po pierwszej wizycie w Portofino (pisałam o niej tutaj Na kawę do Portofino.) powzięłam postanowienie, że w przyszłości znów je odwiedzę. Chciałam to zrobić zanim na dobre zacznie się sezon turystyczny, żeby w spokoju i z dala od tłumów nacieszyć sią tym urokliwym miejscem. Jednak upłynęło sporo czasu do chwili, kiedy ponownie odwiedziłam Ligurię, gdyż zamiast na jesieni, tak jak to planowałam, pojechałam tam dopiero wiosną następnego roku. Do tej drugiej wycieczki skłoniła mnie przedłużająca się lombardzka zima, podczas której chłodne powietrze i wilgoć wyjątkowo mocno dają się we znaki. Obserwując mapę pogody, spostrzegłam, że w okolicy Genui będzie sporo słońca i dużo wyższe temperatury, dlatego też postanowiłam pojechać tam w poszukiwaniu wiosny. 

W tym okresie wybrałam się do Ligurii kilkakrotnie, między innymi do opactwa San Fruttuoso, Camogli i Portofino. Po przyjeździe na miejsce aura przyjemnie mnie zaskoczyła, gdyż okazało się, że wiosna w te strony przychodzi dużo wcześniej, niż w okolicy Mediolanu. Choć była dopiero połowa marca, mimo panującego przedwiośnia dopisała piękna słoneczna pogoda. W donicach i na kwietnikach pyszniły się kolorowe bratki, fiołki oraz inne, wiosenne kwiaty, a w okolicznych ogrodach wśród zimozielonych drzew i krzewów zobaczyłam magnolie z okazałymi pąkami, a także mnóstwo kamelii i gardenii w pełnym rozkwicie. W miasteczku zaskoczyła mnie cisza i spokój — chociaż spotkałam również innych przyjezdnych, panowała zupełnie inna atmosfera, niż w dniu, kiedy je odwiedziłam w pełni sezonu.






Z przyjemnością schowałam do plecaka zimową kurtkę i ruszyłam na spacer po mieście. Jak już wspominałam w pierwszym poście, zatoka, w której leży Portofino ma kształt zbliżony do greckiej litery π, a po jej prawej stronie znajduje się wydłużony, pagórkowaty półwysep. Na jego krańcu umieszczono latarnię morską, natomiast u nasady jest niewielki plac, gdzie wznosi się ładna, barokowa świątynia, pod wezwaniem San Giorgio. Z tarasu przed kościołem jest wspaniały widok na zatokę i miasteczko po jednej stronie oraz piękne, lecz budzące lęk skalne urwisko, schodzące aż do morza po drugiej. 

Nieopodal, nieco wyżej, w połowie drogi do latarni znajduje się górujący nad zatoką niewielki malowniczy zamek, z przysadzistą, okrągłą wieżą. Zbudowano go z szarego lokalnego kamienia, który ma tę właściwość, że w świetle zachodzącego słońca nabiera koloru miodu. Na zamkowym tarasie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające go niczym ogromne, zielone pióropusze. Zameczek nosi nazwę Castello Brown, dość zaskakującą na bądź co bądź włoskiej ziemi. Jest ona związana z jego bogatą historią, którą chciałabym tu  pokrótce streścić. 

Pierwsze ślady fortyfikacji odnalezione w tym miejscu sięgają czasów rzymskich, natomiast nowożytny zamek wzniesiono prawdopodobnie w X wieku. W ciągu kilku stuleci, kiedy to sprawował swoją obronną funkcję, wielokrotnie zmieniał właścicieli, którzy poddawali go kolejnym przebudowom. Obecną postać przybrał dopiero w połowie XVI wieku dzięki Genueńczykom, przez kilka stuleci panującym  nad tą częścią morza Śródziemnego. Nieco później swoją cegiełkę dołożyli też Francuzi, którzy w czasach egipskiej kampanii Napoleona wyremontowali i w znaczący sposób wzmocnili jego mury.  Po zwycięstwie Nelsona nad flotą francuską przeszedł w ręce angielskie, jednak gdy po Kongresie Wiedeńskim w Europie zapanował pokój, zamek stracił swoje znaczenie obronne i został wystawiony na sprzedaż.
 











W 1863 roku kupił go Montague Yeats Brown, który po swoim ojcu Thimotym objął stanowisko konsula w Genui. Zgodnie z włoskim obyczajem od nazwiska właściciela wywodzi się nazwa własna zamku, którą nosi on do dziś. Konsul pochodził z rodziny przez wiele lat związanej z Włochami i choć był Brytyjczykiem, czuł się bardzo związany ze swoją drugą ojczyzną. Nie tylko świetnie mówił po włosku, znał również trudny dialekt liguryjski, będący w zasadzie odrębnym językiem. 

Ówczesne Portofino, leżące na skraju górzystego półwyspu, jak wiele innych osad na liguryjskim wybrzeżu, było trudno dostępne od strony lądu. Najłatwiej można było do niego dotrzeć drogą morską — konsul podczas swej służby wielokrotnie przypływał do Portofino na brytyjskim okręcie Czarny Tulipan i czemu trudno się dziwić, dosłownie zakochał się w tym miejscu. Po zakupieniu zameczku zlecił przeprowadzenie niezbędnych prac, które sprawiły, że dotychczasowa forteca zamieniła się w budynek mieszkalny. Nowy właściciel miał dobry gust i wyczucie stylu, dlatego zalecił wykonawcom, by podczas prac unikali drastycznego ingerowania w jego strukturę. Żeby go upiększyć. Dodano trochę nowych elementów jak marmurowe gzymsy i piękne, ręcznie malowane ceramiczne płytki, którymi wyłożono ściany na klatce schodowej i tarasie. 

Wnętrza zamku wyposażono w zabytkowe meble, a także arrasy, malowidła na desce i inne przedmioty o dużej wartości artystycznej. Drzwi do pokoi wykonano z drewna pochodzącego z okrętu Czarny Tulipan, który po zawarciu pokoju został rozbrojony i przeznaczony do likwidacji. Życzeniem konsula było, aby na stoku poniżej zamku powstał rozległy, tarasowy ogród opasujący wzgórze. Drugi, mniejszy, urządzono na tarasie, jest on w zasadzie przedłużeniem domu, gdyż wychodzi się do niego wprost z holu. 

Tu właśnie rosną dwie wielkie sosny, ocieniające budynek. Posadził je konsul w 1875 roku dla upamiętnienia dnia swojego ślubu i na cześć małżonki, Agnes Bellingham. Dziś jedna z nich ma się świetnie, natomiast w drugą kilka lat temu uderzył piorun. Drzewo przeżyło, lecz daleko mu do dawnej urody i okazałości.







Po śmierci konsula w 1921 roku zamek odziedziczyli jego potomkowie, którzy w 1949 roku sprzedali go angielskiemu małżeństwu Johnowi i Joceline Barber. Nowi właściciele mieli wielkie zamiłowanie do archeologii, więc przeprowadzili w zamku specjalistyczne poszukiwania, te zaś zaowocowały odkryciem wielu tajemniczych zakątków. W 1961 roku Barberowie sprzedali zamek Gminie Portofino — dzięki tej decyzji dziś jest tu muzeum dostępne szerokiej publiczności.

Podczas poprzedniego pobytu zabrakło mi czasu i nie zdołałam zobaczyć wnętrz zamku, dlatego też wybrałam się tam po raz kolejny specjalnie w tym celu. Tym razem wszystko poszło tak, jak tego oczekiwałam, a dawna forteca okazała się naprawdę uroczym zakątkiem. Ponieważ dwaj ostatni właściciele nie pokusili się o zbyt daleko idące zmiany, jest to nadal zamek, a nie luksusowa willa w zamkowej skorupie. 

Przestronne, niskie komnaty, w których panuje przyjemny chłód, mają ściany pomalowane na pastelowe kolory, podobnie jak domy w miasteczku; zachowano też oryginalne kominki i podłogi. Z dawnego wyposażenia pozostały nieliczne meble mające dużą wartość artystyczną i historyczną, a także cenne arrasy i malowidła na desce. W pokojach można obejrzeć bardzo bogaty zbiór fotografii z lat 50. i 60. XX wieku. Są to zdjęcia sławnych i popularnych aktorów oraz osobistości ze świata polityki i tzw. wyższych sfer, niegdyś spędzających wakacje w Portofino i okolicznych miejscowościach.

Obejrzałam je z wielkim zainteresowaniem, jako że są one świadectwem czasów, kiedy powstała piosenka „Miłość w Portofino”, od której zaczęła się moja prywatna przygoda z tym miasteczkiem. Oprócz znanych osób uwieczniono na nich również dawne Portofino, które nie było jeszcze ekskluzywnym kurortem, lecz zwykłą, choć bardzo malowniczą, rybacką wioską. 

Nie mogłam się oprzeć i na pamiątkę sfotografowałam część wystawy, co nie było łatwe, bo zdjęcia umieszczono za szkłem, w którym odbijało się światło. Ekspozycja jest bardzo spójna – fotografie oprawiono w jednakowe, proste srebrne ramy z passe-partout, na których ktoś pięknie wykaligrafował podpisy informujące, kogo uwieczniono i w jakiej sytuacji.

Byłam pod wrażeniem nazwisk aktorów takich jak Susan Howard, Orson Welles czy Joan Collins, prezentująca na zdjęciu wyjątkowo zgrabne nogi, a także piękna seksbomba Jayne Mansfield. W Portofino gościły takie osobistości jak  król Hiszpanii Juan Carlos z królową Zofią, Rainier książę Monako z rodziną, Jaqueline Kennedy i Winston Churchill. Były to piękne czasy, pełne prostoty – królewska para niczym zwykli przechodnie spaceruje bez ochrony po nabrzeżu, a o ich materialnym statusie świadczą jedynie przepiękne, ekskluzywne mokasyny firmy Gucci.

 Moją uwagę przykuły zdjęcia ślicznej, młodziutkiej Zofii Loren w białych szpilkach oraz szczupłego, uśmiechniętego Marlona Brando, który pozdrawia kogoś stojąc w drzwiach pociągu. Nie mniej ciekawie prezentuje się para ówczesnych gwiazd – Rita Hayworth i Rex Harrison – uwieczniona w strojach dalekich od elegancji, podczas jazdy terenówką wyglądającą jakby pochodziła z demobilu. Szczerze mówiąc, w przeciętnej kobiecie o sterczących krótkich włosach, ubranej w bezkształtny płaszcz, trudno rozpoznać boską Ritę, jaką pamiętamy z ekranu.

Jednak najbardziej wyjątkowe ujęcie pochodzi z 1963 roku i przedstawia Gretę Garbo, która po zakończeniu kariery jak ognia unikała fotografów. Tym razem została zaskoczona obok przystani w towarzystwie jakiegoś przystojniaka w pirackiej chustce na głowie i w pięknych białych tenisówkach. Pięćdziesięcioośmioletnia Greta z wrodzoną elegancją nosi swój wakacyjny strój, składający się z białej bluzki, spodni i espadryli; jej rękę zdobi ciężka bransoleta, a twarz osłania kapelusz i duże, ciemne okulary. Chociaż wyraźnie widać, że jest niezadowolona z tej sytuacji, aktorka chyba wybaczyła fotografowi i nie zażądała zniszczenia zdjęcia, co podobno zdarzało się dość często.







Z zamkowego tarasu dość dobrze widać ścieżkę, którą przed miesiącem przyszłam do  Portofino z opactwa San Fruttuoso (pisałam o tym w poście pt. Rezerwat Przyrody, czyli na piechotę z Capodimonte do Portofino.) oraz leżącą na przeciwległym wzgórzu i odległą o kilkaset metrów willę Altachiara. Pierwszy właściciel willi, lord Carnavon i gospodarz zamku konsul Brown, darzyli się wzajemną sympatią, utrzymywali dobre sąsiedzkie stosunki, często się odwiedzali oraz odbywali wspólne przechadzki. 

À propos przechadzek — zaciekawiło mnie, jaki związek z historią półwyspu ma nazwa stromej dróżki, prowadzącej po urwisku od strony morza, noszącej nazwę discesa a Cala degli Inglesi, czyli zejście do Zatoczki Anglików i kim byli ci Anglicy? Czy nazwa wiąże się z czasami, kiedy w zamku stacjonował niewielki angielski garnizon, czy ze sportowymi wyczynami angielskich turystów? Ścieżka nosząca tę intrygującą nazwę nadal uchodzi za niebezpieczną, chociaż obecnie jest wyposażona w system łańcuchów, ułatwiających drogę i chroniących przed upadkiem. A upadek z urwiska w tej okolicy może mieć naprawdę tragiczne konsekwencje, jak tego dowodzi niewyjaśniona śmierć  nieszczęsnej hrabiny Vacca Augusta, o której pisałam w poście pt. Na kawę do Portofino.

Próbowałam szukać informacji na temat tej nazwy, jednak nie znalazłam absolutnie nic, poza opisem szlaku. Najbardziej prawdopodobne wydało mi się to, że spoczywa tam wrak jakiegoś angielskiego okrętu, gdyż ta okolica była miejscem wielu morskich katastrof. Jedna z nich miała miejsce w 1967 roku, kiedy sztorm rzucił na skały i zatopił kanadyjski statek transportowy Mohawk Dree. Jego nieźle zachowane szczątki do dziś spoczywają na głębokości około dwudziestu metrów i mimo zakazu są częstym celem podwodnych eksploratorów.







Cóż jeszcze mogłabym tu dodać? Czy to, że życie dało mi nieoczekiwany prezent w postaci spełnionego marzenia? A może to, że ten bajkowy pejzaż zostanie na zawsze w moich wspomnieniach? Kiedy wyszłam z zamku na taras i spojrzałam w dół, mogłam zobaczyć zatokę i miasteczko nieomal z lotu ptaka. Kolorowe domki na nabrzeżu, szmaragdową wodę, zielone wzgórza i dalej, na horyzoncie, błękitne morze zlewające się z niebem. Cały ten urzekający pejzaż kąpał się w słońcu, lecz pod sosnami konsula panował przyjemny półcień. Zrozumiałam wtedy, co go tak oczarowało, iż zapragnął zamku na własność... 

Zapewne tak jak mnie urzekło go piękno okolicy, spokój i poczucie zawieszenia pomiędzy niebem i ziemią, niczym w ptasim gnieździe uwitym na skale. Skromność niegdysiejszych gospodarzy zamku i ich decyzja o ograniczeniu się do jedynie niezbędnych wygód sprawiły, że wprowadzone zmiany podniosły jeszcze naturalne walory tego miejsca. Co prawda, kiedy zeszłam do parku położonego po lewej stronie zamku, zobaczyłam coś, co mi nieprzyjemnie zazgrzytało, jakąś tajemniczą rurę mającą kształt blaszanego komina, umieszczoną pomiędzy wieżą a ścianą budynku mieszkalnego. Wygląda to zupełnie współcześnie i trochę szpeci budynek, jednak prawdopodobnie było niezbędne, jako część systemu wentylacyjnego. 
 
Za to gdybym mogła, chętnie bym wyrzuciła z hukiem współczesną, blaszaną syrenkę odpoczywającą na murku i również blaszanego dyskobola przy wejściu. Jest tak paskudny, że nie fotografowałam go, bo wolałabym o nim jak najszybciej zapomnieć. 

Portofino bez wątpienia jest miasteczkiem niezwykłej urody, jednak zobaczyłam tam coś, co według mnie ma się do niego, niczym przysłowiowy kwiatek do kożucha. Być może, znajdą się osoby niepodzielające mojego oburzenia i narażę się na zarzut braku zrozumienia dla współczesnej sztuki, jednak będę się upierać przy twierdzeniu, że pewne rzeczy nie tylko nie pasują do siebie, lecz wręcz mówiąc potocznie - gryzą się. 






Zastanawia mnie, jak w miejscu, gdzie pejzaż jest chroniony i w związku z tym nie można tam budować nic, co mogłoby go naruszyć, mógł powstać twór, jakim jest muzeum współczesnej rzeźby pod otwartym niebem... Wszystkie eksponaty umieszczono w zabytkowym, tarasowym ogrodzie, przy czym na pierwszym planie można zobaczyć jakieś koszmarne stworzenia wyglądające niczym surykatki w kolorze fuksji stojące na elementach ogrodzenia oraz realistycznie oddanego nosorożca, wiszącego na czymś, co przypomina portowy podnośnik. 

Nie zdziwiłabym się, gdyby znalazły się w Disneylandzie, centrum handlowym, czy wśród współczesnych zabudowań, jednak w tym rybackim miasteczku według mnie są zupełnie nie na miejscu. Próbowałam je zobaczyć z bliska, aby dowiedzieć się, kim są autorzy tych dzieł. Niestety, wejście do ogrodu było zamknięte, gdyż muzeum można zwiedzać jedynie w miesiącach letnich.

Osobiście sądzę, że prawdziwa sztuka, również nowoczesna, broni się nawet w historycznym otoczeniu, pod warunkiem, że jest to naprawdę dobrze skomponowane. Kiedy wraz z Martą byłam w prześlicznej, barokowej Orcie, miałyśmy okazję obejrzeć uliczną wystawę monumentalnych rzeźb Mimmo Paladino, o której pisałam jakiś czas temu tutaj Orta San Giulio i wystawa Mimmo Paladino.

Mimo całkowitej różnicy stylu nie raziły, gdyż umieszczono je w przemyślany sposób w takich punktach miasteczka, że ich obecność zyskiwała nowy wymiar i sens. W moim odczuciu każda rzeźba, a przede wszystkim ta w plenerze potrzebuje należytego miejsca i tła, które wydobywa jej walory. W tym wypadku stłoczono je w sposób zupełnie niedorzeczny, co sprawia, że trzeba je oglądać z niewielkiej odległości, bez zachowania odpowiedniej perspektywy. 

Zapewne byłaby to świetna idea, gdyby Portofino dysponowało dużym parkiem na płaskim terenie, co pozwoliłoby na stworzenie naprawdę interesującej ekspozycji. Obecna sprawia wrażenie zrobionej na siłę, jakby miasto otrzymało kłopotliwy prezent, z którym nie wiadomo co zrobić, a odrzucić go po prostu nie wypada. Ponieważ nie mogłam wejść do muzeum, próbowałam popatrzeć przez płot. Udało mi się podejść stosunkowo blisko i zajrzeć do parku z uliczki biegnącej powyżej.

Z tego, co widziałam, wszystkie rzeźby są umieszczone bez ładu i składu a co więcej, bez żadnego związku z przestrzenią. Po powrocie do domu w internecie przeczytałam artykuł na temat tego przedsięwzięcia, lecz nawet nazwiska uznanych twórców nie zmieniły mojego zdania, że jest to niedobry pomysł, robiący krzywdę miasteczku i artystom. W wirtualnym muzeum obejrzałam także większość eksponatów, jednak nie było wśród nich ani różowych stworzeń, ani wiszącego nosorożca.







Miałam jeszcze sporo czasu do odjazdu, pogoda była nie najgorsza, więc postanowiłam poszukać zacisznego miejsca, gdzie mogłabym usiąść, aby wypić popołudniową kawę. W Portofino jest duży wybór lokali gastronomicznych; ponieważ była niedziela, większość z nich była otwarta, choć do rozpoczęcia sezonu pozostało jeszcze sporo czasu. 

Szczerze mówiąc, miałam niejakie opory przed konsumpcją w miejscu, gdzie kawa niekiedy kosztuje od trzech (espresso) do piętnastu euro (moja ulubiona po irlandzku). A to przecież nie koniec wydatków, bo zasiadanie przy restauracyjnym stoliku, żeby wypić jedynie kawę, po pierwsze — nie jest dobrze widziane przez personel, więc należałoby zamówić coś jeszcze, a po drugie — trzeba też doliczyć cenę nakrycia stolika (na ogół kilka euro) no i zwyczajowy napiwek.

Wynikało z tego, że prawdopodobnie byłaby to najdroższa kawa w moim życiu, i chociaż nie jestem sknerą, to (nawet przy mojej dość zasobnej kieszeni) wydawanie na kawę sumy, za którą z powodzeniem mogłabym zrobić parodniowe zakupy albo wspomóc kogoś w potrzebie, wydawało mi się lekką przesadą. 

W związku z tym zadowoliłam się przyjemną lodziarnią, gdzie serwowano również kawę espresso w ogólnie przyjętej cenie jednego euro i zainstalowałam przy stoliku stojącym na bulwarze. Lody były naprawdę świetne, więc powoli delektowałam się nimi, obserwując zatokę. Tuż przede mną była zacumowana niewielka, biała łódka, którą objęły w posiadanie trzy mewy. Rozbawił mnie widok tych dość szczególnych załogantów siedzących rządkiem na burcie i czyszczących pióra. 

Nagle ni stąd, ni zowąd dobiegł mnie odgłos grzmotu, a po chwili ze wciąż jasnego nieba zaczął kropić drobny deszcz. Dopiłam kawę i postanowiłam, że resztę dnia spędzę w Genui. Kiedy mój autobus dojeżdżał do dworca w Santa Margherita Ligure rozpadało się na dobre, lecz widać było, że nieco dalej na północy, nadal świeci słońce. Pogratulowałam sobie pomysłu, bo zanosiło się na to, że w Genui jednak może być pogodnie. Oprócz tego dobrze się składało, bo zawsze chciałam zobaczyć sławną, genueńską katedrę.



Jeśli ktoś chciałby zobaczyć więcej zdjęć z Castello Brown, zapraszam do obejrzenia albumów

sobota, 10 listopada 2012

Liguria. Na kawę do Portofino.



Liguria to jeden z najpiękniejszych regionów Włoch. Kiedy mieszkałam w Mediolanie, wiele słyszałam o jej wspaniałych zakątkach, które koniecznie należy zobaczyć. Mówiono mi o górach, schodzących wprost do morza o pięknie przyrody, malowniczych miasteczkach, wspaniałym klimacie i o tym, że wiosna przychodzi tam przynajmniej o miesiąc wcześniej, więc niejednokrotnie już pod koniec lutego kwitną mimozy. 

Brzmiało to bardzo zachęcająco, a kiedy wreszcie przyszedł czas, że zobaczyłam to wszystko na własne oczy, mogłam jedynie potwierdzić tę obiegową opinię. Tak się zresztą złożyło, iż podobnie jak w wielu innych przypadkach, początek mojego zainteresowania tą krainą miał miejsce wiele lat temu. Portofino było jedną z tych miejscowości, które mnie fascynowały, odkąd sięgnę pamięcią. Po raz pierwszy usłyszałam tę nazwę, kiedy jako dziecko urządzałam sobie dom pod stołem w pokoju.

Było to chyba pod koniec lat pięćdziesiątych a może na początku sześćdziesiątych, kiedy to jedynym łącznikiem ze światem kultury było nasze małe radio marki "Pionier". Repertuar rozgłośni Polskie Radio był w owych czasach bardzo skromny; nadawano audycje oświatowe, muzykę poważną (najczęściej utwory Szopena), ludowe piosenki i trochę muzyki rozrywkowej w wykonaniu znanych, polskich wykonawców. Jedną z nich była Sława Przybylska, która spopularyzowała w Polsce włoską piosenkę Freda Buscalione Miłość w Portofino. Do dziś pamiętam ten pełen smutku, sentymentalny tekst o opuszczonej dziewczynie i drodze do Portofino, na której "został żółty kurz". Szczerze mówiąc, zarówno ta, jak i inne piosenki z tego okresu, (powtarzane do znudzenia wiele razy w ciągu dnia) mogły doprowadzić do ciężkiej depresji, jednak dzięki temu, mimo upływu czasu, do dziś pamiętam ich teksty, a nawet intonację głosu wykonawców.








Minęło kilka lat, nieco podrosłam i dostałam mój pierwszy atlas geograficzny. Uwielbiałam go rozkładać na stole i oglądać mapy; urzekały mnie ich kolory, za którymi kryły się morza, góry i równiny, baśniowe krainy odległe i tajemnicze... Czytałam egzotyczne, obco brzmiące nazwy, próbując sobie wyobrazić miejsca, jakie oznaczały. Pamiętam, że jednymi z moich ulubionych i oglądanych chętniej niż inne, były mapy Włoch i Hiszpanii, ze względu na piękne, dźwięczne nazwy miejscowości. 

Pewnego dnia, na wybrzeżu Włoch zauważyłam maleńkie kółeczko z napisem 'Portofino". Zastanawiałam się, czy jest to miejscowość z piosenki; te wątpliwości rozwiał ojciec, który potwierdził moje przypuszczenia. Zapewne w tym miejscu skończyłaby się owa historia, gdyby nie to, że po wielu latach życie rzuciło mnie na włoską ziemię. Podczas jednej z wizyt w Mediolanie, na popularnym deptaku via Dante, miałam okazję obejrzeć wystawę fotogramów, prezentujących najpiękniejsze miejsca we Włoszech. Jedno z tych zdjęć przestawiało właśnie Portofino, zobaczyłam je wtedy po raz pierwszy; niewielką zatoczkę, zielone zalesione wzgórza wokół niej i rząd kolorowych, wysokich domów tuż na skraju wody. Bardzo mi się spodobało to miejsce i pomyślałam wtedy, że dobrze byłoby wybrać się tam w przyszłości...

Jednak sprawy tak się układały, że odsuwałam w czasie ten projekt z obawy przed dość znaczną odległością a o tym, że tam wreszcie dotarłam, podobnie jak w wielu innych wypadkach, zadecydował za mnie ślepy traf. Pewnego roku pod koniec lata, miałam kilka wolnych dni, więc chciałam wykorzystać je na dłuższe wypady po okolicy. Mieszkałam wówczas w małym mieszkanku należącym do pewnej włoskiej rodziny; moi gospodarze właśnie wyjechali na kilkutygodniowe wakacje, zostawiając mi pod opieką psa i dwa koty, więc z konieczności miały to być wyjazdy jednodniowe, ponieważ zwierzaki musiały otrzymać należną im rację żywnościową. 








Jednym z miejsc, jakie miałam zamiar odwiedzić, było miasteczko Courmayeur leżące u podnóża Mont Blanc. Przygotowałam się należycie do tej wycieczki i skoro świt wyruszyłam do Mediolanu. Niestety, połączenia miałam "na styk" a ponieważ były jakieś problemy z metrem, z powodu spóźnienia straciłam jedyny poranny autobus, jadący w stronę Valle d'Aosta. Byłam bardzo zła i rozgoryczona, lecz postanowiłam, że jednak muszę zrobić coś sensownego z tym dniem, gdyż nie miałam najmniejszej ochoty na powrót do domu ani snucie się z plecakiem po rozpalonych, mediolańskich ulicach. Pojechałam na Dworzec Centralny, aby sprawdzić, gdzie ewentualnie mogłabym się wybrać. Kiedy studiowałam rozkład jazdy, nagle doznałam olśnienia — Portofino!

Okazało się, że dojazd jest prostszy, niż myślałam, a do tego mam dogodny, wieczorny pociąg powrotny. Niewiele myśląc, kupiłam bilet i ruszyłam w drogę. Po upływie około dwóch godzin i przejechaniu kilku tuneli pod Alpami Liguryjskimi dojechaliśmy do Genui, gdzie pociąg skręcił na południe, w stronę miasta La Spezia. Jechaliśmy wybrzeżem a ja, oczarowana pejzażem patrzyłam na rozświetlone morze za oknem, na palmy, drzewka pomarańczowe i kwitnące oleandry. 

Po kilkudziesięciu minutach znalazłam się w Santa Margherita Ligure, tu należało wysiąść, aby dotrzeć do niedalekiego Portofino. Santa Margherita jest popularną miejscowością wypoczynkową i w sezonie letnim zawsze są tam tłumy ludzi. Szczerze mówiąc, chyba wyglądałam dość dziwacznie pośród porozbieranych plażowiczów; ubrana w trapery i długie ciemne spodnie, jak przystało komuś, kto wybiera się w góry. Do tego miałam mocno wypchany plecak, gdyż oprócz butelki z wodą i prowiantu, tkwiła w nim także ciepła kurtka, niezbędna podczas wjazdu kolejką linową na Mont Blanc. 







Zastanawiałam się, jak pokonać odległość pięciu kilometrów dzielącą mnie od Portofino. Mogłam jechać autobusem, lecz uznałam, że byłoby to pójściem na łatwiznę, poza tym odstraszyła mnie ogromna ilość ludzi czekających na przystanku, więc wyruszyłam na piechotę wzdłuż asfaltowej drogi, biegnącej brzegiem morza.

Dla pieszych i rowerzystów zbudowano tu specjalną ażurową kładkę zawieszoną nad wodą, co sprawia, że ta trasa jest po prostu przepiękna! Po lewej stronie i pod nogami miałam lazurowe morze zatopione w błękitnej poświacie a po prawej wysokie skały, porośnięte piniowym lasem, opuncjami i kwitnącymi krzewami. Na zboczach tych gór, wśród bujnych ogrodów, wzniesiono romantyczne wille i luksusowe hotele w pastelowych kolorach. Plaże, które mijałam po drodze, były zatłoczone do granic możliwości, a nieopodal brzegu widać było mnóstwo łódek i jachtów. Natomiast na parkingach stała wprost niezliczona ilość samochodów, jeszcze większa motocykli oraz skuterów, jak gdyby wszyscy Włosi umówili się na spotkanie właśnie w tym miejscu. 

Idąc przed siebie, mijałam kolejne kąpieliska z karnymi rzędami plażowych łóżek pod kolorowymi parasolami, pełne ludzi poopalanych na ciemny brąz. Droga w tym miejscu tworzy wiele zakrętów, więc przede mną widniały liczne skaliste cyple, wybiegające w morze. Ponieważ szłam dość długo, sądziłam, że jest już najwyższy czas, abym znalazła się na miejscu. 








Z mapy i zdjęcia wynikało, że Portofino leży w zatoce ograniczonej dwoma niewielkimi półwyspami. Za każdym razem, kiedy dochodziłam do kolejnego zakrętu drogi, wydawało mi się, że za nim ukaże się zatoczka i upragnione miasteczko. Niestety, szłam i szłam, a o Portofino nie było ani widu, ani słychu... Na pociechę robiłam zdjęcia okolicy, która faktycznie urzeka swoją urodą. Mimo pięknej, słonecznej pogody nie mogłam narzekać na upał, ponieważ od morza wiał lekki, orzeźwiający wiatr. 

Wreszcie za kolejnym zakrętem zobaczyłam plażę, zatoczkę i kilka kolorowych domków. To jeszcze nie było Portofino, lecz Paraggi, niewielka miejscowość z piękną plażą, leżąca w jego pobliżu. Plaża jest dobrze zagospodarowana, a woda w płytkim kąpielisku widziana z góry ma wspaniały ametystowy kolor. Korzystają z niej również goście z Portofino, ponieważ w samym miasteczku jedynym miejscem z dostępem do wody jest przystań, gdzie z oczywistych przyczyn kąpiel jest zabroniona Po chwili doszłam do miejsca, gdzie definitywnie skończył się pomost, po którym poruszałam się dotychczas. Asfaltowa szosa biegła dalej a po jej prawej stronie znajdowały się schody, prowadzące do ścieżki na zboczu góry. Tu zobaczyłam białą, porcelanową tabliczkę z kobaltowym napisem Pedonale per Portofino. * Byłam prawie u celu!

Był to moment kiedy odetchnęłam z ulgą, bo wiedziałam że tym razem jest to ostatnie wzgórze przesłaniające widok na Portofino. Ścieżka biegła po jego zboczu a miejscach szczególnie stromych zmieniała się coś w rodzaju wiszącego chodnika. Ta część spaceru była wyjątkowo przyjemna. Gęsto rosnące drzewa rzucały przyjemny cień, a w przerwach pomiędzy nimi był wspaniały widok na morze.









Kiedy pokonałam ostatnie kilkaset metrów dzielących mnie od miasteczka i doszłam do pierwszych zabudowań, wiedziałam już, że nie było cienia przesady w tym, co mi mówiono o jego uroku. Ten odcinek drogi dojazdowej do Portofino prowadzi po stoku dość sporego wzniesienia, a po jej lewej stronie znajduje się rząd domów, stojących tuż nad wodą. Dziś jest ona pokryta asfaltem, więc nie ma na niej żółtego kurzu; jedyne co się unosi w powietrzu, to spaliny z przejeżdżających pojazdów. Charakterystyczne jest to, że budynki stojące na zboczu od strony zatoki mają 3- 4 kondygnacje, natomiast tylne wejście z ulicy jest na wysokości frontowego drugiego, tu będącego parterem. Co kilka domów są prześwity, przez które widać zatokę pełną słońca i skąd można zejść na nabrzeże po wąskich schodach pomiędzy budynkami. 

Portofino jest rzeczywiście bardzo małą miejscowością, kiedyś była to po prostu skromna, rybacka wioska i do dziś niektórzy stali mieszkańcy zajmują się połowem ryb (choć mam wrażenie, że większość z nich żyje jednak z łowienia turystów). Świadczą o tym rybackie łodzie stojące w porcie i suszące się sieci, noszące widoczne ślady użycia, przemawiające za tym, iż nie jest to tylko malowniczy rekwizyt. Z tego, co wiem, niektórzy rybacy wożą też na prywatne połowy turystów, którzy w sezonie przybywają tu bardzo licznie. Część przyjezdnych mieszka w okolicznych hotelach i pensjonatach, choć większość, której nie stać na opłacenie lokum, przyjeżdża tam tylko na jeden dzień. 
 







Portofino to przede wszystkim port w niewielkiej zatoce, która swoim kształtem przypomina grecką literę π.Wzdłuż nabrzeża stoi rząd wysokich, wąskich domów, pomalowanych na żywe kolory; w większości z nich na parterze mieści się bar, kawiarnia, restauracja lub pizzeria. Ich stoliki stoją na nabrzeżu pod daszkami z żaglowego płótna a w jednym z lokali z racji niewielkiej przestrzeni przed budynkiem, ustawiono je na pływającym pomoście, zakotwiczonym w zatoce.

Jak już wspominałam, zatoka leży pomiędzy dwoma półwyspami, do miasta wjeżdża się po tym od strony południowej, natomiast północny wybiega długim, ostrym klinem w morze. W jego najdalej wysuniętej części znajduje się latarnia morska a na szczycie wzgórza leżącego w części centralnej zbudowano w średniowieczu zamek, zwany dziś Castello Brown (mam zamiar poświęcić mu osobny wpis). Nieco niżej mieści się ładny, barokowy kościół San Giorgio, natomiast u nasady półwyspu jest następne wzgórze — na nim znajduje się wielohektarowy park, należący do willi  Altachiara

Willa jest niedostępna i właściwie niewidoczna z powodu bujnie rosnących drzew i krzewów, natomiast ma nader ciekawą historię. Zbudowano ją dla lorda Carnavona, tego samego, który wraz z Carterem odkrył grobowiec Tutenchamona. Swego czasu wiele mówiono o "przekleństwie faraona" w związku z wieloma przypadkami nagłych i niewyjaśnionych śmierci w gronie odkrywców grobowca oraz ich najbliższych, wśród nich również lorda i jego bliskiej krewnej. Piękna, luksusowa willa została uznana za miejsce, na którym również zaciążyło fatum, gdyż kolejnym właścicielom pobyt w niej nie przyniósł szczęścia.








Chyba najbardziej tragiczne wydarzenie miało tu miejsce w czasie mojego pobytu we Włoszech. Właścicielką posiadłości była wtedy ex- modelka, hrabina Francesca Vacca Augusta, która po zapadnięciu zmroku wyszła do parku i przepadła bez wieści. Dopiero po dwóch tygodniach, jej trudne do rozpoznania ciało, wyłowiono z morza w okolicy Marsylii. Tajemnica tej śmierci właściwie nie została do końca wyjaśniona, mimo to uznano, że był to nieszczęśliwy wypadek a niezbyt trzeźwa hrabina, (która lubiła zaszywać się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach) zabiła się, spadając z urwiska. Nie brakowało też głosów, że być może było to morderstwo, lecz ta teoria nie znalazła potwierdzenia w zeznaniach świadków i bezpośrednich dowodach. Po śmierci hrabiny, willę wystawiono na sprzedaż za kwotę kilkudziesięciu milionów euro, swego czasu mówiło się nawet, że nabył ją Silvio Berlusconi, ale to nie jest pewna wiadomość. 

Portofino to miejsce, gdzie, aby spędzić wakacje a tym bardziej posiadać tu swoje locum, trzeba mieć naprawdę duży zasób środków płatniczych. Jednak ludzi, którzy są w ich posiadaniu, nie brakuje, więc przybywają tu licznie i chętnie. W maleńkiej zatoczce, obok rybackich łodzi i żaglówek niejednokrotnie cumują duże, czasem wręcz ogromne, pełnomorskie jachty, należące do tych bardzo, bardzo bogatych. Niegdyś częstym gościem bywał tu Lele Mora, agent włoskich gwiazd i gwiazdeczek, wraz z gronem przyjaciół i znajomych.

Swego czasu oglądałam w TV program, w którym mówiono, że wiele osób jest do tego stopnia zainteresowanych zobaczeniem kogoś z wielkiego świata iż stoją w porcie po kilkanaście godzin, również w nocy, w nadziei, że ktoś z jachtu zejdzie na ląd. Wyczekiwani to przede wszystkim osoby związane z prywatną telewizją Berlusconiego, często sztucznie wykreowane za pomocą sprytnego systemu promowania ludzi, niekoniecznie zasługujących na miano VIP-ów. 








Dość powiedzieć, że we Włoszech największą popularnością cieszą się młode i piękne osoby obojga płci, których jedyną zasługą dla świata jest to, że pokazały swą twarz i minimalistycznie przyodziane ciało, w jakimś niezbyt inteligentnym programie. Ten pusty i pełen blichtru światek, jest nieustannie wstrząsany aferami i skandalami na podłożu obyczajowym, w związku z posądzeniami o prostytucję lub używanie narkotyków. Zresztą sam Lele Mora został oskarżony o stręczycielstwo i wplątany w sprawę sądową Silvia Berlusconiego, któremu zarzuca się nadużycie stanowiska i stosunki z prostytutkami. 

Jeśli istotnie prawdą jest, że były premier kupił willę Altachiara to można powiedzieć, iż również on padł ofiarą klątwy, bo choć fizycznie żyje nadal, nie da się ukryć, że spotkała go śmierć polityczna. Ten nieciekawy aspekt włoskiego życia społecznego, według mnie jest jeszcze jednym dowodem na wszechogarniający konsumizm i upadek obyczajów, więc nie miałam najmniejszego zamiaru rozglądać się za twarzami znanymi z telewizyjnego ekranu. 

Natomiast samo Portofino bardzo mi się spodobało, rzeczywiście jest prześlicznie położone i pełne uroku, który podnosi jeszcze blask słońca, sprawiający, że kolorowe domki wyglądają po prostu bajecznie. 

Za ich pierwszym rzędem wzniesionym w centralnej części nabrzeża, jest kilka maleńkich uliczek i zaułków oraz niewielki placyk. Na okolicznych wzgórzach widać inne budynki porozrzucane wśród drzew i krzewów, a całość robi naprawdę niezapomniane wrażenie. W miasteczku są też liczne sklepy, sprzedające lokalne przysmaki, hafty, koronki i ręcznie robione lalki. Oczywiście nie brakuje również galerii sztuki oraz pracowni malarskich, gdzie można kupić większy lub mniejszy, pamiątkowy obraz. 








Bary i kawiarnie pustawe o poranku, po południu były po prostu oblężone, więc tym razem nie wypiłam w Portofino kawy i zadowoliłam się dużą porcją lodów na wynos bardzo smacznych, jak wszystkie włoskie lody. Do Santa Margherita wróciłam autobusem, a następnie popołudniowym pociągiem do Mediolanu i na koniec podmiejską koleją do domu w Limbiate, gdzie czekali moi wygłodniali podopieczni. Mimo źle zaczętego dnia oraz czasu poświęconego na tę podróż nie żałowałam, iż przypadek zaprowadził mnie do Portofino. Obiecałam też sobie, że jeśli będę mogła, za jakiś czas wrócę w tamte strony.

* Ścieżka dla pieszych do Portofino