poniedziałek, 27 maja 2024

Budapeszt na majówkę - z Wyspy Małgorzaty do zamku Vajdahunyad.


Po powrocie z jaskini Palvologyi resztę dnia postanowiłyśmy poświęcić na odwiedzenie paru ciekawych miejsc w Peszcie. Co prawda nie ma on tak bogatej historii, jak Buda, ale niemniej jest tu wiele interesujących rzeczy do zobaczenia. Przede wszystkim są to muzea o wspaniałych zbiorach, jednak na każde z nich trzeba poświęcić wiele godzin, więc prawdę mówiąc, należałoby przyjechać do Budapesztu na kilka dni, specjalnie w tym celu. Swego czasu dwukrotnie byłam w Muzeum Sztuk Pięknych i dobrze pamiętam sale z mnóstwem wspaniałych obrazów, przy których należało się zatrzymać, choć na moment, więc w sumie zajęło mi to większość dnia.

Ponieważ ani ja, ani Marta nie potrafimy oglądać dzieł sztuki pod presją czasu, dlatego tym razem postanowiłyśmy skupić się na innych możliwościach, jakie oferuje Budapeszt. W związku z tym postanowiłam, że pokażę Marcie Wyspę Małgorzaty — ciekawe miejsce, z którego miałam bardzo miłe wspomnienia. Wyspa leży pośrodku Dunaju, jest duża, bo jej powierzchnia wynosi aż 96 hektarów, a długość to 2,5 kilometra. Komunikację z resztą miasta zapewniają jej dwa mosty, most Małgorzaty na wschodnim krańcu, a na zachodnim most Arpada. Wyspa przechodziła niezwykle burzliwe dzieje; swoją obecną nazwę zawdzięcza Małgorzacie, córce króla Beli IV. 

Działo się to podczas najazdu Tatarów, król, który przebywał na wygnaniu, ślubował, że jeśli uda mu się wyzwolić kraj, odda swą najmłodszą córkę do zakonu. Zgodnie z przysięgą po powrocie na tron wybudował na wyspie klasztor dla zgromadzenia dominikanek, gdzie Małgorzata już jako małe dziecko zamieszkała pod opieką sióstr. Podobno Bela z biegiem czasu zmienił zdanie i zamierzał wydać ją za mąż, jednak królewna nie chciała porzucić klasztoru i złożyła śluby zakonne. Dziewczynka od najmłodszych lat wyróżniała się swoim świątobliwym życiem pełnym pokory i poświęcenia dla potrzebujących, podobno była też jedną z pierwszych stygmatyczek. Zmarła w 1271 roku w wieku 28 lat w aurze świętości, pięćset lat po śmierci została beatyfikowana, a w 1943 roku kanonizowana. Tu dodam pewne ciekawe polonicum, otóż jej dwie siostry — Kinga i Jolenta zostały polskimi księżnymi, gdyż Kinga, późniejsza święta, wyszła za Bolesława Wstydliwego, a Jolenta, przyszła błogosławiona, za Bolesława Pobożnego. 

Kiedy w XVI wieku Węgry najechały wojska tureckie, zakonnice zabrały relikwie Małgorzaty i uciekły do Bratysławy. Ich klasztor z biegiem czasu popadł w kompletną ruinę i właściwie zniknął z powierzchni ziemi. Dopiero po wielkiej powodzi w 1838 roku, podczas prac na wyspie odsłonięto jego krypty i fundamenty, a w 1958 roku podczas prac archeologicznych, odnaleziono miejsce pochówku królewny.






Wyspa jest terenem wypoczynkowym, więc na jej terenie obowiązuje zakaz ruchu samochodowego, a komunikację zapewnia autobus miejski. Oprócz tego jest tam wypożyczalnia rowerów w tym także wieloosobowych, przypominających rikszę do samodzielnego pedałowania (podobno nie są zbyt wygodne w obsłudze). W zasadzie jest to ogromny park z pięknym starodrzewem, rozarium, alpinarium i ogrodem japońskim. Znajdziemy tam mnóstwo atrakcji w postaci basenów i boisk sportowych, hotel z termami i SPA, kompleks restauracyjno — rozrywkowy, małe ZOO, wolierę dla ptaków, a także punkt widokowy. Jest też grająca fontanna oraz teatr letni, gdzie odbywają się imprezy i koncerty. 

Moim ulubionym zakątkiem od zawsze był ogród japoński, spokojne, ustronne miejsce, gdzie w stawach wśród wodnych roślin pływają czerwone i złote karpie koi. Kiedy byłam tam po raz pierwszy, na samym brzegu stawu stał śliczny posążek chłopca trzymającego w dłoniach rybkę. Chłopaczek cieszył się ogromnym powodzeniem u pań, wiele z nich wchodziło na postument, żeby go objąć (biję się w piersi, bo wiele lat temu byłam wśród nich) i zrobić sobie malownicze zdjęcie na pamiątkę. Zapewne z tego powodu z czasem przeniesiono go na tyle daleko od brzegu, by nikomu takie pomysły nie przychodziły do głowy, ale za to otrzymał towarzyszkę w postaci posążka pięknej dziewczyny, siedzącej nieopodal na skale wystającej z wody.




Na zachodnim krańcu wyspy jest ładne miejsce, gdzie znajduje się dziwna budowla, przypominająca fontannę skrzyżowaną z murowaną altaną na wysokim postumencie.  To "grająca studnia" skonstruowana przez Petera Bodora, XIX wiecznego wynalazcę, który niczym drugi Archimedes stworzył mechanizm, gdzie przepływająca woda stanowiła źródło muzyki. Studnia została zniszczona w czasie II wojny światowej, później ją odbudowano, ale już tylko jako atrapę. 

Grającą studnię w pewnym sensie zastąpiła grająca fontanna, znajdująca się na przeciwległym krańcu wyspy, nieopodal mostu Małgorzaty. W zasadzie jest to pełny pokaz multimedialny, ponieważ podświetlona woda wciąż zmienia kolory i tryska w rytm nadawanej muzyki. Fontanna cieszy się dużym powodzeniem, jej program jest bardzo bogaty, w ofercie są nie tylko evergreeny współczesnej muzyki rozrywkowej, lecz także utwory klasyczne i przeznaczone dla dzieci. Repertuar jest stały, fontanna zaczyna grać o pełnych godzinach od jedenastej do dwudziestej drugiej, (o godzinie jedenastej i o szesnastej jest blok dla dzieci) więc osoby zainteresowane wiedzą, kiedy będzie nadawany ich ulubiony gatunek muzyki. Miałyśmy okazję widzieć ten spektakl i jest on naprawdę bardzo efektowny zwłaszcza po zmroku, więc warto zatrzymać się w tym miejscu, aby przyjemnie zakończyć wieczorny spacer.





W przeszłości na wyspie istniało kilka klasztorów, po których zostały jedynie zabezpieczone ruiny, lecz jeden z tych obiektów został w pełni zrekonstruowany. To romański kościół norbertanów pod wezwaniem Archanioła Michała, odbudowany w latach trzydziestych ubiegłego stulecia w miejscu pierwotnej kaplicy z XI wieku. Ponieważ w tym miejscu przeprowadzono bardzo dokładne badania archeologiczne, uważa się, że obecna świątynia jest dokładną kopią dawnej budowli.

Niemal w centrum wyspy znajduje się kompleks gastronomiczny i bardzo ładna dawna wieża ciśnień (57 m wysokości) obecnie służąca za punkt widokowy i miejsce wystaw. Nieopodal wieży są rozległe tereny trawiaste, osłonięte wielkimi drzewami, gdzie podobnie jak w londyńskim Hyde Parku można do woli wylegiwać się na kocyku. Wśród drzew jest woliera oraz domki dla kaczek i innych ptaków. Mieszkają tam również pawie, które lubią sadowić się na wysokościach, skąd straszą przechodniów swoim przeraźliwym krzykiem. 

Wyspa Małgorzaty jest jednym z ulubionych parków mieszkańców Budapesztu oraz turystów, na co wpływa jej odosobnienie, bliskość wody, duża ilość zieleni oraz bogata infrastruktura. Jednak nie zawsze tak było, ponieważ status parku publicznego wyspa uzyskała dopiero w 1945 roku. Jak pisałam powyżej, dość długo miały tu siedzibę klasztory różnych zgromadzeń, podobno przez jakiś czas znajdowała się również kwarantanna. 

Od XVIII za czasów panowania Habsburgów była we władaniu cesarskich namiestników, którzy traktowali ją jako prywatną posiadłość. Arcyksiążę Józef wybudował tu nawet swoją willę, a ponieważ interesował się botaniką, kazał ją otoczyć pięknym ogrodem w stylu angielskim. Od 1908 roku niewielką część tego parku udostępniono do odpłatnego zwiedzania, jednak wysoka cena biletu sprawiała, że było to miejsce otwarte tylko dla wybranych. 

Pierwotnie jedynym środkiem transportu na wyspę były łodzie, obecnie można na nią przejść bezpośrednio z mostów Arpada i Małgorzaty. Most Małgorzaty wzniesiono w latach 1872-76 jednak dopiero w 1900 roku zbudowano trzecie ramię łączące go z wyspą, co nadało mu charakterystyczny kształt, zbliżony do litery Y o szeroko rozwartych ramionach. To nietypowe rozwiązanie wymusiła rzeka, ponieważ prądy opływające wyspę zbiegają się na wysokości mostu, architekt zdecydował o ustawieniu jego ramion pod takim kątem, aby zachować ich prostopadłe położenie względem nurtu.

Ten dzień postanowiłyśmy zakończyć w parku Varosliget, gdzie z centrum miasta dojeżdża się żółtą linią metra. Budapeszteńskie metro ma bardzo ciekawą historię, ściśle związaną z obchodami tysiąclecia państwa węgierskiego. Z tej okazji zaplanowano wielką uroczystość, a główne obchody miały się odbyć właśnie na terenie parku. Ponieważ komunikacja publiczna odbywała się za pomocą omnibusów, nie była w stanie sprostać planowanym potrzebom. W związku z tym postanowiono o budowie podziemnej kolei, wzorowanej na londyńskim metrze. 

Tym sposobem powstało metro budapeszteńskie, jako drugie na świecie a pierwsze na kontynencie europejskim i pierwsze całkowicie zelektryfikowane. Zadziwiające jest to, że liczącą ponad trzy kilometry linię kolejki podziemnej o dziewięciu stacjach, zbudowano w rekordowym czasie 21 miesięcy.  Jej uroczystego otwarcia dokonał sam cesarz Franciszek Józef 30 maja 1896 roku. Metro miało niesłychane nowatorskie rozwiązania, między innymi zautomatyzowane otwieranie i zamykanie drzwi, a także automat do sprzedawania biletów. 

Co ciekawe, panowała w nim swoista segregacja, ponieważ wagoniki miały oddzielne przedziały dla kobiet i mężczyzn, co miało ochronić panie przed niechcianymi zalotami. Ta pierwsza linia zwykle jest nazywana żółtą, gdyż od chwili otwarcia kursują na niej wagoniki tylko w tym kolorze. Charakteryzuje ją jeszcze jedna ciekawa rzecz, otóż część stacji jest stylizowana w duchu secesji z drewnianymi kioskami i ścianami wyłożonymi białymi i brązowymi kafelkami o delikatnych ornamentach. Jest to współczesna rekonstrukcja, wykonana w 1996 roku według oryginalnych wzorów. Od 2002 roku żółta linia budapeszteńskiego metra jest wpisana na listę dziedzictwa UNESCO.




Metro dowiozło nas na stację Bajza utca, skąd reprezentacyjną Aleją Andrassyego doszłyśmy do Placu Bohaterów, gdzie na środku wznosi się okazały pomnik Tysiąclecia. Monument składa się z potężnego cokołu, na którym umieszczono wysoką kolumnę z figurą Archanioła Gabriela na szczycie. Wokół niej ustawiono grupę konnych postaci; przedstawiają one Arpada, księcia Madziarów i sześciu wodzów pozostałych plemion, które stworzyły podwaliny węgierskiego państwa. Pamiętam, że kiedy wiele lat temu zobaczyłam ten pomnik, bardzo się zdziwiłam, bo odniosłam wrażenie, że Arpad i jego towarzysze wyglądają niczym Bolesław Krzywousty ze swoimi wojami... 

Za pomnikiem znajdują się dwie łukowate kolumnady z czternastoma posągami. Pierwotnie było to dziewięciu wybitnych węgierskich władców oraz pięciu królów z dynastii Habsburgów, lecz po II wojnie światowej tych ostatnich wymieniono na posągi przywódców walczących o niepodległość Węgier.






Za kolumnadami kończy się Plac Bohaterów a zaczynają tereny parku Varosliget, który w roku milenijnym był terenem Wystawy Tysiąclecia. Specjalnie z tej okazji, na małej wysepce Szechenyi znajdującej na się sztucznym jeziorze w obrębie parku, wzniesiono fantazyjny zamek. Zaprojektował go Ignac Alpar, a wykonano go z drewna, dykty i gipsu. 

Jest on zlepkiem wielu znanych węgierskich budowli, zamków, pałaców i obiektów sakralnych. Chociaż każdy z jego elementów ma inny styl architektoniczny, wyszła z tego całkiem ciekawa i w sumie harmonijna całość. Zamek przyjął nazwę Vajdahunyad, od jednej z wież, która w oryginale jest częścią zamku o tej samej nazwie. Ten kompleks tak się spodobał publiczności, że po wystawie rozebrano nietrwałą atrapę, a w jej miejsce wzniesiono identyczną budowlę, lecz tym razem z materiałów o większej trwałości.








Oglądając zamek, bez trudu możemy zauważyć, jak płynnie poszczególne style architektoniczne przechodzą jeden w drugi. Znajdziemy tu elementy romańskie, gotyckie, renesansowe i barokowe, mimo wszystko całość wygląda zupełnie naturalnie, jak gdyby budowla powstawała na przestrzeni dłuższego czasu, a każde pokolenie dokładało do niej swoją część. Zresztą historia architektury zna takie stylistyczne hybrydy, wystarczy wspomnieć (może nie tak spektakularne) polskie zamki, jak Wawel i Książ. 

Ponieważ przyszłyśmy zbyt późno, nie mogłyśmy już wejść do środka, więc dodam tylko, że zamek Vajdahunyad można zwiedzać, a w części barokowej jest podobno bardzo interesujące muzeum rolnictwa. 

Na zamkowym dziedzińcu trudno nie zauważyć pomnika zakapturzonego mnicha z pochyloną głową, to Anonymous, pierwszy węgierski kronikarz, odpowiednik naszego Galla Anonima. Jak przystało na kronikarza, trzyma w roku pióro, które jest wyraźnie jaśniejsze niż reszta posągu. Dzieje się tak dlatego, że legenda miejska głosi, iż należy potrzeć to pióro "na szczęście", co jak widać, jest chętnie praktykowane przez odwiedzających. 


Tu zakończyłyśmy ostatni dzień naszej węgierskiej majówki. Zapadał wieczór, a my nazajutrz miałyśmy wyjechać z Budapesztu porannym pociągiem do Warszawy, więc był to odpowiedni moment, żeby wrócić do naszego tymczasowego lokum. Odchodząc, przystanęłyśmy nad jeziorkiem, żeby jeszcze raz popatrzeć na podświetlony zamek, który pięknie odbijał się w lustrze wody. Ten uroczy i romantyczny widok był wspaniałym finałem naszej pełnej wrażeń wycieczki...

poniedziałek, 20 maja 2024

Budapeszt na majówkę, podziemny świat w jaskini Palvolgyi.



Nasz trzeci dzień w Budapeszcie również miał bogaty program. Na początek postanowiłyśmy wybrać się w rejon wzgórz na prawym brzegu Dunaju, w zachodniej miasta. Są one częścią niewysokiego górskiego łańcucha, do którego należy również góra Gellerta i Wzgórze Zamkowe. Niektóre z nich są zamieszkane, w obrębie innych wzniesiono infrastrukturę służącą turystom, wieże widokowe oraz kolejki umożliwiającej szybkie i łatwe dotarcie na szczyt. Są też takie, gdzie osoby gotowe na nieco większy wysiłek, mogą skorzystać ze szlaku pieszego i cieszyć się naturą w środowisku niemal nieskażonym działalnością człowieka.

Jeśli ktoś chce popatrzeć z góry na Budapeszt i okolicę, warto wybrać się na Janos-Hegy, czyli Górę Jana, najwyższe zniesienie w łańcuchu, wysokie na 528 m. Można tam wejść pieszo, wjechać kolejką krzesełkową lub zębatą a samym na szczycie skorzystać z tarasu widokowego na wieży Elżbiety, wzniesionej według projektu Frigyesa Schulka w stylu nieco przypominającym Baszty Rybackie.

Jednak my miałyśmy inny zamiar, gdyż chciałyśmy zobaczyć jaskinię Palvolgyi, jedną z wielu jaskiń w tym mieście. Podobno ogółem jest ich około dwustu a margle, skały wapienne i trawertyn, które tworzą Budzińskie Wzgórza, są podziurawione niczym ser szwajcarski. Krasowe jaskinie często łączą się ze sobą, tworząc długie ciągi, lecz dostęp do nich mają tylko speleolodzy. Rozbudowany system podziemnych korytarzy dostępny dla turystów znajduje się na Wzgórzu Zamkowym i jest znany jako Budapeszteński Labirynt. Jest to sieć naturalnych jaskiń poddana wielokrotnym interwencjom ze strony człowieka, ponieważ zarówno w odległej przeszłości, jak i w czasach współczesnych poszerzano je i przerabiano, tworząc w nich piwnice, a nawet schrony.

Ponieważ szukałyśmy czegoś bardziej naturalnego, miałyśmy do wyboru dwie jaskinie na obrzeżach miasta, Szemlohegy i Palvolgyi. Znajdują się one niedaleko siebie, jednak o ile ta pierwsza ze względu na mniejszy stopień trudności jest dostępna dla rodzin z dziećmi i osób z deficytem ruchowym, to druga, (choć mogą ją zwiedzać także dzieci powyżej piątego roku życia, przy minimalnym wzroście 115 cm) wymaga większej sprawności fizycznej. Wejście do obu jaskiń jest płatne i tylko z przewodnikiem a ich zwiedzanie trwa około godziny. Jest jeszcze trzecia jaskinia, Matyas-Hegyi, która leży bardzo blisko jaskini Palvolgyi jednak wejście do niej jest dostępne jedynie dla osób przygotowanych na czołganie się w ciasnych przejściach, co wymaga odpowiednich butów, kombinezonu oraz kasku, no i oczywiście należytej kondycji psychofizycznej.

Tak jak pisałam powyżej, my wybrałyśmy jaskinię Palvolgyi, do której można dojechać samochodem lub komunikacją publiczną. Wejście do niej znajduje się dość wysoko na zboczu wzgórza, więc ostatni etap wycieczki prowadzi stromą drogą, która kończy się w niewielkiej dolince nieopodal budynku, w którym mieści się stacja przewodników, kasa i bar a nieopodal jest pozostała infrastruktura, niezbędna dla turystów.





Jaskinia ma ciekawą historię, wejście do niej odkryto przypadkowo już w1904 roku, w ścianie dolinki, będącej wyrobiskiem dawnego kamieniołomu a w roku 1919 jej część została przystosowana na potrzeby turystów. Jaskinia ma ogółem 31 km długości i jest najdłuższa na Węgrzech, jednak do zwiedzania udostępniono jedynie jej niewielki fragment, liczący pół kilometra. Od czasu odkrycia tego miejsca cała trasa została znacznie zmodernizowana, uzyskała oświetlenie elektryczne, zbudowano też betonowe chodniki a bardziej stromych miejscach schody, których ogółem jest aż czterysta. Wejścia do jaskini są limitowane, gdyż jednorazowo przewodnik zabiera grupę liczącą maksymalnie trzydzieści pięć osób, więc jeśli chętnych jest więcej trzeba poczekać na swoją kolej. 

My na wejście czekałyśmy chyba ze dwadzieścia minut a dla rozrywki mogłyśmy podziwiać burego kota, wyjątkowo odpornego na zaczepki gości oraz instalację utworzoną z manekina ubranego w strój speleologa, przyczepionego do linek asekuracyjnych. W jaskini jest stała temperatura wynosząca 11 stopni Celsjusza, więc nawet w lecie warto zabrać ze sobą dodatkowe okrycie, natomiast jeśli chodzi o obuwie, żeby czuć się komfortowo, powinno to być obuwie turystyczne, ponieważ w niektórych miejscach panuje półmrok a poza tym na pewnym odcinku trzeba się wspinać po drabince, więc klapki lub buty na obcasie mogły by sprawić problem. 

Wejście do jaskini jest zamknięte dość masywnymi drzwiami, które o wyznaczonej godzinie przewodnik otwiera za pomocą klucza, cała grupa wchodzi do wnętrza a drzwi zamykają się ponownie. Jak wspominałam, choć wewnątrz jest oświetlenie, to z racji specyficznej przestrzeni nie można powiedzieć, że jest tam jasno; jednak wystarczy ono w zupełności do tego, żeby cała grupa mogła poruszać się dość swobodnie  i zobaczyć szczególnie ciekawe miejsca, o których mówi przewodnik. 






Większość korytarzy pokonuje się  bez  problemów, jednak w kilku miejscach trzeba było przeciskać się przez dość wąskie szczeliny pomiędzy skalnymi ścianami a oprócz tego, był do pokonania tzw. komin, czyli wąski kanał prowadzący do wyżej położonego korytarza. Na tym odcinku należało wspiąć się na wysokość siedmiu metrów, po sznurowej drabince o szczebelkach wzmocnionych metalowymi rurkami (zdjęcie poniżej). Brzmi to dość klaustrofobicznie, jednak ta wspinaczka nie była szczególnie trudna. 

Ja podeszłam do niej bez stresu, ponieważ miałam za sobą podobne, choć dwukrotnie dłuższe, wejście po drabinie wewnątrz kolosa w Aronie, o którym pisałam tutaj. Tym razem też nie sprawiło mi to żadnego problemu, ani w sensie fizycznym, ani psychicznym, choć mam wrażenie, że chyba byłam najstarszą osobą w tej grupie. W sumie wszyscy szybko i sprawnie przemieściliśmy się na wyższy poziom jaskini, gdzie znowu przemierzyliśmy ciąg chodników, aż dotarliśmy do wyjścia, gdzie zakończyliśmy naszą wycieczkę.





Zwiedzanie jaskini Palvolgyi okazało się bardzo ciekawym doznaniem i choć nie jestem miłośniczką podziemnych labiryntów, muszę przyznać, że byłam naprawdę zadowolona z możliwości zobaczenia góry od wewnątrz. Nasz przewodnik obszernie opowiadał o różnych ciekawostkach z podziemnego świata, o morfologii skał, powstawaniu stalaktytów i stalagmitów, a także pokazywał nam cząsteczki minerałów osadzone w skale i odciski skorup morskich stworzeń (jednak największy entuzjazm wycieczki wzbudził widok grupy sporych stalagmitów, przypominających gigantyczne robaki, wyłaniające się z wnętrza góry). 

Okazało się, że w tym trudnym środowisku jest również życie w postaci kolorowych porostów, tworzących na ścianach jaskini zielonkawe i brunatne plamy. Struktura powierzchni skał w jaskini Palvolgyi jest nadzwyczaj bogata, czasem przypomina obumarłe koralowce lub gruzełkowatą skórę prehistorycznego zwierza a w innych miejscach, gdzie jest pełno dziwnych formacji w kształcie kolców i wypustek, skojarzenia są jeszcze bardziej niepokojące (osobiście czułam się niczym Jonasz w brzuch wieloryba). 








Przewodnicy oprowadzający grupy najczęściej mówią po węgiersku, a jeśli w grupie jest dużo obcokrajowców (jak to było w naszym wypadku) po angielsku. Jednak z tego, co wiem, jest możliwość uzyskania ulotki lub wypożyczenia w kasie audio przewodnika w języku polskim, co może być rozwiązaniem wartym rozważenia, ponieważ prelekcja jest bardzo obszernym i ciekawym uzupełnieniem wycieczki. Natomiast robienie sensownych zdjęć może sprawiać trudności, zarówno z racji kiepskiego oświetlenia, jak i niewielkiej przestrzeni, gdzie na dodatek przemieszcza się spora grupa osób. Poza tym snopy światła padające z halogenowych żarówek bardzo przekłamują kolory, więc trzeba wykonywać różne dziwne manewry, żeby uzyskany efekt był do przyjęcia.

Ponieważ wycieczka do jaskini zajęła nam jedynie część dnia, ciąg dalszy nastąpi!

Na koniec chciałam dodać, że tydzień, który minął był dla mnie dość trudny. Wczoraj wróciłam ze szpitala po rekonstrukcji stawu biodrowego, na razie nie jest łatwo, muszę leżeć i czekać, aż rana porządnie się zagoi, a później czeka mnie rehabilitacja. Przezornie napisałam ten i kilka innych postów na zapas, więc będę je sukcesywnie zamieszczać. Serdecznie pozdrawiam wszystkich!

niedziela, 5 maja 2024

Budapeszt na majówkę, kościół Macieja i inne atrakcje starego miasta.



Po obejrzeniu Góry Gellerta i zamku, o czym pisałam w poprzednim poście, przeszłyśmy do dalszej części budapeszteńskiej starówki, by zwiedzić Baszty Rybackie i kościół Macieja, których charakterystyczne białe sylwetki tak pięknie prezentują się na prawym brzegu Dunaju. Jeśli chodzi o baszty, są one raczej świeżej daty, ponieważ wzniesiono je dopiero na przełomie XIX i XX stulecia. Nie naśladują też wcześniejszych budowli, więc nie pełnią funkcji historycznej, a raczej czysto dekoracyjną. Zostały zaprojektowane przez węgierskiego architekta Frigyesa Schuleka, specjalizującego się w rekonstrukcji obiektów romańskich i średniowiecznych. 

W istocie niegdyś w tym miejscu znajdował się fragment miejskich murów, którego utrzymanie i obrona w czasie działań wojennych należała do cechu rybaków, jednak z pewnością w owych czasach nie było tam tak wymyślnych i ozdobnych baszt. Koniec XIX wieku lubował się w podobnych budowlach w neogotyckim i neoromańskim stylu, nadających historyczny, a raczej historyzujący wygląd miastom, które w trakcie dziejowej zawieruchy zostały pozbawione swych zabytków. Zdarzały się też zabytkowe obiekty w tak złym stanie, że uznano, iż ich rozbiórka i zbudowanie w tym miejscu czegoś od podstaw, jest najlepszym rozwiązaniem. 

Tak czy inaczej, Baszty Rybackie ze swoim bajkowym wyglądem są ulubionym miejscem turystów, być może dlatego, że zaspokajają naszą ukrytą potrzebę przeniesienia się w krainę dzieciństwa... Jest to miejsce bardzo popularne, gdyż oferuje równie piękny widok na Dunaj i jego obydwa brzegi co zamkowe tarasy a do tego są tu kawiarenki, gdzie można usiąść z lodami, kawą, czy kieliszkiem wina i podziwiać panoramę miasta. U podnóża baszt są szerokie, piękne schody, więc wchodząc na wzgórze od strony Dunaju, możemy w całej pełni zobaczyć ich wymyślne kształty. Jednak mnie najbardziej urzekł zjawiskowy widok największej baszty odbitej w lustrzanych szybach hotelu Hilton, który ukazał się mym oczom, kiedy schodziłam po schodach na plac Świętej Trójcy.




Z Baszt Rybackich poszłyśmy zwiedzić kościół Macieja. Jak się o nim najczęściej mówi, choć w istocie jest on kościołem parafialnym pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny. To najbardziej charakterystyczny zabytek Budapesztu a jego piękna wieża o koronkowych zdobieniach, budzi powszechny zachwyt. Mam bardzo osobiste wspomnienie z nią związane z czasów mojej pierwszej wycieczki na Węgry, kiedy wraz z grupą koleżanek i kolegów jechaliśmy na tygodniowy pobyt nad Balatonem. 

Był późny wieczór, gdy wysiedliśmy na dworcu Keleti, gdzie dłuższą chwilę czekaliśmy na autokar, którym mieliśmy pokonać ostatni etap podróży. Oszołomiona wielogodzinną jazdą pociągiem rozglądałam się wokoło i wtedy w oddali, na granatowym niebie, zobaczyłam coś niewiarygodnie pięknego, co wyglądało niczym odwrócony kielich kwiatu o misternie powycinanych płatkach w perłowym kolorze. Nie były to czasy, kiedy iluminowano ciekawe budynki, więc ten widok był naprawdę niezwykły. Domyśliłam się, że jest to podświetlony szczyt wieży tonącej w mroku i nie mogłam oderwać oczu od tego cudnego zjawiska. 

Kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta, miałam nadzieję, że zobaczę całą wieżę i resztę tej budowli w świetle dnia, gdyż plan był taki, że drodze powrotnej zatrzymamy się na kilka dni w Budapeszcie. Oczywiście tak się stało i podczas zwiedzania miasta nasz przewodnik Istvan, pokazał mam również Matyas-templom, jak mówił o tej świątyni. Kościół był po niedawno zakończonej restauracji, wydawał mi się niezwykły, bardzo bogato zdobiony a stylem odbiegał od tego, co miałam okazję oglądać w Polsce. Duży minus stanowił fakt, że Istvan mówił do nas w języku rosyjskim, który znałam w najlepszym razie średnio, a poza tym zwiedzanie w grupie nigdy nie było moją mocną stroną. 

Nie zrozumiałam nawet tego, że wygląd kościoła jest w dużym stopniu wynikiem rekonstrukcji, ponieważ po zakończeniu wojny był on po prostu ruiną. Zresztą nie wykluczone, że przewodnik był oszczędny w informacjach, ponieważ nie chciał poruszać drażliwych tematów. Z pewnością takim był temat rosyjskich zniszczeń, jakie się dokonały w mieście oraz religia, którą w owym czasie na Węgrzech usilnie rugowano z życia społecznego w dużo większym stopniu niż w Polsce. 

Podczas następnych pobytów mogłam poszerzyć moją wiedzę na temat kościoła, choć szczerze mówiąc, uważam, że jeśli chodzi o promocję zabytków i właściwą informację na ich temat, Węgrzy nadal mają jeszcze dużo do zrobienia. Dopiero podczas mojej podróży z Martą mogłam go należycie obejrzeć, a dzięki internetowi lepiej zapoznać się z jego historią.




Kościół przechodził niezwykle trudne koleje losu, pierwsza świątynia powstała w XII wieku, lecz już w XIII stuleciu została zniszczona przez Tatarów. Odbudowana jako kościół koronacyjny, zawsze była pod szczególną opieką węgierskich królów. Wielkie zasługi miał tu król Maciej Korwin z rodu Hunyadych, który w XV wieku ufundował charakterystyczną, smukłą wieżę (pierwotna zawaliła się niemal sto lat wcześniej). Król podczas swego panowania nie szczędził pieniędzy na uświetnienie świątyni, gdzie się koronował i dwukrotnie brał ślub, co też było okazją do jej upiększenia. 

Postać tego monarchy, który bardzo dobrze zapisał się w dziejach swojego narodu, upamiętnia figurka przedstawiająca kruka z pierścieniem w dziobie, siedzącego na jednej z wież, nawiązująca do królewskiego przydomka, pochodzącego od herbu Korwin (czyli kruk). Z pierwotnej bryły świątyni pamiętającej króla Macieja do naszych czasów dotrwał jedynie portal zrekonstruowany z ocalałych fragmentów, częściowo wieża południowa w zachodniej fasadzie i fragmenty oratorium. Kościół ponownie spłonął w czasie wojen z Turkami, a podczas 150-letniej okupacji osmańskiej przerobiono go na meczet. Po wypędzeniu Turków odzyskał swe pierwotne przeznaczenie i został przebudowany w stylu barokowym, lecz niebawem znów padł ofiarą pożaru, tym razem od uderzenia pioruna. 

Podczas panowania Habsburgów nikt z władców nie troszczył się o kościół na rubieżach cesarstwa; zrobił to dopiero Franciszek Józef dzięki wstawiennictwu cesarzowej Elżbiety, kiedy po rozpadzie monarchii austro-węgierskiej, jako tytularny król Węgier postanowił włożyć na głowę koronę świętego Stefana. W związku z planowaną uroczystością zadbano o szybkie przywrócenie budapeszteńskiej świątyni należnej rangi. Podczas prac restauracyjnych nadano jej obecny neogotycki wygląd, przy czym starano się o dokładne odtworzenie tych ocalałych elementów, które z racji zniszczeń nie nadawały się do wykorzystania. 

Prace prowadzono także po koronacji, a ogółem trwały one ponad dwadzieścia lat. W tym czasie kościół po raz kolejny został gruntownie przebudowany pod kierunkiem architekta Frigyesa Schuleka, tego samego, który zaprojektował Baszty Rybackie. Podczas odbudowy cały gmach pokryto pięknym dachem z kolorowych, ceramicznych szkliwionych płytek oraz dodano mu liczne elementy zdobnicze w neogotyckim stylu. Gotycką wieżę Macieja Korwina także wzmocniono i ozdobiono w tym samym duchu, tworząc spójną całość z resztą świątyni. 

Wnętrze otrzymało bogatą polichromię, w stylu zbliżonym do zachowanych resztek oryginalnych, gotyckich malowideł. Dwaj malarze, Karoly Lotz i Bertalan Szekely zaprojektowali całość wystroju a w wykonawstwie wspomagali ich rzeźbiarz Ferenc Mikula oraz twórca witraży, Ede Kratzmann. Artyści w swoich pracach połączyli elementy religijne z patriotycznymi, nawiązując do złotego wieku Węgier, w tym do rządów Macieja Korwina i jego ojca Janosa Hunyadyego, pogromcy Turków w bitwie pod Belgradem. W tym czasie na fali rozbudzonych uczuć patriotycznych i wspomnień o dawnej potędze Węgier przyjęto potoczną nazwę świątyni, która od tej pory jest powszechnie znana jako kościół Macieja (osoby niewtajemniczone w jego historię, czasem mówią też św. Macieja).  

Efekt tej wieloletniej restauracji ostał się jedynie przez czterdzieści lat, ponieważ w czasie II Wojny Światowej podczas walk o Budapeszt spłonął dach kościoła i zawaliła się część ścian. Podobno Niemcy urządzili w nim kuchnię polową, natomiast po wkroczeniu Armii Czerwonej Rosjanie trzymali tam konie i załatwiali swe potrzeby fizjologiczne. Choć powojenna węgierska rzeczywistość była bardzo trudna dla instytucji kościoła w ogólności, świątynię potraktowano w sposób specjalny, jako zabytek o znaczeniu państwowym. Dzięki temu została zabezpieczona przed dalszym zniszczeniem, a następnie w latach 1951-1970 odbudowana i zrekonstruowana. 





Wnętrze kościoła jest ozdobione nadzwyczaj bogato, ściany od dołu do góry pokrywa pełna złoceń polichromia o żywych kolorach; po wojennych zniszczeniach wszystkie malowidła odtworzono w pierwotnym stanie, przywracając im utraconą świetność. Główny ołtarz z figurą Matki Boskiej Królowej Węgier jest neogotycki (wykonano go wg. projektu Schuleka) podobnie jak ołtarz w kaplicy św. Emeryka, gdzie młody książę został przedstawiony w towarzystwie swego ojca św. Stefana i biskupa Gellerta. 

W kościele na szczególne wyróżnienie zasługuje ołtarz Matki Boskiej Loretańskiej z figurą Czarnej Madonny, datowaną na XVII. Jest to kopia średniowiecznej rzeźby, z którą wiąże się bardzo ciekawy przekaz. Otóż Turcy po zajęciu Budy zniszczyli wszystkie kościoły a jedynym, który ocalał był właśnie kościół koronacyjny, z którego okupanci usunęli wszystko, co mówiło o religii chrześcijańskiej, a wnętrze pomalowali na biało. Ocalała jedynie zamurowana kaplica z figurą Matki Boskiej Loretańskiej, a stało się tak, ponieważ w 1686 roku, podczas walk o Budę pomiędzy Turkami i Austriakami, doszło do zdarzenia, które obie walczące strony uznały za cud. 

Kiedy oblężeni muzułmanie modlili się w kościele przerobionym na meczet, pod wpływem straszliwego wstrząsu wywołanego wybuchem wieży prochowej na zamku, pękła ściana zasłaniająca wejście do kaplicy i oczom zgromadzonych ukazała się ukryta figura Madonny. Wywołało to zrozumiały popłoch wśród Turków, którzy uznali to za zły omen, co zresztą okazało się prawdą, ponieważ w niedługim czasie faktycznie zostali wyrugowani z Węgier.









Pisząc o wystroju kościoła, trzeba  koniecznie wspomnieć o rzeźbie przedstawiającej cesarzową Elżbietę, jako młodą pełną wdzięku kobietę z różą w ręce. Elżbieta, osoba z charakteru i wychowania bardzo liberalna, bez wątpienia była postacią niezwykłą i odbiegała od kanonów przyjętych na cesarskim dworze pełnym anachronicznych zasad. Jednak to właśnie te cechy spowodowały, że była uwielbiana przez Węgrów, którzy widzieli w niej rzeczniczkę swoich interesów przed twardogłowym i konserwatywnym cesarzem Franciszkiem Józefem.  

Natomiast w kaplicy Świętej Trójcy znajdziemy stylizowany na średniowieczny nagrobek, gdzie w nogach mężczyzny spoczywa lew uosabiający męstwo a u stóp kobiety pies, symbol wierności. Złożono w nim szczątki króla Beli III i jego żony Agnieszki z Antiochii, córki księcia de Chatillon, które znaleziono pięćdziesiąt lat wcześniej podczas prac wykopaliskowych na terenie zniszczonej przez Turków bazyliki w Szekesfehervar. Agnieszka, czasem zwana też Anną, wychowana na bizantyjskim dworze cesarskim, miała wielki wpływ na rozwój kulturalny Węgier a jako matka kilku córek wydanych za europejskich władców, stała się przodkinią wielu królewskich rodów.




Wychodząc z kościoła, warto zwrócić uwagę na piękny portal z płaskorzeźbionym wizerunkiem Matki Boskiej Królowej Węgier, adorowanej przez pełne wdzięku anioły, wykonany przez Lajosa Lontay'a. Jak już wspominałam, plac, przy którym stoi kościół Macieja, nosi nazwę Świętej Trójcy, od barokowej kolumny morowej wzniesionej w XVIII stuleciu w intencji powstrzymania epidemii dżumy, szerzącej się w Europie na przełomie XVII i XVIII wieku. Po pierwszej fali zachorowań wzniesiono podobną, choć mniejszą kolumnę, którą usunięto, kiedy zaraza powróciła do Budapesztu. Wtedy na jej miejsce postawiono tę, którą widzimy obecnie, z wizerunkiem św. Trójcy na szczycie. Na szczęście epidemia się skończyła a jako świadectwo tamtych zdarzeń pozostała jedynie kolumna i nazwa placu. 

Nieopodal kościoła, tuż przy basztach rybackich, jest jeszcze jeden ważny monument. To dzieło rzeźbiarza Alajosa Strobla, konny pomnik św. Stefana, (Węgrzy nazywają go Szent Istvan) pierwszego koronowanego króla Węgier. Król Stefan żył współcześnie z naszym Bolesławem Chrobrym i nie tylko wsławił się tym, że scalił swe państwo i stworzył w nim sprawną administrację, miał też wielkie zasługi w szerzeniu chrześcijaństwa, za co został kanonizowany wraz ze swym synem Imre (Emerykiem) i biskupem Gellertem.





Do zachodniej pierzei placu przylega nowoczesny hotel Hilton, zupełnie nieźle wpisujący się z historyczną tkankę miasta, dzięki stylizowanym pilastrom rozbijającym jego lustrzaną fasadę. Hotel wzniesiono na ruinach kościoła dominikanów i klasztoru św. Mikołaja, co ciekawe, nie rozebrano resztek tych budowli, ale zabezpieczono je i wkomponowano w otoczenie oraz bryłę hotelu. Jednym z tych elementów jest średniowieczna kościelna wieża z edykułem, w którym umieszczono posąg przedstawiający króla Macieja Korwina. 

Choć wygląda autentycznie, jest jedynie bardzo dobrą kopią rzeźby z wieży bramnej zamku w Budziszynie, który Maciej zajął jako król Czech i polecił odrestaurować. Podobno wizerunek wiernie oddaje rysy twarzy króla; przekaz mówi, że jej twórca specjalnie przyjechał z Budziszyna na Węgry, by wykonać rzeźbę portretową przyszłej głowy posągu władcy, którą później scalono z resztą postaci.

Na budapeszteńskiej starówce jest jeszcze jedna interesująca gotycka wieża, pozostałość kościoła św. Marii Magdaleny. Kościół ten, podobnie jak Matyas-templom był wielokrotnie niszczony i odbudowywany, jednak po uszkodzeniach z czasów II Wojny Światowej został definitywnie rozebrany, a jego resztki zachowano jako park ruin. Jeśli komuś nie braknie sił, aby pokonać schody o stu siedemdziesięciu stopniach, może wejść na szczyt wieży i popatrzeć na panoramę miasta z wysokości niemal pięćdziesiąt metrów.

Starówka budapeszteńska jest bardzo klimatyczna, są tu urocze brukowane uliczki z zabytkowymi domkami, barokowe pałace i przytulne knajpki, jednak ja musiałam jeszcze zobaczyć budynek, który skradł mi serce od chwili, kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy. To dawny hotel "Pod Białym Krzyżem" śliczna jednopiętrowa kamienica o rokokowej fasadzie, gdzie w centralnej części o dużych oknach niegdyś był wielki hotelowy salon, w którym wystawiano przedstawienia teatralne. 

Za jej harmonijną fasadą o dwóch balkonach kryje się rozbudowana dalsza część z dwoma dziedzińcami. Hotel w swoich najlepszych czasach był na tyle luksusowy, że w 1757 roku zamieszkał w nim Giacomo Casanova, natomiast w roku 1783 gościł nawet samego cesarza Józefa II podczas jego wizyty w Budapeszcie. Po wojnie podobno były w nim jakieś urzędy a przez jakiś czas nawet ekskluzywny nocny klub o nazwie (jakżeby inaczej) "Casanova". Niedawno zrobiono gruntowny remont budynku i podzielono go na niewielkie mieszkania.  Fronton kamienicy pozostał bez zmian, podobnie jak niegdyś jest pomalowany na ładny, kremowy kolor z białymi elementami dekoracyjnymi, więc się ucieszyłam, że mogę pokazać Marcie moje ulubione miejsce w pełnej krasie. 

Ten sentymentalny akcent był tego dnia ostatnim etapem naszej wędrówki po mieście, która zaczęła się przy moście Małgorzaty i przy nim skończyła. Jednak przed nami były następne dwa dni budapeszteńskiej majówki, więc ciąg dalszy nastąpi i będzie jeszcze jeden post o mieście. Jednak przedtem napiszę jeszcze o Szentendre, prześlicznej malutkiej miejscowości słynącej ze wspaniałego rękodzieła, leżącej niedaleko od Budapesztu. Tam spędziłyśmy drugi dzień naszej wycieczki, a to, co widziałyśmy, pokazało nam Węgry z zupełnie innej perspektywy.


Jeśli ktoś jeszcze nie widział albumu ze zdjęciami Budy, zapraszam tutaj