Jednak nic takiego się nie wydarzyło i po przejściu kilkudziesięciu metrów zobaczyłam monstrum z drugiej strony. Okazało się, że to po prostu najniewinniejsza w świecie część mobilnego wyciągu narciarskiego... Uspokojona poszłam dalej, kiedy w połowie drogi natknęłam się na stado krów. Trochę mnie zbił z tropu ich widok, ponieważ w dzieciństwie, pod wpływem przestróg mojej mamy, zakodowało mi się w pamięci, że są to stworzenia bardzo niebezpieczne. Na szczęście zwierzęta pasły się spokojnie i ani im było w głowie szarżować w moją stronę, więc w nagrodę za dobre sprawowanie zrobiłam im kilka zdjęć. Gdy skontrolowałam czas, okazało się, że niestety – ostatni bezpośredni autobus z Parco San Primo do Asso odjedzie beze mnie... Gdybym nie marudziła po drodze podczas robienia zdjęć i snucia fantazji rodem z science fiction, za chwilę pojechałabym w stronę domu. Tymczasem czekało mnie jeszcze siedem kilometrów marszu do Magreglio, gdzie był następny przystanek i więcej autobusów odjeżdżających w stronę Asso. Miałam jednak szczęście w tym nieszczęściu, bowiem na parkingu w dolinie natknęłam się na sympatyczną francuską rodzinę, która właśnie odjeżdżała w stronę Piano Rancio. Bez problemu zrobili mi miejsce w samochodzie, dzięki czemu do przejścia pozostała mi jedynie połowa trasy.
środa, 16 stycznia 2013
Lombardia, Triangoloro Lariano. Monte San Primo, czyli schody do nieba.
Czytelników bloga zachęcam do dzielenia się swoimi refleksjami i pozostawiania komentarzy — w miarę możliwości odpowiadam na nie na bieżąco. Ze względu na spam jakiś czas temu podjęłam decyzję o moderacji wszystkich wypowiedzi, które z tego powodu pojawiają się z niewielkim opóźnieniem. Ma to jednak tę zaletę, że dzięki temu żaden głos nie zostanie przeoczony, nawet w przypadku starszych postów.
środa, 9 stycznia 2013
Lombardia. Prealpy, Mote Grona.
Czytelników bloga zachęcam do dzielenia się swoimi refleksjami i pozostawiania komentarzy — w miarę możliwości odpowiadam na nie na bieżąco. Ze względu na spam jakiś czas temu podjęłam decyzję o moderacji wszystkich wypowiedzi, które z tego powodu pojawiają się z niewielkim opóźnieniem. Ma to jednak tę zaletę, że dzięki temu żaden głos nie zostanie przeoczony, nawet w przypadku starszych postów.
niedziela, 6 stycznia 2013
Lombardia. Menaggio i jego okolice.
Czytelników bloga zachęcam do dzielenia się swoimi refleksjami i pozostawiania komentarzy — w miarę możliwości odpowiadam na nie na bieżąco. Ze względu na spam jakiś czas temu podjęłam decyzję o moderacji wszystkich wypowiedzi, które z tego powodu pojawiają się z niewielkim opóźnieniem. Ma to jednak tę zaletę, że dzięki temu żaden głos nie zostanie przeoczony, nawet w przypadku starszych postów.
środa, 2 stycznia 2013
Mazurskie historie. Okrągły rok.
Zastanawiałam się, czy – wzorem innych zaprzyjaźnionych blogerów – powinnam dokonać ubiegłorocznej retrospekcji, gdyż w zasadzie ten rok nie przyniósł mi nic nadzwyczajnego. Nie odbyłam żadnej egzotycznej podróży, a moje zajęcia były wręcz banalne. Zamknięty "włoski" etap życia ograniczyłam do szufladkowania wspomnień i pisania tego bloga, gdyż nie chciałabym, aby niepamięć zatarła to, co tam przeżyłam.
Jednak mimo wszystko, miniony rok był dla mnie okresem szczególnym, ponieważ po wielu latach, po raz pierwszy spędziłam go nieprzerwanie w domu – od pierwszego dnia stycznia aż do ostatniego grudnia. W zasadzie ten istotny czas zaczął się dla mnie kilka tygodni wcześniej, pod koniec listopada 2011 roku, kiedy skończyłam pracę we Włoszech i wróciłam do domu (mam nadzieję, że tym razem jest to powrót definitywny).
Mój aparat fotograficzny obecnie jest w użyciu o wiele rzadziej, chociaż oczywiście nadal zdarzają się okoliczności warte uwiecznienia. Kilka dni temu zrobiłam przegląd nowszych zdjęć i wyszła mi z tego swego rodzaju kronika, obrazująca zajęcia, jakim teraz się oddaję. Dołączyłam do nich również dwa, zrobione tuż po powrocie do domu, w grudniu 2011 roku.
Przedstawiają one nasze remontowe zmagania, gdyż zaraz po moim przyjeździe do Polski, tuż przed Bożym Narodzeniem, wspólnie z Martą doszłyśmy do wniosku, że przyszedł czas na odświeżenie mieszkania. Ponieważ okazało się, że w pokojach tynki nie trzymają się zbyt mocno, groziła nam ich całkowita renowacja. Byłyśmy przerażone nie tylko wizją pana majstra, który na dłuższy czas zagnieździ się w naszym domu, lecz przede wszystkim wszechobecnym pyłem, jaki zwykle powstaje podczas wygładzania szpachlowanych ścian. Jesteśmy kobietami przyzwyczajonymi do radzenia sobie z problemami i nie zbywa nam na odwadze, więc postanowiłyśmy, że usuniemy stare tynki, zamiast nowych położymy raufazę, a później pomalujemy całość na jasne kolory.
Usuwanie starych tynków było nadzwyczaj pracochłonne i generowało dużą ilość pyłu, który wciskał się w każdy kąt. Jednak w ciągu kilku tygodni zdołałyśmy własnoręcznie, bez niczyjej pomocy, uporać się z remontem czterech pokoi, przedpokoju, łazienki i sanitariatu. Jedynie kuchnię, która wyglądała stosunkowo dobrze, postanowiłyśmy zostawić sobie na później. Nie potrafię opisać naszej satysfakcji, kiedy wszystko zostało posprzątane, nadeszły święta, a my mogłyśmy je spędzić, patrząc na efekty naszych poczynań…
Oprócz morderczej pracy podczas remontu, tej zimy były też spacery po ośnieżonym, sosnowym lesie – czego tak bardzo mi brakowało we Włoszech. Później przyszła wiosna, której nie mogłam się doczekać, bo marzyło mi się jak najszybsze rozpoczęcie prac w moim niedawno nabytym ogródku działkowym. Na szczęście, w ciągu ubiegłego lata Marta dopilnowała remontu altany i budowy tarasu, więc pozostało mi porządkowanie roślin pozostałych po poprzednich właścicielach i wprowadzenie w życie różnych koniecznych zmian. Przez cały sezon pracowałam bardzo ciężko, choć oczywiście były też chwile relaksu, kiedy wraz z Martą mogłyśmy przyrządzić coś w naszym kominku do grilla i posiedzieć na tarasie, mając przed oczami piękny widok na zieleń otaczającą nasze miasto.
Kiedy wiosna była w pełni, przyjechała do nas moja wnuczka Maja. Krzątała się wśród kwitnących kwiatów z grabiami lub konewką, a ten widok przypominał mi analogiczny okres mojego życia, gdy jeździłam z wizytą do babci i jej małego domku otoczonego ogrodem. W związku z ogrodniczymi zajęciami nie miałam okazji na żadne dłuższe podróże, jednak wczesną wiosną wybrałyśmy się wraz z Martą w krótkie odwiedziny do Jakuba (to mój syn, tata Mai) i jego rodziny. Przy okazji postanowiłyśmy zrobić sobie spacer po gdańskiej starówce, którą zawsze bardzo lubiłam, co zaowocowało sporą ilością zdjęć malowniczych, kolorowych kamienic i Kościoła Mariackiego.
Gdańska starówka, architektonicznie zupełnie odmienna od tego, co przez lata oglądałam we Włoszech, ma dla mnie ogromny urok – chyba właśnie dzięki tej odmienności. A ponieważ nie widziałam jej od dawna, niemal miałam wrażenie, że widzę ją po raz pierwszy. Każda kraina i jej pejzaż rządzi się swoimi prawami i byłabym w dużym kłopocie, gdybym miała wybierać pomiędzy urokami Italii a Polski. Jednak kiedy jechałyśmy w stronę Gdańska, pośród rozległych pól, gdzie złociły się łany rzepaku, pomyślałam, że trudno o piękniejszy widok…
Równie niezapomnianych wrażeń dostarczył mi spacer brzegiem morza z Gdyni do Orłowa, gdyż wybrzeże Bałtyku ze swoimi białymi plażami zawsze było dla mnie jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Szkoda tylko, że nie wszyscy doceniają to piękno i wiele osób zostawia tam różne śmieci, co sprawia bardzo przykre wrażenie. Jednak kiedy dotarłyśmy do Orłowa i zobaczyłam żółto-zielone kutry, miałam wrażenie, że czas się zatrzymał – były dokładnie takie same jak te, które pamiętam z obrazka w moim szkolnym elementarzu...
W czasie wakacji znowu przyjechała do nas Majeczka i postanowiłyśmy, że jako Mazurka półkrwi (jej mama urodziła się w Pucku, a tata w Ostródzie) powinna zobaczyć skansen w Olsztynku, który jest wspaniałym przykładem dawnej, wiejskiej zabudowy. Zawsze bardzo lubiłam to miejsce, świetnie je pamiętałam z moich szkolnych wycieczek i tych późniejszych, kiedy bywałam tam z moimi dziećmi – Martą i Kubą.
Po lecie przyszła jesień i miałam wiele okazji, aby fotografować jej zmieniające się kolory oraz opadające liście, a później wszystko zszarzało i nadeszła następna zima… I tak – od zimy do zimy, od jednej świątecznej choinki do drugiej – minął mi ten rok, na moich ukochanych Mazurach, gdzie z okna mogę zobaczyć niepowtarzalne wschody słońca i niespotykane gdzie indziej chmury, wśród zwykłych zajęć i małych, codziennych radości. Mogłam patrzeć na naszą kotkę Santanę, jak śpi z łebkiem opartym o książkę (chyba podobnie jak niektórzy uczniowie jest zwolenniczką zdobywania wiedzy w trakcie snu), na jej figle i śmieszne, kocie pozy.
Pamiętam, jak fotografowałam Majeczkę, która jedząc czekoladowe lody, niechcący ucharakteryzowała się na "kota w butach", albo kiedy prowadziła dialog z psem w gospodarstwie agroturystycznym, gdzie widziałyśmy jedyny w swoim rodzaju zachód słońca… Tej jesieni, w zamkowej galerii odbyła się wystawa plastyczna ostródzkich twórców, a ponieważ były tam również prace Marty, więc oczywiście zdjęć zrobionych z tej okazji absolutnie nie mogło zabraknąć w tegorocznym albumie.
Czytelników bloga zachęcam do dzielenia się swoimi refleksjami i pozostawiania komentarzy — w miarę możliwości odpowiadam na nie na bieżąco. Ze względu na spam jakiś czas temu podjęłam decyzję o moderacji wszystkich wypowiedzi, które z tego powodu pojawiają się z niewielkim opóźnieniem. Ma to jednak tę zaletę, że dzięki temu żaden głos nie zostanie przeoczony, nawet w przypadku starszych postów.








