środa, 16 stycznia 2013

Lombardia, Triangoloro Lariano. Monte San Primo, czyli schody do nieba.



Lombardzkie lato niejednokrotnie łączy się z iście afrykańskimi upałami. Oprócz wysokiej temperatury oscylującej wokół 35 stopni w cieniu, we znaki daje się wysoka wilgotność, sprawiająca, że ilość tlenu w powietrzu gwałtownie maleje. Na domiar złego, natychmiast po wyjściu spod chłodnego prysznica człowiek czuje się równie spocony jak poprzednio. W takim okresie bardziej niż zwykle odczuwa się skutki smogu, „zwyczajowo” zalegającego nad całą Równiną Padańską, nic więc dziwnego, że każdy, kto żyw, ucieka z miasta w okolice, gdzie klimat jest nieco łaskawszy i można oddychać pełną piersią powietrzem o nieco lepszej jakości.


Osobiście bardzo źle wspominam moje pierwsze lato w Lombardii; niejednokrotnie miałam wrażenie, że lada moment zemdleję – okropny ból rozsadzał mi głowę, a nogi miałam ciężkie niczym z ołowiu... Jednak szczęśliwie przetrwałam ów okres, po pewnym czasie przywykłam do tego, że ubranie przykleja się do spoconego ciała i co chwilę muszę przecierać zaparowane okulary słoneczne. Co więcej, przekonałam samą siebie, że to po prostu naturalna, darmowa sauna i nie tylko ja cierpię z tego powodu. Z czasem nauczyłam się poruszać nieco wolniej, oddychać głębiej, a przede wszystkim traktować wszystko z dystansem. Moi gospodarze letni urlop zwykle spędzali na Sardynii lub nad Morzem Jońskim, więc na ten czas zostawiali mi pod opieką cały dom, dwa koty i psa. Ponieważ w tym czasie pracowałam jedynie na nocnych dyżurach, w tygodniu zwykle miałam kilka dni wolnych, które mogłam przeznaczyć na to, co lubiłam najbardziej, czyli zwiedzanie okolicy


Chociaż nigdy nie stroniłam od atrakcji, jakie zapewnia Mediolan i inne okoliczne miasta, to naturalną koleją rzeczy w letnich miesiącach bardziej mnie ciągnęło nad jeziora oraz w góry, gdzie błękit wody i soczysta zieleń dawały złudzenie chłodu. Od dawna nosiłam się z zamiarem wycieczki na Monte San Primo, będące najwyższym (1680 m n.p.m.) wzniesieniem w trójkątnym obszarze pomiędzy odnogami jeziora Lario (powszechnie znanego jako Como, mimo iż tę nazwę nosi jedynie jego zachodnia odnoga). Monte San Primo ma kształt wydłużonego grzbietu, leżącego w osi wschód–zachód. Południowy, trawiasty stok spływa na płaskowyż Piano del Tivano, natomiast północny, stromy i skalisty, jest porośnięty lasem.


Tam rozciąga się drugi płaskowyż – Piano Rancio, a u podnóża góry znajduje się piękna, zalesiona dolina stanowiąca park krajobrazowy zwany Parco San Primo. (Włoska nazwa „parco” obejmuje zarówno parki miejskie, jak i inne tereny zielone, gdzie obowiązują różne rygory mające na celu ich ochronę). Chociaż od dawna planowałam wycieczkę w tamte strony, trudno mi było zsynchronizować mój czas wolny z odpowiednią pogodą. Pogoda w tym wypadku była bardzo ważna, gdyż – jak już niejednokrotnie pisałam – latem przejrzyste powietrze zapewniające dobrą widoczność to w Lombardii prawdziwa rzadkość.


Miało to fundamentalne znaczenie, gdyż ze szczytu tej góry można podziwiać w całej pełni wspaniałą panoramę północnej części jeziora i alpejskich szczytów. Kiedy pracowałam w Domach Opieki w Saronno i Muggio, z okien widziałam znajome sylwetki – Monte Generoso, obie Grigne, Resegone, Monte Bolettone, Monte San Primo i wiele innych. Kochałam ten widok, jednak najczęściej horyzont skrywały wilgotne opary foschii, więc na ogół mogłam się ich jedynie domyślać... Dość rzadko widoczność poprawiała się na tyle, że góry były widoczne w całej okazałości. Sporadycznie zdarzało się, że była ona po prostu doskonała – światło i cień modelowały zielono-aksamitne stoki, a ja miałam wrażenie, że wystarczy, abym wyciągnęła rękę i będę mogła ich dotknąć...


W takich chwilach miałam ochotę rzucić wszystko, żeby natychmiast wyruszyć na jeden z górskich szlaków. Byłam naprawdę niepocieszona, jeśli w tym czasie miałam zaplanowane dyżury, gdyż taka fantastyczna pogoda nigdy nie trwa dłużej niż cztery, pięć dni. W zasadzie chodzenie po górach zawsze dawało mi ogromną satysfakcję, jednak zdecydowanie była ona większa przy dobrej widoczności. Nie bez znaczenia jest też to, o czym już pisałam, iż w okresie dużej wilgotności powietrza pot leje się z człowieka strumieniami i zmęczenie bardziej daje się we znaki, więc trzeba ze sobą zabierać sporo płynów do picia, żeby zapobiec odwodnieniu.


Pewnego razu tak się szczęśliwie złożyło, że po dłuższym okresie, kiedy ciągle padał deszcz, zaczęły wiać silne wiatry i pogoda zrobiła się wprost idealna na taką wyprawę. Na dodatek w grafiku miałam właśnie zaplanowany dzień wolny, więc, jak to miałam we zwyczaju, poprzedniego wieczora przygotowałam mój wycieczkowy ekwipunek. Nazajutrz, bardzo wczesnym rankiem, wsiadłam do pociągu jadącego w kierunku Asso. Stąd lokalnym autobusem udałam się w stronę Bellagio, do niewielkiego skupiska domków, leżących u podnóża góry na terenie Parco San Primo. Na miejscu znalazłam się w dość licznym towarzystwie, bowiem tego dnia przyjechało tam wiele osób, aby odpocząć na świeżym powietrzu, poopalać się i zjeść smakowity obiad w schronisku albo w jednej z malowniczych restauracji. 

Zapewne część z nich, tak jak ja,  zaplanowała wędrówkę po okolicznych górach, jednak sądząc po strojach, była to zdecydowanie mniejsza grupa. Po przybyciu na miejsce niezwłocznie ruszyłam w stronę schroniska "Martina", gdzie zaczyna się ścieżka wiodąca na szczyt. Leży ono na wysokości około 1000 metrów, więc kiedy tam dotarłam, oczarował mnie widok, jaki roztoczył się przede mną. Zielone stoki wzniesień wokół doliny, szafirowe jezioro i wspaniała panorama Alp na horyzoncie były widoczne jak na dłoni. Wprost nie mogłam się doczekać momentu, kiedy stanę na szczycie i zobaczę to wszystko w całej okazałości. Dało mi to dodatkowy impuls, więc raźno zaczęłam się wspinać po nieco błotnistej ścieżce pomiędzy drzewami. I tu mój niezawodny kijek trekkingowy okazał się rzeczywiście niezbędny, gdyż ścieżka ze śliskiej i błotnistej dość szybko zmieniła się w kamienistą. Spore odłamki skał tworzyły swego rodzaju stopnie; niektóre z nich były dość wysokie dla osoby o moim wzroście – niejednokrotnie ich krawędź była nieomal na wysokości moich kolan. Mimo to, szło mi się bardzo dobrze. Ponieważ zbocze jest strome, te kamieniste "schody do nieba" są prawdziwym dobrodziejstwem natury.  


Do pokonania miałam około 600 m przewyższenia, lecz sprzyjało mi rześkie powietrze i cień, który dawał niezbyt gęsty liściasty las. Ani się obejrzałam, kiedy weszłam na ostatni odcinek ścieżki, gdzie w prześwitach pomiędzy drzewami mogłam już zobaczyć szczyt i błękitne niebo ponad nim. Przeszłam jeszcze kilkadziesiąt metrów i znalazłam się u celu. Widok był oszałamiający! Na wprost widziałam półwysep Bellagio i miejsce, w którym jezioro dzieli się na trzy części. W głębi majaczyły góry w okolicy Chiavenny; poza nimi przestrzeń zamykał niebotyczny łańcuch Alp, gdzie mogłam dostrzec biały rąbek Berniny. Z prawej strony miałam Monte Legnone i majestatyczne Grigne, a z lewej Monte Generoso, wspaniałą Monte Rosa i szpiczasty Matterhorn.

Nieco bliżej, pomiędzy zielonymi kopcami Prealp, widać było szafirowe fragmenty jezior Lugano, Varese i Maggiore. Od strony południowej, za niecką Pian del Tivano, wznosił się łańcuch Monte Palanzone i Monte Bolettone, Corni di Canzo i Cornizzolo. Jeszcze dalej leżała Dolina Padu, zatopiona w rozedrganej, błękitnej poświacie. Słońce stało wysoko, więc nad całą powierzchnią lombardzkiej równiny unosił się leciutki opar foschii przesyconej światłem. Gdzieś tam był Mediolan i Limbiate, a nieco bliżej Erba i pagórki Brianzy... Trudno mi było oderwać oczy od tej wspaniałej panoramy roztaczającej się wokoło. Jak zwykle, zrobiłam mnóstwo zdjęć i z żalem ruszyłam w drogę powrotną. Co ciekawe, chyba tylko ja przyszłam na szczyt od strony Parco San Primo. Chociaż po drodze nie spotkałam nikogo, na górze było dość sporo ludzi. Zapewne te osoby wybrały jeden ze szlaków od strony Piano del Tivano lub Colmy di Sormano, miejsca, gdzie kończy się sławny etap wyścigu "Giro d’Italia", popularnie nazywany "Muro di Sormano". Ta droga na szczyt to dość szeroka i wygodna ścieżka, nie sprawiająca większych problemów, lecz ja nie chciałabym być na ich miejscu, jeśli zechcą schodzić do schroniska po "schodach", co może się skończyć przykrym bólem kolan.


Być może część turystów miała w planie przejście "ścieżki nr 1", pięknego szlaku łączącego Como i Bellagio, który na rowerze bez problemu można pokonać w ciągu jednego dnia. Ci, którzy wybierają wariant pieszy, na ogół po zejściu z Monte Palanzone zatrzymują się na noc w schronisku. Mój plan nie był tak ambitny, choćby z racji trzech wygłodniałych zwierzaczków czekających w Limbiate, aż wrócę i napełnię ich miseczki. Pogratulowałam sobie pomysłu przejścia od strony północnej, bo teraz, idąc wygodną ścieżką, mogłam nie tylko odpocząć, ale również do woli delektować się widokiem otwartej przestrzeni, bez konieczności patrzenia pod nogi. Pogoda była wspaniała, wiał lekki, orzeźwiający wiatr; dzięki niemu dość wysoka temperatura nie dawała mi się we znaki, choć słońce paliło naprawdę mocno.


Kiedy pokonałam długi odcinek drogi prowadzący wzdłuż grzbietu, doszłam do miejsca, gdzie należało skręcić i zejść w dół, w stronę Piano Rancio. Tu, na szczycie Monte Ponciv, zobaczyłam jakiś przekaźnik, a tuż obok – dziwne monstrum, którego w pierwszej chwili nie mogłam z niczym skojarzyć. W tym momencie nieco poniosła mnie fantazja, bo jedyne, co mi przyszło do głowy, to maszyny w kształcie wieży, w których przemieszczali się Obcy z "Wojny Światów". Przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, że może za chwilę usłyszę żałosne "Uaaa", niczym bohater książki błądzący w porannej, londyńskiej mgle...

Jednak nic takiego się nie wydarzyło i po przejściu kilkudziesięciu metrów zobaczyłam monstrum z drugiej strony. Okazało się, że to po prostu najniewinniejsza w świecie część mobilnego wyciągu narciarskiego... Uspokojona poszłam dalej, kiedy w połowie drogi natknęłam się na stado krów. Trochę mnie zbił z tropu ich widok, ponieważ w dzieciństwie, pod wpływem przestróg mojej mamy, zakodowało mi się w pamięci, że są to stworzenia bardzo niebezpieczne. Na szczęście zwierzęta pasły się spokojnie i ani im było w głowie szarżować w moją stronę, więc w nagrodę za dobre sprawowanie zrobiłam im kilka zdjęć. Gdy skontrolowałam czas, okazało się, że niestety – ostatni bezpośredni autobus z Parco San Primo do Asso odjedzie beze mnie... Gdybym nie marudziła po drodze podczas robienia zdjęć i snucia fantazji rodem z science fiction, za chwilę pojechałabym w stronę domu. Tymczasem czekało mnie jeszcze siedem kilometrów marszu do Magreglio, gdzie był następny przystanek i więcej autobusów odjeżdżających w stronę Asso. Miałam jednak szczęście w tym nieszczęściu, bowiem na parkingu w dolinie natknęłam się na sympatyczną francuską rodzinę, która właśnie odjeżdżała w stronę Piano Rancio. Bez problemu zrobili mi miejsce w samochodzie, dzięki czemu do przejścia pozostała mi jedynie połowa trasy.


Nie narzekałam, bo asfaltowa droga w dół prowadziła przez las porastający zbocze; pomiędzy drzewami znowu mogłam popatrzeć na prawą odnogę jeziora, zwaną Lecco, i wspaniałe, majestatyczne sylwetki obu Grigni. Mimo to, kiedy dotarłam do przystanku, z ulgą zdjęłam plecak i usiadłam na ławce. To był wspaniały dzień i piękna wycieczka, lecz pięć godzin marszu zrobiło swoje...

Jak zwykle zapraszam do obejrzenia zdjęć w  albumie w Zdjęciach Google >

środa, 9 stycznia 2013

Lombardia. Prealpy, Mote Grona.



Chyba nigdy nie zapomnę dnia, w którym po raz pierwszy płynęłam statkiem po jeziorze Como, gdyż widok otaczających je gór był wtedy dla mnie czymś zupełnie nowym i niezwykłym. Pamiętam, jak patrzyłam na ich strome, zielone stoki schodzące na skraj wody, na trawiaste i skalne wierzchołki... Wtedy te góry wydawały mi się odległe i nieosiągalne, myślałam też o tym, jak by to było pięknie stanąć na szczycie i z tej wysokości popatrzeć na otaczający świat. Chociaż przez niemal całe moje dotychczasowe życie w Polsce mieszkałam na Mazurach, to jednak sporadycznie zdarzyło mi się chodzić po górach (co prawda, najczęściej w większej grupie z przewodnikiem) i bardzo mi się to podobało.


Jednak tu byłam sama, do tego w miejscach, których nie znałam, więc sądziłam, że to jedynie pobożne życzenie i raczej na zawsze zostanie ono w sferze marzeń. Mimo wszystko stało się inaczej, a dziś jestem najlepszym dowodem na to, że jeśli naprawdę się czegoś pragnie i ma odwagę po to sięgnąć, nasze skryte marzenia mogą się spełnić. Dziś nie wiem, jak to się stało, że ja, samotna w obcym kraju, kobieta w średnim wieku i bez szczególnego doświadczenia w tej materii, znalazłam się w miejscach, gdzie jak sądziłam, nie będzie mi dane postawić stopy... Kiedy patrzę wstecz, sądzę, że w dużej mierze zawdzięczam to sympatycznym ludziom, których poznałam podczas mojego kilkuletniego pobytu we Włoszech.  Wielu z nich, widząc mój zapał i determinację, aby zobaczyć jak najwięcej, starało się mi dopomóc, oczywiście każdy na miarę swoich możliwości.


Muszę też przyznać, że pod tym względem miałam duży fart. Nie policzę wszystkich osób, które zawodowego obowiązku lub zwykłej ludzkiej życzliwości, dzieliły się ze mną swą wiedzą oraz doświadczeniem, udzielając mi cennych wskazówek, ostrzegając przed trudnościami do pokonania i ucząc obserwowania zjawisk zapowiadających nagłe załamanie pogody. Mój największy skarb — książkę, zawierającą opisy górskich szlaków wraz z ich dokładną charakterystyką, stopniem trudności i wszystkimi potrzebnymi detalami, otrzymałam w prezencie od pewnej pary miłych ludzi, którzy przez przypadek dowiedzieli się o mojej pasji. Dzięki tej książce mogłam planować wycieczki, nie narażając się z góry na porażkę z powodu źle obliczonego czasu lub ze względu na stopień trudności przerastający moje doświadczenie. Przez cały ten okres nigdy też nie napytałam sobie biedy, ponieważ wybrałam szlak zbyt niebezpieczny dla osoby wędrującej w pojedynkę.



Prealpy nie są zbyt wysokimi górami (najwyższe szczyty mają nieco ponad 2000 m n.p.m.) mimo to, na turystę czyha tu wiele pułapek, począwszy od żmij kryjących się w trawie, a skończywszy na piaszczystych i kamienistych osuwiskach lub śliskich ścieżkach. niebezpiecznych miejsc nie brakuje z racji dużej ilości zacienionych, porośniętych liściastym lasem wąwozów i licznych strumieni. Zbocza gór są bardzo strome; co roku giną ludzie, którzy nie zachowali ostrożności i zeszli ze ścieżki a czasem zrobili tylko jeden fałszywy krok... Szczególnie dużo wypadków zdarza się w okresie, gdy pojawiają się grzyby i zaczyna zbiór kasztanów. Jednak giną nie tylko zbieracze, zdarza się to również wytrawnym turystom, których zgubiła rutyna lub mieli swój zły dzień. Wielokrotnie widziałam małe kapliczki, krzyżyki i kamienie z pamiątkowymi napisami, postawione przez rodzinę lub przyjaciół tych, którzy odeszli z tego świata wprost z górskiego szlaku. Jednak ta piękna okolica ma nieprzeparty urok i ktoś, kto go raz zakosztował, zawsze będzie pragnął powrotu... Jedną z gór, które mnie oczarowały podczas mojego pierwszego rejsu po Jeziorze Como, była Monte Grona. Wznosi się ona ponad Menaggio, po prawej stronie miasta. Jest pierwszym szczytem z górskiego pasma, jakie ciągnie się od Menaggio na północny zachód w stronę szwajcarskiej granicy. Ma ona bardzo charakterystyczną sylwetkę, jej dość łagodne zbocza w dolnej części są porośnięte lasem, w wyższych partiach prezentuje bardziej strome, trawiaste stoki a zwieńczenie stanowi skalisty szczyt otoczony licznymi pylonami, zwanymi tutaj guglie.



Z pewnej odległości na jej zboczach widać kilka wiosek, do których można dojechać autobusem, to właśnie tam mają swój początek górskie ścieżki. Szlaków jest kilka, o różnym stopniu trudności. Ponieważ (jak już wspominałam) moje wędrówki z reguły odbywałam w pojedynkę, zgodnie z nakazem rozsądku wybrałam dłuższą, ale łatwiejszą ścieżkę. Lokalny autobus górską serpentyną dowiózł mnie do wioski Breglia, gdzie tuż przy przystanku można obejrzeć sarkofag z czasów rzymskich, przypadkiem wykopany podczas robót ziemnych. Po krótkim postoju w wiosce wyruszyłam jedną ze ścieżek, które prowadzą do schroniska Menaggio, wzniesionego u podnóża skalistego szczytu. Początkowo wśród sosen, następnie brzozowych zagajników a później jałowców i wrzosów, szłam wyżej i wyżej a przede mną roztaczał się coraz szerszy widok na jezioro Como i okoliczne wzniesienia. Mimo ładnej, słonecznej pogody, w powietrzu unosiła się opalizująca mgiełka. Widziana z góry tworzyła subtelne warstwy prześwietlone słońcem, układające się w przestrzeni niczym welony z muślinu, spowijające pejzaż. Po przejściu sporego odcinka szlaku wiodącego stromym, trawiastym zboczem i dojściu do schroniska, czekała mnie jeszcze niezbyt długa wspinaczka na szczyt. Kiedy tam dotarłam, znalazłam się w miejscu skąd widać dwa jeziora — Como i Lugano.


Zatopione w złocistej poświacie, wyglądały wprost nieziemsko pięknie. Zapewne lepsza widoczność pozwoliłaby na dostrzeżenie większej ilości detali, lecz mimo to, nie byłam rozczarowana widokiem, jaki się przede mną roztoczył. Rozproszone światło, szum wiatru wśród skalnych pylonów i przestrzeń dookoła, sprawiały niesamowite wrażenie. Miałam ogromną ochotę zostać tam dłużej lub powędrować wzdłuż trawiastego grzbietu pasterskim szlakiem. Niestety, konieczność przystosowania się do rozkładu jazdy lokalnego środka transportu, zmusiła mnie do zejścia na dół. Z reguły unikam schodzenia tą samą ścieżką, którą wchodziłam na górę, tak też było i tym razem. Ta druga droga w niektórych miejscach była tak stroma i kamienista, że przypominała łożysko górskiego potoku.


Po drodze spotkałam dwie młode Niemki, które szły pod górę do schroniska i wyglądały na mocno zdrożone, więc w duchu pogratulowałam sobie pomysłu wejścia szlakiem wiodącym przez trawiasty stok. Kiedy dotarłam do wioski, okazało się, że mam jeszcze trochę czasu do planowanego odjazdu autobusu, więc skorzystałam z okazji, aby dokładniej obejrzeć miejscowy kościół i tzw. lavatoio, czyli ujęcie źródlanej wody wyposażone w duży, kamienny basen, gdzie niegdyś miejscowe kobiety robiły pranie. Niestety, zabrakło mi czasu, żeby zobaczyć sanktuarium widoczne na niewielkim wzgórzu, wznoszącym się ponad brzegiem jeziora. Prowadzi tam osobny szlak, którym można obejść szczyt tego wzniesienia, co podobno pozwala na podziwianie wspaniałego widoku na jezioro Como. W moim przewodniku znalazłam też informację, że samo sanktuarium również jest bardzo interesującym miejscem, więc postanowiłam, że moja pierwsza wizyta w wiosce Breglia nie będzie ostatnią, a o konsekwencjach tej decyzji napiszę w jednym przyszłych z postów.

P.S. Na obu zdjęciach w trzecim kolażu, gdzie widać fragment ścieżki i skały, ktoś uważny na tle nieba dostrzeże na nich coś, co z daleka przypomina niewielki słupek. W rzeczywistości jest to spora, ponad metrowa figura Madonny, co daje wyobrażenie o wielkości pylonów.

Więcej zdjęć z tej wycieczki jest w albumie


niedziela, 6 stycznia 2013

Lombardia. Menaggio i jego okolice.



Menaggio jest jedną z większych miejscowości na lewym brzegu jeziora Como. Centralny punkt miasta to śliczny placyk o nieregularnym kształcie, otwarty na jezioro. Jego przedłużeniem jest bulwar, jeden z najładniejszych, jakie widziałam w tej okolicy. Są tu piękne fontanny, zadbane drzewa oraz mnóstwo kwiatów a od jeziora oddziela go elegancka, misterna balustrada z kutego żelaza. Spacerując po bulwarze, można do woli cieszyć oczy widokiem przepięknego pejzażu, gdyż Menaggio leży mniej więcej w połowie długości jeziora, w miejscu, gdzie akwen dzieli się trzy rozgałęzienia.

Patrząc przed siebie, na wprost widzimy cypel półwyspu Bellagio a nieco dalej, po drugiej stronie jeziora, pełne wdzięku miasteczko Varenna i stoki gór należące do pasma Valsassina, wznoszące się na wysokość ponad 2ooo m n.p.m. Zawsze ze szczególną przyjemnością zwracałam oczy w kierunku szczytu Monte Legnone, gdyż fascynował mnie jego trochę dziwaczny kształt z wyraźnymi krawędziami, niczym lekko przekrzywiony, zdeformowany ostrosłup. 



Monte Legnone to wysoka góra, więc czasem się zdarza, że nawet w lecie jest przyprószona śniegiem, a wtedy przy ładnej pogodzie wspaniale się odcina na tle błękitnego nieba.

Jednak powietrze nad jeziorem niejednokrotnie jest nieco ciężkie, więc lekki opar wilgoci spowija je wraz z górami swoim delikatnym welonem, co sprawia, że okoliczne szczyty wyglądają niczym gromada duchów, gdyż ich sylwetki są ledwie widoczne. Taka pogoda jest nieco przytłaczająca i odbiera energię, lecz jeśli chodzi o wrażenia estetyczne, zapewnia ich nie mniej niż słoneczna aura i doskonała widoczność. Czasami (choć bardzo rzadko) zdarza się, że nawet przez cały dzień nad jeziorem pozostaje nie lekki i prześwitujący opar, lecz prawdziwy, gęsty tuman mgły, a wtedy widoczność jest ograniczona do minimum i nie ma mowy o podziwianiu panoramy jeziora.

Od wiosny do jesieni w Menaggio jest zawsze wielu turystów i podobnie jak we wszystkich miejscowościach w tej okolicy, na ulicach często słyszy się język angielski lub niemiecki. Przybysze mają do dyspozycji stare, luksusowe hotele, lecz nie brakuje też mniejszych hotelików, pensjonatów, pokoi do wynajęcia i campingów. Miasto z jednej strony przylega do jeziora, natomiast z drugiej wspina się na niewielkie wzniesienie, gdzie do dziś znajdują się pozostałości średniowiecznej zabudowy. Z jego dolnej części w górę prowadzi uliczka mająca kształt schodów o płaskich stopniach, których jest około setki. To bardzo malownicze miejsce i można tam zobaczyć wiele pięknych, starych domów. W jednym z nich o murach pokrytych kaskadami winobluszczu urodził się błogosławiony Gabriel Malagrida, jezuita i misjonarz. Bardzo polubiłam Menaggio i jego zakątki, gdyż jest tam wiele miejsc, które zapadły mi w pamięć i serce. Jedno z nich, to niewielki, neogotycki kościółek pod wezwaniem świętej Marty, zapewne po części dlatego, że to patronka mojej córki, lecz również ze względu na jego śliczną białą fasadę, ozdobioną subtelnymi detalami i ornamentami wykonanymi z terakoty. Jego fronton zdobi piękna rozeta i portal z freskiem przedstawiającym Madonnę z Dzieciątkiem.

Całość jest tak wysmakowana i ma tak doskonałe proporcje, że nie sposób przejść obojętnie bez zwrócenia uwagi na tę niewielką świątynię. W Menaggio byłam wielokrotnie, ponieważ był to jeden z moich punktów wypadowych w okoliczne góry. Także tu przesiadałam się na autobus, kiedy chciałam pojechać do niedalekiego Lugano, przygranicznego miasta w szwajcarskim kantonie Ticino lub do Valsoldy, mojego ukochanego zakątka nad jeziorem Lugano. Jak już pisałam, część miasta leży nieco wyżej, na przełęczy pomiędzy dwiema górami. Po prawej stronie znajduje się Monte Grona, ze swoim skalistym, poszarpanym szczytem, po lewej zaś Monte Nava, której stoki oddzielają Menaggio od pobliskiego Griante. Kiedyś późnym popołudniem, podczas gdy płynęłam promem z Bellagio do Menaggio, na stoku Monte Nava wysoko ponad miastem pośród drzew zobaczyłam coś, co swoim kształtem przypominało niewielką kaplicę z sygnaturką na dachu. W pierwszej chwili sądziłam, że to złudzenie wywołane przez oślepiające słońce chowające się właśnie za okolicznymi wzniesieniami, jednak zaintrygował mnie ten widok, więc zaczęłam przepytywać mieszkańców i wertować mapy. W ten sposób dowiedziałam się, że to Crocetta, jeden z punktów widokowych, które w języku włoskim nazywa się belvedere, czyli po prostu piękny widok.

Aby tam dotrzeć, najlepiej część drogi pokonać autobusem i wysiąść na przystanku w przylegającej do Menaggio miejscowości Croce. Dalej wiedzie wijąca się asfaltowa serpentyna, biegnąca pośród uroczych domków i tarasowych ogrodów. Wraz z ostatnimi zabudowaniami kończy się asfalt, a dalej prowadzi jedynie ścieżka biegnąca w górę pośród kasztanowego lasu. Po jej prawej stronie widać długie, doskonale zachowane okopy i podziemne przejścia oraz betonowe schrony i stanowiska strzelnicze. Niegdyś należały one do Linii Cadorna, sieci umocnień zbudowanych w przededniu Wielkiej Wojny dla obrony północnej części kraju. Na skraju niemal pionowej skalnej ściany stoi okazały, również betonowy krzyż, od którego pochodzi nazwa tego miejsca. Nieopodal jest nieduża polana, gdzie na pomoście ponad okopami wzniesiono kaplicę, poświęconą pamięci żołnierzy poległych na wszystkich frontach świata. Ta kaplica, jak wiele innych obiektów tego rodzaju, powstała z inicjatywy Klubu Alpejskiego i jest otoczona opieką jego członków. Dość długo chodziłam wokoło, podziwiając urodę tego miejsca oraz inwencję architekta. Niezwykły jest nie tylko pomysł postawienia kaplicy ponad okopem, dzięki czemu można pod nią przejść na drugą stronę, na sam skraj urwiska. Ciekawe jest też to, że dłuższe ściany budynku są otwarte na przestrzał, a w otworach umieszczono ażurowe kraty, więc stojąc za nim w powstałym prześwicie widzimy nie tylko wnętrze, ale również jezioro i otaczające je góry.


Crocetta znajduje się na wysokości ok. 400 m ponad poziomem jeziora, co sprawia, że można stąd ogarnąć wzrokiem jego całą północną część — przy dobrej pogodzie widać również szczyty Valchiavenny, a nawet odległą Berninę. Jezioro Como oglądane z tej dość znacznej wysokości, niczym lustro odbija błękit nieba i nabiera niesamowitego koloru głębokiego szafiru. 

Jak zwykle podczas moich wędrówek z pasją oddałam się fotografowaniu, jednak żadne zdjęcie nie jest w stanie przekazać istoty piękna tego pejzażu, jego głębi, blasku, zapachu kasztanowych lasów i ogromu przestrzeni, jaka się przed nami otwiera...

Nieopodal Crocetty jest też inny kościółek związany z tradycją alpejską — Madonna di Paullo. Został zbudowany przez miejscową ludność ku czci Madonny, do której modlili się żołnierze pochodzący z tej okolicy, kiedy zamknięci w obozach jenieckich, prosili Boga o szczęśliwy powrót do domu.


Podczas moich wędrówek po górach niejednokrotnie na dość znacznej wysokości napotykałam kościółki i kapliczki, wzniesione z dala od ludzkich siedzib. Mimo tego oddalenia zazwyczaj są one bardzo zadbane i nadal stanowią miejsce obrządku religijnego. Dzieje się tak podczas większych świąt kościelnych a szczególnie w dniu święta patrona danej miejscowości (w Menaggio jest to święty Stefan). Wierni udają się wówczas na zbiorową pielgrzymkę do tych odległych świątyń, aby wspólnie uczestniczyć w uroczystej mszy. Święta patronackie we Włoszech oprócz charakteru religijnego, mają też ścisły związek z lokalną kulturą. Z reguły jest to kilkudniowy festyn z różnymi atrakcjami — przy tej okazji można wysłuchać koncertu muzyki tradycyjnej, obejrzeć sztukę wystawioną przez amatorskie koło teatralne, pokaz ginących rzemiosł lub prezentację prac miejscowych twórców, można też pobuszować na jarmarku wśród straganów z lokalnymi produktami, czy na targu staroci.


środa, 2 stycznia 2013

Mazurskie historie. Okrągły rok.


jezioro Sajmino

Zastanawiałam się, czy – wzorem innych zaprzyjaźnionych blogerów – powinnam dokonać ubiegłorocznej retrospekcji, gdyż w zasadzie ten rok nie przyniósł mi nic nadzwyczajnego. Nie odbyłam żadnej egzotycznej podróży, a moje zajęcia były wręcz banalne. Zamknięty "włoski" etap życia ograniczyłam do szufladkowania wspomnień i pisania tego bloga, gdyż nie chciałabym, aby niepamięć zatarła to, co tam przeżyłam.

Jednak mimo wszystko, miniony rok był dla mnie okresem szczególnym, ponieważ po wielu latach, po raz pierwszy spędziłam go nieprzerwanie w domu – od pierwszego dnia stycznia aż do ostatniego grudnia. W zasadzie ten istotny czas zaczął się dla mnie kilka tygodni wcześniej, pod koniec listopada 2011 roku, kiedy skończyłam pracę we Włoszech i wróciłam do domu (mam nadzieję, że tym razem jest to powrót definitywny).

Mój aparat fotograficzny obecnie jest w użyciu o wiele rzadziej, chociaż oczywiście nadal zdarzają się okoliczności warte uwiecznienia. Kilka dni temu zrobiłam przegląd nowszych zdjęć i wyszła mi z tego swego rodzaju kronika, obrazująca zajęcia, jakim teraz się oddaję. Dołączyłam do nich również dwa, zrobione tuż po powrocie do domu, w grudniu 2011 roku.  

lasek miejski

jarzębina pod śniegiem

jezioro Sajmino z góry

Przedstawiają one nasze remontowe zmagania, gdyż zaraz po moim przyjeździe do Polski, tuż przed Bożym Narodzeniem, wspólnie z Martą doszłyśmy do wniosku, że przyszedł czas na odświeżenie mieszkania. Ponieważ okazało się, że w pokojach tynki nie trzymają się zbyt mocno, groziła nam ich całkowita renowacja. Byłyśmy przerażone nie tylko wizją pana majstra, który na dłuższy czas zagnieździ się w naszym domu, lecz przede wszystkim wszechobecnym pyłem, jaki zwykle powstaje podczas wygładzania szpachlowanych ścian. Jesteśmy kobietami przyzwyczajonymi do radzenia sobie z problemami i nie zbywa nam na odwadze, więc postanowiłyśmy, że usuniemy stare tynki, zamiast nowych położymy raufazę, a później pomalujemy całość na jasne kolory.

Usuwanie starych tynków było nadzwyczaj pracochłonne i generowało dużą ilość pyłu, który wciskał się w każdy kąt. Jednak w ciągu kilku tygodni zdołałyśmy własnoręcznie, bez niczyjej pomocy, uporać się z remontem czterech pokoi, przedpokoju, łazienki i sanitariatu. Jedynie kuchnię, która wyglądała stosunkowo dobrze, postanowiłyśmy zostawić sobie na później. Nie potrafię opisać naszej satysfakcji, kiedy wszystko zostało posprzątane, nadeszły święta, a my mogłyśmy je spędzić, patrząc na efekty naszych poczynań…

pole kwitnącego rzepaku

most w Tczewie

klif w Orłowie

kutry na plaży w Orłowie

starówka gdańska

Oprócz morderczej pracy podczas remontu, tej zimy były też spacery po ośnieżonym, sosnowym lesie – czego tak bardzo mi brakowało we Włoszech. Później przyszła wiosna, której nie mogłam się doczekać, bo marzyło mi się jak najszybsze rozpoczęcie prac w moim niedawno nabytym ogródku działkowym. Na szczęście, w ciągu ubiegłego lata Marta dopilnowała remontu altany i budowy tarasu, więc pozostało mi porządkowanie roślin pozostałych po poprzednich właścicielach i wprowadzenie w życie różnych koniecznych zmian. Przez cały sezon pracowałam bardzo ciężko, choć oczywiście były też chwile relaksu, kiedy wraz z Martą mogłyśmy przyrządzić coś w naszym kominku do grilla i posiedzieć na tarasie, mając przed oczami piękny widok na zieleń otaczającą nasze miasto.

Kiedy wiosna była w pełni, przyjechała do nas moja wnuczka Maja. Krzątała się wśród kwitnących kwiatów z grabiami lub konewką, a ten widok przypominał mi analogiczny okres mojego życia, gdy jeździłam z wizytą do babci i jej małego domku otoczonego ogrodem. W związku z ogrodniczymi zajęciami nie miałam okazji na żadne dłuższe podróże, jednak wczesną wiosną wybrałyśmy się wraz z Martą w krótkie odwiedziny do Jakuba (to mój syn, tata Mai) i jego rodziny. Przy okazji postanowiłyśmy zrobić sobie spacer po gdańskiej starówce, którą zawsze bardzo lubiłam, co zaowocowało sporą ilością zdjęć malowniczych, kolorowych kamienic i Kościoła Mariackiego.

Maja w naszym ogródku

skansen w Olsztynku chałupa

Maja rozmawia z psem

Gdańska starówka, architektonicznie zupełnie odmienna od tego, co przez lata oglądałam we Włoszech, ma dla mnie ogromny urok – chyba właśnie dzięki tej odmienności. A ponieważ nie widziałam jej od dawna, niemal miałam wrażenie, że widzę ją po raz pierwszy. Każda kraina i jej pejzaż rządzi się swoimi prawami i byłabym w dużym kłopocie, gdybym miała wybierać pomiędzy urokami Italii a Polski. Jednak kiedy jechałyśmy w stronę Gdańska, pośród rozległych pól, gdzie złociły się łany rzepaku, pomyślałam, że trudno o piękniejszy widok…

Równie niezapomnianych wrażeń dostarczył mi spacer brzegiem morza z Gdyni do Orłowa, gdyż wybrzeże Bałtyku ze swoimi białymi plażami zawsze było dla mnie jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Szkoda tylko, że nie wszyscy doceniają to piękno i wiele osób zostawia tam różne śmieci, co sprawia bardzo przykre wrażenie. Jednak kiedy dotarłyśmy do Orłowa i zobaczyłam żółto-zielone kutry, miałam wrażenie, że czas się zatrzymał – były dokładnie takie same jak te, które pamiętam z obrazka w moim szkolnym elementarzu...

W czasie wakacji znowu przyjechała do nas Majeczka i postanowiłyśmy, że jako Mazurka półkrwi (jej mama urodziła się w Pucku, a tata w Ostródzie) powinna zobaczyć skansen w Olsztynku, który jest wspaniałym przykładem dawnej, wiejskiej zabudowy. Zawsze bardzo lubiłam to miejsce, świetnie je pamiętałam z moich szkolnych wycieczek i tych późniejszych, kiedy bywałam tam z moimi dziećmi – Martą i Kubą.

jesienny spacer łąka i zagajnik

jesienna łąka z drzewami

Po lecie przyszła jesień i miałam wiele okazji, aby fotografować jej zmieniające się kolory oraz opadające liście, a później wszystko zszarzało i nadeszła następna zima… I tak – od zimy do zimy, od jednej świątecznej choinki do drugiej – minął mi ten rok, na moich ukochanych Mazurach, gdzie z okna mogę zobaczyć niepowtarzalne wschody słońca i niespotykane gdzie indziej chmury, wśród zwykłych zajęć i małych, codziennych radości. Mogłam patrzeć na naszą kotkę Santanę, jak śpi z łebkiem opartym o książkę (chyba podobnie jak niektórzy uczniowie jest zwolenniczką zdobywania wiedzy w trakcie snu), na jej figle i śmieszne, kocie pozy.

Pamiętam, jak fotografowałam Majeczkę, która jedząc czekoladowe lody, niechcący ucharakteryzowała się na "kota w butach", albo kiedy prowadziła dialog z psem w gospodarstwie agroturystycznym, gdzie widziałyśmy jedyny w swoim rodzaju zachód słońca… Tej jesieni, w zamkowej galerii odbyła się wystawa plastyczna ostródzkich twórców, a ponieważ były tam również prace Marty, więc oczywiście zdjęć zrobionych z tej okazji absolutnie nie mogło zabraknąć w tegorocznym albumie.

Marta i jej grafiki

zaduszki na zamku - czytanie wierszy

zaduszki na zamku żonglerka ogniem

Santana śpi na książce

A jaki będzie mój przyszłoroczny album?

Mam nadzieję, że będę miała okazję powędrować po Polsce – marzą mi się wyprawy do miejsc, których nie miałam okazji widzieć, a także do tych, gdzie byłam już kiedyś, a teraz chciałabym zobaczyć ponownie. Ten ubiegły rok, może nieco monotonny, był mi potrzebny, żeby odpocząć psychicznie i przestawić moje życie na inne tory. Myślę, że po tym okresie relaksu chyba nadszedł moment, aby ponownie rozwinąć skrzydła i zacząć następny etap życia. Do tej pory nigdy nie robiłam żadnych noworocznych postanowień, jednak tym razem powzięłam kilka zamierzeń. Czas pokaże, czy uda mi się je zrealizować

Zapraszam wszystkich do obejrzenia mojej kroniki z ubiegłego roku


"Okrągły rok" to określenie samo mi się nasunęło i choć jest staroświeckie i niezbyt poprawne postanowiłam przy nim pozostać. Ten przeżyty czas widzę w postaci symbolicznego okręgu, dlatego ostatnie zdjęcia znów pokazują zimę, i niczym klamra spinają moje pierwsze dwanaście miesięcy po powrocie z emigracji. Nie jest to styczeń, lecz grudzień, inne jest też miejsce spaceru, a pejzaż na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco smutny. Jednak ta cisza, spokój i stłumione światło, to tylko antrakt na odpoczynek przed feerią kolorów i energetyzującym blaskiem słońca, jaki nam przyniesie następna wiosna. Po niej nastąpi szalone lato, nadejdzie złota jesień, nieuchronną listopadową szarość zastąpi biel śniegu, i znów nam minie jeszcze jeden rok...

brama na cmentarz ewangelicki Polska Górka

park w zimowej szacie

park w zimie - pomnik poległych