niedziela, 1 marca 2026

Liguria. Riwiera Liguryjska, część pierwsza — Porto Venere.

 

Tegoroczna, śnieżna i mroźna zima wielu osobom mocno dała się we znaki. Tęsknota za ciepłem i słoneczną pogodą była widoczna na wielu blogach, gdzie na przekór pogodzie pojawiały się wpisy o kwiatach i letnich wycieczkach. Mnie również chodził po głowie ten temat, jednak tak się złożyło, że  ostatnio byłam zbyt przygnębiona, by zasiąść do komputera i skupić się na pisaniu. Na koniec, choć z trudem, zmobilizowałam się i postanowiłam opowiedzieć o mojej wycieczce do Porto Venere, ślicznej miejscowości położonej na Riwierze Liguryjskiej.

Nazwa miejscowości jest związana z rzymską boginią Wenus, którą zamiennie nazywano również Wenerą. Jak wiadomo, miała ona narodzić się z morskiej piany, a legenda umiejscawiała to zdarzenie nieopodal cypla półwyspu, od północnego zachodu osłaniającego zatokę La Spezia. W starożytności we tym miejscu wznosiła się świątynia ku czci bogini, a od niej wzięła swą nazwę niewielka osada, której powstanie datowane jest na II w. n.e. Zatoka oprócz urzędowej ma jeszcze inną, bardzo romantyczną nazwę, a mianowicie Golfo dei Poeti (Zatoka Poetów). Zawdzięcza ją dwóm angielskim poetom — Byronowi, który przyjeżdżał w te strony z niedalekiej Pizy oraz zaprzyjaźnionemu z nim Shelleyowi, mieszkającemu po drugiej stronie zatoki w willi nieopodal Lerici.

Rozważając pomysł na tego posta, dużo myślałam o Pani A.,  gdyż była dla mnie bezpośrednią inspiracją — nie tylko jako miłośniczka morza i śródziemnomorskiej aury, lecz przede wszystkim dlatego, że mimo wszystkich przeciwności czerpie z życia to co dobre, nie porzuca swoich planów ani marzeń. 

Ta cecha charakteru jest mi bardzo bliska, nie tylko dlatego, że zajmuje wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości. Powiem więcej — w pewnym sensie jest dla mnie motorem egzystencji. Nigdy nie bałam się marzeń, miałam też to szczęście, że życie często podsuwało mi możliwości ich spełnienia. Nie były to gotowe rozwiązania podane na złotej tacy, lecz raczej okazje, które trzeba było chwytać w lot. Bywało też, że aby je zrealizować, musiałam trochę się potrudzić, to jednak sprawiało, że nagroda za te starania była tym cenniejsza. I choć czasem zdarzało się, iż rzeczywistość nie dorastała do moich wyobrażeń, najważniejsza była dla mnie satysfakcja z osiągniętego celu, a także przeżycie nowego doświadczenia.

Ta otwartość na możliwości, jakie daje życie, sprawiła, że po jedenastu latach emigracji wróciłam do Polski nie tylko z bagażem różnorodnych doświadczeń osobistych i zawodowych, lecz przede wszystkim z mnóstwem wspomnień. Z pewnością mogłabym przeżyć te lata bez bliższych i dalszych wędrówek oraz wypraw, jednak wówczas moje życie byłoby uboższe o niezapomniane wrażenia, które dzięki nim stały się moim udziałem.

Chociaż przez większość lat spędzonych we Włoszech mieszkałam w Limbiate, tak się złożyło, że z powodów zawodowych na okres trzech lat wyprowadziłam się do niedalekiego Saronno. Nie było to miasto, które wybrałabym dla jego uroków, jednak dobrze płatna praca w świetnie zorganizowanej placówce była nie do przecenienia. Saronno miało też swoje zalety, lecz najważniejszą z nich było to, że jako stacja węzłowa znajdująca się nieopodal Mediolanu, dawało mi ogromne możliwości komunikacyjne. Dzięki tej przeprowadzce mogłam odwiedzić wiele miejsc, które wcześniej pozostawały dla mnie niedostępne z powodów logistycznych.

Ponadto dowiedziałam się, że w letnich miesiącach lokalne biuro podróży organizuje ciekawe, jednodniowe wycieczki autokarowe. Problem polegał na tym, że odbywały się one w niedziele, a ja z reguły właśnie wtedy miałam dyżury. Mimo to udało mi się skorzystać z kilku ofert, a jedną z nich był wyjazd do Porto Venere oraz pięciu maleńkich miasteczek znanych jako Cinque Terre (Pięć Ziem).

Jest to niezwykle malowniczy fragment włoskiego wybrzeża — wszystkie sześć miejscowości, ze względu na  niezwykłą urodę i unikatowy charakter, w 1997 roku wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Walory krajobrazowe i przyrodnicze tej krainy, położonej na wysokich klifach, sprawiły, że w 1999 roku uzyskała ona status parku narodowego. 

Na wprost Porto Venere w odległości kilkuset metrów od nabrzeża jest archipelag złożony z trzech wysepek. Największą z nich jest Palmaria, a dwie mniejsze to Tino i Tinetto. Palmaria podobnie jak cała okolica jest częścią Parku Krajobrazowego, więc choć można ją odwiedzać, obowiązują tam zwyczajowe reguły dotyczące zachowania w miejscach będących pod szczególną ochroną.

Nasza wycieczka rozpoczęła się bladym świtem, kiedy wyjechaliśmy z Saronno w kierunku portowego miasta La Spezia. Tam wsiedliśmy na niewielki statek żeglugi przybrzeżnej, który zawiózł nas do Porto Venere.

Nie była to moja pierwsza wyprawa do Ligurii — ten piękny region widziałam już wcześniej, gdy pewnego lata wybrałam się do Santa Margherita Ligure i Portofino. W następnym roku, pod koniec zimy, pojechałam tam ponownie, by z Camogli popłynąć statkiem do opactwa San Fruttuoso. Okolica bardzo przypadła mi do serca, dlatego jeszcze kilkakrotnie odwiedziłam zarówno Portofino, jak i Camogli. (Jeśli ktoś miałby ochotę na zapoznanie się z innymi postami o tym regionie, znajdzie je pod wspólnym linkiem tutaj > Liguria )

Choć te dwie miejscowości od Porto Venere dzieli niewiele ponad 60 kilometrów, ich charakter jest zupełnie odmienny. W okolicach Portofino znajduje się wiele renomowanych kurortów i miejscowości wypoczynkowych, pełnych luksusowych hoteli i pięknych willi. Natomiast Porto Venere oraz Cinque Terre, mimo napływu turystów, w dużej mierze zachowały swój dawny charakter. Dzieje się tak dlatego, że ten fragment wybrzeża jest niemal całkowicie niedostępny dla ruchu samochodowego, a głównymi środkami komunikacji pozostają pociąg, statek lub łódź.

Porto Venere jest wyjątkowo malownicze. Przy długim nabrzeżu cumują łodzie, a nad miastem góruje wzniesienie z potężnym zamkiem Doriów, zbudowanym z szarego kamienia. U stóp wzgórza stoi rząd wysokich, przylegających do siebie, wąskich domów pomalowanych na pastelowe kolory. Od nowszej części miasteczka oddziela je kwadratowa wieża i mur biegnący aż do zamku. Ten szczególny rodzaj zabudowy miał na celu wzmocnienie walorów obronnych oraz ochronę ludności przed napadami piratów i nieprzyjacielskich wojsk. Liguria jako region zawsze miała duże znaczenie strategiczne — oprócz zamków i wież strażniczych w obrębie Riviery można zobaczyć również wiele umocnień pochodzących z XIX i początków XX wieku.

Większość budynków w Porto Venere ma kilkaset lat i pochodzi z czasów genueńskiej dominacji. Osadę rozbudowywano sukcesywnie od wczesnego średniowiecza aż do XVI stulecia, więc można tu zobaczyć fragmenty budowli, które, podobnie jak zamek i pozostałe umocnienia, pamiętają XII wiek. Domostwa mają po cztery lub pięć pięter; w wielu z nich na parterze — pod parasolami lub markizami z żaglowego płótna — mieszczą się restauracje, kawiarnie i bary oblegane przez przyjezdnych. Turystów jest sporo, jednak temu spokojnemu miasteczku daleko do blichtru, z jakiego słynie Portofino. Co więcej, odniosłam wrażenie, że mieszkańcom to odpowiada, i nikt szczególnie nie zabiega o zmianę tego stanu rzeczy.

Za pierwszym rzędem domów na zboczu wzgórza znajduje się jeszcze kilka wąskich uliczek, z których najdłuższa nosi nazwę via Giovanni Capellini. Aby tam dotrzeć, nie trzeba okrążać zwartej ściany budynków na nabrzeżu, gdyż ułatwiają to dwa sklepione przejścia ze schodami prowadzącymi do wyżej położonej części miasteczka. Po nadmorskim bulwarze, gdzie panował letni upał, wyłożona chłodnymi kamiennymi płytami via Capellini stanowiła zupełnie inny świat. Wysokie domy rzucały cień i chroniły od nadmiaru słońca, a na niewielkim placyku pluskała fontanna. Obelisk fontanny zdobią cztery głowy lwów; wzniesiono ją w tradycyjnym liguryjskim stylu z jasnego i ciemnego marmuru, tworzącego poprzeczne pasy. To sprawia, że na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, iż mamy przed sobą zabytek liczący kilka stuleci. W istocie jest ona o wiele świeższej daty, gdyż powstała w okresie faszystowskim w miejscu dawnej publicznej studni.

Chętnie bym przysiadła na jej postumencie lub na jednej z marmurowych ławek, jednak nie było na to czasu. Plan naszej wycieczki był bardzo napięty, a w Porto Venere zatrzymaliśmy się na bardzo krótko, w oczekiwaniu na statek do miejscowości Vernazza, następnego etapu zwiedzania Pięciu Ziem. Szczerze mówiąc, nasza przewodniczka też nie stanęła na wysokości zadania, bo nie pofatygowała się, żeby powiedzieć nam choćby kilka słów o zabytkach, jakie można tam zobaczyć; za to polecała nam lodziarnie i bary, gdzie można coś zjeść. 

Z racji ograniczonego czasu nie było mowy o dokładniejszym zwiedzaniu miasteczka i wdrapywaniu się na zamkowe wzgórze. Bardzo chciałam zobaczyć piękny romańsko-gotycki kościół wznoszący się na cyplu, więc niemal biegiem udałam się w jego stronę. Niestety, kiedy dotarłam do tarasu u podnóża schodów, było już zbyt późno na zwiedzanie wnętrza, gdyż niedługo miał przypłynąć nasz statek. Bardzo żałowałam straconej okazji, ponieważ sam kościół wydał mi się niezwykle interesujący, a poza tym jego położenie gwarantowało wspaniałe widoki na okolicę. Z ulotki znalezionej w porcie dowiedziałam się, że jest to XII-wieczny kościół pod wezwaniem San Pietro, a miejscowa legenda głosi, iż powstał w miejscu, gdzie niegdyś stała świątynia poświęcona bogini Wenus. 

W mieście jest jeszcze jedna świątynia z tego samego okresu co San Pietro — bazylika San Lorenzo, której z braku czasu nie zobaczyłam nawet z daleka. Było mi bardzo przykro z tego powodu, gdyż przy jej budowie pracowali Magistri Antelami, lombardzcy mistrzowie z kręgu komasków, pochodzący z Valle d’Intelvi i zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego. Ponieważ fascynuje mnie ich niezwykła historia, chętnie bym zobaczyła wzniesioną przez nich budowlę 

Do portu dotarłam w samą porę, nasz statek już czekał na pasażerów i niebawem wyruszyliśmy w dalszą drogę. Rozczarowanie z powodu zbyt małej ilości czasu przeznaczonego na zwiedzanie Porto Venere osłodził mi widok skalistego klifu z kościołem San Pietro na szczycie, przesłonięty rozbryzgami wody, które w blasku słońca lśniły niczym diamenty. Ten piękny obraz mogłam oglądać tylko przez moment, gdyż statek po wyminięciu cypla zmienił kurs i nabrał  prędkości. Po chwili za nami pozostał tylko szeroki pienisty kilwater a jeszcze dalej na skraju wody i nieba odcinały się ciemniejsze sylwetki wysp Palmaria i Tino. Po prawej stronie mieliśmy urwiska liguryjskiego wybrzeża, po lewej morze po horyzont a przed nami była Vernazza ciesząca się sławą najładniejszej miejscowości w obrębie Pięciu Ziem. 

Jednak ten etap podróży będzie tematem następnego posta, ponieważ ciąg dalszy nastąpi!



19 komentarzy:

  1. Beautiful photos, dear friend! Thank you so much for sharing this lovely and captivating tour!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dear Linda, thank you so much for visiting and commenting. I'm glad you liked the trip report and photos. Best regards and have a nice week!

      Usuń
  2. I mnie tam nie było? W zatoce Poetów? Oh, normalnie nie wierzę. :)))
    Oczywiście, żartuję, miejsce piękne, bogini Wenus - Wenera, na pewno nad nim czuwa wraz z Zefirami z obrazu Mistrza.
    Po tej zimie, długiej i złowrogiej, ten post jest jak morska bryza, jak powiew świeżego wiatru i fale na tym ostatnim, wspaniałym zdjęciu.
    Uściski i pozdrowienia, Elu, dobrego nowego tygodnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Joasiu, a co do zatoki - należy to jak najszybciej nadrobić! Jest tam naprawdę pięknie, ja żałuję jedynie, że zabrakło mi czasu na porządne zwiedzanie. Miałam plan, żeby tam wrócić, ale niestety nie udało się. Również serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  3. Cudne okolice. Piękne wspomnienia. Moja znajoma mieszkała w Rzymie trzy lata I nigdy nie była w Wenecji, Florencji. Co za strata możliwości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc też mnie to dziwi, ale takich osób jest więcej. W Saronno wynajmowałam mieszkanie z drugą pielęgniarką z Polski i ona też nigdzie się nie ruszała, ewentualnie na zakupy do Como bo lubiła kupować ciuchy i buty. Proponowałam jej wspólne wypady, jednak nigdy nie skorzystała, bo uważała, że to strata pieniędzy. Nawet nie chciała popłynąć w rejs po jeziorze Como, bo stwierdziła że wystarczy jej widok z kawiarenki na bulwarze.

      Usuń
  4. Ja nie narzekałam na zimę, choć opóźniła pewne nasze działania. Nie była aż taka zła, bez przesady. Kieeeedyś to były zimy 🤓😉
    Pracowałam w Italii 30 lat temu, tylko przez kilka miesięcy, na południu, w Neapolu i okolicy. Dużo wtedy zobaczyłam. Wracałam potem do tego kraju parę razy i chętnie powłóczyłabym się po nim znów. Ma w sobie pozytywne coś. Piękne miejsca pokazujesz. Każdy fragment to historia i zabytki, które są żywe 😍

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zima jak najbardziej powinna być, byle służby miejskie robiły swoje. Ja też zaczynałam moją włoską przygodę na południu, ale w Bari. Tyle lat minęło, a wciąż pamiętam jak jechałam niebieskim autobusem Autostradale, widoki były nie do zapomnienia i te nazwy mijanych miejscowości, które znałam z historii i książek. Dość szybko oswoiłam się z nową sytuacją i dobrze się tam czułam, więc ciągnęło mnie w nowe miejsca. Teraz dobrze mi w domu, ale z przyjemnością wspominam tamte czasy i też chętnie bym wróciła, żeby się powłóczyć.

      Usuń
    2. W okolicach Bari też pracowałam, ale przy zbiorach pomidorów. Tam, gdzie potem odkryto obozy pracy. Sama mam niefajne wspomnienia z tamtych wydarzeń. Ale wróciłabym turystycznie 😉

      Usuń
    3. Wiem o co chodzi, był moment kiedy ta historia była bardzo głośna,, bez powodzenia szukano prawie dwustu osób w większości z Polski, które przepadły bez wieści. Z tego co wiem sprawie ukręcono łeb i nic się nie zadzialo. Miałaś szczęście, że ominęło Cię najgorsze, ja też wyjechałam na wariackich papierach, ale miałam szczęście i szybko spadam na cztery łapy, jednak nigdy nie zapomnę tego, że chodziłam po krawędzi.Wlochy to piękny kraj, pod warunkiem że ma się fart albo jedzie jako turysta.

      Usuń
  5. Szarości kościoła i okolicy przyciągają wzrok. Zawsze zachwycały mnie wąskie uliczki, często barwne i na swój sposób wesołe. Tu dominują spokój i zaduma…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, co ciekawe jest to, że na żywo w blasku słońca ten kościół wyglądał na dużo jaśniejszy bo kamień odbijał światło, a kiedy okrążyliśmy cypel wydawał się niemal biały, aż nie wierzyłam, że to ten sam. Uliczki faktycznie są dość stonowane w kolorze, bo w przeciwieństwie bo frontu z tyłu domy są pomalowane na ciemniejsze kolory zbliżone do ochry. Poza tym przypominają tunele i panuje tam cień, ale w upalne dni jest jest tam bardzo przyjemnie.

      Usuń
  6. Piękna miejscowość i wcale nie dziwię się Twemu rozżaleniu, że było zbyt mało czasu na jej zwiedzanie. Też żałowałbym, że ominęły mnie takie cuda w postaci zamku i kościoła San Pietro. Natomiast na zdjęciach z wody przepięknie się obie budowle prezentują, dobrze że chociaż takie wspomnienie zostało. Niestety zawsze jest coś za coś na wycieczkach zorganizowanych czas często goni i zwiedzanie jest powierzchowne ale lepiej tak niż wcale. Pamiętam naszą wycieczkę w Austrii, kiedy przewodniczka z uporem maniak starała się nas zaciągnąć na degustację morelówki. Kupiliśmy w innym miejscu, taniej a morelówka okazała się bardzo smacznym likierem. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, wycieczka pozostawiła mi niedosyt, ale mimo wszystko coś tam zobaczyłam, a poza tym zawieźli mnie i przywieźli z powrotem, nie musiałam wielokrotnie się przesiadać. Co do degustacji - niektóre biura albo przewodniccy mają swoje układy i naganiają turystów, też się z tym spotkałam. Również serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  7. Bardzo malownicze miejsce! Takie malutkie zaułki mają swój niepowtarzalny urok. Może nie chcą robić za wielkiego zamieszania, bo cenią sobie spokój, tak sobie pomyślałam, kiedy napisałaś o tym blichtrze...
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też tak to widzę. Podobnie jak u nas we Włoszech w niektórych miejscowościach ludzie do maksimum wykorzystują możliwość zarabiania na turystach, a później narzekają, że nie mają swojego życia. Gdyby do Cinque Terre i Porto Wenere prowadziła droga jezdna, zapewne też by się nie opędzili od przyjezdnych. Pozdrawiam wzajemnie!

      Usuń
  8. Bardzo ładne zdjęcia i przyjemnie się czytało Twoją relację. :) W ogóle widoczki przepiękne - proszą się, żeby usiąść gdzieś blisko brzegu i je podziwiać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, miło mi że podobał Ci się ten post. Miasteczko na żywo wygląda jeszcze ładniej.

      Usuń
  9. Urocze miejsce, pięknie położone i niezwykle klimatyczne. Niestety wycieczki mają to do siebie, że zaledwie liźniemy zwiedzanego miejsce, a już trzeba wracać. Ale lepiej tak, niż nie zobaczyć tego piękna w ogóle. A z czasem można wrócić. Na Cinque Terre się wybieram. Może zdążę w tym życiu. Na razie czekam na dalsze miasteczko. Pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz, będzie on widoczny po zatwierdzeniu.