Vernazza to jedno z najpiękniejszych miasteczek liguryjskiego wybrzeża. Podobnie jak inne miejscowości w obrębie Parku Narodowego Cinque Terre zachwyca kolorową zabudową, malowniczym portem i autentycznym włoskim klimatem. Każdy, kto ją odwiedzi, odkryje niemal pocztówkową wersję Ligurii – idealną na spokojne zwiedzanie i delektowanie się widokami.
Ten wpis jest trzecim i zarazem ostatnim, w którym opisuję moją wyprawę na teren Cinque Terre, a jednocześnie dziewiątym poświęconym Ligurii. Choć przez jedenaście lat mojej emigracji mieszkałam w Lombardii, wielokrotnie odwiedzałam sąsiednie regiony, w tym Ligurię. Jej piękno całkowicie mnie urzekło – bo jak się nie zachwycić górami, których stoki schodzą wprost do morza, i uroczymi miejscowościami, w których czas jakby się zatrzymał? Liguria skradła mi serce, więc ten dziewiąty post chyba nie będzie ostatnim...
Vernazza była końcowym etapem naszej wycieczki do Pięciu Ziem (dwa poprzednie posty na ten temat można znaleźć pod linkiem Cinque Terre). Przypłynęliśmy tam z Monterosso al Mare, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć miasteczko od strony morza. Nawet widziane z oddali zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Skupisko domków w pastelowych kolorach, kościół na pierwszym planie, wysoka skała z potężną wieżą na szczycie oraz zielone wzgórza pokryte tarasowymi poletkami – wszystko to tworzyło niezapomniany widok.
Jednak walory wizualne to nie wszystko – historia tego miejsca jest równie fascynująca. Pierwsze dokumenty pochodzą z XI wieku, choć osadnictwo na okolicznych wzgórzach datuje się na początek pierwszego tysiąclecia naszej ery. Już w czasach rzymskich na nasłonecznionych stokach nadmorskich klifów uprawiano winorośl i oliwki, a tradycja ta przetrwała do dziś.
Jedynym problemem był i jest nadal trudny dostęp do tych terenów, spowodowany stromymi stokami i osuwiskami ziemi. Z tego względu Rzymianie, którzy budowali znakomite drogi, ograniczyli się do półśrodka. Zbudowali jedynie wąski utwardzony szlak, wiodący po grzbiecie wzniesień, natomiast pozostałe odcinki prowadzące do upraw na zboczach przemierzano pomniejszymi lokalnymi ścieżkami.
W tamtym okresie okoliczna ludność mieszkała na wzgórzach; dopiero kiedy w 1016 roku te ziemie objął swoim protektoratem genueński ród Obertenghi, część mieszkańców przesiedliła się na wybrzeże. W 1209 roku Vernazza została przejęta przez Republikę Genueńską i stała się ważnym portem handlowym. Dla ochrony swoich interesów genueńczycy w tutejszej zatoczce zbudowali ufortyfikowany port i stocznię remontową, Dla zapewnienia bezpieczeństwa wzniesiono mury obronne, wieże strażnicze i bastiony, których resztki możemy oglądać do dzisiaj. Przez kilka wieków Vernazza przechodziła zmienne koleje losu, aż do czasów, kiedy weszła w skład odrodzonego Królestwa Włoch.
Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem były winnice, o czym świadczą tarasowe plantacje winorośli widoczne na wzgórzach, do których przytuliła się ta mała osada. Kilkusetletnia tradycja ma swój dalszy ciąg, a przypis o jej historycznych i współczesnych aspektach znajduje się na końcu posta.*
Kiedy nasz statek przybił do nabrzeża, mogliśmy z bliska zobaczyć szczególny układ tego niemal mikroskopijnego miasteczka. Kamienne molo w kształcie sierpa i przytulna plaża tworzą niewielkie kąpielisko, oddzielone od centralnego placu balustradą i murem oporowym. Tuż obok po lewej stronie wprost z wody wyrasta XIV-wieczny kościół Santa Margherita d’Antiochia a w głębi od placu rozchodzą się wąskie uliczki. Po prawej stronie portu na wysokiej niemal czarnej skale wznosi się XII wieczny zamek Doriów z wysoką okrągłą wieżą. Można tam dojść pokonując plątaninę wąskich uliczek i liczne schody.
Uderzył mnie szczególny nastrój tego dnia – była niedziela i piękna pogoda, kościelny dzwon swym biciem wzywał wiernych na modlitwę, więc można było zobaczyć sporo osób odświętnie ubranych, zmierzających na mszę.
Na plaży tuż obok kościoła ludzie leżeli na słońcu albo radośnie dokazywali w wodzie, podczas gdy inni delektowali się miejscowymi przysmakami w kawiarenkach i restauracyjkach na placu. Włosi jak żaden inny naród potrafią łączyć sacrum i profanum, wychodząc ze słusznego założenia, że kontakt z naturą i zdrowa dbałość o swoje ciało również są swego rodzaju modlitwą na chwałę Stwórcy. Było to prawdziwe wakacyjno-niedzielne, beztroskie far niente, przesycone zapachem rozmarynu, cytryn, kwiatów i morskiej bryzy.
Niestety nasza wycieczka odbywała się w tempie niemal zawrotnym, więc i tym razem nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie. Udało mi się zobaczyć wnętrze kościoła, zanim zaczęła się msza, ale z oczywistych powodów nie było mowy o dokładnym oglądaniu detali i robieniu zdjęć, więc ukradkiem sfotografowałam jedynie figurę patronki oraz poświęcony jej ołtarz. Kościół wzniesiono pod wezwaniem św. Małgorzaty z Antiochii, jego wnętrze jest bardzo surowe, w stylu gotyku liguryjskiego. Pracowali przy nim komaskowie – sławni budowniczowie pochodzący z Lombardii. Ponieważ byli zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego, od nazwiska mistrza nazywano ich Magistri Antelami i pod tym mianem przeszli do historii średniowiecznej architektury. W późniejszych wiekach świątynię rozbudowano, przedłużając główną nawę, pod którą znajduje się darsena, dodano jej także charakterystyczną ośmiokątną wieżę.
Vernazza, jaką zobaczyłam, nie jest typowym turystycznym miasteczkiem na pokaz. Chociaż nie brakuje tu restauracyjek, barów i kawiarenek, a także stoisk z pamiątkami, jej mieszkańcy nie kryją się ze swoim stylem życia i zajęciami. Sąsiedzi i znajomi gawędzą na murkach i krzesełkach pod ścianami domów, a w wąziutkich zaułkach nad głowami przechodniów na sznurach powiewa pranie. Wiele starych domów ma odpadające tynki – nie ma w tym nic dziwnego, bo w nadmorskich miejscowościach nie zawsze świeci słońce; niemal równie często są one chłostane ulewnymi deszczami i sztormowym wiatrem.
Ponieważ była pora obiadu, powinnam gdzieś wstąpić, aby zjeść coś konkretnego, ale szkoda mi było czasu na siedzenie pod restauracyjnym parasolem. W zamian zdecydowałam się na apetyczne lody lokalnej produkcji, sprzedawane w lodziarni przy głównej ulicy. Uwielbiam włoskie lody, których nie serwuje się w postaci gałek ani tym bardziej z maszyny, lecz hojnie nakłada do wafla płaską łopatką. Jest to nie tylko wspaniały deser – kiedy nie ma czasu na solidny posiłek, porządna porcja pysznych lodów ze świeżych składników może go z powodzeniem zastąpić.
Vernazza leży pomiędzy wzgórzami, w niewielkiej, wąskiej dolince rozszerzającej się w stronę morza. Spacerując po Via Roma, która jest główną ulicą miasteczka, zauważyłam po obu jej stronach liczne schody prowadzące do domów leżących nieco wyżej. Trafiłam też nad strumień Vernazzola, który – jak się zorientowałam – spływa pomiędzy zielonym wzgórzem a skałą, na której wznosi się zamek. Strumień niknął pod nawierzchnią ulicy, gdzie prawdopodobnie utworzono kanał odprowadzający jego wody do morza, co w tych stronach jest dość częstą praktyką.
Miałam ochotę udać się do zamku Doriów, lecz podobnie jak w Monterosso obawiałam się, że zajmie mi to zbyt dużo czasu i spóźnię się na zbiórkę, co byłoby o tyle kłopotliwe, że czekał nas przejazd pociągiem do Manaroli. Nie chcąc sprawiać kłopotów sobie i innym, wolałam zrezygnować z podziwiania widoków z wysokości zamku, tym bardziej że miałam w planie następną wycieczkę w te strony, lecz tym razem na własną rękę.
![]() |
W Manaroli spotkał mnie zawód, ponieważ okazało się, że dworzec leży u podnóża stromej skały, za którą kryje się to śliczne miasteczko. Manarola zauroczyła mnie podczas rejsu wzdłuż wybrzeża, jednak nie mieliśmy w planie jej zwiedzania, gdyż naszym celem było przejście Drogą Miłości do sąsiedniego Riomaggiore.
Droga Miłości, czyli Via dell’Amore, to nadmorska ścieżka wykuta w skale, obecnie stanowiąca deptak o długości mniej więcej kilometra. Powstała jako droga zapasowa dla robotników wykuwających w skalnym klifie tunel dla kolei, która w XIX wieku połączyła Cinque Terre z resztą świata. Kiedy ukończono prace, miejsce to stało się ulubionym celem spacerów miejscowych zakochanych. Z biegiem czasu dróżce dodano nowe zabezpieczenia i przekształcono ją w lokalną atrakcję. Trzeba przyznać, że spacer na tej trasie, gdzie po jednej stronie znajduje się potężna skalna ściana, a z drugiej trzydziestometrowe urwisko, robi niezapomniane wrażenie. Mnie z tej przechadzki najbardziej zapadł w pamięć widok bezkresnego morza stapiającego się z błękitem nieba oraz kryształowo czysta woda, która z tej wysokości miała kolor ultramaryny.
Kiedy po półgodzinnym spacerze dotarliśmy do Riomaggiore, zaledwie rzuciliśmy na nie okiem. Zbliżała się godzina naszego powrotu do Saronno, więc musieliśmy udać się na obrzeża, gdzie na parkingu czekał nasz autokar.
Miałam bardzo mieszane wrażenia z tej wycieczki, ponieważ taki sposób zwiedzania zupełnie mi nie odpowiada. Czułam się jak paczka przewożona pod presją czasu z punktu A do punktu B. Choć odwiedziłam trzy miejscowości, nie mogłam poświęcić im tyle uwagi, ile bym chciała. Przypominało to lot balonem na niewielkiej wysokości – można wiele zobaczyć, ale nie można niczego dotknąć. Niestety taki jest urok jednodniowych wycieczek do odległych miejsc, jednak mają one tę zaletę, że przynajmniej pobieżnie można poznać inny region. Jeśli nam się spodoba, zawsze można spróbować do niego wrócić by smakować jego uroki w swoim tempie.
Ja też miałam taki zamiar, jednak nie było sensu jechać tam ponownie na jeden dzień, a z powodu systemu w jakim pracowałam, nie mogłam planować kilkudniowego wypadu. Kiedy nadszedł czas mojego definitywnego powrotu do Polski, postanowiłam, że po rozwiązaniu umowy zrobię sobie dwutygodniowy urlop, który poświęcę na nieco dalsze wycieczki. Chciałam jeszcze zobaczyć kilka miejsc, między innymi Ravennę i Cinque Terre. Była połowa października, zwykle o tej porze roku pogoda nadal dopisywała, jednak tym razem stało się inaczej. Nad Półwysep Apeniński nadciągnęła niekończąca się fala deszczu i dzień w dzień lało jak z cebra.
W Lombardii większość rzek zaczęła występować z brzegów, a strumyki, gdzie jeszcze niedawno płynęła wąska strużka wody, zmieniły się w groźne, rwące potoki. W tej sytuacji nie mogło być mowy o wybieraniu się gdziekolwiek, więc pozostało mi siedzenie w domu i śledzenie prognoz pogody w telewizji oraz oglądanie przerażających obrazów z zalanych miejscowości.
Szczególnie tragiczna sytuacja była w Ligurii – w Genui podczas oberwania chmury na zalanych ulicach utonęło siedem osób, ale najbardziej ucierpiały właśnie Cinque Terre, gdzie (jak podawała lokalna prasa) żywioł pochłonął życie trzynastu ofiar. Na Monterosso al Mare i Vernazzę zeszły niszczycielskie lawiny błota; pozostałe miejscowości odniosły mniejsze szkody, ale Droga Miłości w Manaroli uległa zniszczeniu.** W szczególnie trudnej sytuacji była Vernazza – przeżyłam szok, kiedy w telewizji pokazano film, gdzie zobaczyłam, jak przez Via Roma z ogromną szybkością pędzą potoki wody, porywające ze sobą auta, które przez balustradę centralnego placu spadają wprost do morza. Potworny żywioł niszczył wszystko na swojej drodze, a to, czego nie porwała woda, ginęło pod warstwą naniesionej ziemi.
W następnych dniach, kiedy ulewy zamieniły się w zwykły deszcz, mogłam obejrzeć inne reportaże, w których zrozpaczeni ludzie szacowali swoje straty. Między innymi wypowiadał się właściciel lodziarni, w której byłam podczas wycieczki, wielu innych drobnych przedsiębiorców żyjących z turystyki oraz właściciele winnic. Straty szacowano na wiele setek milionów euro, jednak najgorsze było to, że przed mieszkańcami był ogrom prac związanych z usuwaniem szkód, co jak przewidywano potrwa kilka następnych lat. Patrząc na te obrazy straszliwych zniszczeń, trudno było sobie wyobrazić, że przyjdzie czas, gdy Monterosso i Vernazza zaczną funkcjonować normalnie.***
Kiedy przyszedł dzień mojego odjazdu, we Włoszech nadal padało. Nie wiedziałam, czy bardziej cieszę się, że wracam do domu, czy smucę, bo skończył się ten etap mojego życia, który, choć trudny, przyniósł mi też wiele radości. Włoskie niebo płakało nade mną, że zostawiam za sobą tyle pięknych miejsc, których być może już nigdy nie zobaczę, a ja pocieszałam się myślą, że mimo wszystko wiozę walizkę pełną wspomnień.
Nieco później, gdy rozmyślałam o moich wycieczkach, które nie doszły do skutku, przyszło mi do głowy, że ulubionym powiedzonkiem Włochów jest domani, Hiszpanie zawsze mają pod ręką swoje mañana, a my, Polacy, często mówimy, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. Jednak w życiu nie warto niczego odkładać na później, bo przecież nie wiemy, co nam przyniesie jutro...
*Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem stały się winnice a wino jakie tu produkowano uchodziło za wyborne. Nazywano je „winem morza”, ponieważ zarówno powietrze, jak i gleba na klifach zawierają sól morską. Jej obecność sprawia, że z winogron dojrzewających na nasłonecznionych stokach, zraszanych morską bryzą, uzyskiwano trunek o wyjątkowym smaku. Jednak powstanie i następnie kultywacja winnic był to efekt prawdziwie morderczego wysiłku mieszkańców tych terenów. Budowa niezliczonych tarasów odbywała się ręcznie. Pierwszym etapem było odłupywanie za pomocą kilofa płaskich kawałków skał, z których następnie budowano suche murki. Jest to starożytna technika układania i dopasowywania kamieni w taki sposób, by wzajemnie się klinowały. Dzięki temu nie potrzeba zaprawy do ich spojenia, cała konstrukcja jest stabilna a do tego przepuszcza nadmiar wody, co jest bardzo ważne dla upraw.
Aby posadzić winorośl niejednokrotnie trzeba było uzupełnić cienką warstwę gleby, więc ziemię na plantację noszono w dużych koszach. W ten sam sposób znoszono na dół zebrane owoce, pokonując niezliczone kilometry w górę i w dół. Na wzgórza nie prowadziły żadne drogi dojazdowe, łączność pomiędzy tarasami zapewniały wąskie schody ułożone ze skalnych bloków, więc transport odbywał się przede wszystkim na ludzkich plecach. Obecnie pracę nieco ułatwiają kolejki jednoszynowe, jednak owoce trzeba donieść w ich pobliże, dlatego nadal jest to praca dla prawdziwych pasjonatów – ludzi twardych i wytrwałych. Na przełomie XIX i XX wieku Cinque Terre przeżyły inwazję filoksery, niewielkiego owada, który przywędrował z Ameryki i w duzym stopniu zniszczył Europejskie plantacje. O ile na nizinach łatwiej można było odrobić straty, to na tym słabo zaludnionym, bardzo trudnym obszarze było to właściwie niemożliwe. Utracono efekt pracy wielu pokoleń, dawne uprawy zaczęły zarastać a część ludzi udała się w inne rejony lub na emigrację. Efekt tej tragedii nadal jest widoczny, kiedy płynie się statkiem wzdłuż wybrzeża, w wielu miejscach można jeszcze dostrzec zarysy dawnych tarasowych poletek. Jednak tradycja winiarska na tych ziemiach nie zginęła całkowicie w drugiej połowie XX wieku powstała Cooperativa Agricoltura delle Cinque Terre. Jej członkowie pracują na bazie nowoczesnych ekologicznych metod, produkując białe wytrawne wino Cinque Terre DOC i deserowe Sciacchetrà DOC.
** Via dell'Amore uległa zniszczeniu, ponieważ podczas powodzi w 2011 roku doszło w tym miejscu do osunięcia terenu. Prace przy jej rekonstrukcji i zabezpieczeniu trwały przez trzynaście lat a ponowne otwarcie ścieżki nastąpiło w sierpniu 2024 roku.
*** Cinque Terre zadziwiająco szybko podniosły się po katastrofalnej powodzi, która zniszczyła nie tylko ludzkie domy, ale również infrastrukturę krytyczną w tym drogi dojazdowe i linię kolejową. W pierwszych tygodniach mieszkańcy byli zdani sami na siebie, gdyż cały teren został odcięty od świata. Z pomocą w usuwaniu szkód przyszły instytucje państwowe i Unia Europejska, organizacje pozarządowe oraz mnóstwo wolontariuszy z całych Włoch. Najgorsze szkody usunięto przed sezonem letnim w 2012 roku, co umożliwiło częściowy powrót turystów. Jednak były też prace, które trwały jeszcze wiele lat, a w innych miejscach nadal nie zostały zakończone. Pisząc tego posta oglądałam aktualne zdjęcia z Vernazzy i jestem pełna podziwu, gdyż miasteczko wygląda piękniej niż kiedykolwiek.
.jpg)
-002.jpg)













.jpg)





-001.jpg)











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Ze względu na spam wszystkie wypowiedzi podlegają moderacji, dlatego mogą pojawiać się z niewielkim opóźnieniem.