Dwa tygodnie temu ukazał się pierwszy post na temat mojej wycieczki, podczas której miałam okazję przyjrzeć się z bliska tej części Ligurii. Jeśli ktoś chciałby się z nim zapoznać albo go sobie odświeżyć, może to zrobić, klikając w link Riwiera Liguryjska, część pierwsza — Porto Venere. Wspominałam w nim, że Porto Venere oraz Cinque Terre, czyli miejscowości Riomaggiore, Manarola, Corniglia, Vernazza i Monterosso al Mare, są na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Tę decyzję podjęto, mając na uwadze zarówno ich walory krajobrazowe i architektoniczne, jak i fakt, że stanowią cenne świadectwo dawnego sposobu zagospodarowania tych ziem.
Park Narodowy Porto Venere i Cinque Terre zajmuje ponad dwadzieścia kilometrów liguryjskiego wybrzeża. Jest to jeden z najczystszych regionów w obrębie Morza Śródziemnego, gdyż nie ma tu warunków do rozwoju przemysłu i budowy większych ośrodków miejskich. Choć początki osadnictwa w tej okolicy sięgają czasów rzymskich, z racji swego położenia Cinque Terre przez wiele stuleci stanowiły enklawę niemal całkowicie odciętą od świata. Aby przemieścić się nieco dalej w głąb lądu, należało pokonać kilometry górskich ścieżek na piechotę lub na grzbiecie osła albo muła. Ludzie, którzy zamieszkiwali małe wioski usytuowane na skałach w obrębie niewielkich zatoczek, trudnili się rybołówstwem oraz uprawą oliwek i winorośli na stromych stokach nadmorskich wzgórz.
Udokumentowana historia tych ziem sięga XI wieku i mówi o tym, że największy wpływ na rozwój pięciu miejscowości mieli Genueńczycy. Wspierali oni tutejszą gospodarkę, gdyż wino i oliwa pochodzące z tych stron od niepamiętnych czasów były uważane za produkty najwyższej jakości. Republika Genueńska dbała też o bezpieczeństwo mieszkańców, którym zagrażali berberyjscy i tureccy piraci nękający wybrzeże włoskiego buta w poszukiwaniu cennych towarów i niewolników.
Niestety z biegiem czasu Genua straciła swą dominującą pozycję w dziedzinie handlu morskiego, a to spowodowało zastój gospodarczy i powolną degradację Pięciu Ziem. Dopiero powstanie odrodzonego Królestwa Włoch dało im następną szansę, gdy w drugiej połowie XIX wieku rozpoczęto prace mające na celu wzmocnienie potencjału obronnego liguryjskiego wybrzeża. Do tego celu niezbędny był nowoczesny i efektywny transport, więc na potrzeby armii zbudowano linię kolejową łączącą portowe miasto La Spezia z Genuą. Wymagało to ogromnego wysiłku, zwłaszcza podczas wykuwania tuneli na górzystym odcinku poniżej Sestri Levante. Z czasem linia kolejowa została udostępniona również dla celów cywilnych, dzięki czemu od 1874 roku Cinque Terre zyskały nowe możliwości komunikacyjne. Po drugiej wojnie światowej w okolicy powstały też drogi jezdne prowadzące grzbietami wzniesień, które jeszcze bardziej ułatwiły życie mieszkańców. Nie mają one jednak większego znaczenia dla turystyki z powodu braku miejsc parkingowych w samych miasteczkach i ich okolicy, więc dla turystów nadal najlepszym środkiem transportu pozostaje pociąg lub statek.
Nasza wycieczka obejmowała rejs statkiem z Porto Venere do Monterosso al Mare, miejscowości położonej na północnym krańcu Pięciu Ziem. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć cały ten odcinek wybrzeża i zachwycić się pięknym widokiem tej niesłychanie malowniczej krainy. Jak już pisałam w poprzednim poście, byłam wcześniej w tym regionie, miałam również okazję popatrzeć ze statku na klify Riwiery Liguryjskiej w obrębie Półwyspu Portofino. Jednak tym razem moje wrażenia były zupełnie inne, ponieważ rejs trwał prawie półtorej godziny i oferował odmienne widoki. Nie bez wpływu była pogoda — mimo że dzień był ciepły i w zasadzie słoneczny, tuż nad klifami zalegały kłębiaste chmury. W niektórych miejscach było ich tak dużo, że nie tylko przesłaniały słońce i rzucały cień — pod nimi tworzył się mglisty woal spowijający niektóre zatoczki i otaczające je szczyty.
Chociaż nie były to dobre warunki do fotografowania, sam rejs oferował niezapomniane wrażenia. Statek pruł morskie fale w rozbryzgach piany, a po prawej stronie wyrastały czarne lub szare wapienne skały przybrzeżne i kolejne wzniesienia Apeninów Liguryjskich o stokach schodzących wprost do morza. Na ich zielonych szczytach gdzieniegdzie można było dostrzec nieliczne domki, sanktuaria i strażnicze wieże.
Statek nigdzie nie zawijał po drodze, więc płynął dość daleko od brzegu. Mimo to nawet z tej odległości mogliśmy obserwować mijane miejscowości — Riomaggiore, położone w dwóch zatoczkach przedzielonych klifem, śliczną Manarolę z kolorowymi domkami uczepionymi do skalnego zbocza niczym jaskółcze gniazda oraz maleńką Corniglię leżącą na niemal pionowo uciętej skalnej ostrodze.
Kiedy minęliśmy Corniglię, pomiędzy dwoma kopulastymi wzniesieniami ukazała nam się pełna słońca zatoczka, gdzie leży miejscowość Vernazza (będzie ona tematem następnego posta), przez wiele osób uważana za najładniejszą w obrębie Pięciu Ziem. Vernazzę i Monterosso al Mare dzieli odległość mniej więcej pięciu kilometrów. Lokalny pociąg pokonuje ją w ciągu trzech minut, lecz statek potrzebuje ich dwadzieścia. Jako ciekawostkę dodam, że w tym miejscu po klifach prowadzi również szlak pieszy zwany Sentiero Verde Azzurro (Ścieżka Zielono-Błękitna), a na jego przejście trzeba poświęcić nieco ponad godzinę.
Po mniej więcej kwadransie za klifem zobaczyliśmy rozległą zatokę — ograniczoną od północy cyplem zwanym Mesco, który zamyka terytorium Cinque Terre. W Monterosso przywitała nas słoneczna pogoda, kiedy minęliśmy falochron, okazało się, że miasteczko ma piękną wizytówkę w postaci szerokiej plaży z mnóstwem parasoli. Za nią widniała długa estakada z arkadami, a w głębi leżało spore skupisko niezbyt wysokich, kolorowych domów wspinających się na stoki okolicznych wzniesień.
Monterosso al Mare jest największą ze wszystkich miejscowości Pięciu Ziem, zamieszkuje je około półtora tysiąca osób, podczas gdy najmniejsza Corniglia ma niewiele ponad dwustu mieszkańców. Monterosso jest też najstarsze, gdyż z całą pewnością wiadomo, że istniało w 1056 roku — są też przekazy mówiące o osadzie, jaka znajdowała się tu już w VII stuleciu.
Do tych dwóch „naj-” należy dodać trzecie — otóż plaża w Monterosso jest największa na terenie Pięciu Ziem. Co więcej, znajduje się tuż obok dworca kolejowego (pociąg kursuje po estakadzie z arkadami, o której pisałam powyżej), więc jeśli ktoś przyjeżdża, aby się wykąpać i poopalać, może to zrobić zaraz po wyjściu z wagonu.
Ponad przystanią, gdzie zawinął nasz statek, wznosi się wysoki skalny klif, przebity tunelem, w którym biegnie linia kolejowa do Genui. Wzniesienie nosi nazwę Colle di San Cristoforo, a na jego szczycie widać okrągłą wieżę zwaną Torre Aurora, będącą częścią średniowiecznego zamku. Niegdyś w tym miejscu znajdowała się umocniona osada, która podobno skutecznie broniła się przed najazdem Longobardów. Pierwotny zamek wzmocniono i rozbudowano po tym, jak w XVI wieku Saraceni najechali i spustoszyli tę okolicę, spalili domy, a ludność uprowadzili do niewoli. Jednak z tej niegdyś potężnej budowli do naszych czasów nie dotrwało nic poza dwiema wieżami i resztkami ruin.
Poniżej znajduje się duży budynek — to XVII-wieczny klasztor kapucynów, który przechodził zmienne koleje losu: kilkakrotnie był zamykany i otwierany na nowo. Funkcjonował do lat 90. ubiegłego wieku, kiedy zamknięto go z powodu braku zakonników, którzy mogliby w nim zamieszkać. Reaktywowano go w 2006 roku, jednak zupełnie niedawno w telewizji oglądałam program na jego temat i dowiedziałam się, że mieszka tam tylko jeden brat opiekujący się całym przybytkiem, na który składa się kościół, klasztor i ogród. W wywiadzie, jaki z nim przeprowadzono, opowiadał o swoim życiu i zajęciach, m.in. o uprawie drzewek cytrynowych. Była to bardzo ciekawa opowieść człowieka, dla którego samotna egzystencja poświęcona pracy i modlitwie nie jest ciężarem, lecz prawdziwym darem od losu.
Podobnie jak to miało miejsce w Porto Venere, czas na zwiedzanie miasteczka był bardzo ograniczony, a informacje ze strony pilotki na jego temat były właściwie żadne. Miałam wrażenie, że jest ona w tym miejscu po raz pierwszy, a do tego wyraźnie nie odrobiła lekcji, więc ograniczyła się do podania miejsca i godziny następnej zbiórki.
Miałam ochotę udać się do klasztoru na wzgórzu, by obejrzeć wnętrze kościoła, gdzie znajdują się malowidła manierystycznego malarza Luki Cambiaso a także Ukrzyżowanie przypisywane Van Dyckowi. Jego autorstwo jest o tyle prawdopodobne, że Antoon Van Dyck, który spędził sześć lat we Włoszech działał przede wszystkim w Rzymie i Genui. W tym czasie stworzył wiele wspaniałych portretów miejscowej arystokracji, więc nie wykluczone, że mógł też namalować obraz dla klasztoru znajdującego się pod protektoratem dożów Republiki Genueńskiej.
Jednak o ile bez problemu mogłabym dopytać się o drogę, to nie wiedząc, ile czasu zajmie mi spacer na górę i z powrotem, bałam się ryzykować z obawy przed spóźnieniem na zbiórkę. W tej sytuacji zdecydowałam, że pospaceruję po mieście i obejrzę jego zakątki. Okazało się, że Monterosso, choć jako całość niezbyt stylowe i z wieloma budynkami dość świeżej daty, ma wiele uroku. Bardzo spodobał mi się kościół z fasadą w charakterystyczne dla Ligurii poprzeczne pasy z jasnego i ciemnego kamienia, ozdobioną niezwykle piękną rozetą, wyglądającą niczym misterna koronka wykuta w białym marmurze. Nie zobaczyłam wnętrza, ponieważ świątynia była zamknięta (większość włoskich kościołów jest zamykana pomiędzy godziną 12 a 15, chociaż zdarzają się wyjątki), a szkoda, bo jak dowiedziałam się z tablicy informacyjnej, jest datowana na połowę XIII wieku i zachowała się w stanie zbliżonym do pierwotnego.
Ku mojej radości okazało się, że w Monterosso działa rodzinna pracownia ceramiczna, gdzie można kupić piękne rękodzieło, a nawet rzucić okiem na proces jego zdobienia. Jestem wielbicielką podobnych wyrobów, więc musiałam wszystko dokładnie obejrzeć. Trudno mi było zrezygnować z kupna jednego z cudnych talerzy lub dzbanków, jednak poszłam po rozum do głowy i poprzestałam na nabyciu stylowej zawieszki na ścianę. Nie ukrywam, że nie zawsze tak było — zdarzało się, że ulegałam podobnym zachciankom i sprawiałam sobie różne przedmioty, których urodzie nie potrafiłam się oprzeć, nie bacząc na ich gabaryty i wagę. Jednak te zakupy miały swoją ciemną stronę, bo aby je przewieźć do Polski, zamiast spokojnie lecieć samolotem, musiałam wracać do domu autobusem albo płacić słony nadbagaż.,,
Jednak tym co sprawiło, że wizyta w Monterosso utkwiła mi w pamięci, była ogromna bugenwilla obsypana mnóstwem purpurowych przykwiatków. Uwielbiam tę roślinę od chwili, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, więc ten oszałamiający widok wiele mi wynagrodził. (W gruncie rzeczy jej magii poddałam się dużo wcześniej, gdy jako dziesięciolatka przeczytałam o niej w opowiadaniu Sienkiewicza W krainie złota. Było to w czasach, kiedy mieszkaliśmy za żelazną kurtyną, więc nawet nie mogłam marzyć o zobaczeniu jej na własne oczy). Ponieważ kończył się czas przeznaczony na wizytę w miasteczku, chcąc nie chcąc udałam się na miejsce zbiórki. Przyszłam nieco przed czasem, więc postanowiłam trochę pobrodzić w Morzu Śródziemnym. Okazało się, że na plaży jest sporo osób z naszej wycieczki, które zrezygnowały ze spaceru a w zamian za to skorzystały z pięknej pogody aby się poopalać. To dolce far niente nie trwało jednak długo, ponieważ zbliżała się godzina, kiedy mieliśmy udać się do Vernazzy, przedostatniego etapu naszego zwiedzania. Lecz o tym, co tam widziałam, opowiem już w następnym poście.
*Jeśli planujemy zwiedzać Cinque Terre indywidualnie, pociąg lub statek są najwygodniejszym rozwiązaniem. Jeśli zdecydujemy się wyruszyć ze stacji La Spezia, w zależności od rodzaju pociągu w ciągu dziesięciu minut lub najwyżej kwadransa dotrzemy do Riomaggiore, a podróż pomiędzy pięcioma miejscowościami zajmie nam również mniej więcej około kwadransa (pociąg zatrzymuje się na wszystkich pięciu stacyjkach). Można również zacząć podróż w Levanto, skąd dojedziemy do Monterosso al Mare i dalej.
Najlepszą opcją jest wykupienie Cinque Terre Treno MS Card — dzięki niej możemy przez cały dzień do woli jeździć pociągiem i wysiadać we wszystkich miejscowościach Pięciu Ziem pomiędzy La Spezia i Levanto. Upoważnia ona także do przejazdów lokalnymi autobusami, darmowego wejścia na płatne szlaki piesze, a nawet bezpłatnego dostępu do toalet.
Pomiędzy portem La Spezia i Monterosso al Mare kursuje również wiele statków. Można nimi dopłynąć do wszystkich miejscowości oprócz Corniglii, ponieważ z racji utrudnionego dostępu do morza w tej miejscowości nie ma przystani.

.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)

-001.jpg)
.jpg)
%20(1).jpg)

.jpg)
.jpg)
.jpg)





.jpg)
.jpg)

.jpg)
Zawsze jestem pod wrażeniem piękna włoskich okolic.
OdpowiedzUsuńTo prawda, ich piękno jest niezaprzeczalne!
UsuńEluniu! Domyślam się, że tak rejs wzdłuż malowniczego Wybrzeża Morza Liguryjskiego zapadł na długo w Twojej pamięci. W czasie takiej podróży rozkoszuje się zapierającymi dech w piersiach widokami na wybrzeże z jego majestatycznymi klifami opadającymi prosto do morza i kolorowymi wioskami. Odkrywa się też ukryte zatoczki i podziwia się cuda natury. Uważam, że Cinque Terre za najpiękniejszy rejon Włoch. Z La Spezii jechaliśmy pociągiem na Cinque Terre. W ciągu dwóch dni poznaliśmy pięć malowniczych miasteczek. Przyznaję, każda miejscowość w Cinque Terre ma swój niepowtarzalny urok. Zachwyciło mnie to średniowieczne miasteczko Monterosso o doskonale zachowanym charakterze, z ciasnymi uliczkami, murami, zamkiem, pięknymi kościołami i niezwykłą kaplicą Śmierci i Modlitwy.
OdpowiedzUsuńŻyczę pięknego, słonecznego tygodnia i serdecznie Cię pozdrawiam:)
Kochana Lusiu nie dziwię się, że ta okolica też Cię oczarowała, tym bardziej, że mieliście wystarczająco dużo czasu, żeby wszystko dokładnie obejrzeć. Ja byłam rozczarowana, bo taki sposób zwiedzania jak podczas tej naszej wycieczki to stanowczo nie dla mnie. Miałam zamiar tam pojechać jeszcze raz na własną rękę, ale sprawy się skomplikowały i nic z tego nie wyszło. Już wiem, że pisałaś o tym u siebie, znalazłam posty, więc z przyjemnością przeczytam relację i obejrzę zdjęcia. Serdecznie pozdrawiam 🫶🫶🫶
UsuńPiękne zdjęcia, ciekawa historia- jak zawsze. Wzruszyła mnie historia zakonnika- samotnika.
OdpowiedzUsuńDzięki za komentarz, ja też byłam pod wrażeniem jego opowieści, był to człowiek w sile wieku, bardzo spokojny i zrównoważony. Bardzo ładnie mówił, czym dla niego jest pobyt w tym pięknym miejscu, ale trzeba przyznać, że widoki z klasztoru są oszałamiające.
UsuńMy dear friend, ♥️ your photos are absolutely stunning. What a beautiful place. Thank you so much for sharing this lovely tour. Much love to you.
OdpowiedzUsuńLinda, my dear friend, thank you so much for your visit and your kind comment. I’m really happy I could share this adventure and these beautiful views of this part of the Italian coast with you. Thank you for everything—I’m sending you my warmest regards and big hugs!😘🫶🌞
UsuńAleż piękne widoki. Podobają mi się również te malutkie zakamarki i przepiękne to fioletowe drzewo (czy to glicynia?).
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)
Ta kwitnąca roślina to właśnie bugenwilla, o której pisałam. Nie jest drzewem tylko zdrewniałym pnączem (podobnie jak glicynia), które potrafi się przyczepiać do murów za pomocą kolców. Tu wygląda jak drzewo, bo częściowo podpierała się na jednym z drzewek, ale sama też miała okazały pieniek, była naprawdę ogromna, pierwszy raz widziałam taki okaz. Również serdecznie pozdrawiam!
UsuńZachwycające widoki jednego z najpiękniejszych włoskich miejsc. Uwielbiam te klimaty. No i trochę lata pod koniec zimy też się przyda. Fioletowy krzew wygląda niezwykle, chyba bardzo odpowiada mu tamtejszy klimat. Dzięki Elu na kolejną dawkę piękna:)))
OdpowiedzUsuńA ja dziękuję za odwiedziny i komentarz Ulu! Rzeczywiście ta bugenwilla była spektakularna, musiała być bardzo stara, że aż tak wyrosła, zapewne warunki i klimat miały na to duży wpływ. 🌞🫶
UsuńOd samego oglądania robi się przyjemniej, cieplej i czuć powiew wakacyjnego czasu... Panoramy i wielkie przestrzenie to jedno ale nie mniej urocze są te ciasne uliczki, malownicze, przytulne i niezwykle barwne.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.
Chociaż ta wycieczka trochę mnie zawiodła to i tak wspominam ją z przyjemnością, ze względu na rejs. Włochom można tylko zazdrościć bo mają wszystko - widoki, malownicze miejscowości i skarby sztuki, a jedyny problem jest z wyborem. Niestety, żeby zobaczyć wszystko potrzeba mnóstwo czasu, że nie wspomnę o "środkach płatniczych". Również pozdrawiam!
UsuńRejsy z takimi widokami są cudowne, bardzo lubimy oglądać wybrzeże z perspektywy wody. To miejsce jest ciągle jeszcze na mojej liście marzeń, podobnie jak kilka innych we Włoszech. Ten kraj nie przestaje nas zachwycać. Pozdrawiam serdecznie :)
OdpowiedzUsuńWidoki na żywo były o wiele bardziej atrakcyjne niż zdjęcia, niestety, statek pruł jak szalony i do tego strasznie chlapał wodą, więc fotografowało się trudno, tym bardziej, że ludzie się tłoczyli na jednej burcie, bo każdy chciał popatrzeć na klify. Mam nadzieję, że uda Ci się spełnić marzenie, bo jest tam przepięknie, a zwiedzanie dzięki dogodnym połączeniom kolejowym dość bezproblemowe. Cała Liguria jest piękna i ma dość przyjemny klimat, ja żałuję jedynie, że widziałam tak mało. Wzajemnie serdecznie pozdrawiam.
UsuńPrzepiękna relacja! Chciałabym tam być i patrzeć na te klify z pokładu statku. Pięknie opisałaś widoki i historię tego miejsca, dzięki czemu wszystko nabiera głębi. Do tego cudne zdjęcia. No i rozumiem zachwyt bugenwillą:-) Jest wspaniała!
OdpowiedzUsuńCała Liguria jest bardzo malownicza a jej wybrzeże pięknie wygląda z pokładu statku. Szkoda, że chmury były tak nisko i psuły widoczność ale i tak wrażenia były niezapomniane. Co do bugenwilli w pierwszej chwili nie wierzyłam oczom, tym bardziej, że nigdy przedtem nie widziałam odmiany w tym kolorze. 🌞
UsuńEch, te włoskie klimaty. Miłe oku 😉
OdpowiedzUsuńTo prawda, miło popatrzeć i miło powspominać 🌞🙂
UsuńMyślę sobie, że w takim ładnym miejscu mogłabym zostać jedyną zakonnicą w klasztorze, uprawiałabym ogródek i czytałam książki i spacerowałabym po okolicy, gdyby zostało trochę czasu :)
OdpowiedzUsuńPodziwiam determinację w zakupach pamiątek rękodzielniczych, wracać autobusem z powodu wazonu czy dzbanka- to dopiero poświęcenie.
Zachwytem bugenwilli się nie dziwię, po raz pierwszy i chyba jedyny widziałam w którymś z hiszpańskich miast i zrobiła wówczas większe wrażenie niż znajdująca się obok architektura, która jak wiadomo jest koronkowo piękna
Też myślę że mieszkanie w takim miejscu to przywilej nawet solo. Szkoda jedynie, że kiedy przychodzi niepogoda albo sztorm, jest tam chyba dość nieprzyjemnie jak w latarni morskiej na takim wygwizdowie. Co do rękodzieła to mam manię na jego punkcie, teraz już mniejszą, bo nie mam gdzie tego stawiać. Ja do domu jeździłam raz na rok, więc prawie zawsze sobie nazbierałam różności do przetransportowania i czasem musiałam jechać autobusem. Jest to męczące bo podróż z Mediolanu do Ostródy trwa 22 godziny, ale można podziwiać widoki aż do Monachium. Dalej przez Niemcy jedzie się w nocy, ale na tym odcinku nie ma co oglądać, więc można spać. Bugenwilla jest zachwycająca, we Włoszech widziałam też po raz pierwszy drzewo, które się nazywa jaracanda ma śliczne kwiaty a do tego obłędnie pachnie.
Usuń