wtorek, 24 marca 2026

Liguria. Riviera Liguryjska, część trzecia —Cinque Terre. Vernazza i Via dell'Amore.

 

Vernazza to jedno z najpiękniejszych miasteczek liguryjskiego wybrzeża. Podobnie jak inne miejscowości w obrębie Parku Narodowego Cinque Terre zachwyca kolorową zabudową, malowniczym portem i autentycznym włoskim klimatem. Każdy, kto ją odwiedzi, odkryje niemal pocztówkową wersję Ligurii – idealną na spokojne zwiedzanie i delektowanie się widokami.

Ten wpis jest trzecim i zarazem ostatnim, w którym opisuję moją wyprawę na teren Cinque Terre, a jednocześnie dziewiątym poświęconym Ligurii (można je znaleźć klikając w ten link Liguria). Choć przez jedenaście lat mojej emigracji mieszkałam w Lombardii, wielokrotnie odwiedzałam sąsiednie regiony, w tym Ligurię. Jej piękno całkowicie mnie urzekło – bo jak się nie zachwycić górami, których stoki schodzą wprost do morza, i uroczymi miejscowościami, w których czas jakby się zatrzymał? Liguria skradła mi serce, więc ten dziewiąty post chyba nie będzie ostatnim...

Vernazza była końcowym etapem naszej wycieczki do Pięciu Ziem (dwa poprzednie posty na ten temat można znaleźć pod linkiem Riwiera Liguryjska). Przypłynęliśmy tam z Monterosso al Mare, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć miasteczko od strony morza. Nawet widziane z oddali zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Skupisko domków w pastelowych kolorach, kościół na pierwszym planie, wysoka skała z potężną  wieżą na szczycie oraz zielone wzgórza pokryte tarasowymi poletkami – wszystko to tworzyło niezapomniany widok.

Jednak walory wizualne to nie wszystko – historia tego miejsca jest równie fascynująca. Pierwsze dokumenty pochodzą z XI wieku, choć osadnictwo na okolicznych wzgórzach datuje się na początek pierwszego tysiąclecia naszej ery. Już w czasach rzymskich na nasłonecznionych stokach nadmorskich klifów uprawiano winorośl i oliwki, a tradycja ta przetrwała do dziś.

Jedynym problemem był i jest nadal trudny dostęp do tych terenów, spowodowany stromymi stokami i osuwiskami ziemi. Z tego względu Rzymianie, którzy budowali znakomite drogi, ograniczyli się do półśrodka. Wytyczyli jedynie wąski utwardzony szlak, wiodący po grzbiecie wzniesień, natomiast pozostałe odcinki prowadzące do upraw na zboczach przemierzano pomniejszymi lokalnymi ścieżkami.

W tamtym okresie okoliczna ludność mieszkała na wzgórzach; dopiero kiedy w 1016 roku te ziemie objął swoim protektoratem genueński ród Obertenghi, część mieszkańców przesiedliła się na wybrzeże. W 1209 roku Vernazza została przejęta przez Republikę Genueńską i stała się ważnym portem handlowym. Dla ochrony swoich interesów genueńczycy w tutejszej zatoczce zbudowali ufortyfikowany port i stocznię remontową, Bezpieczeństwo zapewniały im mury obronne, wieże strażnicze i bastiony, których resztki możemy oglądać do dzisiaj. Przez kilka wieków Vernazza przechodziła zmienne koleje losu, aż do czasów, kiedy weszła w skład odrodzonego Królestwa Włoch.

Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem były winnice, o czym świadczą tarasowe plantacje winorośli widoczne na wzgórzach, do których przytuliła się ta mała osada. Kilkusetletnia tradycja ma swój dalszy ciąg, a przypis o jej historycznych i współczesnych aspektach znajduje się na końcu posta.*

Kiedy nasz statek przybił do nabrzeża, mogliśmy z bliska zobaczyć szczególny układ tego niemal mikroskopijnego miasteczka. Kamienne molo w kształcie sierpa i przytulna plaża tworzą niewielkie kąpielisko, oddzielone od centralnego placu balustradą i murem oporowym. Tuż obok po lewej stronie wprost z wody wyrasta XIV-wieczny kościół Santa Margherita d’Antiochia a w głębi od placu rozchodzą się wąskie uliczki. Po prawej stronie portu na wysokiej niemal czarnej skale wznosi się XII wieczny zamek Doriów z wysoką okrągłą wieżą. Można tam dojść pokonując plątaninę wąskich uliczek i liczne schody. 

Uderzył  mnie szczególny nastrój tego dnia – była niedziela i piękna pogoda, kościelny dzwon swym biciem wzywał wiernych na modlitwę, więc można było zobaczyć sporo osób odświętnie ubranych, zmierzających na mszę.

Tymczasem na plaży tuż obok kościoła ludzie leżeli na słońcu albo radośnie dokazywali w wodzie, podczas gdy inni delektowali się miejscowymi przysmakami w kawiarenkach i restauracyjkach na placu. Włosi jak żaden inny naród potrafią łączyć sacrum i profanum, wychodząc z założenia, że kontakt z naturą i radość życia również są swego rodzaju modlitwą na chwałę Stwórcy. Było to prawdziwe wakacyjno-niedzielne, beztroskie far niente, przesycone zapachem rozmarynu, cytryn, kwiatów i morskiej bryzy.

Niestety nasza wycieczka odbywała się w tempie niemal zawrotnym, więc i tym razem nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie. Udało mi się zobaczyć wnętrze kościoła, zanim zaczęła się msza, ale z oczywistych powodów nie było mowy o dokładnym oglądaniu detali i robieniu zdjęć, więc ukradkiem sfotografowałam jedynie figurę patronki oraz poświęcony jej ołtarz. Kościół wzniesiono pod wezwaniem św. Małgorzaty z Antiochii, jego wnętrze jest bardzo surowe, w stylu gotyku liguryjskiego. Pracowali przy nim komaskowie – sławni budowniczowie pochodzący z Lombardii. Ponieważ byli  zrzeszeni w pracowni Benedetta Antelamiego, od nazwiska mistrza nazywano ich Magistri Antelami i pod tym mianem przeszli do historii średniowiecznej architektury. W późniejszych wiekach świątynię rozbudowano, przedłużając główną nawę, pod którą znajduje się darsena, dodano jej także charakterystyczną ośmiokątną wieżę.

Vernazza, jaką zobaczyłam, nie jest typowym turystycznym miasteczkiem na pokaz. Chociaż nie brakuje tu restauracyjek, barów i kawiarenek, a także stoisk z pamiątkami, jej mieszkańcy nie kryją się ze swoim stylem życia i zajęciami. Sąsiedzi i znajomi gawędzą na murkach i krzesełkach pod ścianami domów, a w wąziutkich zaułkach nad głowami przechodniów na sznurach powiewa pranie. Wiele starych domów ma odpadające tynki – nie ma w tym nic dziwnego, bo w nadmorskich miejscowościach nie zawsze świeci słońce; niemal równie często są one chłostane ulewnymi deszczami i sztormowym wiatrem.

Ponieważ była pora obiadu, powinnam gdzieś wstąpić, aby zjeść coś konkretnego, ale szkoda mi było czasu na siedzenie pod restauracyjnym parasolem. W zamian zdecydowałam się na apetyczne lody lokalnej produkcji, sprzedawane w lodziarni przy głównej ulicy. Uwielbiam włoskie lody, których nie serwuje się w postaci gałek ani tym bardziej z maszyny, lecz hojnie nakłada do wafla płaską łopatką. Jest to nie tylko wspaniały deser – kiedy nie ma czasu na solidny posiłek, porządna porcja pysznych lodów ze świeżych składników może go z powodzeniem zastąpić.

Vernazza leży pomiędzy wzgórzami, w niewielkiej, wąskiej dolince rozszerzającej się w stronę morza. Spacerując po Via Roma, która jest główną ulicą miasteczka, zauważyłam po obu jej stronach liczne schody prowadzące do domów leżących nieco wyżej. Trafiłam też nad strumień Vernazzola, który niknął pod nawierzchnią ulicy, gdzie prawdopodobnie utworzono kanał odprowadzający jego wody do morza, co w tych stronach jest  dość częstą praktyką.

Miałam ochotę udać się do zamku Doriów, lecz podobnie jak w Monterosso obawiałam się, że zajmie mi to zbyt dużo czasu i spóźnię się na zbiórkę, co byłoby o tyle kłopotliwe, że czekał nas przejazd pociągiem do Manaroli. Nie chcąc sprawiać kłopotów sobie i innym, wolałam zrezygnować z podziwiania widoków z wysokości zamku, tym bardziej że miałam w planie następną wycieczkę w te strony, lecz tym razem na własną rękę.

W Manaroli spotkał mnie zawód, ponieważ okazało się, że dworzec leży u podnóża stromej skały, za którą kryje się to śliczne miasteczko. Manarola zauroczyła mnie podczas rejsu wzdłuż wybrzeża, jednak nie mieliśmy w planie jej zwiedzania, gdyż naszym celem było przejście Drogą Miłości do sąsiedniego Riomaggiore. 

Droga Miłości, czyli Via dell’Amore, to nadmorska ścieżka wykuta w skale, obecnie stanowiąca deptak o długości mniej więcej kilometra. Powstała jako droga zapasowa dla robotników wykuwających w skalnym klifie tunel dla kolei, która w XIX wieku połączyła Cinque Terre z resztą świata. Kiedy ukończono prace, miejsce to stało się ulubionym celem spacerów miejscowych zakochanych. Z biegiem czasu dróżce dodano nowe zabezpieczenia i przekształcono ją w lokalną atrakcję. Trzeba przyznać, że spacer na tej trasie, gdzie po jednej stronie znajduje się potężna skalna ściana, a z drugiej trzydziestometrowe urwisko, robi niezapomniane wrażenie. Mnie z tej przechadzki najbardziej zapadł w pamięć widok bezkresnego morza stapiającego się z błękitem nieba oraz kryształowo czysta woda, która z tej wysokości miała kolor ultramaryny.

Kiedy po półgodzinnym spacerze dotarliśmy do Riomaggiore, zaledwie rzuciliśmy na nie okiem. Zbliżała się godzina naszego powrotu do Saronno, więc musieliśmy udać się na obrzeża, gdzie na parkingu czekał nasz autokar. 

Miałam bardzo mieszane wrażenia z tej wycieczki, ponieważ taki sposób zwiedzania zupełnie mi nie odpowiada. Czułam się jak paczka przewożona pod presją czasu z punktu A do punktu B. Choć odwiedziłam trzy miejscowości, nie mogłam poświęcić im tyle uwagi, ile bym chciała. Przypominało to lot balonem na niewielkiej wysokości – można wiele zobaczyć, ale nie można niczego dotknąć. Niestety taki jest urok jednodniowych wycieczek do odległych miejsc, jednak mają one tę zaletę, że przynajmniej pobieżnie można poznać inny region. Jeśli nam się spodoba, zawsze można spróbować do niego wrócić by smakować jego uroki w swoim tempie.

Ja też miałam taki zamiar, jednak nie było sensu jechać tam ponownie na jeden dzień, a z powodu systemu w jakim pracowałam, nie mogłam planować kilkudniowego wypadu. Kiedy nadszedł czas mojego definitywnego powrotu do Polski, postanowiłam, że po rozwiązaniu umowy zrobię sobie  dwutygodniowy urlop, który poświęcę na nieco dalsze wycieczki. Chciałam jeszcze zobaczyć kilka miejsc, między innymi Ravennę i Cinque Terre. Była połowa października, zwykle o tej porze roku pogoda nadal dopisywała, jednak tym razem stało się inaczej. Nad Półwysep Apeniński nadciągnęła niekończąca się fala deszczu i dzień w dzień lało jak z cebra. 

Pogoda kompletnie zrujnowała  moje wycieczkowe  plany. W Lombardii większość rzek zaczęła występować z brzegów, a strumyki, gdzie jeszcze niedawno płynęła wąska strużka wody, zmieniły się w groźne, rwące potoki. W tej sytuacji nie mogło być mowy o wybieraniu się gdziekolwiek, więc pozostało mi siedzenie w domu, śledzenie prognoz pogody w telewizji i oglądanie przerażających obrazów z zalanych miejscowości.

Szczególnie tragiczna sytuacja była w Ligurii – w Genui podczas oberwania chmury na zalanych ulicach utonęło siedem osób, ale najbardziej ucierpiały właśnie Cinque Terre, gdzie (jak podawała lokalna prasa) żywioł pochłonął życie trzynastu ofiar. Na Monterosso al Mare i Vernazzę zeszły niszczycielskie lawiny błota; pozostałe miejscowości odniosły mniejsze szkody, ale Droga Miłości w Manaroli uległa zniszczeniu.** W szczególnie trudnej sytuacji była Vernazza – przeżyłam szok, kiedy w telewizji pokazano film, gdzie zobaczyłam, jak przez Via Roma z ogromną szybkością pędzą potoki wody, porywające ze sobą auta, które przez balustradę centralnego placu spadają wprost do morza. Potworny żywioł niszczył wszystko na swojej drodze, a to, czego nie porwał nurt, ginęło pod warstwą naniesionej ziemi.

W następnych dniach, kiedy ulewy zamieniły się w zwykły deszcz, mogłam obejrzeć inne reportaże, w których zrozpaczeni ludzie szacowali swoje straty. Między innymi wypowiadał się właściciel lodziarni, w której byłam podczas wycieczki, wielu innych drobnych przedsiębiorców żyjących z turystyki oraz właściciele winnic. Straty szacowano na wiele setek milionów euro, jednak  najgorsze było to, że przed mieszkańcami był ogrom prac związanych z usuwaniem szkód, co jak przewidywano potrwa kilka następnych lat. Patrząc na te obrazy straszliwych zniszczeń, trudno było sobie wyobrazić, że przyjdzie czas, gdy Monterosso i Vernazza zaczną funkcjonować normalnie.***

Kiedy nadszedł dzień mojego odjazdu, we Włoszech nadal padało. Nie wiedziałam, czy bardziej cieszę się, że wracam do domu, czy smucę, bo skończył się ten etap mojego życia, który, choć trudny, przyniósł mi też wiele radości. Włoskie niebo płakało nade mną, że zostawiam za sobą tyle pięknych miejsc, których być może już nigdy nie zobaczę, a ja pocieszałam się myślą, że mimo wszystko wiozę walizkę pełną wspomnień.

Nieco później, gdy rozmyślałam o moich wycieczkach, które nie doszły do skutku, przyszło mi do głowy, jak często zapominamy o tym, iż czas może pracować na naszą niekorzyść. Ulubionym powiedzonkiem Włochów jest domani, Hiszpanie zawsze mają pod ręką swoje mañana, a my, Polacy, często mówimy, że „co się odwlecze, to nie uciecze”. Jednak w życiu nie warto niczego odkładać na później, bo przecież nie wiemy, co nam przyniesie jutro...


*Jak już wspomniałam, skarbem tych ziem stały się winnice a wino jakie tu produkowano uchodziło za wyborne. Nazywano je „winem morza”, ponieważ zarówno powietrze, jak i gleba na klifach zawierają sól morską. Jej obecność sprawia, że z winogron dojrzewających na nasłonecznionych stokach, zraszanych morską bryzą, uzyskiwano trunek o wyjątkowym smaku. Jednak powstanie i następnie kultywacja winnic był to efekt prawdziwie morderczego wysiłku mieszkańców tych terenów. Budowa niezliczonych tarasów odbywała się ręcznie. Pierwszym etapem było odłupywanie za pomocą kilofa płaskich kawałków skał, z których następnie budowano suche murki. Jest to starożytna technika układania i dopasowywania kamieni w taki sposób, by wzajemnie się klinowały. Dzięki temu nie potrzeba zaprawy do ich spojenia, cała konstrukcja jest stabilna a do tego przepuszcza nadmiar wody, co jest bardzo ważne dla upraw.  

Aby posadzić winorośl niejednokrotnie trzeba było uzupełnić cienką warstwę gleby, więc ziemię na plantację noszono w dużych koszach. W ten sam sposób transportowano zebrane owoce, pokonując niezliczone kilometry w górę i w dół. Na wzgórza nie prowadziły żadne drogi dojazdowe,  łączność pomiędzy tarasami zapewniały wąskie schody ułożone ze skalnych bloków, więc wszystko dźwigano na własnych plecach. Obecnie tę pracę nieco ułatwiają kolejki jednoszynowe, jednak owoce trzeba donieść w ich pobliże, dlatego nadal jest to praca dla prawdziwych pasjonatów – ludzi twardych i wytrwałych. 

Na przełomie XIX i XX wieku Cinque Terre przeżyły inwazję filoksery, niewielkiego owada, który przywędrował z Ameryki i w znacznym stopniu zniszczył europejskie winnice. O ile na nizinach łatwiej można było odrobić straty wprowadzając nowe szczepy odporne na pasożyty i choroby, to na  tym słabo zaludnionym, bardzo  trudnym obszarze było to właściwie niemożliwe. Utracono efekt pracy wielu pokoleń, dawne uprawy zaczęły zarastać a część ludzi udała się w inne rejony lub na emigrację. Skutki tej tragedii nadal są widoczne — kiedy płynie się statkiem wzdłuż wybrzeża, w wielu miejscach można jeszcze dostrzec liczne zarysy dawnych tarasowych poletek zarośniętych zdziczałą roślinnością. 

Jednak tradycja winiarska na tych ziemiach nie zginęła całkowicie. W drugiej połowie XX wieku powstała  Cooperativa Agricoltura delle Cinque Terre, która zajmuje się uprawą winorośli i produkcją wina. Jej członkowie pracują na bazie nowoczesnych ekologicznych metod, produkując białe wytrawne wino Cinque Terre DOC i deserowe Sciacchetrà DOC.

** Via dell'Amore uległa zniszczeniu, ponieważ podczas powodzi w 2011 roku doszło w tym miejscu do osunięcia terenu. Prace przy jej rekonstrukcji i zabezpieczeniu trwały przez trzynaście lat a ponowne otwarcie ścieżki nastąpiło w sierpniu 2024 roku.

*** Cinque Terre zadziwiająco szybko podniosły się po katastrofalnej powodzi, która zniszczyła nie tylko ludzkie domy, ale również infrastrukturę krytyczną w tym wodociągi, drogi dojazdowe i linię kolejową. W pierwszych tygodniach mieszkańcy byli zdani sami na siebie, gdyż cały teren został odcięty od świata. Z pomocą w usuwaniu szkód przyszły instytucje państwowe i Unia Europejska, organizacje pozarządowe oraz mnóstwo wolontariuszy z całych Włoch. Najgorsze szkody usunięto przed sezonem letnim w 2012 roku, co umożliwiło częściowy powrót turystów. Jednak były też prace, które trwały jeszcze wiele lat, a inne jak choćby odbudowa części poletek i przewrócenie do dawnego stanu górskich szlaków nadal nie zostały zakończone. Pisząc tego posta oglądałam aktualne zdjęcia z Vernazzy i jestem pełna podziwu, gdyż miasteczko wygląda piękniej niż kiedykolwiek.


26 komentarzy:

  1. Dear friend Elizabeth, I love ❤️ your posts. Your photos are absolutely stunning and I really appreciate you sharing all the details as well. Thank you so much. 💓

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dear Linda, I'm so glad I could share this story and tell you about life in the Five Lands. It's fantastic that after the flood, the residents managed to bring everything back to life, and it's even more beautiful there. Sending you warmest regards and lots of hugs!🫶🫶🫶

      Usuń
  2. Nie dziwię się Twojemu zachwytowi. Tam jest pięknie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda i bardzo żałuję, że już tam nie wróciłam, żeby wszystko obejrzeć na spokojnie.

      Usuń
  3. Niesamowite miejsce... nie mogę się przestać zachwycać miejscami, w których byłaś. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za odwiedziny, te wycieczki to był mój wentyl bezpieczeństwa, na szczęście pięknych miejsc tam nie brakowało. Serdecznie pozdrawiam Króliczka!

      Usuń
  4. Nie tylko opisałaś i załączyłaś zdjęcia, ale czuje się te emocje jakie towarzyszyły wycieczce. Zdjęcie z zamkiem Doriów na skale zapada w pamięć, chyba jednak z morza ten widok jest najpiękniejszy. Opis uprawy winogron w tak trudnym terenie budzi szacunek dla tych ludzi. Piękne i urzekające miejsce. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesiu miło mi, że post Cię zainteresował, to prawda, że nawet teraz praca przy winogronach jest ciężka a wiele lat temu to była prawdziwa harówka. Gdybym pojechała ponownie z pewnością poszłabym szlakiem po klifach zobaczyć z bliska winnice. Również serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  5. Też tak uważam, że nie można na później odkładać pewnych rzeczy, a już podróżowania w szczególności. Cieszę się, że tam byłaś i mogłam z Tobą choć przez chwilę pospacerować po tym uroczym zakątku. Dzięki też za tak ciekawe informacje na temat historii i życia tego rejonu. To czysta przyjemność z Tobą podróżować. Pozdrawiam, Elu:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ulciu a ja dziękuję za odwiedziny i komentarz, wtedy bardzo żałowałam, że pogoda mi stanęła na przeszkodzie i nie pojechałam tam ponownie. Teraz cieszę się, ponieważ byłam tam choć tak krótko, a jeszcze bardziej, że po kataklizmie powodziowym Cinque Terre wróciły do życia i dalej cieszą oczy odwiedzających. Również pozdrawiam!

      Usuń
  6. Hermoso lugar. Te mando un beso.

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj Elu 😉Ale pięknie to opisałaś 😍 aż czuć ten klimat Vernazzy – trochę jak z pocztówki, a jednocześnie takie prawdziwe życie między tym wszystkim. I masz rację, takie szybkie wycieczki to tylko „liźnięcie” miejsca… człowiek chce więcej i spokojniej.
    No i ten fragment o powodzi – aż ciarki przechodzą, kiedy się czyta i wyobraża, że było się tam wcześniej… Tym bardziej podziw dla ludzi, że potrafili to wszystko odbudować 💛
    I chyba najważniejsze – żeby właśnie nie odkładać takich marzeń na „kiedyś”… bo nigdy nie wiadomo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Aniu, to prawda, że człowiek chce więcej, ale nawet taka pośpieszna wycieczka też zostawia wrażenia, człowiek był, coś tam zobaczył i poczuł klimat. Te ulewy wywołał sławetny niż genueński, który przynosi taką niepogodę a do tego ma tendencje do długich opadów. W ciągu mojego pobytu we Włoszech podobna sytuacja była kilka razy, ale ten był najgorszy i przyniósł wiele zniszczeń. Mam uraz na tym punkcie bo w dzieciństwie przeżyłam wylanie Drwęcy. Wodę mieliśmy niemal pod domem, a do tego mało się nie utopiłam, więc wszelkie historie tego rodzaju to dla mnie wielki stres. Co do Vernazzy i Monterosso - wszyscy prorokowali, że powrót do życia będzie długi i trudny, jednak poszło to nadspodziewanie szybko dzięki pomocy ze wszystkich stron 🫶🫶🫶😘🌞🐇

      Usuń
  8. Oj tak te zorganizowane wycieczki, które ja nazywam lizaniem cukierka przez papierek, takim ersatzem. Ale ma to swoją zaletę, iż jest jakby rekonesansem, który pozwala ocenić na ile nam się dane miejsce spodoba, aby samemu tam wrócić. No ale trzeba pamiętać, że nie zawsze będzie nam dane wrócić. No cóż życie to sztuka wyboru, nie odkładajmy na później, bo może tego później nie być, ale z drugiej strony wszystkiego i tak nie zobaczymy, bo jeśli nic innego nie stanie na przeszkodzie może stanąć choćby pogoda, czy żywioły, a we Włoszech jakże często mamy do czynienia z powodziami, trzęsieniami ziemi, czy innymi kataklizmami. Ty jednak podczas swojego we Włoszech pobytu zwiedziałaś tak dużo miejsc, że możesz czerpać z tego do dzisiaj garściami wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z odkładaniem jest to prawda, dlatego kilka moich wycieczek odbyło się na granicy ryzyka z powodu pogody. Na szczęście aura była dla mnie łaskawa i nigdy w drodze nie złapał mnie większy deszcz ani burza. Ale zawód, o którym pisałam, kiedy przez całe dwa tygodnie przeznaczone na podróże lało jak z cebra dzień w dzień, był bardzo trudny do przeżycia. To była jedyna okazja, żeby jechać gdzieś na kilka dni, bo kiedy miałam swój doroczny urlop nie brałam tego pod uwagę, ponieważ myślałam tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w domu z rodziną.

      Usuń
  9. Widoki piękne, miejsca ciekawe. Ale i tak uważam, że wszędzie dobrze ale w domu najlepiej 😉 Chociaż czuć, że masz dużo uczucia do tamtych rejonów 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, chociaż odkąd sięgam pamięcią fascynowały mnie Włochy i ich kultura, więc możliwość podróżowania do takich miejsc była dla mnie wielką frajdą. Jednak zawsze tęskniłam do Polski i mimo że mogłam się urządzić we Włoszech na stałe, to nigdy nie brałam tego pod uwagę 🐰🌞🫶

      Usuń
  10. Czytając przemierzałam uliczki Vernazzy, czułam morski wiatr i słodkość włoskich lodów. Stworzyłaś tak żywy opis, że niemal słyszałam bicie kościelnego dzwonu i szum fal. Historię, przyrodę i codzienne życie ludzi zamknęłaś w magicznym opowiadaniu. Dzięki Tobie zatrzymałam się na chwilę w tym pięknym świecie Cinque Terre🤩 Pozdrawiam cieplutko ☀️🌷🫶

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedzinki, zapamiętałam Vernazzę jako bardzo klimatyczne miejsce i bardzo żałuję, że nie dotarłam tam ponownie, tym bardziej, że wycieczka po sezonie z pewnością byłaby niezapomnianym przeżyciem. Ja również serdecznie pozdrawiam! 💜🌞🪻

      Usuń
  11. Miłych spokojnych Świąt! Niech będą takie, jak lubisz!🐥🐣💕

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, i życzę Ci tego samego! 🐰🪺🫶🌞

      Usuń
  12. Według mnie Wybrzeże Liguryjskie to jeden z najpiękniejszych regionów Włoch, słynący z bajkowych, kolorowych miasteczek wkomponowanych w strome klify, szmaragdowego morza i gajów oliwnych. A Cinque Terre i luksusowe Portofino to jego prawdziwe perełki. Malowniczością Vernazzy byłam oczarowana. Eluniu, kocham twoje niezwykle dopracowanie i jakże przepiękne posty. Ostatnio mnie jest mnie na blogach. Kiedyś napiszę Ci o moich problemach. Jednak każdy Twój post czytam na bieżąco w telefonie. Jednak w tej formie nie lubię komentowania.
    Tobie i Pani Marcie życzę wszystkiego, co najlepsze na święta Wielkiej Nocy. Ściskam mocno i serdecznie pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Lusiu, bardzo dziękuję za wszystko, a przede wszystkim za dobre słowa. Zgadzam się z Tobą, że Riwiera Liguryjska jest przepiękna, mnie też oczarowała i chętnie tam jeździłam, chociaż był to spory kawałek drogi z przesiadkami. Lusiu, przykro mi, że borykasz się z kłopotami, jeśli tylko zechcesz, zawsze możesz o tym do mnie napisać. Ja też mam problem z blogowaniem z powodu zdrowia, ta wiosna jak każda pora przejściowa daje mi się we znaki, chociaż i tak jest lepiej niż w ubiegłym roku. Niedawno włączyłam wersję bloga na telefon, mam nadzieję, że tym razem obędzie się bez niespodzianek bo wprowadziłam zastrzeżenie w ustawieniach, na razie chyba jest dobrze, zobaczymy, czy to zadziała na dłuższą metę. Ja i Marta z całego serca dziękujemy za życzenia, wzajemnie przesyłamy uściski oraz życzymy szczęśliwych i spokojnych Świąt Tobie i Twoim Bliskim😘🫶🌹🌞

      Usuń
  13. Ależ klimatyczne miasteczko na skalnych ścianach. Coś pięknego - i ta zatoczka :) Nic dziwnego, że na południu ludzie są chyba szczęśliwsi, albowiem pogoda buduje stan umysłu. Moja rodzina też ma włoskie korzenie ;) Wilki dzięki Elu :) Pozdarwiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny, faktycznie miasteczko ślicznie położone, ale jak się okazało, ta uroda potrafi też być przekleństwem w trakcie powodzi. Zaskoczyłeś mnie tymi włoskim korzeniami, nie chciałabym być namolna, ale jeśli można, to chętnie bym się dowiedziała czegoś więcej na ten temat. Również serdecznie pozdrawiam!

      Usuń


Ze względu na spam wszystkie wypowiedzi podlegają moderacji, dlatego mogą pojawiać się z niewielkim opóźnieniem.