Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 3 sierpnia 2013

Lombardia. Triangolo Lariano, Ghisallo, modlitwa cyklistów.


Mam nadzieję, że ci czytelnicy którzy z zainteresowaniem przeczytali poprzedni wpis o Sanktuarium Cyklistów nie wezmą mi za złe tej dygresji, będącej jednocześnie bardzo osobistą refleksją. Madonna di Ghisallo
Tak jak już pisałam wcześniej, Włosi to naród bardzo uczuciowy, który lubi (również publicznie) wyrażać swoje emocje. Początkowo byłam tym nieco zdziwiona a nawet zażenowana, jednak po pewnym czasie zrozumiałam, że to swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa, chyba niezbędny tym ludziom o tak żywym temperamencie. My Polacy jesteśmy odmienni w tym względzie, bardziej powściągliwi w wyrażaniu uczuć i oszczędni w słowach. Jednak po wielu latach spędzonych we Włoszech, ja również przywykłam do tego rodzaju ekspresji i do egzaltowanych napisów na pomnikach a rower wiszący w kościele już nie budzi mojego zdziwienia. Nie czuję się też nieswojo, gdy pod wpływem wzruszenia łza zakręci mi się w oku... Oczywiście, emocje budzące się w takiej chwili mogą być przemijające i ulotne, lecz mogą też zostawić trwały ślad, który odmieni nas, i nasze życie. Kiedy to zrozumiałam i doceniłam, wszystko co mi się przydarzyło we Włoszech, nabrało dla mnie innego wymiaru. Było to swego rodzaju rozdwojenie jaźni, jakby żyły we mnie dwie osoby które się uzupełniają i wspierają nawzajem. A jakiekolwiek wsparcie niejednokrotnie było mi bardzo potrzebne, gdyż często przychodził taki czas iż wydawało mi się, że tego wszystkiego nie zniosę, że nie wytrzymam tam ani jednego dnia dłużej z dala od Polski, mojego domu i rodziny... Korzystałam więc z każdej nadarzającej się okazji aby wyrwać się z kieratu codzienności i wyruszyć przed siebie "gdzie nogi poniosą". Czasem było to miejsce o którym marzyłam od dawna, innym razem wracałam do tych dobrze mi znanych, niczym do starych przyjaciół gdzie się wpada na chwilkę rozmowy. Przestałam sobie robić wyrzuty za mój nadmiar entuzjazmu, za to, że nie raz niczym małe dziecko zagapiłam się w zachwycie. Znów byłam małą dziewczynką w sukience w kropki, o której myślałam że już dawno we mnie umarła... Widocznie tak musiało być że samotność i cały ból emigracji jakiego tam zaznałam, pozwolił mi odrodzić się na nowo. Nauczyłam się cieszyć nawet najmniejszym okruszkiem radości jaki podrzucało mi życie, walczyć ze sobą i własnymi słabościami, ale także nie obwiniać jeśli coś mi się nie udało, bo wiedziałam że daję z siebie wszystko na co mnie stać... Niejednokrotnie kiedy chodziłam w góry brakowało mi sił żeby pokonać jakiś szczególnie trudny fragment drogi, czasem w jakimś bardzo stromym miejscu byłam zmuszona iść nieomal jak mówią Włosi "a quattro zampe"czyli po naszemu, po prostu na czworakach. Mówiłam wtedy głośno sama do siebie: "O Boże, dopomóż!" Jednak nigdy mi nie przyszło do głowy aby zawrócić, a kiedy znalazłam się u celu mówiłam sobie w duchu: " Dzięki Ci Boże, jednak mi  się udało!" Choć częściej była to myśl: "Dzięki Ci za ten świat taki piękny i za to, że mogę go oglądać!" Mój kijek trekkingowy stał się dla mnie tym, czym jest rower dla kolarza, czymś o wiele więcej niż tylko posłusznym narzędziem; wiernym przyjacielem, niemym świadkiem moich małych zwycięstw, dla mnie tak cennym jak berło dla króla. Mój wysiłek i zachwyt były najserdeczniejszą,  najbardziej osobistą modlitwą, i chcę o tym zawsze pamiętać bo te chwile dawały mi siłę aby iść dalej. Sądzę, że niezależnie od tego czy jesteśmy ludźmi głęboko wierzącymi czy laikami, mamy potrzebę idei, która by nas prowadziła i dawała wagę naszym poczynaniom. Prawda jest w nas, jest jedna, choć ma wiele imion... Czasem ta lepsza, idealna część naszej istoty usypia przysypana codziennością lecz budzi się pod wpływem emocji, a pamięć tych chwil niech będzie tym, co nam pomaga iść do przodu i z nadzieją patrzeć w przyszłość.

W Sanktuarium znalazłam tekst modlitwy, którą przetłumaczyłam starając się zachować jej piękny i głęboki sens. Myślę, że każdy z nas codziennie toczących nasze małe walki znajdzie w niej coś, co mówi właśnie o nim:

Madonna di Ghisallo
O Matko Pana Naszego, Jezusa, otocz swą łaskawą opieką nas, i nasze działania.
 Dopomóż nam zachować w zdrowiu nasze ciała a nasze dusze niech pozostaną czyste i żarliwe.
 Strzeż nas od niebezpieczeństw, tak w czasie treningów jak i podczas zawodów.

Niech  rowery będą dla nas narzędziami przyjaźni i braterstwa, abyśmy wciąż bardziej zbliżali się  do Boga.

 Modlimy się do Ciebie, aby  Przyjaciele,  których śmierć wyrwała z naszego grona odnaleźli się w Królestwie Niebieskim, gdzie zaznają radości i wiecznego spokoju.  Prosimy Cię też, daj ich Rodzinom pocieszenie w cierpieniu i siłę wiary aby mogli sprostać tej ciężkiej próbie.



 Chciałabym jeszcze przytoczyć napis jaki umieszczono na pomniku cyklisty:


Madonna di Ghisallo
...I Bóg stworzył rower aby był dla człowieka instrumentem wysiłku i uniesienia na stromej ścieżce życia.
 Ta góra niech będzie pomnikiem sportowej epopei naszego ludu, który zawsze był surowy i cierpki w  cnotach a słodki i łagodny w swoim poświęceniu.

Sam pomnik może się wydawać zbyt dosłowny i nie zostawiający wiele pola dla imaginacji lecz mimo to, dla mnie jest w pewnym sensie metaforą i apoteozą życia. Chyba każdy z nas tak jak ja był zwycięzcą i pokonanym, zaznał radości i uniesienia jaki niesie tryumf, a także goryczy upadku po którym trzeba było podnieść się, aby iść dalej. A zwycięstwo? Zwycięstwo to tylko moment, to jedynie swego rodzaju dodatek do walki, bo tak naprawdę ważne jest tylko to, żeby próbować.

18 komentarzy:

  1. Bardzo osobisty tekst. Wzruszyłam się. Wiesz, ja myślę, że małe i wielkie zwycięstwa odnoszą się do całego życia, bo w całosci jest ono wielkim marszem, obfitującym w potknięcia ale i chwile samozadowolenia. Serdecznie Cię pozdrawiam! BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak Babciu, myślę że nie trzeba chodzić w góry ani rzucać na głęboką wodę żeby się sprawdzić bo życie codzienne wystawia nas na próbę o czym sama tak mądrze i taktownie piszesz...

      Usuń
  2. Dokładnie tak, życie wystawia nas na próbę co krok, kiedy już myślisz, że jesteś na prostej, wpadasz w dołek, kiedy już wydaje ci się, że nie masz siły odkrywasz nowe pokłady niewyczerpanej energii. A jednak codziennie dziękuję, za to co mam, a przecież mam tak wiele i czasami zazdroszczę ludziom umiejętności okazywania emocji, a czasami jestem zła na siebie za nadmierne im uleganie, ale w końcu życie wyprane z emocji jest jak potrawa bez smaku. Piękny wpis i zgadzam się z Babcią bez mohera, że taki osobisty i pełen emocji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz, który wspaniale uzupełnia to co napisałam. Dziękuję i serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
  3. Bardzo trafnie ujęłaś sedno sprawy, bardzo!
    Dodam tylko, że będąc tradycyjnie wychowanymi, nie umiemy sobie często pozwolić na wzruszenia, blokujemy sami siebie, to sztuka umieć to zmienić w sobie.

    Piękny post, piękny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę że w tak ekstremalnej sytuacji w jakiej przyszło mi żyć człowiek musi się nauczyć siebie na nowo aby siebie ocalić...Ale pisząc o tym chciałam podzielić się owym doświadczeniem, w nadziei, że może być użyteczne dla kogoś, kto też ma jakąś niełatwą sytuację zmuszającą go do "zmiany skóry".
      Dziękuję za odwiedziny i Twój komentarz!

      Usuń
  4. Umiesz pieknie przelac swoje mysli. Ladny tekst, cieple madre slowa, az mi wstyd, ze ja marudze u siebie na blogu, a w zasadzie nie powinnam, bo zycie daje mi tak wiele za darmo. Tylko, ze ciagle rzuca mnie/nas w strone przeciwna... nigdy tam, gdzie sobie tego zyczymy, stad moja zlosc i wscieklosc. Zamiast przyjac z wdziecznoscia to, co los mi daje, narzekam.
    Ale widze to dopiero kiedy mam jakis punkt odniesienia... chocby to, co napisalas.

    Ta modlitwa jest swietna! Slowo "swietna", moze nie najlepiej tu pasuje, ale innego nie moge teraz znalezc.

    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marudzenie też jest swego rodzaju wentylem bezpieczeństwa a co do tego że los Ci coś daje, to ten dar niekoniecznie musi Cię czynić szczęśliwą...Zresztą nie każdy jest typem wojownika lubiącego walczyć ze sobą i życiem, niektórym po prostu potrzeba ciepłego kąta i świętego spokoju. Napisałam o tym wszystkim, bo być może pozwoli to komuś inaczej spojrzeć na codzienną niełatwą egzystencję i problemy jakie ona niesie a nawet dać okruszek nadziei, że jak się uprzemy to możemy przeskoczyć pewne dołki i pokonać własne limity, kto wie? Pozdrawiam najserdeczniej!

      Usuń
  5. Ja tu się dopatrzyłem trochę innego spojrzenia na codzienne sprawy, jeśli chodzi o sprawy kulturowo obyczajowe. My Polacy jesteśmy jednak trochę inni.

    Potrafimy ponarzekać i oddać pięknym za nadobne. ;)
    Niemniej Twoje rozważania potrafią zmusić do pomyślenia nad sobą i światem. Pozdrawiam gorąco :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie to co napisałeś! Istotnie jest spora różnica pomiędzy zbiorowym podejściem do życia naszym i włoskim. Niemniej cieszę się, że miałam okazję do "przećwiczenia" tego doświadczenia bo sporo wniosło do mojego życia. Cieszy mnie również to, że jak widać, czytający powyższy wpis zrozumieli moją intencję i chęć podzielenia się tymi refleksjami. Wzajemnie pozdrawiam (za kilka dni będzie mała niespodzianka)

      Usuń
    2. Już czeka z ciekawością. :)

      Usuń
  6. Kiedy przyjechalam do Wloch pierwszy raz jedna z pierwszych wloszech jakie poznalam po jakims czasie zapytala mnie czy ja sie nigdy nie usmiecham. No jak to przez cale zycie uczono, ze zeby sie smiac to trzeba miec powod a wedlug mnie nie zawsze mialam. Nauczylam sie ze usmiechac sie mozna "na darmo" bez powodu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To i tak byłaś w dobrej sytuacji, mnie posądzano wręcz o depresję sądząc chyba z mojego wyrazu twarzy "po polsku serio". Co prawda lekko mi nie było ale depresja to chyba sporo na wyrost, tym bardziej, że było to na początku mojego włoskiego pobytu kiedy miałam się dość dobrze, bo dla mnie kryzys nadszedł dopiero po upływie kilku lat. Jak widzę też przeszłaś podobną ścieżkę, myślę że podzielasz moje zdanie iż było warto zrzucić nieco tej naszej skorupy i zamienić ją na odrobinę włoskiego entuzjazmu.

      Usuń
    2. Oczywiscie zgadzam sie z tym, ze bylo warto ale moja sciezka byla jednak troche inna. Ja mialam kryzys na poczatku potem bylo juz tylko lepiej moze, dlatego ze kiedy ja wyjechalam mialam niewiele ponad 20 lat dopiero szukalam wlasciwej drogi, miejsca na swiecie. Wlasciwie doroslam tutaj.
      Nawiazujac do modlitwy cyklistow mysle sobie, ze mogliby tez prosic Madonne o troche wiecej rozumu. Kilka dni temu kiedy jechalysmy z kolezanka samochodem po gorskich serpentynach wyjechal nam prawie na maske jeden z tych weekendowych kolarzy. Mogloby sie to zle skonczyc i dla niego i dla nas. Po normalnych drogach jezdza w stadzie, jeden obok drugiego i czasami wymijanie ich nie jest bezpieczne. Ja nie mam nic przeciwko cyklistom ale czasami zachowuja sie na drodze jakby na czas przejazdu stala sie ich wlasnoscia a nie zawsze jest Giro d'Italia. Moim numerem jeden jest grupka kolarzy spotkana tu w Szwajcarii, ktora chyba przez pomylke wjechala na autostrade w takim wypadku nawet cala litania i rozaniec odmawainy non stop nie wiele pomoze :)

      Usuń
    3. Istotnie w takim wypadku nieco rozumu by się przydało....w końcu droga jest dla wszystkich i nie można jej blokować wg. własnego "widzimisię" a jakieś reguły bezpiecznej jazdy obowiązują zarówno automobilistów jak i cyklistów. Szczerze mówiąc pomysł z jazdą po autostradzie zasługuje na mszę wieczystą! Niezależnie od tego rodzaju niemądrych zachowań sama modlitwa mi się podoba i dużo bym dała, żeby się przejechać na rowerze ale z uwagi na problemy zdrowotne mogę tylko pomarzyć....Kryzys emigracyjny to niełatwa rzecz do udźwignięcia, ja wyjechałam zostawiając Jakuba (20 lat) i Martę (18) samych w domu, niby już nie dzieci ale też było im ciężko. Ja się rozkleiłam kiedy po trzech latach okazało się że nadal powinnam zostać we Włoszech a w sumie zrobiło się tych lat aż dziesięć. Życzę wszystkiego najlepszego i żadnych kryzysów w przyszłości!
      P>S. Przepraszam, że z rozpędu napisałam "Ty" czy może tak zostać między nami koleżankami- blogerkami mam nadzieję że różnica wieku nie jest tu przeszkodą?? Było by mi miło!

      Usuń
    4. Oczywiscie ze nie mam nic przeciwko :) lece sie pakowac na urlop, ktory powiem ci w tajemnicy moze odbedzie sie czesciowo w Polsce:) ostatnio bylam tam w marcu 2010...

      Usuń
  7. bardzo wzruszająco napisałaś Sukienko i bardzo trafnie o emigranckim losie . podziwiam jak wiele zobaczyłaś i doświadczyłaś .. pozdrawiam bardzo ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi że znalazłeś chwilę czasu aby do mnie zajrzeć, myślę że większość emigrantów daje próbę charakteru, co zresztą wychodzi na dobre bo człowiek wiele się dowiaduje o sobie samym, zresztą i będąc między swymi też można tego doświadczyć...Wzajemnie pozdrawiam i życzę dalszej szczęśliwej podróży!

      Usuń