W poprzednim poście o Tempio Civico dell'Incoronata zapowiadałam jeszcze jeden wpis o Lodi i jego pięknych kościołach. W tym niespełna czterdziestotysięcznym mieście znajdziemy ich ponad dwadzieścia, z czego większość należy do parafii katolickich. Wśród nich jest kilka interesujących zabytków, a ja — podobnie jak to było w przypadku Incoronaty — trafiłam tam w zasadzie przez czysty przypadek.
Chociaż często bywałam w mediolańskim biurze informacji turystycznej i skrzętnie gromadziłam wszelkie materiały na temat Lombardii i miejsc które warto zobaczyć, nigdy nie natrafiłam na żadną broszurę czy choćby ulotkę dotyczącą Lodi. Jedynym zabytkiem, o którym słyszałam, był kościół San Bassiano w oddalonym o kilka kilometrów Lodi Vecchio. Mimo wszystko, wiedząc z doświadczenia, że w każdym z włoskich miast można znaleźć coś wartego uwagi, postanowiłam, że kiedyś tam pojadę po prostu dla zabicia czasu. Nie bez znaczenia był fakt, że miałam w pamięci kampanię napoleońską i walki o most w Lodi, więc przy okazji chciałam się rozejrzeć, czy pozostały jakieś ślady tego zdarzenia.
Tak się złożyło, że zanim tam dotarłam, trafiłam na bloga, z którego dowiedziałam się, że w tym mieście nie ma nic interesującego, ale będąc przejazdem w okolicy, można wpaść "do Lodi na lody" jak to głosił tytuł posta. Szczerze mówiąc, po takiej rekomendacji powinnam spokojnie zostać w domu albo zmienić cel podróży, ale coś mi szeptało do ucha, żeby jednak nie rezygnować z pierwotnego planu. Dzięki temu podszeptowi zupełnie niechcący trafiłam do miejscowości, która — jak się okazało — jest pełna ciekawych zabytków. Było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo jedyną konkretną wskazówką, jaką dysponowałam, była dość ogólnikowa mapa miasta, na której zaznaczono katedrę i pozostałe kościoły. Jak wiadomo, często są one zabytkami o dużej wartości historycznej i artystycznej, więc postanowiłam zwiedzić przynajmniej te, które leżą w zabytkowej części miasta. O Duomo pisałam w pierwszym poście, drugi wpis poświęciłam sanktuarium Madonna dell’Incoronata, a teraz chciałabym opowiedzieć o jeszcze dwóch świątyniach, również zasługujących na uwagę.
Pierwszą, o której chcę tu napisać, jest romańsko-gotycki kościół pod wezwaniem św. Franciszka. Jego budowę rozpoczęto w 1280 roku, w miejscu, gdzie niegdyś stał niewielki kościółek św. Mikołaja, należący do braci minorytów, będących częścią wspólnoty franciszkańskiej. Dzięki inicjatywie ówczesnego biskupa Lodi Buongiovanniego Fissiraga, mnisi podjęli się budowy większej świątyni oraz nowego klasztoru. Ich głównym darczyńcą był bratanek biskupa, miejscowy arystokrata Antonio Fissiraga, wraz ze swą małżonką Florą dei Tresseni. Obydwoje pochodzili z zamożnych rodzin, a ponieważ nie posiadali potomstwa, większość swego majątku przeznaczyli na cele dobroczynne. Antonio, który w tym czasie pełnił w Lodi funkcję podesty i w związku z tym był najważniejszą osobą w mieście, z własnych funduszy hojnie wspierał budowę kompleksu, a ponieważ nie brakowało też innych donatorów, prace postępowały stosunkowo szybko. Najważniejszą część budowy ukończono w 1290 roku, natomiast jej ostateczne zakończenie datuje się na rok 1304.
Na początku XVI wieku kościół i przyległy klasztor opuścili bracia minoryci, których zastąpili bernardyni, czyli franciszkanie reformowani, jednak i oni musieli odejść w związku z kasatą zakonu. Stało się tak, ponieważ tym czasie Lombardia wchodziła w skład Cesarstwa Austriackiego, gdzie w 1782 roku zakazano działalności zakonów kontemplacyjnych, pozostawiając jedynie te, które prowadziły szkoły, przytułki i szpitale. W 1840 roku cały obiekt kupili ojcowie z zakonu barnabitów, których misją było kształcenie młodzieży. Barnabici w budynkach klasztornych utworzyli kolegium, które istnieje do dziś i nadal prowadzi działalność wychowawczą oraz edukacyjną.

Kościół podobnie jak klasztor wzniesiono z cegły, jednak z niewiadomych przyczyn jego fasada pozostała niewykończona — brakuje jej typowego trójkątnego zwieńczenia, które dodałoby budowli lekkości i elegancji, jak to ma miejsce w niedalekim kościele San Bassiano w Starym Lodi. Tę skromną elewację zdobią dwa półcylindryczne pilastry oraz wysoki, ostrołukowy ganek wsparty na terakotowych kolumnach o kamiennych cokołach. Pod nim kryje się portal utworzony przez wiązki kolumn z liściastymi kapitelami, a powyżej widnieje piękna XVI-wieczna rozeta z różowego marmuru. Po bokach rozety umieszczono dwa ostrołukowe otwory okienne, przedzielone marmurowymi mullionami, a ponieważ z założenia nie ma w nich szyb, widać przez nie niebo.
Kościół wzniesiono na planie krzyża łacińskiego — jego wnętrze składa się z trzech naw, przedzielonych masywnymi cylindrycznymi kolumnami o prostych kamiennych kapitelach, wspierających ostrołuki i żebrowe sklepienie. Jednak tym, co wyróżnia tę świątynię i sprawia, że zalicza się ona do grona zabytków narodowych, jest ogromna ilość cennych fresków, jakimi ją ozdobiono w okresie od XIV do XVIII wieku.
Freski są niemal wszędzie — począwszy od sklepień i ścian, a skończywszy na masywnych późnoromańskich kolumnach. Te bogate zdobienia nie służyły jedynie upiększeniu świątyni; ich obecność odgrywała o wiele głębszą i bardziej istotną rolę. Zgodnie z doktryną franciszkanów była to swego rodzaju Biblia pauperum, skierowana do wiernych nieumiejących czytać. Za pomocą obrazów przekazywała im zasady wiary i opowiadała o ludziach, których Kościół uznał za świętych z racji ich cnotliwego życia lub męczeńskiej śmierci. Jeśli chodzi o stylistykę, wyraźnie widać ewolucję, jaką przeszło malarstwo naścienne na przestrzeni niemal czterystu lat, gdy kolejni twórcy pozostawiali w San Francesco własną wizję religii katolickiej. Kiedy pod koniec XIII wieku rozpoczęto ozdabianie kościoła, profesja malarza fresków nie cieszyła się jeszcze takim uznaniem, jakie miała zyskać w kolejnych stuleciach. Malarstwo naścienne, które tak pięknie rozwinęło się w XIV i XV wieku, było w powijakach i dopiero zaczynało wyzwalać się spod sztywnych reguł wpływów bizantyjskich.


Jak już wspomniałam, niemałe zasługi w tym względzie położyli właśnie franciszkanie, którzy poprzez swe malowane świątynie, misteria i bożonarodzeniowe szopki przyciągali wiernych do kościoła, działając na ich wyobraźnię. Jednak mimo ważnej roli, jaką odgrywały ich dzieła, ówcześni malarze w większości nadal byli jedynie anonimowymi rzemieślnikami, podporządkowanymi wizji zleceniodawcy.
W San Francesco do najstarszych należą freski na sklepieniach, które prawdopodobnie ukończono jeszcze w XIII wieku. Obejmują one proste dekoracje: w nawie głównej są to gwiazdy, kwiaty i rozety na białym tle, natomiast boczne sklepienia prezbiterium prezentują niebieskie tło ze złotymi gwiazdami. Zauważyłam, że kolor niebieski zastosowany w tej świątyni jest daleki od nasycenia i blasku, jaki widzimy w Tempio dell’Incoronata. Prawdopodobnie farby na bazie lapis lazuli były dla franciszkanów zbyt drogie, w związku z tym jako barwnik zastosowano tańszy urzet barwierski, który z czasem płowieje i zmienia kolor pod wpływem światła.
Ponieważ autorzy fresków w San Francesco pozostali bezimienni, historia malarstwa lombardzkiego nadała im miana od dzieł, jakie po sobie pozostawili. Dwaj z nich to działający w pierwszej połowie XIV wieku Mistrz Czterech Żywiołów oraz Mistrz Grobowca Fissiraga, Mistrz San Bassiano, znany w latach 1321–1328, a także Mistrz Ady Negri i Mistrz Opowieści o Świętej Katarzynie, znani od drugiej połowy XIV wieku.
Freski centralnego sklepienia prezbiterium, przypisywane Mistrzowi Czterech Żywiołów, przedstawiają Ewangelistów siedzących na tronach z przynależnymi im symbolami; u ich stóp widnieją małe, monochromatyczne figury „Żywiołów” i „Temperamentów”. Temu samemu artyście przypisuje się malowidła na sąsiedniej części sklepienia — przedstawiają one czterech Doktorów Kościoła katolickiego: świętych Ambrożego, Hieronima i Augustyna oraz papieża Grzegorza, zwanego Wielkim. Obydwa freski wykazują duże podobieństwo stylistyczne, lecz ten drugi, datowany na lata 1315–1316, dowodzi większej sprawności warsztatowej twórcy.
Nieco później w kościele działał Mistrz Grobowca Fissiraga, autor fresku nad sarkofagiem Antonia Fissiragi, który uwiecznił klęczącego donatora trzymającego w dłoniach model kościoła. Jemu przypisywany jest również piękny wizerunek Madonny z Dzieciątkiem w prawej nawie.
Mistrz San Bassiano jest twórcą kilku fresków zdobiących filary, m.in. Chrztu Chrystusa z symbolicznym ujęciem Jordanu jako góry wody zasłaniającej nagość Syna Bożego, wizerunku świętego Mikołaja oraz św. Franciszka po otrzymaniu stygmatów. Jednak jego najpiękniejszym dziełem jest Pogrzeb Antonia Fissiragi z 1327 roku, przedstawiający zmarłego w zakonnym habicie, leżącego na katafalku, w otoczeniu franciszkanów trzymających pochodnie.
Pod koniec XIV wieku w kościele pozostawili swe dzieła Mistrz Ady Negri oraz Mistrz Opowieści o Świętej Katarzynie. Pierwszemu z nich przypisuje się Madonnę z Dzieciątkiem, przedstawioną w gronostajowej sukni, z rozpuszczonymi blond włosami i smukłymi dłońmi oraz piękną scenę Nawiedzenia. Co ciekawe, ten nieznany malarz swe miano zawdzięcza Adzie Negri, poetce urodzonej w Lodi, żyjącej na przełomie XIX i XX wieku (pisałam o niej w poście Powrót nad Addę - z wizytą w sławnym mieście Lodi.). Ada Negri, która po śmierci została pochowana w kościele św. Franciszka, uwielbiała ten fresk, o czym pisała w swych wierszach i autobiograficznej książce.
Dziełem drugiego mistrza są Mistyczne Zaślubiny św. Katarzyny Aleksandryjskiej, gdzie Madonna z Dzieciątkiem, otoczona przez anioły, w imieniu Syna Bożego ofiarowuje świętej ślubny pierścień. Temu mistrzowi przypisuje się także subtelne i wyrafinowane freski na filarach kościoła, przedstawiające postacie świętych oraz Madonnę z Dzieciątkiem.

Wśród tych pięknych malowideł zauważyłam jedno, zaskakujące ujęciem tematu i wprost niezwykłym realizmem. Przedstawia ono Marię w zaawansowanej ciąży, która trzyma na rękach Dzieciątko Jezus; przed nią klęczy anonimowy mężczyzna, a obok stoi św. Antoni. Byłam pod wielkim wrażeniem tego wizerunku — Maria na tym fresku to nie wyidealizowana Madonna del Parto, lecz zmęczona kobieta o opuchniętej twarzy, która siedzi odchylona do tyłu, jak to robi większość ciężarnych. Fresk datowany jest na 1420 rok; niewiele wiadomo o artyście, który namalował tę zadziwiającą scenę — mówi się o nim jedynie, że jego styl jest zbliżony do bardziej znanego twórcy Michelina da Besozzo.
Zastanawiałam się nad jego przekazem — czy malarz odwoływał się do tradycji mówiącej o tym, że Jezus miał młodsze rodzeństwo, więc pokazywał Marię jako Bożą Rodzicielkę, a jednocześnie zwykłą ziemską matkę? A może w ten sposób nawiązywał do Arki Przymierza, jak często nazywano Madonnę, podkreślając, że nosi ona w sobie Słowo Boże, a Dzieciątko na Jej rękach to objawienie tego Słowa całemu światu?
W prawej nawie kościoła zwraca uwagę kaplica, która na dwudziestu dwóch panelach opowiada dzieje San Bernardino. Jest ona pięknym przykładem piętnastowiecznego malarstwa, w którym widoczne są wpływy Masolina i Vincenza Foppy. Freski są datowane na lata 1476–1478, lecz choć znany jest czas ich powstania, brakuje wzmianki co do imienia malarza, który je stworzył. Mówi się, że mógł to być Gian Giacomo da Lodi, wspomniany w dokumentach dotyczących budowy, jednak brak ostatecznego dowodu na poparcie tej tezy.
Znani są natomiast twórcy obrazów z XVI i XVII wieku — jeden z nich przedstawiający spotkanie św. Antoniego z Ezzelinem da Romano, jest dziełem Giovanniego Battisty Trottiego, natomiast drugi będący wizerunkiem Madonny da Caravaggio namalował Enea Salmeggia. (Caravaggio to niewielkie miasteczko nieopodal Mediolanu, gdzie miało miejsce objawienie Matki Boskiej i gdzie w młodości mieszkał malarz Michelangelo Merisi, który od niego wziął swój przydomek). Wiadomo też, że autorem pięknych XVI-wiecznych fresków, m.in. Madonny ze świętym Franciszkiem, Bonawenturą i donatorem, jest pochodzący z Lodi Francesco Soncino, uczeń i współpracownik Callista Piazzy, znanego nam z sanktuarium dell’Incoronata.
Agostino Bassi to bardzo ciekawa, choć mało znana postać — uczony, o którym warto wspomnieć, gdyż dzięki wieloletniej pracy uratował włoski przemysł jedwabniczy i stworzył podwaliny mikrobiologii. Choć z wykształcenia był prawnikiem, posiadał również rozległą wiedzę z zakresu entomologii. Wykorzystał ją podczas badań nad chorobą larw jedwabników, która w pierwszej połowie XIX wieku pustoszyła hodowle we Włoszech i Francji. Bassi odkrył, że epidemię wywołuje żywy organizm, i zalecił środki zapobiegające jej szerzeniu. Nakazał dezynfekcję i utrzymywanie stanowisk w czystości, dzielenie gąsienic na mniejsze grupy, a także izolowanie i niszczenie chorych osobników. Ponieważ Bassi pełnił ważną rolę w administracji państwowej, wydane przez niego zalecenia szybko wprowadzono w życie, co pozwoliło na odbudowanie hodowli i całego przemysłu jedwabniczego. Z jego obserwacji korzystał Ludwik Pasteur, twórca nowoczesnej epidemiologii i mikrobiologii.
W XVII i XVIII wieku świątynia przeszła transformację w stylu baroku, co znacznie wpłynęło na jej wygląd. W 1810 roku, po kasacie klasztoru franciszkanów, kościół przekazano sąsiedniej parafii Santa Maria del Carmine. Kiedy trzydzieści lat później przejęli go barnabici, cały obiekt był w bardzo złym stanie i wymagał pilnego remontu. W związku z tym przeprowadzono w nim gruntowną modernizację, połączoną z renowacją fresków. W 1960 roku rozpoczęto następny, niemal dwudziestoletni etap prac konserwatorskich, wykonanych zgodnie ze współczesnymi kanonami. Niektórych fragmentów fresków nie udało się odzyskać, lecz większość wróciła do swej dawnej świetności i jest wspaniałym przykładem sztuki sakralnej, jaką tworzyli artyści ze szkoły lombardzkiej XIV i XV wieku.








.jpg)



.jpg)













.jpg)


Piękna świątynia! Obrazy zatrzymują na dłużej, to malarstwo ma w sobie coś niechwytnego, co sprawia, że nie da się przejść obok nich obojętnie. Pozostawia w człowieku tę przestrzeń, która pozwala na przeniesienie się w zupełnie inne czasy i pozostanie w niej przez dłuższą chwilę.
OdpowiedzUsuńCzekam na dalszy ciąg tej opowieści i serdecznie pozdrawiam :)
To prawda, obrazy oraz freski zachwycają oczy i przemawiają do duszy przenosząc nas w inny świat. Kościół San Francesco był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, po prostu oniemiałam, kiedy tam weszłam bo absolutnie nie spodziewałam się takiego widoku. Dziękuję i również serdecznie pozdrawiam!
UsuńPiękne miejsce, katolickie kościoły mają takie przytlaczajace poczucie bożej mocy. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTo prawda, niektóre wręcz zadziwiają swoją wspaniałością. Również pozdrawiam!
UsuńDobrze kogoś posłuchać, ale sprawdzić najlepiej samemu.:) Zatrzymała mnie Twoja interpretacja ciężarnej Madonny z dzieciątkiem. Bardzo ciekawa!
OdpowiedzUsuńDokładnie! Cieszę się, że mimo wszystko tam pojechałam, żałuję jedynie ze nie było to latem przy lepszej pogodzie, kiedy jest dłuższy dzień. Mnie też zadziwiła ta Madonna, bo była bardzo naturalistyczna wręcz karykaturalna, jakby malarz starał się podkreślić pewne cechy fizyczne. No i sama wymowa ciężarnej Marii z Dzieciątkiem na rękach zagadkowa.
UsuńElu! Już na pierwszym zdjęciu moją uwagę przykuła fasada kościoła z przepiękna gotycką rozetą, która tutaj jest wspaniałym elementem architektonicznym i dekoracyjnym. A gdy wkroczyłam do wnętrza, oniemiałam z zachwytu na widok tych niesamowitych jakże urzekających naściennych fresków. Takie wspaniałe freskowe arcydzieła dane mi było oglądać jedynie w Padwie w kaplicy Scrovegnich i w Asyżu w Bazylice św. Franciszka. Jednak w obu tych miejscach był bezwzględny zakaz fotografowania. Domyślam się jaką niespodzianką był widok tych wspaniałości. Już nie mogę doczekać się kolejnego Twojego postu.
OdpowiedzUsuńŚciskam Cię mocno i serdecznie pozdrawiam:)
Kochana Lusiu dzięki za odwiedziny i komentarz! W Asyżu nie byłam, natomiast w kaplicy Scrovegnich też był zakaz, a teraz widzę, że jest wiele amatorskich zdjęć, więc może coś się zmieniło. W większości kościołów jakie zwiedzałam można było robić zdjęcia, ale bez flesza. Zawsze tego przestrzegałam, a że oświetlenie na ogół było słabe, zdjęcia są jakie są, chociaż bardzo się starałam to część była do wyrzucenia. Widok wnętrza San Francesco mnie oszołomił, podobnie jak w Incoronacie i nie mogłam się nadziwić, że to wszystko pozostaje na marginesie szlaków turystycznych. Również ściskam i serdecznie pozdrawiam 🫶🌞
UsuńWow, Twój wpis jest niesamowity! 😍 Nigdy nie pomyślałbym, że Lodi kryje tyle historii i pięknych fresków. Fresk z ciężarną Marią brzmi wręcz przejmująco w swojej realistycznej formie — pokazuje, że sztuka sakralna może być bardzo „ludzka”. Dzięki Tobie Lodi przestało być tylko „miastem na lody” 😉, a stało się miejscem, które aż chce się odwiedzić!
OdpowiedzUsuńDla mnie to też było wielkie zaskoczenie, bo chociaż przy każdej okazji rozpytywałam o ciekawe miejsca w regionie, o Lodi wiedziałam tylko tyle, że jest. Serdecznie pozdrawiam 💙🙂
UsuńBeautiful photos, dear friend! Thank you so much for sharing this lovely tour!
OdpowiedzUsuń“Dear Linda, thank you very much. The trip to Lodi was a very good decision and brought me a lot of joy.”
UsuńWygląd zewnętrzny świątyni nie zapowiada jakie cuda mieszczą jej wnętrza. Fresków jest mnóstwo, są wspaniale zachowane i przepiękne. Od razu zwracają uwagę. Nawet na zdjęciach przyciągają uwagę, a co dopiero zobaczyć je żywo... Świetnie, że tam wstąpiłaś. Też lubię takie niespodzianki w zwiedzanych miejscach. Przyjemnego odkrywania w nowym roku. Pozdrawiam serdecznie:)))
OdpowiedzUsuńUlu, faktycznie jak stanęłam przed kościołem i zobaczyłam jego niewykończoną fasadę, byłam nastawiona sceptycznie, więc tym większa była niespodzianka. Rzeczywiście freski mają się nieźle, na żywo wyglądaj trochę inaczej, bo światła dziennego było tam bardzo mało a punktowe ledy dawały ciepłe światło. To zmieniało kolory co widać na niektórych zdjęciach, ale taka jest uroda ciemnych kościołów. Serdecznie pozdrawiam!
UsuńJak to możliwe, że miejscowość, o której pierwszy raz dowiedziałem się z Twojego postu kryje tyle atrakcji architektonicznych ? No, ale to Włochy, tam prawie w każdej miejscowości są jakieś arcydzieła. Jestem zauroczony wnętrzem kościoła św. Franciszka, mnogością fresków i potężnymi kolumnami. Wspaniale je pokazałaś i zachęciłaś do odwiedzin Lodi.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)
Wiesz Wiesiu, też się nad tym zastanawiałam i to nie jeden raz. Na koniec doszłam do wniosku że Włosi żyją z tymi swoimi zabytkami na co dzień i może uważają, że to normalne i nie ma o czym mówić? Oni uwielbiają turystykę gastronomiczną, więc kiedy mówiłam, że gdzieś się wybierałam zawsze ktoś mi polecił miejsce, gdzie można dobrze zjeść, ale o zabytkach to już nie bardzo wiedzieli. Również pozdrawiam serdecznie!
UsuńBogate i jednocześnie ciekawe wnętrze kościoła.
OdpowiedzUsuńTo prawda, jest niezwykle bogaty jeśli chodzi o wystrój.
UsuńElizabeth lindas as fotos, é simplesmente maravilhoso contemplar uma igreja assim, feliz terça-feira bjs.
OdpowiedzUsuńMuito obrigada, Lucimar! Fico feliz que tenha gostado das fotos. Desejo uma linda e abençoada terça-feira para você. Beijos! 💖
UsuńWitqj Elu w Nowym Roku 😉 pięknie to opisałaś 🌿 Czyta się jak spokojny spacer po mieście, do którego trafiłaś trochę „mimochodem”, a które nagle zaczęło się samo odsłaniać. Bardzo lubię ten motyw przypadku, który prowadzi do miejsc pełnych sensu — u Ciebie w ogóle nie brzmi to turystycznie, tylko bardzo uważnie i osobiście. Opis San Francesco i fresków wciąga niesamowicie, zwłaszcza te fragmenty o wczesnym malarstwie i „niedoskonałości”, które niosą treść. No i ta ciężarna Maria… totalnie zatrzymujący moment. Czekam na ciąg dalszy, bo Lodi w Twojej opowieści zdecydowanie nie kończy się na lodach 🍦😉
OdpowiedzUsuńAniu, dzięki za odwiedziny, to prawda, że zajrzeć do Lodi na lody to trochę za mało, jak na to miasto. Faktycznie jest tak jak piszesz czasem takie mało rozreklamowane miejscowości kryją zadziwiające rzeczy. Ja pojechałam tam bez przekonania i określonego celu, w zasadzie mogłam obejrzeć katedrę, gdyby było cieplej to może zjeść lody i wrócić do domu. Jednak dziwnym trafem coś mnie podkusiło, żeby mimo wszystko poszwendać się po mieście i jak się okazało było warto. Co do Madonny - faktycznie ten wizerunek zadziwia realizmem. Kiedy wspominam moje wycieczki mam wrażenie, że dużo ciekawych miejsc odkryłam dzięki temu, że zwiedzałam w pojedynkę, mogłam iść, gdzie chciałam i zatrzymywać się tak długo jak to było potrzebne. Pozdrawiam serdecznie, przesyłam uściski 😘🫶🫶🫶
UsuńJak napisał Wiesiu, to są Włochy i niemal każde miasteczko jest warte odwiedzin, bo zawsze można spotkać, albo kościółek, albo zameczek, albo bramę, czy mostek w wszystko ciekawe. Opinie ludzi bywają pomocne, ale bywają też zwodnicze. Pamiętam, jak - co prawda w zupełnie innej dziedzinie chciałam się poradzić internetu i przeczytałam opinie na temat knajpy, którą dopiero co odwiedziłam. Szukałam czegoś w innej okolicy i trafiłam na tę, w której zjadłam przepyszny obiad. Przeczytałam tam, że jedzenie niedobre, obsługa niemiła, drogo i czeka się godzinami. A ja byłam zachwycona, miło obsłużona, nie zapłaciłam dużo. Dlatego, jak ktoś napisał, warto się przekonać samemu. Jak ktoś nie lubi zwiedzać kościołów to dla niego miejscowość bogata w świątynie będzie mało interesująca, jak ktoś nie lubi jarmarków to rekomendacja wskazujące je jako najlepszą atrakcję będzie odstraszająca.
OdpowiedzUsuńA kościół przeuroczy, nawet jeśli malowidła nieporadne, bez perspektywy to jakże pełne wiary czy wyobrażeń tamtejszych malarzy-rzemieślników. Kiedy zobaczyłam te pomalowane kolumny to pomyślałam, że są to ówczesne słupy ogłoszeniowe (wszak głoszą dobrą nowinę, albo są zapowiedzią nadziei na wieczność :) I bardzo lubię takie nawet wyblakłe freski, fragmentaryczne, a będące świadectwem czyjeś pracy wykonywanej z mozołem, nadzieją, dumą.
Małgosiu, pięknie to posumowałaś, dla mnie też to jest najpiękniejsze, że prości ludzie pokonując własne ograniczenia i braki warsztatowe, dawali świadectwo prawdzie, którą nosili nie w głowie, ale w sercu. natomiast co do opinii - są osoby, które nie wahają się pisać wręcz złośliwie i prawdopodobnie tak było w przypadku tej knajpki, o której piszesz. Bóg jeden wie czym się kierują - może to taka forma zabawy albo są inne, im znane powody.
UsuńCo do tych blogerów, oni sporo zwiedzali, jednak może nie nie mając żadnych wskazówek uznali, że nic tam nie ma. Dlatego woleli posiedzieć przy lodach, zamiast snuć się bez celu, zwłaszcza, że byli tam w lecie i było gorąco. Teraz wszystko jest w internecie, a jeszcze nie tak dawno najczęstsza informacja o małych miastach była taka, że jest, gdzie leży i ile ma mieszkańców
I proszę bardzo:-) Okazuje się, że Lodi kryje w sobie znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Fajnie czyta się przedstawioną przez Ciebie historię kościoła. Freski są piękne, lubię ten styl malowania, a te naprawdę robią wrażenie. To zasługa Twoich bardzo dobrych fotografii. Masz oko do detali i świetnie je wszystkie pokazujesz. Wpisuję Lodi na listę 'miejsc do odwiedzenia':-) Czy mi się to uda, pokaże czas:-) Pozdrawiam serdecznie:-)
OdpowiedzUsuńDzięki za odwiedziny i komentarz! Ciszę się, że zainteresował Cię kościół i miasto Lodi, myślę, że będąc w okolicy Mediolanu warto tam wpaść na kilka godzin, żeby na własne oczy zobaczyć jego zabytki. Jeśli chodzi o zdjęcia zrobiłam ich mnóstwo, lecz z powodu oświetlenia większość z nich była do niczego, wybrałam takie, które dają jakieś pojęcie o tym kościele. Pozdrawiam serdecznie, życzę Ci wielu wspaniałych wycieczek a przede wszystkim realizacji podróżniczych planów na ten rok!
UsuńKochana Elu, u Ciebie zawsze jest tyle dobra, czyli: doskonałego tekstu, opisu miejsc, niesamowitych zdjęć, że gubię się w zeznaniach i nigdy nie wiem, od czego zacząć, a potem piszę banały w stylu: piękny post. No bo piękny i zawsze niesamowite miejsca opisujesz. Pozdrawiam serdecznie, dużo zdrowia dla Ciebie i Marty na ten nowy czas. Uściski! 🍀😘🌺🌷
OdpowiedzUsuńJoasiu dzięki za odwiedziny, każde miłe słowo jest w cenie, a prawdę mówiąc zdaję sobie sprawę, że bardzo się rozpisuję i czasem jest w tym dużo wątków i trudno sie do tego odnieść. Nawzajem pozdrawiam, przesyłam uściski! ❤️🌞🌹
UsuńTwój wpis to prawdziwa podróż w czasie i przestrzeni! 😍 Podziwiam sposób, w jaki łączysz skrupulatny opis architektury i sztuki z osobistymi wrażeniami z wycieczki. Sant’ Agnese brzmi jak miejsce, które nie tylko zachwyca detalami fasady i wnętrza, ale też pozwala poczuć ducha historii Lombardii. Twoja opowieść o pustym dziedzińcu Broletto i karuzeli na koniec dnia była naprawdę wzruszająca — aż poczułam tę ciszę i lekki smutek zmierzchu. Dzięki takim relacjom człowiek od razu ma ochotę spakować plecak i ruszyć śladami Twoich wycieczek!
OdpowiedzUsuńIwonko, bardzo dziękuję za odwiedziny, szczerze mówiąc, kiedy przychodził moment powrotu do domu i opuszczałam miejscowość, która mnie zauroczyła, często ogarniała mnie podobna nostalgia. Włochy to piękny kraj i ma mnóstwo do zaoferowania, jedyny problem to nadmiar ciekawych miejsc wartych obejrzenia. Serdecznie pozdrawiam!
UsuńOglądam z zapartym tchem, cóż za piękne Kościoły ❤️
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za inspirację. W nawet mniej znanych miastach, można zobaczyć wiele ciekawych miejsc. Już od jakiegoś czasu mam pragnienie, aby odwiedzić Włochy. Np. takie Portofino, ale to chyba zbyt wygórowane marzenie. ;) Natomiast widać, że Lodi to nie za duze miasto ok. 40 tys. i pochodziłem sobie korzystając z Google. Dziękuje i pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńNa ogół w budowlach sakralnych nie jest łatwo zrobić zdjęcia, ale Twoje Elu są bardzo udane. Gratulacje :)
Dzięki, bardzo mi miło, że temat Cię zainteresował, co do zdjęć to faktycznie bez flesza jest to droga przez mękę, tym bardziej, że punktowe ledowe światełka raczej przeszkadzają niż pomagają. Światła dziennego było niemal zero, więc długo się namyślałam, czy je zamieścić, ale w sumie dają jakieś wyobrażenie o tym kościele. Jako miłośnik architektury industrialnej zapewne byłbyś oczarowany niedalekim miasteczkiem Crespi d'Adda, ja niestety tam nie dotarłam, ale też oglądałam za pomocą Google Map, polecam! Co do Portofino, to może pamiętasz moje posty, byłam tam kilka razy w lecie i w zimie, też było super, a nawet lepiej, bo spokojnie. Żeby tam pomieszkać trzeba mieć konto z dużą ilością zer, ale w okolicy na wybrzeżu Liguryjskim są też tańsze miejscowości. Bez trudu można z nich wyskoczyć do Portofino na cały dzień, bo komunikacja jest dogodna, wystarczy powiedzieć, że ja jeździłam z mojego Limbiate z przesiadką w Mediolanie, co może się wydawać bardzo daleko, ale uważam, że było warto. Osobiście polecam pobyt poza sezonem, kwiecień albo wrzesień - październik, bo nie ma upału i tłumów. Serdecznie pozdrawiam!
Usuń