środa, 24 lipca 2013

Liguria. Camogli, zapach kawy i pyszne ciasteczka (część II)



Włochy to kraj dobrej kuchni, wspaniałej kawy i wielu ciast o niezrównanym smaku. Niektóre z nich mają zastrzeżoną nazwę, a ich receptury od lat pozostają pilnie strzeżoną tajemnicą producentów. W Camogli takim specjałem są ciasteczka camogliesi, stworzone w 1970 roku przez miejscowego cukiernika Giacoma Revello. O ciasteczkach z Camogli słyszałam niegdyś, lecz z czasem całkowicie o nich zapomniałam. Pamięć odświeżyła mi koleżanka z pracy, mówiąc, że jeśli zawitam do tej miejscowości „koniecznie, ale to koniecznie” muszę ich spróbować.
 
Podczas pierwszego pobytu w Camogli, o którym pisałam w poście Liguria. Camogli, zapach kawy i pyszne ciasteczka, byłam tam w zasadzie przejazdem, więc zabrakło mi czasu na dokładne zwiedzanie. Dlatego podczas drugiej wizyty postanowiłam dokładnie przyjrzeć się miasteczku a przede wszystkim odnaleźć niewielką cukiernię Revello, w której produkowane są oryginalne camogliesi. Nie przypuszczałam wtedy, że te niewielkie ciasteczka o wdzięcznej nazwie, obudzą we mnie wspomnienie, które połączy Ligurię z dużo wcześniejszą podróżą do Budapesztu.   

Pewnego lutowego ranka, kiedy prognoza meteo zapowiadała ładny słoneczny dzień, wsiadłam do pociągu i przed południem znów znalazłam się w Camogli. Jak poprzednio przywitało mnie piękną, słoneczną pogodą, jednak tym razem wiał bardzo silny wiatr, więc na głównej ulicy czuło się przeciąg, niczym w dobrze funkcjonującym kominie. Ponieważ był dzień powszedni, na ulicach panował inny nastrój, dał się też zauważyć większy ruch, choć z pewnością nie taki, jaki można tu spotkać w szczycie sezonu.

Ponownie przemierzyłam główną ulicę i niebawem znalazłam się w porcie. Tym razem nie tylko obeszłam go wokoło, lecz również poszłam aż do końca długiego, betonowego molo, pełniącego funkcję falochronu. Od strony morza leży tam mnóstwo ogromnych, skalnych i betonowych bloków, które podczas sztormowej pogody stanowią dodatkową zaporę dla fal. Na jego krańcu znajduje się duża stawa, żałowałam, że muszę wyjechać z Camogli przed zmrokiem, więc nie zobaczę jej pulsującego światła... Z portu przeszłam do kościoła, który poprzednio obejrzałam jedynie pobieżnie. Tym razem poświęciłam mu więcej uwagi, a oględziny ułatwiło mi światło zapalone w związku z pracami porządkowymi. Kościół, dość skromnie zdobiony na zewnątrz, ma bardzo bogaty wystrój wewnętrzny, pełen złoceń, zaskakujących w tym niewielkim rybackim miasteczku. Inna rzecz, która mnie zadziwiła już za pierwszym razem, to kokieteryjne żyrandole — skonstruowane ze szklanych, kolorowych paciorków, kojarzące się raczej z pałacowym salonem, a nie z wnętrzem świątyni. Podobne żyrandole widziałam również w San Fruttuoso, gdzie szczerze mówiąc, wydawały mi się kompletnie nie na miejscu w połączeniu z surowym stylem Opactwa. Przyszło mi do głowy, że być może, jest to dar jakiegoś okolicznego producenta, specjalizującego się w tego rodzaju wyrobach a może lokalna moda? Oprócz kościoła obejrzałam jeszcze raz zamek i okoliczne zaułki. Pod arkadami domów przylegających do portu znalazłam liczne pracownie i sklepy, gdzie podobnie jak w Portofino, oferowano pamiątkowe obrazy i obrazki, wykonane we wszystkich możliwych technikach. 


Po zwiedzeniu portowej części miasteczka przeszłam do tej położonej wzdłuż nadmorskiego bulwaru. W przeciwieństwie do głównej ulicy i portu, gdzie wiatr niemal urywał mi głowę, na plaży panował błogi spokój, a wiatru nie czuło się prawie wcale. Zastanawiałam się, jak to możliwe, czy jest to wpływ jakiegoś specyficznego mikroklimatu, czy obecności zwartych i wysokich budynków z tej strony miasta? Pomyślałam też, że chyba nie bez powodu to miejsce nosi nazwę Golfo di Paradiso, czyli Niebiańska (Rajska) Zatoka, więc nic dziwnego, że zastałam tam wiele osób korzystających z tego błogosławieństwa natury. Za kościołem, na kamiennym murku-ławce, ciasnym rządkiem niczym ptaki na gałęzi, przysiedli starsi ludzie, wygrzewający się na słońcu w tym zacisznym miejscu. Pod tarasami przylegającymi do bulwaru siedziała młodzież: zakochane pary, nastolatki zatopione w lekturze a parę osób beztrosko spało na plaży, przy akompaniamencie szumiących fal. Nie brakowało też młodych matek z rozhasanymi dziećmi w różnym wieku. Szczególnie jedna rzuciła mi się w oczy (a raczej w uszy). Ze stoickim spokojem powtarzała swojemu synkowi wciąż to samo zdanie, monotonnie, niczym pęknięta, gramofonowa płyta  ... "Solo sassi piccoli, ti ho detto, butta solo sassi piccoli ! " Czyli  ... "Powiedziałam ci, rzucaj tylko małe kamienie, tylko małe! " Gdyż jej energiczny potomek zabrał się do zasypywania morza, wrzucając do wody kamienie z plaży.


Im dłużej rodzicielka go napominała, tym większe kamienie zbierał i ciskał w fale. Jego młodsza siostra sekundowała mu dzielnie, a matka, niczym uparta kukułka w zegarze, powtarzała swą frazę bez żadnego realnego skutku. Na moje szczęście, po kilkunastu minutach przenieśli się w inne rejony i znów zapanował błogi spokój. Przysiadłam z gazetą na niezbyt wysokim murku i zagłębiłam się w lekturze. Byłam tak rozleniwiona ciepłem słońca i szumem morza, że zaczęłam zasypiać na siedząco. Marzyłam o tym, żeby wzorem innych osób wyciągnąć się na plaży i zapaść w drzemkę. Niestety, nie miałam koca ani ręcznika, więc zmusiłam się do kolejnej przechadzki.

Patrzyłam przy tym uważnie pod nogi, gdyż po raz pierwszy widziałam plażę tego rodzaju. Kamieniste plaże nie są czymś wyjątkowym, tu jednak kamienie miały szczególny wygląd. Wszystkie były raczej niewielkie, szare i doskonale gładkie, w większości poprzecinane białymi żyłkami, owalne lub okrągłe albo przeciwnie, zupełnie płaskie. Patrząc na nie, zrozumiałam zamiłowanie Liguryjczyków do budowli w poprzeczne białe i grafitowe pasy. Na ich widok przyszło mi do głowy, że być może właśnie z tych zestawień barw podsuwanych przez naturę, wzięło się liguryjskie upodobanie do budowli zdobionych naprzemiennymi białymi i grafitowymi pasami. 


Nawiasem mówiąc, leżenie na takim plażowym "kamiennym łożu" wcale nie musi być przykre, zważywszy na te łagodne, zaokrąglone kształty. Zabrałam kilka takich kamyków do mojej kolekcji, jednak najbardziej podobał mi się ten, na którym znalazłam wyobrażenie skandynawskiej runy Fehu i drugi, wyglądający niczym jajeczko ptaka. Uznałam to dobrą wróżbę na przyszłość, bo w symbolice run Fehu jest kojarzona z dostatkiem, pomyślnością i dobrobytem a jajo od wieków symbolizuje odrodzenie, nadzieję i nowy początek. 

Kiedy doszłam do końca plaży i przeszłam na leżący nieco wyżej bulwar, słońce zaczęło chować się za kościołem, dając mi znak, że czas myśleć o powrocie do Mediolanu. Pozostała mi jeszcze jedna misja do wykonania — degustacja lokalnego specjału, czyli ciasteczek camogliesi

Nie będę ukrywać, że z natury jestem wręcz patologicznym łakomczuchem, więc staram się unikać ciastkarni i lodziarni jak przysłowiowego ognia. Moje łakomstwo jest bowiem szczególnego rodzaju — budzi się jedynie na widok słodyczy. Kiedy zdarza się, że postanawiam kupić sobie coś słodkiego i wchodzę do sklepu, przeżywam prawdziwe katusze na myśl, iż muszę dokonać wyboru. Nie sposób przecież spróbować wszystkiego, co wygląda zachęcająco i apetycznie, więc najczęściej wiję się w męczarniach przed ladą, budząc rozbawienie lub niechęć sprzedawców.


Chociaż lubię słodycze, to w życiu codziennym nie zaliczam się smakoszy, dlatego nigdy nie uprawiałam tak popularnej we Włoszech turystyki gastronomicznej. Większość włoskich regionów ma swoje specjały i zazdrośnie strzeżone tradycyjne przepisy, więc zdarza się, że koneserzy dobrej kuchni podróżują wiele kilometrów tylko po to, żeby spróbować czegoś, co można zjeść lub kupić tylko w tej jednej miejscowości.  

Przy bulwarze w Camogli niemal w każdym budynku jest jakiś sklep lub lokal gastronomiczny. Tu mieści się również sklep firmy Revello, która zajmuje się wypiekiem sławnych ciastek i innych smakowitych słodyczy. 

Sklep jest dość skromny, a jego prosty szyld również nie rzuca się w oczy. Kiedy pokonałam pięć schodków i weszłam do środka, miły sprzedawca przywitał mnie szerokim uśmiechem. Gdy zapytałam o camogliesi z dumą wskazał na szklaną gablotkę, gdzie w schludnych rządkach, na maleńkich serwetkach z papierowej koronki, leżały niewielkie ciasteczka w kształcie kulek. Wyjaśnił mi, że jest ich osiem rodzajów, z czego cztery są wypełnione kremem. Poprosiłam, aby mi zapakował po jednym z każdego rodzaju.


Pan pochwalił moją decyzję, podkreślając przy tym, każde ma inny i niepowtarzalny smak. Sklep jest wyposażony w kilka stolików, przy których można skonsumować zakupione produkty. Wybrałam jeden ze stojących na zewnątrz, aby jeszcze przez chwilę podziwiać zachód słońca, które powoli chowało się za horyzontem zalewając całe miasteczko ognisto pomarańczowym blaskiem. 

Na początek postanowiłam zadowolić się trzema ciastkami, jednak po nich nie mogłam oprzeć się pokusie spróbowania również pozostałych. Faktycznie, musiałam przyznać, że są nie tylko bardzo dobre, ale wręcz przepyszne. Tym co przede wszystkim zwraca uwagę, to duża ilość rumu użytego do ich wyrobu, gdyż jego smak góruje wyraźnie nad pozostałymi składnikami. Oprócz tego każdy rodzaj ma inny składnik główny — orzech laskowy, gianduję (szczególny, „aksamitny” rodzaj miękkiej czekolady), pomarańczę, migdały lub amaretto. 

Jak się dowiedziałam od miłego pana stojącego za sklepową ladą, receptura jest bardzo starannie strzeżoną rodzinną tajemnicą. Firma Revello powstała w 1964 roku, jej właściciel na początku lat siedemdziesiątych opracował na własny użytek przepis na ciasteczka rumowe, które nazwał camogliesi. Chociaż znalazł kilku naśladowców próbujących zrobić mu konkurencję, jak dotąd nikomu nie udało się stworzyć równie dobrego produktu. Co ciekawe, chociaż zjadłam je wszystkie, trudno mi o nich powiedzieć coś więcej ponad to, że dosłownie rozpływają się w ustach.


Cztery rodzaje mają cienką skorupkę z ciasta nieco podobnego do ptysiowego, wypełnioną smakowitym kremem. Z zewnątrz też pokrywa je krem i czekolada oraz jakaś tajemnicza i bardzo smakowita posypka. Te bez kremu chyba są wykonane z ciasta z bardzo dużą domieszką mielonych migdałów lub orzechów, z której to masy tworzy się niewielkie kulki szczypnięte palcami przed włożeniem do pieca, co nadaje im charakterystyczny, nieregularny kształt. 

Chociaż do ich produkcji nie używa się konserwantów, camogliesi mają długi, bo dwudziestodniowy okres przydatności do spożycia. Niestety, z powodów wymienionych powyżej nigdzie nie mogłam znaleźć oryginalnego przepisu, nawet przepis na ich podróbki jest niedostępny a te, które można uzyskać, mają niewiele wspólnego z oryginałem. Poniewczasie żałowałam, że nie wpadłam na pomysł, aby zrobić ciasteczkom pamiątkowe zdjęcie, no ale cóż, stało się ! Camogliesi są doprawdy pyszne, jednak żeby być do końca szczerą, muszę wyznać, że nie zatarły wspomnienia o najwspanialszym ciasteczku mojego życia...

Wiele lat temu, jako młode dziewczę pojechałam z grupką przyjaciół do Budapesztu, który słynie ze wspaniałych kawiarni i cukierni w wiedeńskim stylu. Pamiętam, że weszliśmy do jednej z nich niedaleko Mostu Małgorzaty, gdzie swoim zwyczajem stanęłam przed gablotką z ciastkami, oniemiała, niczym nieszczęsny osiołek z bajki, któremu "w żłoby dano". Z bólem serca wybrałam dwa ciastka, rezygnując z innych, o równie kuszącym wyglądzie. Pierwsze było owszem, dobre, ale to drugie! Maleńkie, miało kształt naparstka i było od niego niewiele większe, całe pokryte jasno-różowym lukrem. Włożyłam je do ust i zamarłam... Pod lukrem był delikatny, nasączony ponczem biszkopt, wypełniony cudownym w smaku kremem i odrobiną kwaskowatej marmolady. Całość tworzyła niespotykaną harmonię smaków. To był po prostu wielki odlot, od tamtej pory minęło kilka dziesiątków lat, lecz ja wciąż pamiętam smak ciasteczka Mignon... Wyznam też, że  Budapeszt zawsze był dla mnie miastem "do zakochania" lecz głównym powodem, dla którego chętnie bym go odwiedziła ponownie, jest myśl, że być może cukiernia przy Moście Małgorzaty nadal serwuje te maleńkie cuda o wdzięcznej i pieszczotliwej nazwie...*





* Kiedy po latach wybrałam się wraz z Martą na majówkę do Budapesztu, okazało się, że przy Moście Małgorzaty w miejscu, gdzie kiedyś była cukiernia, obecnie jest bar z przekąskami.  Początkowo myślałam o poszukaniu innej, gdzie nadal są serwowane ciasteczka Mignon, jednak miasto zafascynowało nas tak bardzo, że ten projekt zszedł na dalszy plan. 

Więcej zdjęć z Camogli  jest w albumie, pod linkiem zamieszczonym poniżej. Zapraszam do ich obejrzenia, chciałabym też zaznaczyć, że ich intensywny kolor nie jest wynikiem sztucznego wyciągania barw, lecz naturalnym efektem spowodowanym zachodzącym słońcem, co w połączeniu z ciepłymi kolorami budynków dało właśnie taki rezultat.


18 komentarzy:

  1. Anonimowy24/7/13 15:35

    Nie pamiętam, czy kiedykolwiek o tym pisałam,ale najwyżej będzie powtórka. Z legend mojego dzieciństwa pamiętam rachatłukum /mniej więcej fonetycznie, bo pisowni nie znam/ i pańską skórkę. Nigdy tego nie jadłam, nawet nie próbowałam, ale oba te specjały otoczone były przez moją babcię takimi zachwytami,że wręcz nie wierzyłam, że takie smakowitości istnieją. Z tym pierwszym zetknęłam się stosunkowo niedawno- dostałam jako upominek z wycieczki. Powiedziałabym, że jest to rodzaj tureckiej chałwy- bardzo, bardzo słodkiej.
    Pańską skórkę widuję czasami na straganach na ulicach Warszawy, ale jej wygląd jest dla mnie tak sztuczny, przebarwnikowany, że nie miałam odwagi zmierzyć się z legendą dzieciństwa i do tej pory pańskiej skórki nie spróbowałam! ;))) BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotąd o tym nie wspominałaś a to ciekawe bo ja też znam te smakołyki ze słyszenia ale sama nigdy ich nie jadłam. Zresztą o ile miałam blade pojęcie czym jest rachatłukum to o pańskiej skórce nie wiem zgoła nic. Poszukam i internecie bo ciekawi mnie z czego jest zrobiona ale taki sztuczny wygląd nie wróży nic dobrego. We Włoszech są sklepy z sycylijskimi marcepanowymi słodyczami, które wyglądem przypominają owoce z wosku i są niesamowicie kolorowe. Kiedyś się na nie skusiłam, były ohydnie słodkie i mimo mojego legendarnego łakomstwa (rekord życia 1,25 kg krówek zjedzonych za jednym przysiadem) nie mogłam ich przełknąć. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Zajrzałam do Googli i już wiem! To słodycze które w Krakowie nazywane są "miodek turecki" czasem zwany też nugatem a sprzedaje się je na Wszystkich Świętych. Ale co ciekawe, we Włoszech są to tradycyjne słodycze gwiazdkowe i nie ma bez nich Bożego Narodzenia. Tam nazywane są "torrone" robi się je z miodu, cukru i ubitych białek z dodatkiem orzechów, pistacji lub migdałów mogą być kolorowane syropami owocowymi ale Włosi jedzą tylko białe lub z dodatkiem kakao. Są takie twarde jak skała do połamania zębów ale jest też wersja miękka. Znalazłam przepis http://www.tp.com.pl/przepisy-kulinarne/panska-skorka.html

      Usuń
  2. Piekne zdjecia, caly album z przyjemnoscia obejrzalam i tylko ciasteczek nie moge znalezc!

    Ja tez mialam przygode z wloskim deserem tiramisu (pisalam o tym na moim blogu), rozpoczela sie ona od Sorrento, bo tam jadlam taki deser po raz pierwszy a do tego czasu bowiem nigdy w zadnej wersji mi tiramisu nie smakowalo i zawsze dziekowalam za poczestunek i nie wybieralam go w cukierniach, a od czasu Sorrento, zawsze tylko ten deser dla porownania no i nigdzie nie bylo tak smaczne jak tam.

    Ale polubilam tiramisu i od czasu do czasu sama przygotowuje w domu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre tiramisu to istotnie świetny deser, też je lubię ale żeby nie było za mokre. Ciasteczka niestety nie zostały sfotografowane bo je pożarłam zanim mi przyszło do głowy zrobić im zdjęcie...

      Usuń
  3. Pięknie opowiadasz, chciałoby się zjeść tego posta, każdy kto to przeczyta zrezygnuje z diety jaką stosuje natychmiast! Niestety nie jestem podróżniczką, ale m.in. miłośniczką smaków, ostatnio zamówiłam sobie bransoletę z sercem, na której można było zamówić wygrawerowane wyznanie, z racji tego, że jestem już w wieku, kiedy czas miłości do facetów lekko ostygł, zastanawiałam się jaki napis zamówić. I wymyśliłam, nic szczególnego, z jednej strony KOCHAM, a z drugiej CZEKOLADĘ !Jednak dzisiaj zjadłam przyrządzone przez moją koleżankę knedle ze śliwkami i jak myślicie? Kolejna bransoletka jakie będzie miała wyznanie? Obawiam się, że braknie miejsca na moich rękach, jak będę kosztować potraw Bożenki, i szlag trafił moje postanowienie o diecie o której to mówiłam rano, po przyjeździe ze spotkania po 25 latch z przyjaciółkami, które wyglądają lepiej niż te 25 lat wcześniej :).Trudny wybór kosztować cudnych smaków czy cudnie wyglądać. Trudny. Może zamówię, bransoletkę z możliwością przesuwania rozmiaru?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc na Twoje zdjęcie powiedziałabym że należysz do tych szczęściar, które wszystko mają na swoim miejscu nawet jak im przybędzie kilka kilogramów. Co do knedli ze śliwkami to też uważam że nie można im się oprzeć, jest tylko dylemat czy jeść je ze śmietaną i cukrem czy polane przyrumienionym masełkiem z tartą bułeczką... Z bransoletką nie powinno być kłopotu, bo nadgarstek i kostka nogi to chyba jedne z niewielu miejsc gdzie tłuszczyk raczej się nie odkłada!

      Usuń
  4. Jak zwykle ciekawe miejsce do obejrzenia. Gdy tu zaglądam to nie mogę skończyć przeglądania zdjęć na Picasie. :)
    Zerknęłam na zdjęcia z Willi Erba w Cernobbio i bardzo mi się podobały, mam nadzieję, że kiedyś szerzej opiszesz to miejsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nawet zrobię to na dniach bo ten temat "leży" dość długo i czeka w kolejce. Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Bajka! Czarodziejska baśń!...

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj,
    opis ciasteczek jest tak sugestywny, że prawie poczułem, jak mi się rozpływały w ustach. Świetnie piszesz i pięknie obrazujesz. Kolejna wspaniała lektura.
    Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ten tak miły komentarz! Jeśli kiedyś zawitasz do Camogli to nie zapomnij skosztować osobiście tych sławnych ciastek. Liguria jest naprawdę piękna również poza sezonem (a może przede wszystkim, bo ludzi mało i spokój wokoło. Pozdrawiam wzajemnie!

      Usuń
  7. Wkraj ujął moje myśli w słowa.Kolejna wspaniała przygoda cudownie opisana.Startujcie z Wkrajem na blogi roku!Wyślę smsy, obiecuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... dzięki za dobre słowo, może istotnie spróbuję w następnej edycji, kto wie? Chociaż mam wrażenie że w porównaniu z Wkrajem który na swoim fantastycznym blogu opisuje miejsca gdzie przy odrobinie dobrej woli (i pewnej sumy pieniędzy) można z Polski dotrzeć bez trudu, mój blog jest raczej "niszowy" i w większości opisuje miejsca leżące na uboczu do których polski turysta raczej nie dociera. Chyba że ktoś chciałby tam spędzić więcej czasu a przy okazji powłóczyć nieco po okolicy...

      Usuń
  8. To dobrze, bo ja właśnie o takich miejscach nie słyszałem :) Dzieki temu można je poznać. :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń


Ze względu na spam wszystkie wypowiedzi podlegają moderacji, dlatego mogą pojawiać się z niewielkim opóźnieniem.