sobota, 16 czerwca 2012

Lombardia. Griante, kościół Świętego Marcina.




Jednym z moich ulubionych blogowych tematów jest Jezioro Como i jego okolice. Jego niezaprzeczalna uroda i malownicze niezbyt wysokie góry, jakie je otaczają, od wieków są magnesem przyciągającym turystów z całego świata. Na jego obu brzegach jest mnóstwo uroczych wiosek i niewielkich miasteczek, gdzie nie brakuje atrakcji, jakimi są przepiękne historyczne wille otoczone wspaniałymi ogrodami, a także zabytkowe romańskie i barokowe kościoły. 

Osoby, które lubią piesze lub rowerowe wycieczki, znajdą tu wiele łatwo dostępnych górskich szlaków o zróżnicowanym stopniu trudności. Niektóre z nich wymagają niezłej kondycji i solidnego przygotowania, lecz nie brakuje też typowych tras spacerowych, dostępnych dla przeciętnie sprawnej osoby. Większość ścieżek  zaczyna się w jednej z miejscowości leżących na brzegu jeziora, niektóre z nich prowadzą po stokach gór do punktów panoramicznych, które oferują widoki tak niewiarygodnej urody, że na zawsze zostają w pamięci.

Tytułowe Griante to niewielkie miasteczko na lewym brzegu jeziora Como, usytuowane pomiędzy Lenno i Menaggio. Jest ono nieco przytłoczone sławą dwóch okolicznych atrakcji, gdzie ciągną niezliczone rzesze turystów — Villi Carlotta w pobliskiej Cadenabbi i Villi Balbianello w nieco dalej leżącym Lenno. Jednak Griante również ma swoje ciekawe zakątki i niepowtarzalną atmosferę, która sprawia, że warto je odwiedzić, a nawet pozostać w nim na dłużej.




Ponad Griante wznosi się górski masyw noszący nazwę Monti di Nava. Jego malowniczą sylwetkę można podziwiać w całej okazałości z leżącego na przeciwległym brzegu miasteczka Bellagio lub podczas rejsu statkiem. Włoskie słowo nava oznacza statek lub okręt — faktycznie, coś w tym jest i ktoś o dużej wyobraźni widząc z większej odległości tę charakterystyczną sylwetkę widoczną ponad wodami jeziora, może mieć takie skojarzenie. Podobieństwo staje się jeszcze wyraźniejsze, kiedy nad  masywem zaczynają się kłębić białe cumulusy, niczym żagle wzdymane wiatrem. 

Griante jest bardzo spokojnym miasteczkiem i z dala od zgiełku można tu do woli smakować uroki Italii. Jego wdzięk docenił między innymi Giuseppe Verdi, Henry Longfellow, Achille Ratti, czyli przyszły papież Pio XI, a także Konrad Adenauer*, który przez ponad dwadzieścia lat spędzał tu letnie wakacje w leżącej nieco na uboczu willi La Collina. Kanclerz był chyba niezłym piechurem, gdyż podczas pobytu w Griante codziennie odbywał obowiązkowy spacer wzdłuż zbocza góry, drogą wiodącą od willi do centrum miasteczka. 

Nie jest to długa trasa, ale z pewnością wystarczająca, żeby zgodnie z nakazami higieny i aktywnego trybu życia odetchnąć pełną piersią, w ruchu, na świeżym powietrzu. Dziś na trasie tych spacerów można zobaczyć tabliczki z napisem Przechadzka Konrada Adenauera a w willi, gdzie mieszkał, mieści się centrum kongresowe i hotel o wysokim standardzie, którymi zarządza fundacja jego imienia.




Kiedy patrzymy z oddali, na zboczu góry, po jej lewej stronie, możemy dostrzec skalną półkę a na niej niewielki kościółek. Jest to kościół Św. Marcina (San Martino) - miejsce kultu religijnego i zarazem uznany punkt widokowy. Różnica poziomów pomiędzy miasteczkiem a miejscem, gdzie go wzniesiono, wynosi ok 250 m. Przy sprzyjającej pogodzie, przechadzka z Griante do  świątyni może być bardzo przyjemnym spacerem, który zajmuje nieco ponad godzinę. Początkowy odcinek drogi to łagodnie wznosząca się mulatiera, po pewnym czasie przechodząca w dość wąską, lecz wygodną ścieżkę.

W trakcie tej niezbyt wyczerpującej wędrówki można podziwiać piękne ogrody i gaje oliwne a kiedy znajdziemy się nieco wyżej, panoramę jeziora Como z okolicznymi miejscowościami, półwysep Bellagio i góry na przeciwległym brzegu. Dla osób wierzących droga do kościoła ma również wymiar duchowy, gdyż wzdłuż ścieżki wznoszą się małe kapliczki, przedstawiające epizody z życia Jezusa inspirowane tajemnicami różańca.




Mniej więcej w połowie szlaku znajduje się nieco większa kaplica, poświęcona pamięci żołnierzy Wojsk Alpejskich, w szczególności tych, którzy polegli na wojennych frontach. Tradycje alpejskie stanowią bardzo istotny element tutejszej kultury i nadal są pieczołowicie kultywowane. Dzisiejsi Alpini to zazwyczaj byli żołnierze, którzy służyli w tej formacji a także pasjonaci górskiej turystyki pieszej, zrzeszeni w klubach CAI (Club Alpino Italiano). 

Są oni świetnie zorganizowani i na ogół robią wiele dobrego dla swojej okolicy. Opiekują się górskimi szlakami w wyznaczonym rejonie, prowadzą schroniska, organizują święta patronackie a w okresie jesieni bardzo tu popularne castagnaty, czyli wspólne pieczenie kasztanów. Z punktu widzenia strategii wojskowej, teren pomiędzy jeziorami Como i Lugano zawsze miał dla Włochów bardzo istotne znaczenie. W latach 1916-17 zbudowano tu ciąg umocnień, tzw. Linię Cadorna. Składały się na nią liczne drogi wojskowe (strada militare), koszary (caserma), okopy, bunkry i stanowiska strzeleckie. 

Wszystkie te obiekty na ogół są nieźle zachowane. Drogi włączono do sieci szlaków turystycznych, zaś koszary były użytkowane aż do lat 60-tych, gdyż wykorzystywano je jako posterunki straży granicznej, zwalczającej bardzo tu rozwiniętą kontrabandę (swego czasu Włosi masowo przemycali papierosy ze Szwajcarii). Na terenie okopów i umocnień często można spotkać niewielkie kaplice wznoszone siłami społeczności lokalnej, przeważnie z inicjatywy klubów CAI. 
 



W czasie moich górskich wędrówek napotkałam niezliczoną ilość takich kaplic. W każdej z nich można zobaczyć podobne elementy wystroju: alpejski kapelusz z orlim piórem oraz obraz lub fresk o tematyce militarnej. Najczęściej przedstawia on żołnierza brnącego ostatkiem sił poprzez górskie śniegi, niejednokrotnie wraz ze swym nieodłącznym towarzyszem niedoli mułem, który dźwiga elementy wojskowego wyposażenia. 

Patrząc na te wizerunki, nie sposób zapomnieć o szaleństwie, które popycha ludzi do walki w tak ekstremalnych warunkach... Podczas mojego pobytu we Włoszech niejednokrotnie rozmawiałam ze znajomymi na ten temat; na podstawie ich wypowiedzi wyrobiłam sobie przekonanie, że tutejsi ludzie nie należą do tych, którzy kochają walkę dla niej samej. Włosi mówią o tym otwarcie, nie kryjąc, że umiłowanie do wojaczki nie leży w ich naturze — preferują wino oraz dobre jedzenie, no i oczywiście (chyba na pierwszym miejscu) amore. Można im tego pozazdrościć, bo kochają życie i potrafią czerpać radość z prostych rzeczy.  

Obydwie wojny światowe, zwłaszcza pierwsza, zwana Wielką, zostawiły w pamięci tego narodu trwały ślad, więc nie bez powodu w każdej z miejscowości, w jej centralnym punkcie, można zobaczyć pomnik lub pamiątkową tablicę z nazwiskami i zdjęciami poległych żołnierzy, którzy niegdyś byli jej mieszkańcami. Myślę, że również z tej przyczyny najsmutniejsze i najbardziej przejmujące piosenki, jakie kiedykolwiek słyszałam, to włoskie piosenki żołnierskie z czasów Wielkiej Wojny.




Wracając do kościółka San Martino: jest to niewielka świątynia, która powstała tu w XVI. Zbudowano ją, aby dać w niej schronienie drewnianej rzeźbie przedstawiającej Madonnę. Figura ta, od kilku wieków jest otoczona wielką czcią. Miejscowa legenda głosi, że w cudowny sposób została przeniesiona do górskiej groty, gdzie odnalazła ją okoliczna ludność. Prawdopodobnie w rzeczywistości została tam ukryta w okresie wojen religijnych przez mieszkańców pobliskiego Menaggio, którzy w ten sposób chcieli ją uchronić przed zbezczeszczeniem z rąk szwajcarskich kalwinów. 

Stare dokumenty mówią, że kościół powstał na miejscu dawnego oratorium, będącego częścią średniowiecznych umocnień Griante. Obecna świątynia mieści się na niewielkim płaskowyżu, pod imponującą skalną ścianą zwaną Sasso San Martino (Skała Świętego Marcina). Tuż za kościołem, na skraju urwiska, znajduje się niewielki kamienny krzyż, poświęcony pewnemu tragicznemu wydarzeniu. Otóż ponad sto lat temu, w tym miejscu  29.O9.1909 spadł z urwiska i stracił życie, młody, polski chłopiec, Julian Chłapowski. W boczną ścianę kościoła wmurowano tablicę pamiątkową, wraz z prośbą o modlitwę w intencji zmarłego. To smutne polonicum przyćmiło mój entuzjazm związany z możliwością podziwiania uroczej panoramy jeziora i otaczających je gór.




Tu muszę zamieścić pewną istotną dygresję. Dość długo sądziłam, iż tragicznie zmarły Julian był dzieckiem (tak też napisałam w poprzedniej wersji tego posta), na co by wskazywała pamiątkowa tablica, gdzie widnieje napis, który można byłoby odczytać jako d'anni 9, czyli "mający 9 lat". Próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wypadku i w genealogii Chłapowskich szukałam małego chłopca. Zupełnie niespodziewanie znalazłam Juliana Chłapowskiego, syna Franciszka i Mari z Łubieńskich, lecz starszego o dziesięć lat i z datą zgonu 30.09.1909, podczas gdy tablica podaje jako datę wypadku 29.09.1909. 

Ponownie obejrzałam jej zdjęcie w powiększeniu i zauważyłam, iż przed cyfrą 9 w kolorze czarnym, widnieje (prawie niewidoczne) wyżłobione 1, z którego zeszła farba (podobnie jak z kilku liter), Ponieważ wszystko wskazuje na to, że to ta sama osoba, zmieniłam poprzedni akapit (chciałabym jednocześnie przeprosić wszystkich, których mimo woli wprowadziłam w błąd). 

Z tego, co wiem, tablica już po moim pobycie została odnowiona i obecnie napis jest wyraźny, więc trudno o pomyłkę. Ponieważ ta historia bardzo mnie zaintrygowała, co jakiś czas wznawiałam moje poszukiwania, aż udało mi się natrafić na artykuł we włoskim internecie, który dokładnie opisywał całe zajście i potwierdził moje przypuszczenia. Dowiedziałam się wówczas, że Julian Chłapowski istotnie zmarł skutkiem odniesionych obrażeń w następnym dniu po wypadku.



Griante ma też trwałe miejsce w historii literatury. Wybitny pisarz francuski Henri Beyle, powszechnie znany jako Stendhal, opisał je w swojej powieści Pustelnia parmeńska. Główny bohater książki Fabrycy del Dongo miał się bowiem urodzić w Griante, tu też autor umieścił jego zamek i rodzinne włości. Nazwisko rodziny to inny smaczek związany z okolicą wskazuje bowiem na jej pochodzenie z pobliskiej miejscowości Dongo, leżącej nieco dalej na północ. W okolicy Como rozwija się akcja pierwszej części powieści, poświęcona dzieciństwu i wczesnej młodości Fabrycego. 

Stendhal, jak wielu innych romantyków, był oczarowany jeziorem Como. W czasach, kiedy mieszkał w pobliskim Mediolanie, bywał częstym gościem swoich arystokratycznych znajomych, spędzających letnie miesiące w okolicznych willach, Villi Melzi w Bellagio i Villi Plinio w Blevio, odwiedził również Griante. Malownicza okolica poruszyła zapewne jego imaginację, a echo tych wrażeń znalazło swe odbicie na kartach powieści. Niedawno ponownie przeczytałam tę niezrównaną książkę i próbowałam sobie wyobrazić okolicę taką, jaka była ponad dwieście lat temu. Oczywiście, obecne Griante znacznie się zmieniło od czasów, kiedy bywał tu pan Henri Beyle, również zamek opisany na kartach powieści nie jest tym, który widział pisarz, miał on bowiem bardzo ciekawą i burzliwą historię. 

Początkowo zamczysko stanowiło istotny punkt obronny w czasie licznych działań wojennych, aby w XVI wieku stać się siedzibą okrutnego zbója i jeziornego pirata, zwanego Giovanni del Matto. Po śmierci tego przestępcy zamek został spalony, a za czasów Stendhala był jedynie malowniczą ruiną. W XIX wieku rozebrano jego walącą się wieżę, natomiast pozostała część została poddana niezbędnej restauracji i dziś jest domem rodziny Riva.




Griante to spokojne, urocze miasteczko, świetne jako miejsce na spędzenie spokojnych wakacji w pięknej okolicy z możliwością licznych, ciekawych wycieczek do pobliskich miejscowości, gdzie można zobaczyć renomowane ogrody i zabytkowe wille. Bez problemu można się stąd wybrać komunikacją publiczną nieco dalej, na jednodniowy wypad do niedalekiego Como, a nawet do Mediolanu (jednak należny pamiętać o tym, że w drugiej połowie sierpnia jest ona znacznie zredukowana).

Jeśli ma się odpowiednią kondycję do uprawiania trekkingu, warto wybrać się w wyższe partie gór, gdzie są piękne szlaki, gwarantujące niezapomniane widoki, choć w większości są one o wiele dłuższe i nieco trudniejsze niż ten, o którym tu piszę. Koś, kto interesuje się historią wojskowości, napotka tam umocnienia Linii Cadorna, o których wspominałam powyżej. Dodam jeszcze, że po drugiej stronie urwiska Sasso San Martino jest inny wspaniały punkt widokowy zwany Crocetta, z kaplicą wzniesioną na pozostałościach tych umocnień, o czym pisałam w poście Menaggio i jego okolice.  Dla osób preferujących mniej aktywny wypoczynek jest też Greenway   pieszy szlak wzdłuż linii brzegowej prowadzący do miejscowości Colonno, urocza plaża, kawiarenki, bary i lodziarnie, więc w Griante każdy może znaleźć dla siebie coś, co sprawi, że będą to niezapomniane wakacje.


Więcej zdjęć San Martino jest pod linkiem


*Konrad Adenauer to bardzo ciekawa postać. W powojennej Polsce z wielu względów nie cieszył się dobrą sławą, jednak w krajach Europy zachodniej był uważany za polityka zasłużonego dla budowania jedności europejskiej. Z punktu widzenia obecnej rzeczywistości geopolitycznej jego wizja Polski i Europy nabiera zupełnie innego znaczenia — osobom zainteresowanym  polecam interesujący artykuł na jego temat  https://e-civitas.pl/home/pl/opinie/adamski-konrad-adenauer-postac-niejednoznaczna-z-polskiego-punktu-widzenia

czwartek, 7 czerwca 2012

Lombardia. Jezioro Como (Lario).



Przez wiele lat mediolański dworzec Cadorna był dla mnie bardzo istotnym miejscem na mapie miasta. Czasem mówi się o nim po prostu "Stazione Nord" ponieważ to właśnie stąd odjeżdżają regionalne pociągi łączące Mediolan z licznymi miejscowościami leżącymi na północy kraju, u podnóża Prealp. 

Jego nazwa pochodzi od nazwy placu, przy którym się znajduje (Piazza Cadorna). Na wprost dworca można zobaczyć oryginalny, charakterystyczny akcent miasta  „Igłę z nitką”. Jest to monumentalna rzeźba, dzieło dwóch holenderskich artystów, pomnik ku czci mediolańskiego krawiectwa. Składa się on z ogromnej, stalowej igły z przewleczoną trójkolorową nitką; zanurza się ona w wielkiej fontannie, aby ponownie wychynąć z wody pod postacią supełka.


Dworzec Cadorna jest bardzo uczęszczany, gdyż codziennie korzystają z niego ogromne rzesze ludzi, którzy w Mediolanie uczą się lub pracują, robią zakupy albo po prostu chcą odetchnąć wielkomiejską atmosferą. Jest on też ważny z punktu widzenia turysty, gdyż jak już wspomniałam, tu rozpoczynają swój bieg pociągi jadące na północ, w stronę Alp oraz nad lombardzkie jeziora Como i Maggiore. 

Podczas mojego pobytu we Włoszech, właśnie na tym dworcu zaczynały się i kończyły moje mediolańskie wędrówki a także niektóre dalsze wycieczki. To stąd niezliczoną ilość razy odjeżdżałam w stronę Varese, Laveno i oczywiście Como, które było jednym z punktów wypadowych dla moich górskich wypraw. Połączeń na poszczególnych liniach jest jest dużo, odjazdy następują co trzydzieści minut od wczesnego rana, aż do późnych godzin wieczornych.


Po mniej więcej godzinnej jeździe na trasie Mediolan-Como pociąg (czasem stary i zdezelowany, czasem nowy z klimatyzacją) zatrzymuje się na stacji Como Lago, gdzie można rozpocząć zwiedzanie bliższej i dalszej okolicy. 

W dosłownym tłumaczeniu znaczy to "Como Jezioro" i jest to jak najbardziej zasadne, ponieważ wychodząc z wagonu, po drugiej stronie ulicy widzimy jezioro, które nawet najbardziej zblazowane osoby uważają za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Od dawna jest ono europejską Mekką turystyczną; szczególną sławą cieszyło się w epoce romantyzmu, dlatego też wielu znanych pisarzy, poetów i kompozytorów spędzało tu wakacje w przepięknych willach, zdobiących jego brzegi. Jezioro, którego oficjalna nazwa jako całości to Lario, ma kształt odwróconego "Y" i składa się z trzech odnóg: Como, Lecco i Colico.


Jest dość wąskie, bardzo kręte i głębokie (aż 400 m). Przez cały rok pływają po nim statki (nieco mniej liczne od jesieni do wczesnej wiosny), są też wodoloty, a w centralnej części pomiędzy jego brzegami kursują promy. Jezioro Como widziałam niezliczoną ilość razy. Od chwili, kiedy je zobaczyłam po raz pierwszy, minęło wiele lat, jednak tamto wrażenie jest we mnie tak żywe, jakby od tego czasu upłynęło zaledwie kilka dni... 

Był piękny, czerwcowy dzień, w nocy przeszła burza, która oczyściła atmosferę i sprawiła, że powietrze stało się kryształowo przejrzyste. Miałam dużo szczęścia, gdyż podczas letnich miesięcy na taką pogodę trzeba wręcz polować, gdyż zwykle nad jeziorem unosi się opar wilgoci zwany tu foschia bardzo ograniczający widoczność. Pełna entuzjazmu wykupiłam bilet na statek do Bellagio i chyba również w tym wypadku czuwał nade mną jakiś dobry duszek...


Ze względu na wysoką cenę biletu zrezygnowałam z rejsu ekspresowym statkiem i jak się później okazało, była to dobra decyzja. Szybszy statek ma ograniczoną ilość miejsc na górnym, odkrytym pokładzie gdzie do tego mocno wieje, a płynąc na dole, miałabym kiepską widoczność. Wsiadłam na górny pokład następnego, mniejszego, nieco wolniejszego statku i cała w skowronkach rozkoszowałam się cudnym widokiem okolicy. Pierwsza rzecz, jaka mnie uderzyła, to niesamowity kolor tego jeziora. Nigdy w życiu nie widziałam wody o tak intensywnym, szmaragdowym kolorze i złotawym, oleistym połysku, niczym najlepsza oliwa "extra vergine". 

Brzegi jeziora stanowią stoki niezbyt wysokich gór, porośniętych liściastym lasem, a ponieważ przypomina ono wijącą się rzekę, zieleń drzew odbija się w lustrze wody, co nadaje jej ten urzekający, zielony kolor. Po pewnym czasie, kiedy ta okolica stała się jednym z ulubionych celów moich wycieczek, dowiedziałam się, że jezioro może mieć także kolor akwamaryny lub szafiru, szczególnie jeśli patrzymy na nie ze szczytu góry; może też być perłowe, granatowe a podczas złej pogody staje się grafitowo-szare, niemal czarne.


Tymczasem nadal podążaliśmy w stronę Bellagio a ja niczym urzeczona oglądałam otaczające mnie cuda... Statek płynął slalomem od brzegu do brzegu, zawijając do poszczególnych miejscowości, a wąsaty marynarz oznajmiał następny przystanek, wykrzykując jego nazwę stentorowym głosem. Nie wiedziałam co mam bardziej podziwiać, piękno pejzażu, czy miasteczka i wille rozproszone na brzegach? 

Patrzyłam na góry otaczające jezioro, na ich łagodne grzbiety, przypominające stado śpiących dinozaurów, myśląc o tym, jak by to było pięknie, gdybym mogła stanąć na jednym ze szczytów i zobaczyć ten pejzaż z innej perspektywy... To pierwsze spotkanie z jeziorem stało się zaczątkiem ogromnej fascynacji; w przyszłości wracałam tam jeszcze wiele razy, ciągle głodna nowych miejsc i nowych widoków.


Podczas tego pierwszego rejsu, mniej więcej w połowie jeziora, zobaczyłam niewielki półwysep a na nim willę, tak uroczą, że oniemiałam z zachwytu. Była to Villa Balbianello; nieco później dowiedziałam się, że jest tam muzeum, którego nie omieszkałam zwiedzić podczas jednej z następnych wycieczek. 

Ten pierwszy rejs zakończyłam w Bellagio, prześlicznym miasteczku, położonym na cyplu półwyspu o tej samej nazwie, którego górzysty obszar określa się mianem Triangolo Lariano. Z cypla rozciąga się wspaniały widok na trzy odnogi jeziora: prawą — Como, Lecco — po lewej, a na wprost Colico ze skalistą ścianą Alp w głębi. Przeżyłam tam swoiste deja-vu, kiedy przed sobą zobaczyłam dwa leżące obok siebie szczyty o dziwnych, pochylonych sylwetkach, które wydały mi się znajome, choć przecież nigdy przedtem tu nie byłam... 

Dopiero po chwili zorientowałam się, że widziałam tę panoramę na starej litografii, stanowiącej ilustrację do biografii Wagnera (w Bellagio urodziła się jego żona Cosima).


Wzdłuż jeziora, po zboczach gór, prowadzą wąskie i kręte drogi (czasami na dość znacznej wysokości) więc można tu podróżować również samochodem, rowerem albo skorzystać z bardzo licznych autobusów (w tym wypadku warto zająć miejsce przy oknie od strony brzegu, co gwarantuje naprawdę niezapomniane widoki). W autobusach najczęściej panuje bardzo sympatyczna, wręcz rodzinna atmosfera. Kierowcy na ogół znają większość swoich stałych pasażerów, więc ucinają sobie z nimi pogawędki, jednocześnie prowadząc autobus z iście kawalerską fantazją. Dojeżdżając do zakrętu, używają klaksonu, trąbiąc przeraźliwie, aby ostrzec kierowców nadjeżdżających z przeciwka. 

Podczas takiej podróży niejednokrotnie czułam się naprawdę nieswojo, kiedy po jednej stronie drogi widziałam kilkudziesięciometrową przepaść i wody jeziora, natomiast z drugiej skalną ścianę. Jednak najbardziej deprymowało mnie, kiedy podczas jazdy pan kierowca prowadzący autobus, jednocześnie flirtował z dziewczynami wracającymi ze szkoły albo wymieniał wrażenia z jakimś znajomym.


W sumie wszystko kończyło się dobrze, po czym cała i zdrowa (choć pełna licznych, dodatkowych i nieplanowanych emocji) docierałam na miejsce. Te rodzinne stosunki obejmują każdego, kto wyraża chęć wspólnego podróżowania lokalnym autobusem. Można np. wsiąść bez biletu (w wioskach bilety kupuje się w barach, które w większości są zamykane w południe) a uprzejmy kierowca zatrzyma się w pobliżu miejsca, gdzie można go nabyć i poczeka cierpliwie, aż dokonamy zakupu. Jeśli gapowiczem jest cudzoziemiec niepotrafiący się dogadać, zawsze znajdzie się wśród pasażerów kilka osób chętnych do udzielenia pomocy wszelkimi dostępnymi sposobami. 

W miarę jak oswajałam się z terenem a moja wiedza o różnych ciekawych szlakach rosła, zaczęłam się zapuszczać w głąb okolicznych gór. Uwielbiałam te piesze wycieczki, jednak zawsze największą satysfakcję sprawiał mi moment, kiedy wspinając się coraz wyżej i wyżej, dochodziłam do miejsca, skąd mogłam w dole dostrzec lustro wody.


Niezależnie od wysiłku, jaki musiałam włożyć w dotarcie na szczyt, ten widok zawsze był dla mnie najmilszą niespodzianką, niczym nieoczekiwane spotkanie z ulubionym znajomym, którego nagle dostrzegamy w ulicznym tłumie. Oglądałam to jezioro i jego zmieniające się kolory o różnych porach dnia i roku, podczas pięknej pogody i w deszczu, w oślepiającym słońcu i spowite w opalizującą mgłę, odmienione, lecz wciąż to samo...

Więcej zdjęć jeziora można zobaczyć w albumie

niedziela, 3 czerwca 2012

Mazurskie historie. Maj i Maja w ogrodzie.



Być może moi starzy czytelnicy pamiętają z ubiegłego roku wpis na Bloxie, w którym opisywałam moje ogrodowe perypetie. Dla przypomnienia – rok temu ja i moja córka Marta kupiłyśmy bardzo zapuszczoną i od kilku lat nieuprawianą działkę z zaniedbaną, murowaną altanką. Ubiegły rok poświęciłyśmy na jej remont i budowę drewnianego tarasu, co bardzo sprawnie wykonali wynajęci rzemieślnicy. Zostało nam jeszcze nieco prac typowo kosmetycznych, które planujemy zrobić same, kiedy poprawi się pogoda.

Gdy zobaczyłyśmy ten ogród po raz pierwszy, zachwyciły nas stare drzewa i ogromna ilość kwiatów – wiele lat temu posadzonych przez poprzednich właścicieli (tulipany, narcyzy, śniedki i piwonie) oraz innych, które same się wysiewały (niezapominajki, stokrotki, łubiny, ostróżki, dzwonki) i które dopiero zaczynają się ukazywać. Do tego są jeszcze przepiękne paprocie i krzaki bzu. Te ostatnie, przycięte rok temu, w obecnym sezonie odwdzięczyły się ogromną masą kwiatów.

To wszystko stanowi nie tylko urok tego miejsca, ale też niesamowity kłopot, bo ogrodu nie można po prostu przekopać i zacząć całej pracy od początku, nie niszcząc przy okazji tego, co już jest. W związku z tym próbuję karczować niektóre miejsca, co pozwoli wprowadzić w całość jakiś ład, lecz jest to naprawdę trudnym zadaniem.

Ubiegłej wiosny założyłyśmy spory trawnik, który  systematycznie koszony, jak dotąd ma się dobrze. Jednak trawa rosnąca poza nim, pośród kwiatów, w tym roku musi być wycinana za pomocą nożyc, co jest prawdziwie syzyfową pracą. Mam nadzieję, że gdy uda mi się poprzenosić kwiaty cebulowe oraz byliny i stworzyć z nich sensowne grupy, w przyszłym roku będziemy mogły użyć do tej pracy kosiarki lub przynajmniej podkaszarki.

Mimo wszystko jestem bardzo zadowolona, a nawet szczęśliwa, gdyż nie tylko mam ważny powód, żeby wyjść z domu, ale również miejsce, gdzie mogę popracować fizycznie, co w pewnym sensie rekompensuje mi brak górskich wycieczek, jakim z pasją oddawałam się podczas pobytu we Włoszech.

Kiedy zakończymy prace remontowe wokół domku, z przyjemnością zaprezentuję końcowy efekt naszych wysiłków. Na razie chciałabym podzielić się zdjęciami, jakie zrobiłam w ubiegłym miesiącu, podczas pobytu mojej wnuczki Mai, która mi dzielnie asystowała podczas podlewania i grabienia. 


Więcej zdjęć z majowego ogrodu>

piątek, 1 czerwca 2012

Lombardia. Torno, Pietra Pendula, czyli kamień na kamieniu, na kamieniu kamień.



Sądzę, że każdy, kto spojrzy na powyższe zdjęcie, zgodzi się ze mną, iż panorama Jeziora Como i jego okolicy jest naprawdę przepiękna... 

Uwielbiałam ten widok od chwili, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy i niezależnie od pory roku i pogody nigdy mnie nie zawiódł. Wąska rynna krętego jeziora wije się pomiędzy zalesionymi zboczami Prealp, stromo schodzącymi nad brzeg wody, co sprawia, że niejednokrotnie przed naszymi oczami wyrasta pasmo gór, na pozór zamykające horyzont jak to ma miejsce na zdjęciu powyżej. Jednak jest to jedynie złudzenie, gdyż po chwili statek zmienia kurs i okazuje się, że ku naszej radości rejs trwa nadal. Tak się dzieje, kiedy przepływamy na wysokości miejscowości Torno, leżącej u podnóża wzniesienia Monte Piatto, które sprawia wrażenie tarasu, przyklejonego do zbocza wyższego łańcucha górskiego zwanego Monte Bolettone. Monte Piatto znaczy dosłownie "Płaska góra", co jak widać na powyższym zdjęciu, dobrze oddaje jego charakter, gdyż istotnie wygląda ono, jakby jego wierzchołek odcięto ostrym nożem. Na szczyt wiedzie mulatiera z kamiennymi stopniami, prowadząca wprost do niewielkiego kościółka; obok niego jest ładny placyk z miejscem piknikowym, gdzie można odpocząć przed dalszą wędrówką.




Ciekawe ukształtowanie tego terenu to skutek epoki lodowcowej oraz wielowiekowej erozji gruntu. Obecnie Prealpy porastają kasztanowe lasy, jednak podobno nie zawsze tak było, więc mróz, deszcze i wiatr miały większe pole do działania. Wszystko to sprawiło, że wędrując po lombardzkich górach można napotkać ogromne głazy, przywleczone tu przez przesuwający się lodowiec. 

Ich kształty oraz wielkość są doprawdy imponujące a z niektórymi związane są lokalne opowiastki i legendy. W innych wykuto charakterystyczne niecki, niegdyś prawdopodobnie służące jako miejsca pochówku o czym pisałam w poprzednim poście link. W obrębie Triangolo Lariano znajdziemy wiele ciekawych pomników natury. Część z nich jest celem wycieczek i prowadzą do nich oznakowane ścieżki, inne leżą samotnie, zagubione w lesie, niedostępne dla oczu turysty. Wiele takich głazów, rozproszonych w niedalekim masywie Corni di Canzo, można obejrzeć, podążając geologiczną ścieżką dydaktyczną. Jednak tym razem chciałabym napisać jedynie o tych pierwszych, gdyż ścieżka geologiczna jest dość długa, zawiera liczne elementy i z całą pewnością zasługuje na osobny wpis (post na jej temat jest tutaj). 











Wycieczka po górskich szlakach w okolicy Torno i Blevio, to prawdziwa przyjemność. Okolica jest przepiękna, ścieżki bardzo wygodne a widoki na jezioro spektakularne. W lesie na zboczach można napotkać wartkie strumyki tworzące małe kaskady i wiele głazów narzutowych o ciekawych kształtach. Jeden z nich jest doprawdy wyjątkowy, gdyż ma formę ogromnego grzyba. Znajduje się nieopodal niewielkiej osady na zboczu Monte Piatto; nadano mu nazwę Pietra Pendula co można przetłumaczyć jako wiszący lub bujający się kamień.  

Jest to ogromna, granitowa bryła, ważąca prawdopodobnie około sześćdziesięciu ton, wsparta na swego rodzaju postumencie z wapienia, co sprawia, że całość wygląda niczym wielki borowik o fantazyjnie wywiniętym kapeluszu. Powszechnie uważa się, iż "efekt końcowy" jest dziełem rąk ludzkich i baza, czy też nóżka grzyba, została celowo ociosana, aby całości nadać ten bardzo szczególny kształt. Donosi o tym tablica umieszczona na postumencie, jednak nie znalazłam żadnej informacji mówiącej o tym, kto i kiedy miałby tego dokonać.


Jeśli tak było istotnie, to wszelkie informacje na ten temat chyba nikną w pomroce dziejów, gdyż żadna z lokalnych legend nic o tym nie wspomina. Jeśli tak jest w istocie, nie można wykluczyć, że stanowi on dzieło tych samych rąk, które w zamierzchłych czasach wykuły grobowce w ogromnych kamieniach zwanych tu massi avelli, jakie można napotkać w tej okolicy. Jednak osobiście zastanawia mnie, w jakim celu miano by to robić, zważywszy, że nasi praszczurowie chyba mieli pilniejsze zajęcia związane z walką o byt, niż zabawianie się w tworzenie podobnie bezużytecznych monumentów (bo jeśli chodzi o grobowce, kult zmarłych zapewne jest dostatecznie ważną motywacją). 



Pomyślałam sobie (może naiwnie, bo absolutnie nie znam się na geologii), iż być może skała wapienna, na której wspiera się granitowa bryła, jako bardziej miękka i narażona na erozję, po prostu wypłukała się w ciągu tego w końcu niezmiernie długiego okresu, jaki minął od czasu, kiedy wędrował tędy lodowiec przesuwający ów głaz. Poza tym podobne głazy leżące bezpośrednio na podłożu widywałam w innych miejscach (jeden z nich jest widoczny w pierwszym bloku zdjęć), gdzie miało ono inną strukturę, więc być może gdyby leżały na miękkim wapieniu też przybrałyby podobną formę. Dodam jeszcze, że w tym rejonie również w innych miejscach spotyka się takie grzybopodobne formacje, lecz o mniejszych kapeluszach, zwane fungi di terra. Można je zobaczyć na stokach Monte Palanzone nieopodal wioski Rezzago, a ja  miałam okazję oglądać podobne twory podczas wycieczki na Monte Generoso (link do posta). 

Taka refleksja nasunęła mi się na widok "nóżki" skalnego grzyba, która jest o wiele lepiej wypracowana od strony, gdzie w czasie opadów spływa woda, natomiast ze strony przeciwnej wygląda na zdecydowanie bardziej masywną. Tak czy inaczej, ów skalny grzyb faktycznie robi ogromne wrażenie; zresztą cały ten szlak jest bardzo interesujący, również ze względu na możliwość podziwiania przepięknej panoramy Jeziora Como.


Z tej wysokości wygląda ono bardzo malowniczo, zwłaszcza kiedy powoli kończy się lato i kasztanowce porastające góry zaczynają zmieniać barwę z zielonej na złotawą. O tej porze roku powietrze staje się bardziej przejrzyste, a cały pejzaż nabiera wspaniałych, nasyconych kolorów, zapowiadających nadchodzącą jesień. W lasach  unosi się gorzkawy zapach opadających kasztanów, a szmaragdowe wody jeziora, zmarszczone pod wpływem lekkiego wiatru, pokrywają się delikatną falą, przystrojoną leciutką koronką piany. 

Widziałam ten pejzaż we wszystkich jego szatach, jednak ta pora nastraja mnie najbardziej sentymentalnie, budząc we mnie uczucie, które Jarosław Iwaszkiewicz nazywał serenite. To spokój z lekką nutką melancholii, świadomość przełomu i przemijania, połączonego z poczuciem zawieszenia w czasie. Uwielbiam tę porę i kocham to uczucie — w końcu urodziłam się 5 września, pod znakiem Panny, więc jest to mój czas. Czas refleksji, przedostatnich kwiatów, spadających kasztanów, złotych liści i babiego lata...


Więcej zdjęć z tej wycieczki można zobaczyć w albumie