Jednym z moich ulubionych blogowych tematów jest Jezioro Como i jego okolice. Jego niezaprzeczalna uroda i malownicze niezbyt wysokie góry, jakie je otaczają, od wieków są magnesem przyciągającym turystów z całego świata. Na jego obu brzegach jest mnóstwo uroczych wiosek i niewielkich miasteczek, gdzie nie brakuje atrakcji, jakimi są przepiękne historyczne wille otoczone wspaniałymi ogrodami, a także zabytkowe romańskie i barokowe kościoły.
Osoby, które lubią piesze lub rowerowe wycieczki, znajdą tu wiele łatwo dostępnych górskich szlaków o zróżnicowanym stopniu trudności. Niektóre z nich wymagają niezłej kondycji i solidnego przygotowania, lecz nie brakuje też typowych tras spacerowych, dostępnych dla przeciętnie sprawnej osoby. Większość ścieżek zaczyna się w jednej z miejscowości leżących na brzegu jeziora, niektóre z nich prowadzą po stokach gór do punktów panoramicznych, które oferują widoki tak niewiarygodnej urody, że na zawsze zostają w pamięci.
Tytułowe Griante to niewielkie miasteczko na lewym brzegu jeziora Como, usytuowane pomiędzy Lenno i Menaggio. Jest ono nieco przytłoczone sławą dwóch okolicznych atrakcji, gdzie ciągną niezliczone rzesze turystów — Villi Carlotta w pobliskiej Cadenabbi i Villi Balbianello w nieco dalej leżącym Lenno. Jednak Griante również ma swoje ciekawe zakątki i niepowtarzalną atmosferę, która sprawia, że warto je odwiedzić, a nawet pozostać w nim na dłużej.
Ponad Griante wznosi się górski masyw noszący nazwę Monti di Nava. Jego malowniczą sylwetkę można podziwiać w całej okazałości z leżącego na przeciwległym brzegu miasteczka Bellagio lub podczas rejsu statkiem. Włoskie słowo nava oznacza statek lub okręt — faktycznie, coś w tym jest i ktoś o dużej wyobraźni widząc z większej odległości tę charakterystyczną sylwetkę widoczną ponad wodami jeziora, może mieć takie skojarzenie. Podobieństwo staje się jeszcze wyraźniejsze, kiedy nad masywem zaczynają się kłębić białe cumulusy, niczym żagle wzdymane wiatrem.
Griante jest bardzo spokojnym miasteczkiem i z dala od zgiełku można tu do woli smakować uroki Italii. Jego wdzięk docenił między innymi Giuseppe Verdi, Henry Longfellow, Achille Ratti, czyli przyszły papież Pio XI, a także Konrad Adenauer*, który przez ponad dwadzieścia lat spędzał tu letnie wakacje w leżącej nieco na uboczu willi La Collina. Kanclerz był chyba niezłym piechurem, gdyż podczas pobytu w Griante codziennie odbywał obowiązkowy spacer wzdłuż zbocza góry, drogą wiodącą od willi do centrum miasteczka.
Nie jest to długa trasa, ale z pewnością wystarczająca, żeby zgodnie z nakazami higieny i aktywnego trybu życia odetchnąć pełną piersią, w ruchu, na świeżym powietrzu. Dziś na trasie tych spacerów można zobaczyć tabliczki z napisem Przechadzka Konrada Adenauera a w willi, gdzie mieszkał, mieści się centrum kongresowe i hotel o wysokim standardzie, którymi zarządza fundacja jego imienia.



Kiedy patrzymy z oddali, na zboczu góry, po jej lewej stronie, możemy dostrzec skalną półkę a na niej niewielki kościółek. Jest to kościół Św. Marcina (San Martino) - miejsce kultu religijnego i zarazem uznany punkt widokowy. Różnica poziomów pomiędzy miasteczkiem a miejscem, gdzie go wzniesiono, wynosi ok 250 m. Przy sprzyjającej pogodzie, przechadzka z Griante do świątyni może być bardzo przyjemnym spacerem, który zajmuje nieco ponad godzinę. Początkowy odcinek drogi to łagodnie wznosząca się mulatiera, po pewnym czasie przechodząca w dość wąską, lecz wygodną ścieżkę.
W trakcie tej niezbyt wyczerpującej wędrówki można podziwiać piękne ogrody i gaje oliwne a kiedy znajdziemy się nieco wyżej, panoramę jeziora Como z okolicznymi miejscowościami, półwysep Bellagio i góry na przeciwległym brzegu. Dla osób wierzących droga do kościoła ma również wymiar duchowy, gdyż wzdłuż ścieżki wznoszą się małe kapliczki, przedstawiające epizody z życia Jezusa inspirowane tajemnicami różańca.
Mniej więcej w połowie szlaku znajduje się nieco większa kaplica, poświęcona pamięci żołnierzy Wojsk Alpejskich, w szczególności tych, którzy polegli na wojennych frontach. Tradycje alpejskie stanowią bardzo istotny element tutejszej kultury i nadal są pieczołowicie kultywowane. Dzisiejsi Alpini to zazwyczaj byli żołnierze, którzy służyli w tej formacji a także pasjonaci górskiej turystyki pieszej, zrzeszeni w klubach CAI (Club Alpino Italiano).
Są oni świetnie zorganizowani i na ogół robią wiele dobrego dla swojej okolicy. Opiekują się górskimi szlakami w wyznaczonym rejonie, prowadzą schroniska, organizują święta patronackie a w okresie jesieni bardzo tu popularne castagnaty, czyli wspólne pieczenie kasztanów. Z punktu widzenia strategii wojskowej, teren pomiędzy jeziorami Como i Lugano zawsze miał dla Włochów bardzo istotne znaczenie. W latach 1916-17 zbudowano tu ciąg umocnień, tzw. Linię Cadorna. Składały się na nią liczne drogi wojskowe (strada militare), koszary (caserma), okopy, bunkry i stanowiska strzeleckie.
Wszystkie te obiekty na ogół są nieźle zachowane. Drogi włączono do sieci szlaków turystycznych, zaś koszary były użytkowane aż do lat 60-tych, gdyż wykorzystywano je jako posterunki straży granicznej, zwalczającej bardzo tu rozwiniętą kontrabandę (swego czasu Włosi masowo przemycali papierosy ze Szwajcarii). Na terenie okopów i umocnień często można spotkać niewielkie kaplice wznoszone siłami społeczności lokalnej, przeważnie z inicjatywy klubów CAI.



W czasie moich górskich wędrówek napotkałam niezliczoną ilość takich kaplic. W każdej z nich można zobaczyć podobne elementy wystroju: alpejski kapelusz z orlim piórem oraz obraz lub fresk o tematyce militarnej. Najczęściej przedstawia on żołnierza brnącego ostatkiem sił poprzez górskie śniegi, niejednokrotnie wraz ze swym nieodłącznym towarzyszem niedoli mułem, który dźwiga elementy wojskowego wyposażenia.
Patrząc na te wizerunki, nie sposób zapomnieć o szaleństwie, które popycha ludzi do walki w tak ekstremalnych warunkach... Podczas mojego pobytu we Włoszech niejednokrotnie rozmawiałam ze znajomymi na ten temat; na podstawie ich wypowiedzi wyrobiłam sobie przekonanie, że tutejsi ludzie nie należą do tych, którzy kochają walkę dla niej samej. Włosi mówią o tym otwarcie, nie kryjąc, że umiłowanie do wojaczki nie leży w ich naturze — preferują wino oraz dobre jedzenie, no i oczywiście (chyba na pierwszym miejscu) amore. Można im tego pozazdrościć, bo kochają życie i potrafią czerpać radość z prostych rzeczy.
Obydwie wojny światowe, zwłaszcza pierwsza, zwana Wielką, zostawiły w pamięci tego narodu trwały ślad, więc nie bez powodu w każdej z miejscowości, w jej centralnym punkcie, można zobaczyć pomnik lub pamiątkową tablicę z nazwiskami i zdjęciami poległych żołnierzy, którzy niegdyś byli jej mieszkańcami. Myślę, że również z tej przyczyny najsmutniejsze i najbardziej przejmujące piosenki, jakie kiedykolwiek słyszałam, to włoskie piosenki żołnierskie z czasów Wielkiej Wojny.
Wracając do kościółka San Martino: jest to niewielka świątynia, która powstała tu w XVI. Zbudowano ją, aby dać w niej schronienie drewnianej rzeźbie przedstawiającej Madonnę. Figura ta, od kilku wieków jest otoczona wielką czcią. Miejscowa legenda głosi, że w cudowny sposób została przeniesiona do górskiej groty, gdzie odnalazła ją okoliczna ludność. Prawdopodobnie w rzeczywistości została tam ukryta w okresie wojen religijnych przez mieszkańców pobliskiego Menaggio, którzy w ten sposób chcieli ją uchronić przed zbezczeszczeniem z rąk szwajcarskich kalwinów.
Stare dokumenty mówią, że kościół powstał na miejscu dawnego oratorium, będącego częścią średniowiecznych umocnień Griante. Obecna świątynia mieści się na niewielkim płaskowyżu, pod imponującą skalną ścianą zwaną Sasso San Martino (Skała Świętego Marcina). Tuż za kościołem, na skraju urwiska, znajduje się niewielki kamienny krzyż, poświęcony pewnemu tragicznemu wydarzeniu. Otóż ponad sto lat temu, w tym miejscu 29.O9.1909 spadł z urwiska i stracił życie, młody, polski chłopiec, Julian Chłapowski. W boczną ścianę kościoła wmurowano tablicę pamiątkową, wraz z prośbą o modlitwę w intencji zmarłego. To smutne polonicum przyćmiło mój entuzjazm związany z możliwością podziwiania uroczej panoramy jeziora i otaczających je gór.
Tu muszę zamieścić pewną istotną dygresję. Dość długo sądziłam, iż tragicznie zmarły Julian był dzieckiem (tak też napisałam w poprzedniej wersji tego posta), na co by wskazywała pamiątkowa tablica, gdzie widnieje napis, który można byłoby odczytać jako d'anni 9, czyli "mający 9 lat". Próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej o tym wypadku i w genealogii Chłapowskich szukałam małego chłopca. Zupełnie niespodziewanie znalazłam Juliana Chłapowskiego, syna Franciszka i Mari z Łubieńskich, lecz starszego o dziesięć lat i z datą zgonu 30.09.1909, podczas gdy tablica podaje jako datę wypadku 29.09.1909.
Ponownie obejrzałam jej zdjęcie w powiększeniu i zauważyłam, iż przed cyfrą 9 w kolorze czarnym, widnieje (prawie niewidoczne) wyżłobione 1, z którego zeszła farba (podobnie jak z kilku liter), Ponieważ wszystko wskazuje na to, że to ta sama osoba, zmieniłam poprzedni akapit (chciałabym jednocześnie przeprosić wszystkich, których mimo woli wprowadziłam w błąd).
Z tego, co wiem, tablica już po moim pobycie została odnowiona i obecnie napis jest wyraźny, więc trudno o pomyłkę. Ponieważ ta historia bardzo mnie zaintrygowała, co jakiś czas wznawiałam moje poszukiwania, aż udało mi się natrafić na artykuł we włoskim internecie, który dokładnie opisywał całe zajście i potwierdził moje przypuszczenia. Dowiedziałam się wówczas, że Julian Chłapowski istotnie zmarł skutkiem odniesionych obrażeń w następnym dniu po wypadku.


Griante ma też trwałe miejsce w historii literatury. Wybitny pisarz francuski Henri Beyle, powszechnie znany jako Stendhal, opisał je w swojej powieści Pustelnia parmeńska. Główny bohater książki Fabrycy del Dongo miał się bowiem urodzić w Griante, tu też autor umieścił jego zamek i rodzinne włości. Nazwisko rodziny to inny smaczek związany z okolicą wskazuje bowiem na jej pochodzenie z pobliskiej miejscowości Dongo, leżącej nieco dalej na północ. W okolicy Como rozwija się akcja pierwszej części powieści, poświęcona dzieciństwu i wczesnej młodości Fabrycego.
Stendhal, jak wielu innych romantyków, był oczarowany jeziorem Como. W czasach, kiedy mieszkał w pobliskim Mediolanie, bywał częstym gościem swoich arystokratycznych znajomych, spędzających letnie miesiące w okolicznych willach, Villi Melzi w Bellagio i Villi Plinio w Blevio, odwiedził również Griante. Malownicza okolica poruszyła zapewne jego imaginację, a echo tych wrażeń znalazło swe odbicie na kartach powieści. Niedawno ponownie przeczytałam tę niezrównaną książkę i próbowałam sobie wyobrazić okolicę taką, jaka była ponad dwieście lat temu. Oczywiście, obecne Griante znacznie się zmieniło od czasów, kiedy bywał tu pan Henri Beyle, również zamek opisany na kartach powieści nie jest tym, który widział pisarz, miał on bowiem bardzo ciekawą i burzliwą historię.
Początkowo zamczysko stanowiło istotny punkt obronny w czasie licznych działań wojennych, aby w XVI wieku stać się siedzibą okrutnego zbója i jeziornego pirata, zwanego Giovanni del Matto. Po śmierci tego przestępcy zamek został spalony, a za czasów Stendhala był jedynie malowniczą ruiną. W XIX wieku rozebrano jego walącą się wieżę, natomiast pozostała część została poddana niezbędnej restauracji i dziś jest domem rodziny Riva.
Griante to spokojne, urocze miasteczko, świetne jako miejsce na spędzenie spokojnych wakacji w pięknej okolicy z możliwością licznych, ciekawych wycieczek do pobliskich miejscowości, gdzie można zobaczyć renomowane ogrody i zabytkowe wille. Bez problemu można się stąd wybrać komunikacją publiczną nieco dalej, na jednodniowy wypad do niedalekiego Como, a nawet do Mediolanu (jednak należny pamiętać o tym, że w drugiej połowie sierpnia jest ona znacznie zredukowana).
Jeśli ma się odpowiednią kondycję do uprawiania trekkingu, warto wybrać się w wyższe partie gór, gdzie są piękne szlaki, gwarantujące niezapomniane widoki, choć w większości są one o wiele dłuższe i nieco trudniejsze niż ten, o którym tu piszę. Koś, kto interesuje się historią wojskowości, napotka tam umocnienia Linii Cadorna, o których wspominałam powyżej. Dodam jeszcze, że po drugiej stronie urwiska Sasso San Martino jest inny wspaniały punkt widokowy zwany Crocetta, z kaplicą wzniesioną na pozostałościach tych umocnień, o czym pisałam w poście Menaggio i jego okolice. Dla osób preferujących mniej aktywny wypoczynek jest też Greenway — pieszy szlak wzdłuż linii brzegowej prowadzący do miejscowości Colonno, urocza plaża, kawiarenki, bary i lodziarnie, więc w Griante każdy może znaleźć dla siebie coś, co sprawi, że będą to niezapomniane wakacje.
Więcej zdjęć San Martino jest pod linkiem