sobota, 24 listopada 2012

Liguria. Rezerwat Przyrody, czyli na piechotę z Capodimonte do Portofino.


W poprzednim poście pt. Opactwo San Fruttuoso w Capodimonte. pisałam o mojej kolejnej wycieczce do Ligurii. Tym razem moim celem było wyżej wspomniane benedyktyńskie opactwo, którego początki się sięgają połowy X wieku. Jego obejrzenie, spacer wokół nielicznych zabudowań i odpoczynek zajęły mi około dwóch godzin Przy okazji na straganie z pamiątkami dokonałam pewnego zakupu, który przyniósł mi dużo radości, mimo swoich niewielkich rozmiarów i niewygórowanej ceny. Sprawiłam sobie bowiem kolejną pamiątkową kuchenną ściereczkę z kolorowym nadrukiem.

Te ściereczki są we Włoszech bardzo popularne, a nadruki to z reguły fragment mapy regionu z obrazkami przedstawiającymi lokalne atrakcje, specjały gastronomiczne i ludowe kostiumy. Są one bardzo kolorowe i okrutnie kiczowate, ale ja mam do nich ogromny sentyment. Ich stylistyka wygląda na dość odległą w czasie i przypomina nieco drukowane makatki, które często widziało się w polskich kuchniach za czasów mojego dzieciństwa.

W ciągu kilku lat podczas moich licznych podróży stworzyłam sobie małą kolekcję takich ściereczek. Nieco później wzbogaciła ją Marta, przywożąc z wycieczki do Londynu dwie następne — jedną z mapą londyńskiego metra, a drugą z sylwetkami londyńskich kościołów. Ta, którą zakupiłam tym razem, przedstawiała oczywiście Ligurię i jej atrakcje, w tym opactwo San Fruttuoso.

Ponieważ powrót do domu zaplanowałam na późne popołudnie, musiałam podjąć decyzję, co zrobić z resztą czasu. Już przed wyjazdem myślałam o tym, że mogłabym przejść pieszo do leżącego niedaleko Portofino. Portofino i Capodimonte leżą w niewielkich zatoczkach malowniczego, górzystego półwyspu. Porasta go tzw. macchia mediterranea — dość niska, wiecznie zielona roślinność poprzetykana modrzewiami i parasolowatymi piniami.

Przed wyjazdem nieco poczytałam w internecie na temat szlaków w tej okolicy i obejrzałam mapkę. Wynikało z niej, iż cały ten górzysty teren pomiędzy Portofino, CamogliSanta Margherita Ligure i Capodimonte pokryty jest gęstą siatką ścieżek. (Poniżej zamieszczam mapę turystyczną półwyspu Portofino, gdzie widać, jak liczne są piesze szlaki w tej malowniczej okolicy. W rzeczywistości jest ich więcej, gdyż istnieją tam  również "dzikie ścieżki", których na mapie nie ma).

Niestety nie znalazłam żadnego opisu, który dawałby pojęcie o ich charakterystyce, lecz miałam nadzieję, że przynajmniej jedna z nich przypomina dobrze mi znane, alpejskie mulatiery. Ponieważ przyplątało mi się jakieś przewlekłe zapalenie ścięgien w lewej stopie, nie nastawiałam się na bardziej forsowne marsze. Pomyślałam jednak, że gdyby na miejscu okazało się, iż znajdę szlak niezapowiadający większych problemów, to z przejściem kilku kilometrów powinnam sobie poradzić.

Rozpaskudzona lombardzkim porządkiem, nie wpadłam na pomysł, aby przed wyjazdem wydrukować mapkę z internetu. Spodziewałam się, że na miejscu będzie pod dostatkiem wyczerpujących informacji — bądź co bądź jest to bardzo uczęszczane miejsce, gdzie przewija się mnóstwo turystów. Niestety w pobliżu opactwa żadnej mapy nie zauważyłam, nie mówiąc o braku ulotek z mapką okolicy, jakie w Lombardii spotyka się w większości obiektów tego typu. Doszłam do wniosku, że zapewne znajdę jakąś wskazówkę w miejscu, gdzie zaczyna się szlak.

Ścieżkę prowadzącą z opactwa na okoliczne wzgórza znalazłam bez trudu, kierując się wskazówkami jednej z mieszkanek Capodimonte. Dowiedziałam się, że drogi do Portofino są dwie: jedna z nich początkowo biegnie dość nisko i zaczyna się na wysokości mniej więcej 100 m n.p.m. nieopodal wieży Doriów. Druga prowadzi na szczyt wzniesienia, później jego granią schodzi nieco w dół, gdzie obydwie łączą się i wspólnie tworzą szlak docierający do Portofino.

Początkowy odcinek był dokładnie taki, jak się spodziewałam. Dobrze ubita ścieżka biegła zakosami w górę. Niestety tu też nigdzie nie było mapy, były jednak strzałki i napisy wykonane czerwoną farbą, co jednoznacznie wskazywało, że jest to właściwa droga. Ze względu na nie najlepszą kondycję postanowiłam wybrać łatwiejszą z nich, czyli tę, która biegnie brzegiem morza. Jednak choć rozglądałam się uważnie, przeoczyłam rozwidlenie, gdzie powinnam skręcić w prawo w kierunku wieży, i poszłam w górę, aż ścieżka doprowadziła mnie do niewielkiej agroturystycznej restauracji. Postanowiłam, że tu zasięgnę języka i podejmę decyzję co do dalszej drogi.

Przede mną było spore wzgórze (około 500 m n.p.m.) oddzielające opactwo od Portofino. Szczerze mówiąc, mimo mojego zamiłowania do włóczęgi, w tym momencie nie miałam najmniejszej ochoty, aby się tam wdrapywać. Po pierwsze — mój poziom energii po kilkumiesięcznym maratonie nocnych dyżurów był równy zeru. Po drugie — było bardzo ciepło, co w połączeniu z morskim powietrzem po lombardzkim zimnie i wilgoci było dla mnie prawdziwym szokiem. Do tego dochodził jeszcze problem ze ścięgnami, które przy bardziej forsownym chodzeniu dawały o sobie znać ostrym bólem.

Obok restauracji znalazłam mapę, niestety ząb czasu lub jakiś wandal spowodował w niej dość sporo ubytków, więc poprosiłam właścicielkę lokalu o niezbędne wskazówki. Kobieta stwierdziła, że powinnam kierować się oznaczeniem w postaci jednej lub dwóch czerwonych kropek, gdyż obydwa szlaki zaprowadzą mnie do celu. Nie bardzo chciało mi się schodzić ponownie w dół, by wrócić statkiem do Camogli, więc mimo wszystkich wątpliwości postanowiłam kontynuować wędrówkę. Poszłam jeszcze kawałek w górę, aż do rozwidlenia ścieżek.













Spotkałam tam jakiegoś piechura, który doradził mi, abym poszła w górę szlakiem z jedną kropką. Powiedział też, że jeśli z tego miejsca zejdę w dół, to co prawda dotrę do drogi prowadzącej niżej, lecz i tak (choć nieco później) nie uniknę wdrapywania się na wzgórze. Ponieważ odniosłam wrażenie, iż ów pan dobrze zna te strony, poszłam za jego radą i powędrowałam szlakiem czerwonej kropki. Powiem szczerze — była to jedna z najbardziej mozolnych wędrówek w moim życiu.

Byłam już niedaleko szczytu, kiedy ścieżka, do tej pory dość wygodna, stała się błotnista i stroma. Przecinały ją jakieś wyrwy, było też mnóstwo połamanych gałęzi — pamiątek po zimowych ulewach. Ponieważ wyjeżdżając, nie nastawiałam się na bardziej forsowne przechadzki, nie wzięłam ze sobą kijka ani butów do trekkingu. Gdyby nie zapewnienia moich informatorek, że ścieżka jest wygodna, a moje długie skórzane trzewiki na dość grubym protektorze w zupełności odpowiadają warunkom, nigdy bym się nie zdecydowała na ten spacer. Na szczęście udało mi się przebyć bez szwanku także ten odcinek i niebawem znalazłam się na szczycie wzgórza.

Tu humor zdecydowanie mi się poprawił, gdyż miałam przed sobą częściowo otwartą przestrzeń i mogłam wreszcie popatrzeć na otaczający mnie przepiękny pejzaż wybrzeża liguryjskiego. Spokojna tafla morza, widziana z góry w blasku wysoko stojącego słońca, wyglądała niczym srebrno-niebieskie lustro. Zadziwiły mnie różne kwiatki, niektóre zupełnie mi nieznane, kwitnące mimo (teoretycznie) panującej zimy. Wokół mnie ciągnęły się zielone pasma skalistych wzgórz, porośnięte niską roślinnością, spowite delikatną mgiełką. Z zimozielonego poszycia gdzieniegdzie wystrzelały wysokie pinie, więc miałam okazję oddać się jednemu z moich ulubionych zajęć, jakim jest zbieranie piniowych szyszek.

Zawsze uwielbiałam szyszki, kasztany i żołędzie za ich kształty i kolory we wszystkich odcieniach brązu. Tę pasję zaszczepiła mi moja mama; pamiętam z pierwszych lat mego życia, jak je wspólnie zbierałyśmy, aby robić z nich śmieszne ludziki. Pamiętam też, że na łące obok domu zrywałyśmy kwitnące trawy i polne kwiaty do wazonu — chyba właśnie te piękne wspomnienia z dzieciństwa przyczyniły się do mojego zamiłowania dla suszonych bukietów i wiklinowych koszy pełnych szyszek jakie mi towarzyszy od wielu lat.

Kiedy wracałam z Włoch do mojego domu w Polsce, w bagażu prawie zawsze miałam jakieś pudło z tymi małymi cudami natury, zebranymi w trakcie moich wędrówek. Także i tym razem nie mogłam się oprzeć pragnieniu podniesienia kilku dorodnych piniowych szyszek. Niestety  te najpiękniejsze były poza moim zasięgiem, leżały bowiem na stromym zboczu z dala od ścieżki. Ponieważ nigdy nie łamię zasady, iż bez zabezpieczenia nie schodzi się ze szlaku, zgodnie z nakazem rozsądku zadowoliłam się nieco mniejszymi okazami, które miałam na wyciągnięcie ręki.

Na tym etapie drogi natknęłam się na dziwny obiekt niemal metrowej długości, mający kształt tablicy o zaokrąglonym szczycie, którego przeznaczenia nie potrafiłam odgadnąć…Choć przyjrzałam mu się dość dokładnie, nie wiedziałam, czy został wykuty w jakimś miękkim kamieniu, czy też wylano tu coś, co przypominało beton, jednak z całą pewnością nim nie było. Miało jasny, kremowo-beżowy kolor i wyglądem przypominało raczej piaskowiec lub gips. Na jego powierzchni ktoś wyrył dziwne znaki, które kojarzyły mi się z czymś, co już kiedyś widziałam, ale ani rusz nie mogłam sobie przypomnieć — gdzie i kiedy. Było to bardzo intrygujące, gdyby ta płyta znajdowała się bliżej ludzkich siedzib, pomyślałabym, że to jakaś mistyfikacja zrobiona dla żartu, lecz do najbliższej osady był jeszcze spory kawałek drogi wąskimi górskimi ścieżkami, więc trudno było przypuszczać, że komuś chciałoby się aż tak fatygować.* 

Ścieżka znów zrobiła się dość szeroka i wygodna, więc raźno maszerowałam przed siebie. Prowadziła po grani wzgórza — po lewej ręce miałam urwisty jar schodzący do morza, a po jego drugiej stronie, na zboczu, widziałam niewielkie domki porozrzucane wśród gajów oliwnych i ogrodów. Z mapy pamiętałam, że to Prato i Olmi, osady należące do gminy Portofino.

Sądziłam, iż ten etap drogi nie nastręczy mi szczególnych problemów, jednak życie mi pokazało, że byłam w grubym błędzie. Doszłam bowiem do prawdziwej plątaniny ścieżek i wybetonowanych alejek; na domiar złego nigdzie nie widziałam kropkowych oznaczeń, a jedynie nazwy ulic — choć te przełazy w żadnym razie na to miano nie zasługiwały.

Tu znowu dał mi się we znaki brak mapy. Kilkakrotnie wchodziłam w uliczkę, sądząc, że to ta właściwa, lecz za każdym razem urywała się ona na jednej z posesji albo ni stąd, ni zowąd zamykała ją furtka lub brama. Co gorsza, nie widziałam żywego ducha, więc nie było mowy o zasięgnięciu języka. Wreszcie, po dłuższym błądzeniu, przy jednej z furtek zobaczyłam dwóch turystów. Od nich dowiedziałam się, że mimo tych zapór są to w dalszym ciągu drogi publiczne, więc bez obawy można z nich korzystać.

Ponieważ straciłam mnóstwo czasu i energii na krążenie po okolicy, w tym momencie ogarnęła mnie prawdziwa wściekłość. Nie miałam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi: czy to jakieś dziwne lokalne prawo własności i co właściwie kryje się za tym obyczajem zagradzania drogi? **

Po raz pierwszy znalazłam się w takim absurdalnym położeniu. W Lombardii i Piemoncie również zdarza się, że ścieżki — tzw. mulatiery — przecinają prywatne tereny. W takiej sytuacji właściciel jeśli ma ochotę, po obu stronach ogradza swoją ziemię murem lub płotem (czasem dla wygody przerzuca ponad dróżką mostek czy kładkę), a droga nadal jest otwarta i każdy ma do niej swobodny dostęp. Idąc w dół ścieżką wskazaną mi przez moich wybawicieli, znów doszłam do bramy, którą musiałam sforsować, aby iść dalej. 

To dopełniło miary mojego wzburzenia, gdyż brama, zbita z drewnianych bali i uzupełniona siatką, wyglądała na wyjątkowo ciężką, a na dodatek nie trzymała się na zawiasach, lecz na kawałkach niedbale zawiązanego drutu. Zastanawiałam się, jak tędy przeszli panowie, których przed chwilą spotkałam. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie jeden ją podtrzymywał z boku, a drugi otwierał — opcja niewykonalna w pojedynkę.

Niestety tuż za tym nieszczęsnym urządzeniem było znaczne obniżenie terenu, przypominające wysoki stopień. Nie miałam pojęcia, jak sforsować tę przeszkodę bez skręcenia karku lub nogi, więc postanowiłam trzymać się słupka i spróbować odchylić nieco bramę — na tyle, abym mogła przecisnąć się pomiędzy nimi. Podczas gdy próbowałam wykonać ten manewr, ledwie przytwierdzona brama urwała się i padła z hukiem. Nawet nie myślałam o próbie jej podnoszenia i stawiania na miejsce — zważywszy na jej wielkość i ciężar, przerastało to moje fizyczne możliwości.

Chociaż w moim charakterze nie leży pozostawianie za sobą bałaganu na cudzej posesji, czy też miejscu publicznym, tym razem frustracja wzięła nade mną górę. Mściwie pomyślałam, że to słuszna kara dla pozbawionego wyobraźni osobnika, który ją skonstruował i postawił, zupełnie nie myśląc o tym, na jakie kłopoty naraża innych ludzi. W tej chwili moja pierwsza droga z Santa Margherita Ligure do Portofino (pisałam o niej w poście Na kawę do Portofino.) która, jak mi się wtedy wydawało, nie miała końca, wydała mi się przysłowiową kaszką z mlekiem.

Kiedy dotarłam do placyku w Portofino, nad zatoką kładły się już długie cienie. Słońce zaczynało  chować się za zachodni półwysep, ostatnimi promieniami oświetlając kościół San Giorgio i Castello Brown, które tonęły w jego pomarańczowym blasku. Miasteczko wyglądało zupełnie inaczej niż podczas letniego dnia, kiedy byłam tam po raz pierwszy. Większość barów i restauracji była zamknięta; w części domów z pokojami do wynajęcia trwały prace remontowe, lecz mimo to po nabrzeżu przechadzało się sporo osób. Myślę, że podobnie jak ja przybyły tam, aby w ciszy i spokoju nacieszyć się urodą miasteczka — rzecz zupełnie niemożliwa w pełni wiosenno-letniego sezonu.

Miałam wielką ochotę popatrzeć na Portofino z wysokości zamkowego wzgórza, ale brakowało mi siły na dalsze spacery. Postanowiłam, że zanim zacznie się inwazja turystów, przyjadę tu ponownie, aby odetchnąć jego atmosferą. Mimo iż były to pierwsze dni lutego, w Ligurii już pachniało wiosną. W donicach i na kwietnikach widać było zimozielone krzewy i kwiaty odporne na niespodziewane nocne przymrozki, a w jednym z ogrodów zobaczyłam kwitnącą mimozę.  Po zimowej aurze Lombardii był to zupełnie inny świat...




Chciałam tu dodać pewną uwagę dla osób oglądających zdjęcia morza, które robią wrażenie wykonanych wieczorem. W rzeczywistości było to wczesne popołudnie, fotografowałam je pod słońce stojące jeszcze bardzo wysoko, i zupełnie niechcący udało mi się uzyskać efekt, który o ile się nie mylę, w kinematografii nosi nazwę nocy amerykańskiej.

Aktualizacja 16.02.2026 r

* Zupełnie niedawno zdjęcie tajemniczego przedmiotu wraz z zapytaniem wysłałam do ChataGPT i otrzymałam odpowiedź, że prawdopodobnie jest to zwietrzała płyta marmuru albo piaskowca, wstępnie przygotowana do dalszej obróbki przez rzeźbiarza lub kamieniarza. W tej okolicy w XIX i na początku XX wieku wzniesiono sporo pięknych, bogato zdobionych willi, do których dostarczano budulec górskim ścieżkami na grzbietach mułów i osłów. Gdyby taki element spadł podczas transportu i uległ uszkodzeniu, z pewnością zostałby porzucony jako bezwartościowy. Stan płyty wskazuje, że leży tam od wielu dziesiątków lat, więc to tłumaczenie ma duże znamiona prawdopodobieństwa. 

** Już podczas pobytu w Polsce, dowiedziałam się, że bariery i furtki na ścieżkach mają stanowić zaporę dla dzikiej zwierzyny, a przede wszystkim dzików. Szkoda jedynie, że w tak popularnym regionie wypoczynkowym nikomu nie przyszło do głowy, aby zadbać o jakąkolwiek informację na ten temat, a owe bramy skonstruować w sposób pozwalający pojedynczej osobie na ich sforsowanie. Sądzę też, że zważywszy, iż jest to rejon wybitnie turystyczny i prowadzą tamtędy liczne szlaki piesze, należałoby porządnie oznaczyć drogę zejścia do Portofino i zadbać o to, by dać ludziom możliwość przemieszczania się bez popadania w tarapaty.


poniedziałek, 19 listopada 2012

"Liebster Blog "i "Szlachetna paczka"


Ku mojemu zaskoczeniu i nie ukrywam, także ogromnej radości, otrzymałam aż trzy zaszczytne nominacje od Fiydrygauki  "Szepty w metrze", Viki  "Anglia w moich oczach" i Karoli F. "Górskie wędrówki".
Jest mi ogromnie miło, tym bardziej, że bardzo cenię te blogi i czytam z niekłamaną przyjemnością.
Taki konkurs to dobra zabawa i możliwość aby lepiej się poznać, czyli cel  bardzo szczytny, mimo iż jako żywo, przypomina piramidę finansową! Wszystkim nominującym moją "Sukienkę..." niniejszym bardzo dziękuję, lecz niestety, aby kontynuować zabawę, należy się do niej nieco przyłożyć, a ja w chwili obecnej muszę się skupić na pewnym zadaniu, jakiego się podjęłam, a mianowicie, pracach związanych z wolontariatem w akcji  "Szlachetna paczka", którą przy okazji chciałam tu zareklamować i poprosić wszystkich o wgląd na stronkę.

       http://www.szlachetnapaczka.pl/

Dzięki tej akcji, wiele rodzin które z przyczyn losowych znalazły się w trudnej sytuacji, może mieć lepsze Święta, zyskać nadzieję i wiarę w ludzką solidarność. Sytuacja tych rodzin jest bardzo dokładnie weryfikowana przez nas, wolontariuszy, więc nie ma obawy, że pomoc trafi do nieodpowiednich osób. Listę rodzin i ich potrzeby, a także wszystkie wiadomości o "Paczce" można znaleźć na wyżej wymienionej stronce. Dodam jeszcze, że każda z zainteresowanych osób chcąca zostać darczyńcą, może rozpropagować tę ideę wśród rodziny, znajomych i współpracowników, aby utworzyć jedną paczkę zbiorczą, metodą "ziarnko do ziarnka". Pozdrawiam serdecznie wszystkie koleżanki - blogerki,  od których otrzymałam nominacje i wszystkich czytelników!
                       Elżbieta "Sukienka w kropki"

czwartek, 15 listopada 2012

Liguria. Opactwo San Fruttuoso w Capodimonte.



Pewnego razu, rozmawiając z moimi włoskimi znajomymi o ewentualnej wyprawie do Portofino, usłyszałam, że w jego pobliżu znajduje się jeszcze jeden obiekt zasługujący na to, aby odwiedził go szanujący się turysta zwiedzający te strony. Chodziło o Capodimonte i opactwo San Fruttuoso, położone na rozległym, górzystym i zalesionym półwyspie pomiędzy Camogli i Portofino, w maleńkiej zatoczce u podnóża góry.

Ponieważ nie ma tam drogi jezdnej, dostęp do tego miejsca jest możliwy jedynie na piechotę. W tym celu można wybrać jedną ze ścieżek prowadzących z okolicznych miejscowości - pieszych szlaków jest dość dużo i mają one różny stopień trudności. Wszystkie są możliwe do przebycia dla osoby o przeciętnej sprawności fizycznej, jednak najszybciej i najłatwiej można tam dotrzeć statkiem z niedalekiego Camogli. Ma to tę zaletę, że dzięki temu można zobaczyć opactwo w całej jego okazałości od strony morza.

Pomyślałam wtedy, że bliżej wiosny mo0gabym zrobić mały wypad w strony cieplejsze niż zimna i wilgotna Lombardia, tym bardziej że zima 2011 roku wyjątkowo dała mi się we znaki. Stało się tak nie tylko dlatego że pracowałam wyłącznie na nocnych dyżurach, co kompletnie przestawiło mój zegar biologiczny, ale również z powodu długiego okresu fatalnej pogody, która spowodowała narastanie warstwy trującego smogu nad całą Równiną Padańską. Krótkie dni, śliskie i niebezpieczne o tej porze roku alpejskie ścieżki, nie pozwalały na wycieczki w góry. W związku z tym wyjazd do Ligurii stanowił dla mnie bardzo nęcącą szansę na oderwanie się przynajmniej na kilka godzin, od szaro-burej lombardzkiej rzeczywistości.























Lubię podróżować i dłuższa jazda pociągiem nie jest dla mnie problemem, zwłaszcza jeśli mogę patrzeć przez okno i oglądać zmieniający się pejzaż. Również fakt, że muszę wstać o 4:30 i nastawić się na ponad trzygodzinną jazdę w jedną stronę, nie wydał mi się ceną nie do przyjęcia za dzień spędzony w słonecznej aurze.


W Camogli (będzie o nim odrębny wpis, bo to naprawdę urzekająca miejscowość), przywitała mnie śliczna, przedwiosenna pogoda, więc po pobieżnym obejrzeniu miasteczka z przyjemnością wsiadłam na niewielki stateczek płynący w stronę opactwa. Szlak wodny prowadził nas wzdłuż skalistego, górzystego brzegu, porośniętego zimozieloną, śródziemnomorską roślinnością. Rejs nie trwał zbyt długo i po niecałych 30 minutach stateczek zwrócił swój dziób w stronę lądu, gdzie wśród skał można było dostrzec ciasne i wąskie wejście do zatoki. W głębi widać było wieżę kościoła i dachy opactwa wynurzające się z bujnej zieleni.


Kiedy statek jeszcze bardziej zbliżył się do brzegu i zaczął wpływać do maleńkiej przystani, mogłam zobaczyć panoramę tego miejsca w całej krasie. Kościół oraz klasztor zbudowano z szarego, lokalnego kamienia, a przed nim znajduje się niewielka, również szara i kamienista plaża. W sąsiedztwie jest też kilka niewielkich domostw zamieszkałych przez rybaków, zaś nad całością góruje potężna wieża obronna, zbudowana na planie kwadratu. Na jej frontowej ścianie widoczny jest herb Doriów, przedstawiający cesarskiego orła. To właśnie do tej sławnej genueńskiej rodziny przez wieki należał klasztor i przyległe tereny, a wielu jej członków pełniło tu funkcję opatów.























Podobnie jak w niedalekim Camogli, w Capodimonte również przywitała mnie ciepła, słoneczna pogoda, choć kalendarz jasno mówił, że mamy dopiero piąty dzień lutego i teoretycznie nadal trwała zima. Na niewielkiej plaży grupka osób odpoczywała po trekkingu, o czym świadczył ich strój, kijki i stojące obok buty. Słońce i zatoczka zachęcały do odpoczynku, lecz ja postanowiłam w pierwszym rzędzie dokładnie zwiedzić kościół i klasztor.


Aby wejść do opactwa, należało przejść pod niskim, arkadowym portykiem, gdzie suszyły się rybackie sieci. Wstęp do kościoła jest wolny, natomiast żeby zwiedzić opactwo, należy wykupić bilet; również fotografowanie wymaga dodatkowej opłaty. Świątynia jest skromnie wyposażona, a na jej białych ścianach widać jedynie niewielkie fragmenty ornamentów w żywych kolorach, jakie niegdyś ją zdobiły. W głównym ołtarzu przechowywane są relikwie San Fruttuoso i jego towarzyszy, męczenników Augurio i Eulogio. Jest też kilka mniejszych ołtarzy bocznych oraz kaplica poświęcona pamięci ludzi morza, gdzie umieszczono posąg Jezusa ze wzniesionymi rękami (jest to kopia Chrystusa Morskiej Otchłani, o którym na końcu będzie osobny akapit *).


W tym bardzo surowym wnętrzu niezbyt mi pasowały do całości żyrandole ozdobione kolorowymi kryształkami, lecz pomyślałam, że przy zapalonym świetle może to wyglądać bardzo pięknie. Całe opactwo w ciągu swego istnienia przeszło wiele zmian. Po latach rozkwitu straciło na znaczeniu, później przez wiele lat stało opuszczone, wreszcie padło ofiarą straszliwej powodzi, która je niemal kompletnie zrujnowała.


W 1983 roku dotychczasowi właściciele — Frank i Orietta Pogson Doria Pamphilj — aktem darowizny przekazali je, wraz z trzydziestoma hektarami terenu, na rzecz FAI — prężnej fundacji od lat zajmującej się ratowaniem zabytków. Tę darowiznę upamiętnia napis na tablicy z białego marmuru, umieszczonej na ścianie domu stojącego na wprost kościoła.






























Klasztor ma kilka kondygnacji, w części dolnej znajdują się między innymi bardzo skromne krypty, będące miejscem pochówku zakonników, oraz oddzielna, obszerna i reprezentacyjna część, gdzie znajdują się groby członków rodziny Doria. Poszczególne nagrobki powstały na przełomie XII i XIV wieku i kryją szczątki wielu członków rodziny. Mają one kształt niewielkich kapliczek, zbudowanych w typowy dla Ligurii sposób z białego marmuru i ciemnego kamienia, co tworzy charakterystyczne, poprzeczne pasy.


W pozostałej części podziemnej znajduje się pomieszczenie, gdzie można prześledzić zarówno historię tego miejsca, jak i poszczególne etapy przebudowy, a przede wszystkim długoletnich i bardzo kosztownych prac restauratorskich, przeprowadzonych przez FAI. Nie ukrywam, że byłam po prostu wstrząśnięta, gdy zobaczyłam, w jakim stanie był ten obecnie tak zadbany obiekt. FAI rzeczywiście dokonało cudu, doprowadzając opactwo do obecnego wyglądu (prace trwały pięć lat) i przywracając mu jego urodę. W byłych pomieszczeniach klasztornych, znajdujących się na wyższym poziomie, urządzono sale wystawowe, gdzie można zobaczyć odrestaurowaną ceramikę, odnalezioną podczas prac archeologicznych. Byłam pod wielkim wrażeniem zabytkowej kamieniarki, a zwłaszcza wspaniałych romańskich kapiteli pokrytych symbolicznymi płaskorzeźbami.


Na kapitelu jednej z kolumn zauważyłam Sole delle Alpi lombardzkie słońce, gmerk w kształcie sześciopłatkowego kwiatu wpisanego w okrąg. Tym symbolem oznaczali swe prace Magistri Comacini, komaskowie, czyli artyści i rzemieślnicy z pogranicza Como i Lugano, którzy przez wiele stuleci wędrowali po Europie z jednej dużej budowy na drugą. Kilkakrotnie wspominałam o nich na blogu, ponieważ fascynuje mnie ta niezwykła historia. Niejednokrotnie napotkałam ślady ich obecności podczas moich wędrówek, jednak po raz pierwszy miało to miejsce poza Lombardią i Piemontem.




























Historia powstania opactwa jest równie fascynująca, jak jego wygląd. San Fruttuoso za życia był biskupem Tarragony i w czasie prześladowania chrześcijan w 259 roku, wraz ze swoimi diakonami Augurio i Eulogio, został skazany na śmierć przez spalenie na stosie. Wyrok wykonano, a po ich śmierci wierni zgasili żar ognia winem i zebrali prochy oraz kości męczenników. Relikwiami opiekowali się zakonnicy aż do chwili, kiedy w Hiszpanii zaczęła się inwazja Saracenów.


Powstał wtedy problem: jak te czcigodne szczątki uchronić przed zbezczeszczeniem? Jednemu z mnichów ukazał się we śnie zmarły biskup i powiedział, że należy je przewieźć do pewnego miejsca na wybrzeżu liguryjskim. Jego znakami rozpoznawczymi miały być źródło, jaskinia i smok. Legenda mówi, że mnisi znaleźli te znaki, kiedy przybyli do zatoczki, dziś zwanej Capodimonte. Żyjący tu smok został zwyciężony przez anioła, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby uciekinierzy osiedlili się w tym miejscu.(Legenda o smoku była podobno ongiś rozpowszechniana przez miejscową ludność, aby odstraszać tych, którzy chcieliby zapanować nad dostępem do źródła.)


W połowie X wieku powstał tu prymitywny klasztor, założony przez kilku mnichów z Grecji. Jego pierwszą benefaktorką była cesarzowa Adelajda, żona cesarza Ottona I, zwanego Wielkim (odegrali oni również istotną rolę w historii Orty i wyspy San Giulio, o których niedawno pisałam w poście Orta, wyspa San Giulio i jej piękna bazylika.). Dzięki cesarzowej na przełomie X i XI wieku dokonano rozbudowy klasztoru, a następnie powierzono go zakonowi benedyktynów.





Były to lata świetności opactwa, które pomyślnie się rozwijało dzięki protekcji wpływowej rodziny Doria z niedalekiej Genui. Niestety, częste napady piratów berberyjskich spowodowały, że zostało częściowo opuszczone. Dopiero w XVI wieku. kiedy admirał Andrea Doria podjął decyzję o zbudowaniu w tym miejscu potężnej wieży obronnej, rozkwitło na nowo. W zamian za to papież Juliusz III wydał bullę, dzięki której rodzina Doria objęła swoim protektoratem kościół i klasztor oraz otrzymała przywilej obsadzania stanowiska opata swoimi synami.


Szczególne zasługi położył tu opat Camillo Doria, pełniący swe obowiązki od 1730 roku, dzięki jego staraniom przeprowadzono wiele prac w zakresie renowacji i przebudowy. W czasach Napoleona klasztor ponownie podupadł — większość mnichów go opuściła, a ówczesny opat przymusowo wyjechał do Francji. Po jego powrocie ponownie dokonano niezbędnych prac, między innymi naprawy dachu, lecz czasy dawnej świetności już nie wróciły.

Następnym wydarzeniem, które doprowadziło do niemal całkowitego zniszczenia San Fruttuoso, była straszliwa powódź, połączona z obsunięciem terenu i upadkiem wielu ogromnych drzew, co obróciło w ruinę większość budynków. Zdarzyło sie to 25 września 1915 roku, a nieszczęśni mieszkańcy osady ocaleli tylko dzięki temu, że schronili się w stojącej nieco wyżej, potężnej wieży Doriów.






W 1933 roku przeprowadzono pewne działania mające na celu zabezpieczenie budynków przed dalszym niszczeniem. Jednak dopiero przejęcie klasztoru przez FAI oraz rozpoczęcie prac archeologicznych i restauratorskich na szerszą skalę ocaliło ten piękny obiekt. Prace trwały od 1985 do 1990 roku, a dziś — dzięki zgromadzonej dokumentacji — możemy prześledzić zmiany, jakie tu zaszły na przestrzeni tych pięciu lat.


W sąsiedztwie klasztoru nadal mieszkają nieliczni rybacy, trudniący się połowem. Są też dwie niewielkie restauracje i stoisko, gdzie sprzedaje się pamiątki. W kasie biletowej prowadzonej przez FAI można nabyć publikacje na temat klasztoru i najbliższej okolicy, a także dokonać wpłaty na fundusz dalszych prac.


FAI zainicjowało ciekawą akcję mającą na celu doposażenie obiektów, którymi zarządza. W niewielkim ogródku znalazłam cztery ładne, stylowe ławki dla znużonych przybyszów, będące darem osób prywatnych. W zamian za wsparcie mogli oni umieścić na ich oparciach pamiątkową, mosiężną tabliczkę. Można też „adoptować” drzewo, co wiąże się z pokrywaniem kosztów jego pielęgnacji. Pod dorodną palmą obok opactwa znalazłam piękną sentencję, umieszczoną tam 25 lipca 2009 roku przez opiekujących się nią małżonków Dianę i Paola. Adopcja palmy była darem dla opactwa, a jednocześnie miała upamiętnić ich wieloletni związek.

Bardzo mnie wzruszyła ta piękna i mądra sentencja, więc postanowiłam ją tu zamieścić.


"Nie idź prze mną bo mogę za tobą nie nadążyć. Nie idź za mną, mogę nie sprostać roli przewodnika. Idź u mego boku, by mi zawsze towarzyszyć w podróży."

(tłumaczenie własne)






















*Chrystus Morskiej Otchłani (Christo degli Abissi)


W morskich głębinach, niedaleko opactwa, znajduje się posąg Chrystusa ze wzniesionymi rękami, który umieszczono tam w 1954 roku jako hołd dla wszystkich, którzy kiedykolwiek pracowali na morzu lub znaleźli śmierć w jego odmętach. Jego autorem jest Guido Galletti, a pomysłodawcą był włoski nurek Duilio Marcante. W ten sposób chciał on upamiętnić śmierć swojego przyjaciela Dario Gonzatti, który w tym miejscu zginął podczas nurkowania. Potężna baza posągu jest zakotwiczona do dna morskiego na głębokości 18 metrów. Sam posąg, wykonany z brązu, ma 2,5 metra wysokości, a jego ręce znajdują się 12 metrów pod powierzchnią wody. Figurę odlano z mosiężnych części statków, dzwonów i medali z brązu, ofiarowanych przez ludzi morza. Choć umieszczono go na dość znacznej głębokości, posąg można zobaczyć nawet bez schodzenia pod wodę — w sezonie turystycznym kursuje tu bowiem łódź ze specjalnym peryskopem, który pozwala dostrzec figurę zanurzoną w morskiej głębinie. W Capodimonte corocznie pod koniec sierpnia, po zapadnięciu zmroku odbywa się niezwykłe święto poświęcone pamięci ludzi morza. 


Na niewielkiej plaży odprawiana jest uroczysta msza połączona z procesją przy blasku pochodni. W miejscu, gdzie znajduje się posąg, schodzą pod wodę nurkowie z wieńcem laurowym, aby złożyć go u stóp Chrystusa. Jeśli pogoda nie sprzyja, uroczystość złożenia wieńca odbywa się w świątyni opactwa, gdzie 13 sierpnia 1974 roku umieszczono kopię posągu, o której wspominałam wcześniej. (Podobno od pewnego czasu ze względu na pogodę święto obchodzi się w ostatnią sobotę lipca. Sądzę, że nie chodzi o deszcze, bo te w sierpniu są raczej rzadkie, ile o stan morza, który może zagrozić nurkom. Piszę to na wszelki wypadek — jeśli ktoś się tam wybiera, warto sprawdzić tę informację w Biurze Obsługi Turystycznej).


Z tym miejscem związana jest również inna ważna historia, która zasługuje na przypomnienie, gdyż oddaje należną cześć osobom, które 24 kwietnia 1855 roku, nie wahały się narazić życia w imię ludzkiej solidarności.

Przy opactwie mieszkała wówczas zaledwie garstka rodzin utrzymujących się z rybołówstwa, rolnictwa i prac leśnych. Tego dnia ich spokojną egzystencję zmącił tragiczny wypadek. Nieopodal zatoki przepływał brytyjski parowiec „Croesus”, mający na pokładzie kilkuset żołnierzy armii Królestwa Sardynii. Holował on drugi statek, „Pedestrian”, wypełniony amunicją przeznaczoną dla wojsk sprzymierzonych walczących w wojnie krymskiej.

Podczas przepływania na wysokości San Fruttuoso, na pokładzie parowca wybuchł pożar. By umożliwić akcję ratunkową, kapitan płonącego statku skierował go ku zatoce i osadził na mieliźnie. Wszyscy sprawni mężczyźni z Capodimonte, a także dwie kobiety, siostry Maria i Caterina Avegno — ruszyli łodziami i wpław na pomoc poszkodowanym. Uratowali życie wielu rozbitkom, lecz Maria, matka ośmiorga dzieci, utonęła wciągnięta pod wodę przez przerażonych żołnierzy, którzy podczas kolejnego kursu przewrócili jej łódkę. Pochowano ją w krypcie grobowej rodziny Doria, a całe zdarzenie upamiętnia tablica na ścianie domu, w którym niegdyś mieszkały obie siostry.

Pierwszą pamiątkową inskrypcję odsłonięto w 1905 roku, w pięćdziesiątą rocznicę zatonięcia Croesusa, jednak ta uległa zniszczeniu wraz z budynkiem, podczas katastrofalnej powodzi, o której piałam powyżej. Mimo upływu lat pamięć o tych dramatycznych wydarzeniach nie zaginęła — w setną rocznicę katastrofy i śmierci Marii Avegno na ścianie odbudowanego domu ponownie umieszczono tablicę opisującą przebieg tragedii. Bohaterska postawa Marii została doceniona przez władze Królestwa Sardynii, które pośmiertnie uhonorowały ją Złotym Medalem za Waleczność Cywilną (była pierwszą kobietą wyróżnioną tym wysokim odznaczeniem). Jej osieroconym dzieciom gmina Camogli przyznała dożywotnią rentę, znaczącą pomoc finansową przekazały również władze brytyjskie. Rezydujący w Genui konsul Timothy Yeats-Brown* ofiarował wysoką nagrodę pieniężną Caterinie, a rodzinie Marii przyznano dodatkowe wsparcie.





















Zatoczka, w której mieści się opactwo San Fruttuoso, położona jest nieopodal Zatoki Portofino. Te dwa urocze miejsca oddziela skaliste wzgórze o wysokości ok. 500 m n.p.m. Cały półwysep pokryty jest siecią ścieżek, które umożliwiają piesze wycieczki do wielu ciekawych punktów widokowych i historycznych, a także pozwalają nacieszyć się panoramą Morza Śródziemnego z wysokich, urwistych klifów.


Jeden z tych szlaków prowadzi z opactwa do ślicznego miasteczka Portofino. O moich przygodach podczas jego pokonywania opowiem w kolejnym poście.


* Synem Thimoty'ego i jego następcą na stanowisku konsula był Montague Yeats-Brown, który w 1867 roku kupił w Portofino opuszczony zabytkowy zamek, noszący do dziś jego nazwisko. O tym urokliwym miejscu pisałam w poście Portofino, Castello Brown i kilka refleksji o urodzie miasta.


Więcej zdjęć z Opactwa San Fruttuoso jest w albumie >


https://photos.google.com/album/AF1QipMiPCjAVpQT7bOu6Ru3nDrGHCtRvTdpa1BMiJAa?hl=pl