czwartek, 27 września 2012
Piemont. Orta San Giulio i wystawa Mimmo Paladino.
poniedziałek, 24 września 2012
Piemont. Orta, czyli Sacro Monte magiczne.
Na moim blogu niejednokrotnie wspominałam o pięknie jeziora Como, będącego moją pierwszą miłością na terenie Włoch. Doceniam też wspaniałą urodę Lago Maggiore i Lago di Garda, jednak to śliczne malutkie jeziorko, leżące wśród gór i otoczone bujną przyrodą, nazwałabym prawdziwym klejnotem w koronie północnych Włoch. Sacro Monte di San Francesco nie jest jedyną rzeczą, której warto poświęcić uwagę podczas wizyty w tej miejscowości, pełnej wyjątkowych zabytków. Aby oddać jej sprawiedliwość i wyczerpać temat, pisałam o niej kilkakrotnie, lecz tym razem właśnie ono będzie najważniejszym elementem tego posta i punktem wyjścia do relacji z podróży do Orty, jaką odbyłam wraz z moją córką Martą.
W okresie kontrreformacji, kiedy Kościół starał się podsycać inicjatywy mające scementować lokalną społeczność i silniej związać ją z wiarą katolicką, zadecydowano o budowie sanktuarium i trzydziestu dwóch kaplic, z których ostatecznie powstało tylko dwadzieścia. Początkowo na wzniesieniu ponad miasteczkiem znajdował się jedynie kościół, klasztor franciszkanów i hospicjum dla pielgrzymów, wzniesione z woli kardynała Karola Boromeusza. Nieco później, dzięki finansowemu wsparciu wielu osób, powstały kaplice, okazała brama z posągiem świętego i wspaniała studnia pod dachem pokrytym łupkiem. Projekt całości był dziełem ojca Cleto, należącego do zakonu św. Franciszka. Podobnie jak w przypadku innych okolicznych Świętych Gór, duże zasługi dla powstania tego kompleksu miał biskup pobliskiej Novary, Carlo Bescapé. Pierwsze kaplice wzniesiono pod koniec drugiej połowy XVI wieku w stylu manierystycznym. Ponieważ budowa trwała niemal dwieście lat, te, które powstały nieco później, mają bogate, barokowe formy, natomiast ostatnie z nich wskazują na wyraźne wpływy klasycyzmu. Sacro Monte w Orcie to miejsce, gdzie w najwspanialszy sposób łączą się walory pięknego pejzażu, architektury oraz malarstwa i rzeźby z duchowymi walorami chrześcijaństwa.
Jego wojenne doświadczenia, hulaszcza egzystencja we wczesnej młodości, iluminacja, jakiej doznał, a następnie przebudzenie moralne i pełne poświęcenia życie chyba nikogo nie pozostawiają obojętnym. Zapewne każdy z nas słyszał o jego kazaniach do zwierząt i ptaków, które zdawały się rozumieć jego słowa, i o tym, że słońce nazywał bratem, a księżyc siostrą, stygmatach i licznych cudach. Osobiście sądzę, że nie ma w tym nic, czego nie dałoby się wytłumaczyć w racjonalny sposób.
Psychiatria i psychologia znają wiele przykładów, kiedy potęga woli i umysłu poddanego silnej motywacji sprawia, że człowiek przejawia predyspozycje i zdolności znacznie wykraczające ponad przeciętność. Długie godziny modlitw i medytacji, połączone z umartwianiem ciała, a przede wszystkim drastyczny post, również sprzyjają sublimacji uczuć i ponadnaturalnemu wyostrzeniu wszystkich zmysłów. Takie przypadki znane są nie tylko chrześcijanom, lecz także wyznawcom religii wschodnich i osobom, które praktykują sztuki walki w połączeniu z filozofią oraz medytację w stopniu zaawansowanym. Niezależnie od punktu widzenia i naukowych wyjaśnień życie Franciszka do dzisiaj jest poruszającym przykładem nawrócenia, pokory i samozaparcia w dążeniu do realizacji idei uzdrowienia Kościoła katolickiego. Tą ideą potrafił zarazić nie tylko dawnych towarzyszy młodzieńczych ekscesów oraz ogromne rzesze zwykłych ludzi, lecz także licznych hierarchów kościelnych — i to w czasach, kiedy zewnętrzne oznaki władzy i prestiżu duchownych stawiano na poczesnym miejscu.
W kaplicach przedstawiono także wiele innych dramatycznych scen, wspaniale oddanych przez artystów, którzy na stałe weszli do historii sztuki, jak choćby znani z innych Świętych Gór rzeźbiarze: Dionigi Bussola, Giovanni d’Enrico, Cristoforo Prestinari i Carlo Beretta. Im zawdzięczamy pełne wyrazu figury naturalnej wielkości, wykonane z terakoty pokrytej jaskrawą polichromią. Natomiast freski namalowali Pier Francesco Mazzucchelli (bardziej znany pod przydomkiem Morazzone), dwaj Fiamminghini, czyli bracia Giovanni Battista i Mauro della Rovere, Antonio Maria Crespi, znany jako Bustino (z racji pochodzenia z niedalekiej miejscowości Busto), Carlo Francesco i Giuseppe Nuvolone, Antonio Busca, Stefano Maria Legnani i Federico Bianchi. Ci wszyscy artyści nie tylko przyczynili się do powstania tego pięknego miejsca — pozostawili także swe liczne dzieła w wielu innych obiektach sakralnych, jak i świeckich, wnosząc wielki wkład w kulturę północnych Włoch.
Szczyt wzgórza, gdzie tyle samo złotych i brązowych liści miałyśmy nad głowami i pod nogami, stanowił wprost bajeczną scenerię, więc powoli spacerowałyśmy ścieżką wiodącą od kaplicy do kaplicy. W większości z nich bez przeszkód można podziwiać wnętrze, ponieważ jak dotąd nie ma tam ochronnych szyb, a wejście zamykają jedynie piękne, kute kraty. Jednak to, co jest przyjazne dla osób, które przyszły tam po to, aby kontemplować życie św. Franciszka lub po prostu oddać się podziwianiu dzieł sztuki, dla samych dzieł niestety jest mniej korzystne. Byłyśmy wstrząśnięte, patrząc na piękne zabytkowe freski Morazzone i braci della Rovere, pełne wydrapanych podpisów i inicjałów, wśród których, o zgrozo, dostrzegłyśmy też jedno polskie imię i nazwisko pozostawione przez naszą rodaczkę! (Co gorsza, imię tej pani, dziś zdecydowanie niemodne i rzadko używane, mogłoby wskazywać, że nie była nastolatką, a wręcz przeciwnie — osobą raczej dojrzałą).
Nie mogłyśmy zrozumieć, dlaczego ktoś, kto przybywa do tego rodzaju miejsca, nie może się oprzeć chęci destrukcji i drapie ostrym przedmiotem po zabytkowym fresku... To przykre doznanie było niczym kamyk w bucie i mocno popsuło nasz nastrój podczas tego pięknego spaceru.
Spotkałam się z opinią, że Święta Góra w Orcie jest najpiękniejsza ze wszystkich, i chyba byłabym skłonna przychylić się do niej — zarówno ze względu na jej położenie, wartość artystyczną tego obiektu, jak i emocje, które wywołują wspaniale przedstawione sceny o dużym ładunku dramatycznym.
Na mnie ogromne wrażenie zrobiły przede wszystkim trzy z nich. Pierwsza, gdzie nagi Francesco klęczy przed biskupem Asyżu (w osobie tego dostojnika sportretowano biskupa Bescapé); druga, kiedy chciał dać wszystkim przykład pokory, więc na jego życzenie współbracia poprowadzili go ze sznurem na szyi, odzianego jedynie w przepaskę na biodrach, pośród tłumu oddającego się szaleństwom karnawału; i trzecia — przedstawiająca jego śmierć. W kilku scenach Franciszek jest przedstawiony nago, z wycieńczonym ciałem, które jest jedynie swego rodzaju skorupą, kruchym i nic nie wartym naczyniem dla jego niezłomnego ducha. Nie ma w tym obnażeniu ekshibicjonizmu, a jedynie wielka pokora i rezygnacja z wszelkiej doczesnej marności, zgodnie z zasadą, że nadzy przychodzimy na świat, więc nadzy powinniśmy z niego odejść...
Z żalem opuszczałyśmy Sacro Monte, które urzekło nas swoim pięknem, a także było źródłem wielu wzruszeń i głębokich emocji. Idąc drogą prowadzącą do miasteczka, mogłyśmy podziwiać wspaniały widok na jego dachy wyłaniające się spośród drzew, jezioro z wyspą pośrodku i otaczające je góry. W połowie zejścia ze wzgórza, na skraju zbocza, znajduje się niewielki belweder, gdzie stoi bardzo piękna, współczesna rzeźba z brązu, przedstawiająca św. Franciszka jako młodzieńca ze wzniesionymi rękami, nad którym krążą dwa ptaki.
Stąd po raz ostatni spojrzałyśmy za siebie — na Świętą Górę i jej kaplice. Przed nami było jeszcze zwiedzanie Orty i jej ślicznych zakątków, a także rejs na wyspę San Giulio, gdzie czekały na nas równie wspaniałe doznania. Z odrobiną żalu, ale i z nadzieją ruszyłyśmy dalej, unosząc ze sobą cząstkę tego miejsca i przekonanie, że to, co tam zobaczyłyśmy i przeżyłyśmy, zostanie z nami na zawsze.


































