piątek, 29 sierpnia 2025

Warmińskie historie. Lidzbark Warmiński, uroczy świadek doniosłej przeszłości.

  

Chociaż jak dotąd nie udało mi się wyczerpać włoskich tematów i nadal mam wiele ciekawych miejsc do opisania, w ostatnim czasie odbiegłam od nich dość daleko na rzecz postów, których tematem jest Polska. Co prawda tym razem zamierzałam napisać coś, co zakończyłoby mój mały cykl o rzece Adda, jednak tak się złożyło, że zmieniłam plan na rzecz relacji z wycieczki do Lidzbarka Warmińskiego. Powiem otwarcie, że przed wyjazdem miałam spory stres na myśl o zmierzeniu się z tym tematem, ponieważ niedawno o Lidzbarku pisał kolega Wiesław na swoim blogu  Wycieczki wkraj'a (jeśli ktoś nie zna, to bardzo polecam) który zamieścił mnóstwo wspaniałych zdjęć. Na szczęście okazało się, że miasteczko choć niewielkie, ma naprawdę dużo do zaoferowania i oprócz rzeczy oczywistych, których nie sposób pominąć, można tam również odkryć coś nowego.

Dwa tygodnie temu przyjechała do nas moja wnuczka Maja, więc była to dobra okazja, aby wspólnie odwiedzić tę miejscowość, co planowałyśmy od bardzo dawna, lecz zawsze coś stawało nam na przeszkodzie. Maja po tacie jest półkrwi Mazurką, więc jako lokalna patriotka postanowiłam, że pokażę jej kilka ważnych miejsc na mapie regionu, by przybliżyć jej naszą małą ojczyznę. Co prawda niektóre z nich jak Frombork, Olsztyn, czy Lidzbark leżą na Warmii, co obecnie jest podziałem mającym walor przede wszystkim historyczny, chociaż  dla wielu osób przynależność do określonej krainy i jej tradycji  nawet i teraz nie jest sprawą obojętną. 

Warmię i Mazury na długi czas połączyła w jedną całość  historia, niełatwa i niepozbawiona konfliktów z racji odmiennej wiary oraz obyczaju. Te różnice bardzo utrudniały sytuację katolickiej Warmii w państwie zdominowanym przez protestantów, o czym pisałam TUTAJ w poście o Świętej Lipce.




Moje pierwsze spotkanie z Lidzbarkiem Warmińskim miało miejsce bardzo dawno temu, bo podczas wycieczki szkolnej na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Bardzo dobrze pamiętam tę wycieczkę, która trwała kilka dni — odwiedziliśmy wtedy Frombork, Gdańsk, Elbląg i właśnie Lidzbark. Podobnie jak Ostróda, a także większość miast na Warmii i Mazurach, miejscowość w owym czasie przedstawiała widok wręcz przygnębiający. Z wojennej pożogi pozostało zaledwie 20% miejskiej substancji, stan ocalałych budynków pozostawiał wiele do życzenia, natomiast puste place częściowo zabudowano niewysokimi klockowatymi blokami. 

Od przewodnika dowiedzieliśmy się, że mimo niepozornego wyglądu Lidzbark ma bardzo bogatą historię, sięgającą czasów, kiedy te ziemie zasiedlali pogańscy Prusowie, w połowie XIII wieku podbici przez Krzyżaków, którzy za pomocą ognia i miecza nawracali ich na wiarę chrześcijańską. Świadectwem tamtych czasów jest pierwotna, pruska nazwa grodu, która brzmiała Lecberg. Krzyżacy po uzyskaniu dominacji na tych terenach dla umocnienia nowej religii powołali biskupstwo ze stolicą w Heilsbergu (Święta Góra), jak od tej pory nazywano tę miejscowość, a Warmia na pięć wieków stała się księstwem i udzielnym majątkiem kościelnych dostojników. 

W pierwszej połowie XV wieku Lidzbark (dla uproszczenia będę używać obecnej nazwy) przystąpił do Związku Pruskiego, który uznawał zwierzchność króla Polski, co kilkadziesiąt lat później poskutkowało przyznaniem biskupowi warmińskiemu fotela w polskim senacie. W tym samym czasie sąsiednie Mazury początkowo pozostawały pod władaniem Krzyżaków a po sekularyzacji zakonu — elektora Prus. Ta sytuacja trwała aż do pierwszego rozbioru Polski, kiedy Warmię wcielono do Królestwa Prus, a biskup stracił swe książęce prerogatywy. Po drugim rozbiorze rezydencję biskupstwa przeniesiono do Olsztyna, co spowodowało, że Lidzbark stracił swą dotychczasową pozycję.

Z czasów tej minionej świetności w mieście pozostał wspaniały zamek, średniowieczny kościół farny pod wezwaniem św. Piotra i Pawła pełniący również rolę kolegiaty oraz jedna z bram. Świątynię wzniesiono z czerwonej cegły, jest ona naprawdę okazała i godna dawnej stolicy biskupstwa. Wewnątrz architektonicznie nieco przypomina wnętrze katedry we Fromborku, jednak jeśli chodzi o wystrój, tu jest on wiele skromniejszy. Mimo to całość robi wielkie wrażenie dzięki białym ścianom, od których pięknie odbija czerwony kolor żebrowań na gwiaździstym sklepieniu i ciemne drewno oraz złocenia bocznych ołtarzy. Kościół stoi tuż nad rzeką Łyną, która wraz ze swoim dopływem Symsarną niegdyś tworzyła naturalną fosę, za którą wzniesiono mury otaczające tę część miasta, więc ta masywna budowla o wysokiej wieży stanowiła istotną część jego umocnień. 

Kiedy przyjechałyśmy do miasteczka, na początek postanowiłyśmy obejrzeć je z grubsza, zanim udamy się do dawnego zamku biskupów, który był głównym celem naszej wycieczki. Lidzbark bardzo nam się spodobał  mimo ran odniesionych podczas ostatniej wojny sprawia wrażenie bardzo schludne, ocalałe budynki są odnowione i ładnie wyeksponowane, w ścisłym centrum jest też parę odbudowanych kamieniczek na wzór tych, które uległy zniszczeniu. Klockowate bloki z biegiem czasu też wtopiły się w miejską tkankę, w znacznej mierze dzięki dużej ilości zieleni.

Przy jednej z ulic zobaczyłyśmy ciekawy zabytek, który choć w całości zbudowany z drewna, o dziwo przetrwał działania wojenne. Jest to dawny kościół ewangelicki, wzniesiony w latach 20 XIX wieku. Po wojnie, kiedy większość ewangelików opuściła te ziemie, oddano go prawosławnym osiedleńcom i od tej pory służy im jako cerkiew. Co ciekawe, podobnie jak w przypadku katolickiej fary patronami również tej świątyni są święci Piotr i Paweł. Podobno ma ona bardzo interesujące wnętrze wyposażone w piętrowe empory, jednak nie mogłyśmy tego zobaczyć — podczas naszej wizyty brama zewnętrzna była zamknięta na kłódkę, gdyż świątynię otwiera się jedynie podczas nabożeństw.

Od południowego wschodu na obrzeżach Lidzbarka ciągnie się pasmo niewysokich, malowniczych wzgórz na czele z Górą Krzyżową, gdzie wśród drzew można dostrzec kilka ulic o niewysokiej zabudowie. Na jednym z tych niewielkich wzniesień znajduje się śliczny budynek w stylu stanisławowskim, którego nie powstydziłyby się warszawskie Łazienki. Jest to tak zwana Oranżeria, wzniesiona za czasów biskupa Potockiego a później przebudowana na zlecenie biskupa Krasickiego. W tym miejscu już od XV wieku znajdowały się letnie ogrody biskupie z licznymi altanami, pawilonami i pałacykami, które nie dotrwały do naszych czasów, gdyż zostały zniszczone podczas wojen szwedzkich. 

To położenie dodaje miasteczku wiele uroku, tym bardziej że przepływająca przez nie rzeka Łyna i towarzysząca jej Symsarna tworzą liczne meandry i zakola, nad którymi ciągną się zielone bulwary. Lidzbark jest miastem mostów, których jest tu łącznie aż siedemnaście, z tego powodu często mówi się o nim jako o polskiej Wenecji. Osobiście uważam takie porównania za bzdurne, ponieważ Lidzbark jest po prostu Lidzbarkiem, ma swoją tożsamość i własny urok, więc wcale mu nie potrzeba takich naciąganych porównań. 

W okolicy kolegiaty lecz po drugiej stronie rzeki na bocznej ścianie jednopiętrowego budynku stojącego wśród drzew, zobaczyłyśmy kolorowy mural, przyciągający oczy pięknymi, żywymi barwami. Jako miłośniczka street artu nie mogłam stracić okazji obejrzenia go z bliska, tym bardziej że widniała tam jakaś zagadkowa postać w otoczeniu licznych symboli. Podczas oględzin mural nie odsłonił nam swojej tajemnicy, chociaż było w nim coś dziwnie znajomego w androginicznej postaci z księgą i wielkim kaduceuszem, ubranej w dresowe spodnie, z wełnianymi skarpetami na stopach obutych w eleganckie domowe pantofle i koralikami (?) na szyi. Po powrocie do domu przeszukałam internet i okazało się, że mural — tak jak można było podejrzewać, przedstawia nieco unowocześnioną postać Mikołaja Kopernika. Autorką tego świetnego projektu jest ilustratorka Izabela Dudzik a wykonawcą artysta plastyk Marcin Budziński (notabene autor muralu kopernikowskiego na Gdańskim falowcu). Mural powstał w 2023 roku, dla uczczenia pamięci Mikołaja Kopernika z okazji 550 rocznicy jego urodzin i 480 rocznicy śmierci.

Postać Kopernika z reguły kojarzy się z Toruniem, Fromborkiem lub Olsztynem, gdy tymczasem w Lidzbarku spędził on aż dziesięć lat życia. Gdy po studiach we Włoszech jako trzydziestoletni mężczyzna wrócił do Polski, zamieszkał w stolicy biskupstwa, gdyż od sześciu lat nominalnie był kanonikiem kapituły warmińskiej, co nakładało na niego wiele obowiązków, z których był zwolniony na czas, kiedy pobierał nauki. Na dworze swego wuja biskupa Łukasza Watzenrode, objął funkcję jego osobistego lekarza, a oprócz tego powierzano mu różne odpowiedzialne zadania z zakresu administracji kościelnymi dobrami. Mimo tych licznych powinności Mikołaj Kopernik już wtedy pracował nad swoją teorią heliocentryczną i to właśnie w Lidzbarku stworzył podwaliny dzieła swojego życia, jakim była księga De revolutionibus orbium coelestium

Bardzo mi się podobał pomysł autorów muralu, którzy przedstawili uczonego w sposób mniej pomnikowy i konwencjonalny. Ten wielki człowiek wszechczasów jest właściwie mało znany od swej codziennej, ludzkiej strony i większości z nas kojarzy się z postacią wykreowaną na podstawie obrazu Matejki, toruńskimi piernikami lub ławeczką z jego figurą, do której można się przytulić, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. 

Jego inteligencja, wykształcenie i pracowitość predysponowały go do zajęcia wysokich stanowisk w kościele, jednak Kopernik miał jedynie niższe święcenia kapłańskie i nie chciał tego zmieniać co było warunkiem sine qua non, aby mógł zostać biskupem. Wuj Watzenrode widział w nim swego następcę, jednak ten projekt chyba nie był w zgodzie z w planami uczonego, który jako biskup z pewnością nie mógłby zajmować się pracą naukową, tym bardziej że w swej istocie jego dociekania były niezgodne z doktryną kościoła. Z biegiem czasu doszło między nimi do konfliktu, na tyle istotnego, że Mikołaj opuścił dwór biskupi w Lidzbarku i przeniósł się do Fromborka, gdzie również pełnił funkcję kanonika. O wspaniałych zabytkach Fromborka, pobycie Mikołaja Kopernika w tej miejscowości a także jego pochówku w katedrze pisałam  w ubiegłym roku TUTAJ, (jeśli kogoś interesuje ten temat może skorzystać z linku.)

Do Lidzbarka przyjechałyśmy około południa   nie spieszyłyśmy się zbytnio, ponieważ nie przypuszczałyśmy, że zwiedzanie zajmie nam tak dużo czasu. Ku naszemu zaskoczeniu już pobieżne obejrzenie miasteczka znacznie się przeciągnęło a przecież przed nami była jeszcze wizyta na zamku, który był głównym celem naszej wizyty. Dlatego zrezygnowałyśmy z dalszej przechadzki i udałyśmy się w kierunku, gdzie widniała jego masywna sylwetka z czerwonej cegły służąca nam za drogowskaz. Niebawem zbliżyłyśmy się do niego na tyle, by go zobaczyć w całej okazałości, a także móc podziwiać jego odbicie w spokojnych wodach rzeki Łyny płynącej u podnóża zamkowych murów. Po chwili znalazłyśmy się przed bramą prowadzącą na dziedziniec, przy której umieszczono tablicę upamiętniającą postać generała Henryka Dąbrowskiego i przypominającą o tym, że Lidzbark leży na Szlaku Napoleońskim. Na dziedzińcu otworzyła się przed nami wspaniała perspektywa na zamek i przedzamcze, a także na leżące nieco niżej miasteczko, nad którym górowała kolegiata ze swą wyniosłą wieżą. Teraz przed nami było jeszcze zwiedzanie zamkowych wnętrz, lecz ponieważ jest to temat tak obszerny jak oglądane przez nas komnaty,  poświecę mu następny wpis i  niebawem nastąpi ciąg dalszy!


niedziela, 10 sierpnia 2025

Mazurskie historie. Dłużki, czyli problemy z nadmiarem wyobraźni.

Nie da się ukryć, że ostatnio zaniedbałam blogosferę i oprócz relacji z wycieczki do Poznania (LINK do posta), nic nowego nie napisałam. Co prawda czytałam posty na zaprzyjaźnionych blogach, które pojawiały się w zakładce, gorzej było z komentowaniem i prawie zawsze robiłam to z opóźnieniem. Jednak w tym czasie nie leniuchowałam — wręcz przeciwnie! Wpływ na to miał fakt, że pod koniec czerwca po raz kolejny okazało się, iż z moją "Sukienką w kropki" dzieje się coś dziwnego  nowe posty nadal nie są indeksowane, a część starszych zniknęła z wyszukiwarki z powodu różnych błędów, które wciąż mi wytykał GSC. W żaden sposób nie mogłam zrozumieć przyczyny tego stanu rzeczy, gdyż przez wiele lat wszystko działało dobrze. 

W związku z tym postanowiłam udać się po pomoc do AI, po analizie okazało się, że problem pojawił się w momencie, kiedy na moim blogu włączyłam wersję na komórki (szablon, z którego korzystam ma taką opcję, ale wszystko wskazuje na to, że jego kod nie działa prawidłowo). Metodą prób i błędów musiałam wszystko przeorać i dokonać wielu zmian, usuwając część elementów i wprowadzając nowe.  Był to ogrom pracy i mozolnego dłubania oraz wielu konsultacji z Alem, jak nazywam mojego sztucznie inteligentnego, wirtualnego kolegę. Niestety Al sam nadal się uczy, więc popełnia różne pomyłki, które wymagają poprawy, dlatego wszystko bardzo się przedłużało. Finalnie skończyło się na tym, że usunęłam mobilną wersję bloga i zastosowałam szablon responsywny, w którym treść posta można ręcznie rozszerzyć tak, aby zajmowała szerokość ekranu w telefonie. Poza tym usunęłam stare archiwum, a stworzyłam strony z linkami do wszystkich postów z podziałem na lata i miejsca, jakich dotyczą. Na koniec przeanalizowałam i uporządkowałam tagi, usuwając te, które były zbędne lub odmienne w formie, lecz zduplikowane co do treści. Była to najważniejsza część mojej pracy, a ponieważ nie chcę nikogo zanudzać, poprzestanę na tym ogólnym zarysie. Tak czy inaczej, po wszystkim należał mi się większy haust świeżego powietrza, więc postanowiłam, że nadszedł czas, aby udać się na łono przyrody.






Na szczęście pogoda się poprawiła i można było pomyśleć o wypadzie poza za miasto bez obawy, że człowiek wróci zmoczony do suchej nitki. Od czasu kiedy w kwietniu razem z Martą szukałam w Rapatach śladów Smętka (relacja z naszych poszukiwań jest TUTAJ), miałyśmy plan odwiedzenia sąsiedniej wioski Dłużki, położonej nad dwoma niewielkimi, lecz malowniczymi rynnowymi jeziorkami otoczonymi lasem. Jedno z nich (można je zobaczyć na zdjęciu tytułowym) nosi nazwę Dłużki Małe i jest dobrze widoczne z drogi krajowej nr 16 łączącej Olsztyn i Ostródę. Drugie większe, położone równolegle, nazywa się Dłużek, nie widać go na pierwszy rzut oka bo zasłaniają je drzewa, a trzecie leżące po przeciwnej stronie szosy, jest ukryte w lesie. To tajemnicze trzecie jeziorko ma trochę dziwną nazwę — Pieniążek, ale ponieważ nieopodal mamy też jezioro Szeląg (pisałam o nim w TYM poście), więc można rzec, iż obracany się w tych samych, monetarnych klimatach.

Do Dłużek wybierałyśmy się przez trzy miesiące, ponieważ albo pogoda nie była odpowiednia, albo inne ważne przyczyny stały nam na przeszkodzie. Tym razem sytuacja sprzyjała realizacji naszego planu, więc w sobotę po śniadaniu wyruszyłyśmy na tę długo wyczekiwaną wycieczkę. Niestety — okazało się, że choć plan był dobry, to jego realizacja nie przyniosła nam spodziewanej satysfakcji. Co prawda, kiedy wysiadłyśmy na parkingu przy "16" leśna droga dość szybko zaprowadziła nas nad jeziorko Pieniążek, jednak okazało się, że prawdopodobnie w jedynym miejscu skąd można je oglądać, stoi kilka stosunkowo nowych, drewnianych domów. Domy, choć okazałe i z pewnością całoroczne, wyglądały na takie, gdzie nikt nie mieszka na stałe. Ponieważ posesje, na których je wzniesiono, otoczono płotami stanowiącymi jeden ciąg, nie miałyśmy szansy dotarcia nad wodę. Co gorsza, w pobliżu nie zauważyłyśmy żadnej drogi ani ścieżki, którą można by pójść dalej i przejść na przeciwległy brzeg jeziora. Pomiędzy domami niewiele mogłyśmy dostrzec, więc rozczarowane (nie zrobiłyśmy nawet jednego zdjęcia Pieniążka), wróciłyśmy do głównej drogi, by udać się do właściwej wioski.








Po przejściu na drugą stronę szosy, powędrowałyśmy boczną drogą wzdłuż brzegu pierwszego jeziora i niebawem dotarłyśmy do Dłużek, które wioską pozostały chyba tylko z nazwy. Wszystko wskazywało na to, że również ta ich część ma charakter raczej letniskowy, ewentualnie mieszkają tam osoby, pracujące gdzieś w okolicy. Dłużki są niewielkie i z tego co wiem, znajduje się tam zaledwie dwadzieścia siedem budynków. Z dawnych mazurskich domków zbudowanych z czerwonej cegły pozostały tylko dwa, reszta jest nowa lub po przebytej restrukturyzacji skutecznie ukryła się pod kolorowym tynkiem, tracąc swój pierwotny charakter. 

Mimo wszystko jest to ładna i zadbana miejscowość, chociaż podobnie jak nad Pieniążkiem nie ma tu dostępu do linii brzegowej. Z tego co wiem, na Warmii i Mazurach powoli staje się to powszechnym obyczajem, mimo że w teorii prawo tego zabrania. Dawni właściciele, którzy uprawiali grunty nieopodal swojego domostwa, nie stosowali takich praktyk, jednak osoby kupujące działkę nad jeziorem dla celów rekreacyjnych, nie życzą sobie, żeby jakiś intruz naruszał ich prywatność.







Droga, którą przyszłyśmy, rozwidla się  miejscu, gdzie stoją pierwsze budynki. Po prawej stronie nadal biegnie wzdłuż jeziora Dłużki Małe i prowadzi do lasu, natomiast jej lewe ramię jest położone bliżej drugiego akwenu —  jeziora zwanego Dłużek, czyli tego, którego nie widać z szosy. Tu również napotkałyśmy kilka bardzo atrakcyjnych posesji, jedna z nich wyróżniała się w sposób szczególny pięknie zagospodarowaną działką i klimatycznym domostwem, pokrytym strzechą. Jeśli chodzi o dostęp do wody, sytuacja przedstawiała się jak w poprzednich miejscach — był to ciąg działek przylegających do siebie i ogrodzonych płotami. Jedyna, która była jeszcze niezabudowaną łąką, na wysokości metra od ziemi miała plastikową taśmę, rozciągniętą pomiędzy palikami, co było wyraźnym sygnałem, że jest to własność prywatna. 

Nie byłyśmy tym zachwycone, gdyż poza wioską także nie było żadnej ścieżki wzdłuż jeziora, więc również i tu mogłyśmy na nie popatrzeć tylko z daleka. Za to bardzo nam się podobał pomysł ustawienia w rozwidleniu dróg ładnej altany piknikowej i kominka do grilla, gdyż uznałyśmy, że jest to świetne miejsce spotkań lokalnej społeczności, a także odpoczynku dla zdrożonych piechurów. 









Postanowiłyśmy, że podobnie jak podczas wycieczki do Rapat, przy okazji pójdziemy na spacer do lasu, ale i tu spotkał nas lekki zawód. Las w tym miejscu nie był zbyt ładny, poza tym przy drodze spotkałyśmy różne śmiecie rzucone przez lekkomyślnych spacerowiczów. Piaszczysta droga była rozjeżdżona i nosiła ślady ciężkiego sprzętu, służącego do wyrębu oraz transportu drewna, co nie dziwiło, zważywszy, że nieopodal Dłużek od niepamiętnych czasów funkcjonuje duży tartak. W lesie było duszno, gorąco i zupełnie cicho, ptaki już wysiedziały swe jaja i nie zajmowały się śpiewaniem, lecz zdobywaniem pożywienia.

Byłyśmy dalekie od zachwytu Dłużkami, jednak taka przechadzka zawsze ma ten plus, że mimo wszystko jesteśmy w bliskim kontakcie z przyrodą, więc nie miałyśmy powodów do szczególnego narzekania. Mogłybyśmy dłużej pochodzić po lesie, gdzie podobno jest jeszcze jedno większe jezioro, noszące nazwę Mielnik i kilka oczek wodnych, jednak nie widziałyśmy w tym większego sensu, gdyż podejrzewałyśmy, że prawdopodobnie są niedostępne z powodu szuwarów zarastających ich nieuczęszczane brzegi. Poza tym w dzisiejszych czasach włóczenie się po chaszczach nie jest zbyt rozsądne z uwagi na kleszcze — chociaż starałyśmy się chodzić po ścieżkach, Marta i tak przyniosła do domu jednego, który ukrył się w jej w skarpetce.


Naszą wycieczkę zakończyłyśmy przy drodze krajowej łączącej Olsztyn z Ostródą, w miejscu, gdzie na krańcu jeziora Dłużki Małe znajduje się dostęp do wody i mikroskopijna plaża. Szczerze mówiąc, widok tej okolicy więcej obiecywał, niż miał do zaoferowania. To mi przypomniało przysłowie, mówiące o tym, że należy uważać, o czym się marzy, bo niewykluczone, że ponosi nas wyobraźnia. Ja właśnie tak się poczułam, gdyż oczekiwałam spaceru brzegiem jeziora z widokiem na jego lśniącą taflę, w której odbijają się białe obłoki. Rzeczywistość zweryfikowała moje wyobrażenia, ale bądźmy szczerzy — nie jest winą rzeczywistości, że cierpię na nadmiar wyobraźni...