Zgodnie z tym, co zapowiadał poprzedni post p.t. Lidzbark Warmiński i zamek biskupów — post drugi, ale nie ostatni wracam, aby kontynuować moją opowieść o tym ślicznym miasteczku, które zauroczyło mnie tak bardzo, że już po tygodniu od pierwszej wizyty wybrałam się tam ponownie. Miałam plan, żeby jeszcze raz spokojnie pospacerować po jego uliczkach zwłaszcza w tej części, gdzie przedtem nie dotarłam, jeszcze raz zajrzeć do zamku, a przede wszystkim obejrzeć go od strony południowej i wschodniej. Poza tym chciałam wybrać się do Oranżerii Krasickiego i na pobliski cmentarz komunalny, znany z pięknego położenia i bardzo ciekawej historii. Na tę drugą wycieczkę pojechałam sama, gdyż Maja musiała wrócić do Gdyni, aby zająć się swoimi sprawami.
Tym razem nie poszłam w stronę centrum miasta, lecz skręciłam w boczną, zadrzewioną uliczkę prowadzącą po skarpie schodzącej wprost nad Łynę. Poniżej, brzegiem rzeki, biegnie też ścieżka spacerowa — przez chwilę pomyślałam, że warto byłoby sprawdzić, dokąd prowadzi. Jednak zrezygnowałam z tego pomysłu, gdyż nie wiedziałam, ile czasu zajmie mi realizacja głównego planu.
Wzdłuż ścieżki stoi rząd garaży, a na ich ślepych ścianach widnieją kolorowe murale. Na jednym z nich zza okularów patrzył na mnie Ozzy Osborne, idol moich nastoletnich lat (do dziś pamiętam zawrót głowy, jakiego doznałam, gdy po raz pierwszy usłyszałam Paranoid). Mural nie wyglądał na całkiem nowy, ale z pewnością nie pochodził z czasów mojej młodości, więc ucieszyło mnie, że wciąż rosną nowi wielbiciele muzyki Ozzy’ego. (Nieco dalej znajduje się też mural z anielskimi skrzydłami, przy których można sobie zrobić zdjęcie).
Pierwszym celem mojego spaceru był kościół farny. Miałam zamiar obejść go naokoło, by dotrzeć do urokliwego mostu, który widziałam w oddali, kiedy tydzień wcześniej fotografowałam mural z Mikołajem Kopernikiem (pisałam o nim TUTAJ). Most ma ponad sto lat, wzniesiono go jako most jezdny w 1909 roku, jest zbudowany z żelbetu, co w tamtych czasach było techniką wysoce innowacyjną. Pierwotnie w połowie przęsła na zachodniej barierce znajdował się pamiątkowy edykuł z popiersiem Kopernika, jednak już w 1939 roku żelbet zaczął pękać. W związku z tym, żeby zmniejszyć obciążenie edykuł usunięto, a przeprawę przeznaczono wyłącznie dla ruchu pieszego.
Z mostu jest bardzo ładny widok na zakola Łyny i jej brzegi porośnięte bujną roślinnością; kiedy przejdziemy na jego drugą stronę możemy w całej okazałości zobaczyć farę, której wielka czerwona bryła z wyniosłą wieżą góruje nad miejską zabudową. Chociaż byłam już u stóp wzgórza, gdzie znajduje się Oranżeria Krasickiego, z uwagi na zbyt wczesną godzinę odłożyłam na później jej zwiedzenie i wróciłam na Plac Kościelny. Jest to zaciszne i klimatyczne miejsce, prawdziwa oaza spokoju z ładnymi zabytkowymi budynkami i ogrodami opadającymi ku rzece.
Jak już wspominałam na początku, główną częścią mojego planu było zwiedzenie północno-wschodniej części miasta i przejście na tyły zamku. Powędrowałam malowniczymi brukowanymi uliczkami w stronę Placu Wolności, skąd jest piękny widok na Wysoką Bramę w głębi. Podczas spaceru mogłam zaobserwować, jak ciekawe jest ukształtowany teren, na którym leży Lidzbark. Uliczki na przemian prowadziły mnie w górę i w dół, zauważyłam także schody, które niczym warszawskie Kamienne Schodki łączą ulice znajdujące się na różnych poziomach. Obejrzałam stylowe kamieniczki i eklektyczny Ratusz z czerwonej cegły oraz zrekonstruowane mury miejskie, niegdyś broniące miasta od strony północnej. Starałam się nie zwracać uwagi na niepasującą do nich klockowatą powojenną zabudowę, gdyż taki misz-masz często się widzi na Warmii i Mazurach. Po przejściu frontu większość miast i miasteczek leżała w gruzach, a nowi osiedleńcy potrzebowali mieszkań, więc stawiano na bardziej nowoczesną zabudowę, co gwarantowało powstanie dużej ilości lokali w krótkim czasie.
Z tyłu za Ratuszem na skraju skarpy znajduje się niewielki placyk, skąd jest piękny widok na dolną część miasta i zamek. Ucieszyłam się, bo zauważyłam, że są tam też schodki, prowadzące na ulicę biegnącą poniżej, co pieszym pozwala znaczne skrócić drogę. Szczerze mówiąc schodki, aczkolwiek użyteczne, nie sprawiają najlepszego wrażenia, przydałby się im remont i uporządkowanie najbliższego otoczenia, a wtedy razem z placykiem powyżej mogłyby stać się naprawdę uroczym zakątkiem i świetnym punktem widokowym. Jednak w Lidzbarku wciąż dużo się dzieje, więc być może przyjdzie czas na upiększenie również i tego miejsca?
Również niektóre starsze budynki w tej okolicy są jedynie cieniem dawnej świetności. Nie bawię się w krytykanctwo, jedynie stwierdzam fakt, ponieważ z własnego doświadczenia wiem (mieszkam w kamienicy z 1906 roku), że odnowienie tego rodzaju obiektu jest drogą przez mękę, zwłaszcza jeśli ma on nie jednego a kilku właścicieli. Takie domy, które zwykle liczą około stu lat i więcej, są pod opieką konserwatora zabytków, dlatego wszelkie remonty muszą się odbywać według jego wskazań. Nie ma mowy o tym, żeby po prostu wziąć wiaderko farby i pomalować elewację na dowolny kolor, czasami wymaga to badań historycznych i odtworzenia pierwotnego wyglądu.
Na tyłach zamku na dość ograniczonej przestrzeni są aż cztery z siedemnastu lidzbarskich mostów. Najdłuższy zbudowany tuż za zamkiem, spina brzegi Łyny. Ponieważ rzeka dzieli się tu na dwie odnogi tworzące wyspę, powstały kolejne przeprawy, a czwarty most prowadzi nad jej dopływem Symsarną.
Na skraju wyspy znajduje się dość niepozorny niebieski budynek z wieżyczką a obok niego urządzenia do spiętrzania wody — jak się okazało, jest to mała elektrownia. Druga podobna elektrownia wodna, lecz tym razem z budynkiem z czerwonej cegły, znajduje się nad rzeką kilkaset metrów dalej. Trochę mnie to zaskoczyło, bo pełna zakrętów Łyna płynie dość leniwie, jednak widocznie jej nurt jest na tyle wartki, by to przedsięwzięcie było opłacalne.
Próbowałam sfotografować miejsce, gdzie zbiegają się mosty, jednak z uwagi na ich położenie względem siebie, okazało się to niewykonalne. W zamian za to mogłam podziwiać piękny widok na skarpę, gdzie znajduje się najstarsza część miasta i rzędy ładnie odnowionych kolorowych domków. Myślę że ta wręcz pocztówkowa panorama ma ogromny potencjał turystyczny, i po wprowadzeniu paru poprawek kosmetycznych śmiało mogłaby konkurować z widokiem na warszawską starówkę lub Kłodzko. Lidzbark często jest nazywany Perłą Warmii, a jego położenie, mnóstwo zieleni i wspaniałe zabytki sprawiają, że ta nazwa jest w pełni zasłużona.
Z tego, co wiem, już biskup Krasicki oferował swoim gościom kąpiele w uzdrawiających wodach, ta tradycja ożyła i niedawno miasto uzyskało status uzdrowiska, do czego ma niezłą bazę — są tu tężnie solankowe, park zdrojowy i termy z naturalną wodą mineralną otwarte w 2016 roku.

Przy północno-wschodnim narożniku zamku u stóp wieży znajduje się amfiteatr, gdzie odbywa się coroczny przegląd zespołów kabaretowych. Impreza jest znana jako Lidzbarskie Wieczory Humoru i Satyry a ich patronem jest biskup Ignacy Krasicki — znany satyryk, poeta i pisarz. Ignacego Krasickiego i jego twórczości raczej nie trzeba nikomu przedstawiać, więc dodam jedynie, że biskupstwo warmińskie objął w wieku 32 lat, jako młody oświecony człowiek o ukształtowanych poglądach. Urząd księcia biskupa i senatora Rzeczypospolitej sprawował do III rozbioru Polski w 1795 roku, następnie objął stanowisko prymasa, które piastował do śmierci. Jego działalność jako satyryka upamiętnia jedna z metalowych tabliczek umieszczonych na chodniku prowadzącym do amfiteatru.
Podobnie jak południowa i zachodnia również wschodnia część miasta znajduje się na skarpie, dzięki czemu zamek znajduje się w niecce pomiędzy wzniesieniami, w widłach, jakie tworzą Łyna i Symsarna. Symsarnę od zamkowej fosy rozdziela trakt spacerowy, na który od strony miasta można przejść po drewnianym japońskim mostku, skąd jest piękny widok na zamek.
Jednak równie wielkie wrażenie robi przedzamcze, które dopiero z tego miejsca widać w całej okazałości. Można wtedy dostrzec, że jego dziedziniec wewnętrzy jest położony wyżej niż dno doliny, dzięki czemu budynki, które od wewnętrznej strony mają dwa piętra, na zewnątrz są dużo wyższe. Szczególnie malowniczo wygląda pałac Grabowskiego, posadowiony na masywnym przyziemiu wzmocnionym przyporami, z okrągłą wieżą w południowym narożniku. W pogodny dzień zamkowe zabudowania odbijają się w wodach fosy, tworząc niezapomniany widok.
Południowa część z drewnianym mostem nad fosą i wieżą zegarową przedstawia się równie interesująco. Na przestrzeni wieków przedzamcze było wielokrotnie przebudowywane, a swój obecny wygląd zawdzięcza gospodarnemu biskupowi Grabowskiemu. Jego najstarszą częścią jest wyżej wspomniana cylindryczna wieża z XV wieku. Z dziedzińca jest ona praktycznie niewidoczna, za to można ją zobaczyć podczas spaceru ścieżką prowadzącą wokół zamku lub z punktu widokowego na wieży zegarowej. Drewniany most prowadzący do bramy pełni funkcję raczej dekoracyjną, ponieważ od strony ulicy dostęp do niego jest zamknięty. Jednak nie da się ukryć, że mimo to wygląda bardzo stylowo i stanowi ładny łącznik pomiędzy zamkiem i miastem.
Pod koniec pierwszego dziesięciolecia XXI wieku przedzamcze przeszło gruntowny remont połączony z badaniami archeologicznymi, a w 2011 roku otwarto w nim hotel Krasicki. Adaptacja była tak udana, że w następnym roku obiekt z Lidzbarka zdobył nagrodę główną Stowarzyszenia Hoteli w prestiżowym konkursie Architektura i Design na najlepszy hotel w Europie i na świecie (startowała w nim setka hoteli z Europy i kilkaset z całego świata) oraz dwie nagrody w kategorii Najlepsza nowa budowa i projekt hotelu. Z wieży zegarowej jest rozległy widok na zamek i okolicę, o czym miałam okazję przekonać się osobiście.

Ostatnim, ale nie najmniej ważnym etapem mojej wędrówki, było wzgórze, gdzie znajduje się Oranżeria Krasickiego, zwana też Oranżerią Kultury. Nie udało mi się do niej dotrzeć podczas wycieczki z Mają, ale jej sylwetka była mi znajoma, bo widziałam ją wiele lat temu, kiedy była jedynie opuszczonym i niszczejącym budynkiem zamkniętym na głucho. O Oranżerii wspominałam w pierwszym poście o Lidzbarku, przypomnę jednak, że już od XV wieku wzniesienie leżące na wprost zamku było terenem, gdzie znajdowały się ogrody biskupie. Kolejni użytkownicy upiększali je wedle swoich upodobań, lecz podczas konfliktów w XVII stuleciu zostały zniszczone przez wojska szwedzkie.
Zalążkiem obecnej Oranżerii był barokowy pawilon ogrodowy zbudowany w pierwszym ćwierćwieczu XVIII wieku dla biskupa Teodora Potockiego. Dzisiejszy kształt nadano mu kilkadziesiąt lat później w czasach Ignacego Krasickiego, który nakazał jego rozbudowę w modnym ówcześnie stylu stanisławowskim, który godził harmonię i porządek klasycyzmu z wdziękiem odchodzącego rokoka. Zresztą biskup nie tylko rozbudował Oranżerię, dzięki niemu ponownie wypiękniały ogrody. Niestety w XIX wieku zaczęła się ich degradacja, lecz w ostatnich latach również i one powoli zaczęły odzyskiwać swój dawny wygląd. Podczas remontu w latach 2013-2015 Oranżerii przywrócono dawną świetność, a w jej centralnej sali odrestaurowano cenne malowidła naścienne, prawdopodobnie pochodzące z czasów biskupa Krasickiego.
Byłam bardzo ciekawa, jak budynek i park wyglądają obecnie, dlatego nie mogłam ominąć okazji, by zobaczyć je z bliska. Park rzeczywiście zmienił się na korzyść — doskonale widać jego ciekawe tarasowe założenie z kwiatowymi rabatami, krzewami i pięknymi drzewami. U stóp wzgórza w zakątku wśród róż stoi cokół z popiersiem biskupa Ignacego Krasickiego, któremu ogrody zawdzięczały swoją świetność i rozkwit. Szkoda jedynie, że piękne barokowe schody prowadzące do Oranżerii są w remoncie, więc nie mogłam zobaczyć widoku z ich szczytu. Za to sam pawilon Oranżerii mnie nie zawiódł, i okazał się równie piękny, jak tego oczekiwałam. Jego wielkie okna pomiędzy półkolumnami oraz środkowy ryzalit z tympanonem tworzą całość pełną zarazem prostoty i uroku.

W budynku mieści się Biblioteka Pedagogiczna, natomiast w jego centralnym pomieszczeniu odbywają się spotkania, imprezy kulturalne i koncerty. Wnętrze można oglądać w godzinach pracy placówki, a przemiłe panie chętnie dzielą się ciekawostkami na temat pawilonu i innych zabytków miasta. Byłam urzeczona tym co tam zobaczyłam, malowidła z czterema porami roku, choć zachowane fragmentarycznie, odrestaurowano i pięknie wyeksponowano na tle jasnych ścian. Światło wpadające przez okna wspaniale podkreśla wszystkie elementy i detale obszernej sali, a gra światłocieni wydobywa ich urodę. Piękna zadbana posadzka oraz delikatne stylizowane mebelki, świetnie pasują do wnętrza, które można nazwać nie tylko Oranżerią, ale wręcz Salonem Kultury.
Niegdyś na szczycie wzgórza rozpościerał się wielki park angielski. Obecnie w jego zachodniej części znajduje się cmentarz komunalny, założony w 1925 roku, a co warto podkreślić, odbyło się to z poszanowaniem drzewostanu i parkowego założenia. O pięknie cmentarza miałam okazję przekonać się naocznie i myślę, że niebawem poświęcę mu posta z okazji Święta Zmarłych. Jednak przedtem chciałabym zobaczyć go jeszcze raz, najlepiej w pięknej jesiennej szacie.
Jak się okazało, temat Lidzbarka Warmińskiego trudno jest wyczerpać, gdyż ciągle odkrywam ciekawe szczegóły, których wcześniej nie znałam. Może trzytygodniowa kuracja w ramach NFZ (na co na razie się nie zanosi) dałaby mi dość czasu, by zobaczyć wszystko, na co warto zwrócić uwagę w tym mieście… ale na razie muszę zadowolić się kolejnymi wyprawami na własną rękę!
























































