Stuletni cmentarz w Lidzbarku Warmińskim ma niezwykłą historię. Znajduje się na tyłach Oranżerii Krasickiego, na terenie dawnych ogrodów biskupich. Do naszych czasów z tych ogrodów nic nie dotrwało – pozostało jedynie wspomnienie i zapiski w dawnych dokumentach. Patrząc na zróżnicowany, pagórkowaty teren porośnięty imponującym starodrzewem, można sobie jedynie wyobrazić, jak pięknie tam było niegdyś, zanim cała ogrodowo-parkowa infrastruktura uległa degradacji. Aby zapobiec dalszym zniszczeniom drzewostanu, w 1925 roku ówczesny proboszcz Alfons Buchholz wnioskował o utworzenie w tym miejscu nowej nekropolii na potrzeby rozrastającego się miasta. Lokalne władze odniosły się przychylnie do tego projektu, ponieważ w okresie międzywojennym liczba mieszkańców wzrosła dwukrotnie a niewielkie cmentarze przykościelne przestały odpowiadać potrzebom społeczności.
Dzięki tej inicjatywie w ciągu dwóch lat powstał piękny obiekt zwany Waldfriedhof, czyli Cmentarz Leśny. W myśl ówczesnych tendencji architektonicznych ma on charakter rozległego parku angielskiego, usytuowanego na zboczu wzgórza poprzecinanego płytkimi dolinkami. W jego centralnym punkcie usypano sztuczne wzniesienie, na które składają się wielopoziomowe tarasy, co nawiązuje do sposobu, w jaki Dante Alighieri opisywał Raj, gdzie ludzkie dusze wznoszą się do Boga.
Z tego pierwotnego założenia zachowała się część muru otaczającego cmentarz, dwie bramy i czternaście kaplic Drogi Krzyżowej, wykonanych w 1927 roku przez Franza Drexlera, rzeźbiarza pracującego w Monachium. Jedenaście kolumnowych kapliczek umieszczono wzdłuż alei, która ma swój początek przy bramie od ulicy Krasickiego i prowadzi na szczyt wzgórza. Ukazują one poszczególne stacje w formie polichromowanych płaskorzeźb, natomiast stacja dwunasta, poświęcona Ukrzyżowaniu, ma kształt łuku triumfalnego, symbolizującego zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią. U podnóża pagórka, na głównym rondzie cmentarza, mieści się kaplica trzynasta,. Umieszczono w niej rzeźbę przedstawiającą Pietę, a jeszcze niżej, w sztucznej grocie, usytuowana jest ostatnia, czternasta kaplica Złożenia do Grobu z marmurowym posągiem Jezusa.
Cmentarz Leśny w Lidzbarku Warmińskim jest niemym, lecz mimo to wiele mówiącym świadkiem trudnej historii tego miasta i całego regionu. Przed II wojną światową miejscowość nosiła nazwę Heilsberg, znajdowała się na terenie Trzeciej Rzeszy i w przeważającej części była zamieszkana przez ludność niemiecką – niewielki procent stanowili Warmiacy oraz Mazurzy, istniała też nieliczna gmina żydowska. Zimą 1945 roku, po krótkiej walce, obszar ten zajęły wojska radzieckie. Skutkiem działań militarnych i celowych podpaleń ponad jedna trzecia miejskiej zabudowy legła w gruzach, a wiele domów wymagało pilnego remontu.
Po klęsce Niemiec i zmianie granic Lidzbark wraz z całą Warmią znalazł się w obrębie państwa polskiego, co poskutkowało niemal całkowitą wymianą dotychczasowych mieszkańców miasta. Część ludności niemieckiej jeszcze w 1944 i na początku 1945 roku uciekła przed zbliżającym się frontem, a ci, którzy przeżyli wkroczenie Armii Czerwonej, w latach 1945–1948 zostali wysiedleni do radzieckiej strefy okupacyjnej. Na miejscu pozostali jedynie ci, którzy w przebiegu procedury weryfikacyjnej potrafili udowodnić swoje związki z Polską, dzięki czemu przyznano im polskie obywatelstwo.
Do opustoszałego, zrujnowanego miasta sukcesywnie zaczęli napływać nowi osadnicy. Duża grupa osób pochodzenia polskiego przybyła z dawnych Kresów Wschodnich, głównie z Wileńszczyzny i Wołynia, przymusowo wysiedlona ze Związku Radzieckiego w ramach tworzenia państw jednolitych narodowościowo. Dołączyli do nich Polacy z Mazowsza, Wielkopolski i Małopolski, którzy przyjeżdżali tu w poszukiwaniu nowego miejsca do życia. Ostatnią, jednak już mniej liczną grupą byli Ukraińcy, w 1947 roku przymusowo przesiedleni z terenów południowo-wschodniej Polski w ramach akcji „Wisła”.
Mądre przysłowie mówi, że historia jest nauczycielką życia. Idąc dalej tym tropem, można powiedzieć, że cmentarze są niczym księgi, choć w niejednej z nich brakuje wszystkich kart... Stuletnie dzieje lidzbarskiego Cmentarza Leśnego również są taką niekompletną księgą, która niewiele mówi o jego początkach. Wojenna zawierucha i nowa wędrówka ludów ze wschodu na zachód sprawiły, że z Lidzbarka wyjechały rodziny tych, których tam pogrzebano w latach dwudziestych i trzydziestych, a ci, co zajęli ich miejsce, pozostawili groby swoich bliskich na już nie swojej ziemi Ten podwójny eksodus i upływ czasu sprawiły, że niemal całkowicie zniknęły mogiły z niemieckimi inskrypcjami. W ich miejsce pojawiły się nagrobki ze swojsko brzmiącymi nazwiskami, będące świadectwem głębokich dziejowych przemian.
Kiedy byłam tam po raz pierwszy latem ubiegłego roku i odczytywałam napisy na nagrobnych tabliczkach, przeżyłam coś w rodzaju déjà vu, jakbym wcale nie wyjechała z Ostródy. Wkoło widziałam doskonale mi znane nazwiska, z którymi od dzieciństwa stykałam się na co dzień. To nie były popularne miana w rodzaju Nowak czy Kowalski, lecz Mickiewicz, Moniuszko, Karpowicz, Bohdziewicz, Maculewicz, Możejko, Madziewicz, Waszkiel, Kot, Ławrynowicz, Kornas, Paukszto... Tak nazywali się moi koledzy i koleżanki, pacjenci szpitala, gdzie pracowałam, nauczyciele, sąsiedzi i znajomi. Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły podstawowej większość dzieci w klasie mówiła czystą polszczyzną, lecz w głosach ich starszych krewnych nadal dało się słyszeć kresowe zaciąganie. Podobnie jak ja i moi rodzice, oni również nie byli stąd – przywiał ich w te strony wiatr historii; jedni zamieszkali w Lidzbarku, inni w Olsztynie, a jeszcze inni w Ostródzie. Przemierzając cmentarne alejki myślałam o tych ludziach przez wiele dni stłoczonych w wagonach pociągu towarowego, którymi jechali w nieznane, o ich bólu po rozstaniu z dawnym życiem, obawie przed niepewnym jutrem i nadziei, że jednak znajdą swoje miejsce na ziemi.
Moje osobiste doświadczenia nie były tak ekstremalne, gdyż do Ostródy przyjechaliśmy dziesięć lat po wojnie. Byłam wtedy kilkuletnim dzieckiem, lecz doskonale pamiętam jak bolesna była dla mnie przeprowadzka na Mazury. Wiem też, ile lat musiało upłynąć i jakie zaszły zmiany geopolityczne, zanim po raz pierwszy powiedziałam, że jest to moja mała ojczyzna...*
Cmentarz w Lidzbarku Warmińskim odwiedziłam dwukrotnie. Za pierwszym razem, z powodu braku czasu, obejrzałam go jedynie pobieżnie. Poza tym weszłam na jego teren w sposób niekonwencjonalny – przez alternatywne wejście wskazane mi przez młodzież z pobliskiej szkoły. Okazało się ono po prostu dziurą w płocie, mocno eksploatowaną, sądząc po szerokiej, wydeptanej ścieżce, która do niej prowadzi. Widok cmentarza mnie zachwycił. Promienie słońca przesiane przez korony niezliczonych drzew przenikały przez leciutką poranną mgiełkę, a to łagodne rozproszone światło sprawiało, że lekko wzniesiony teren zdawał się unosić w powietrzu nad krętym jarem, który mnie od niego odgradzał. Ten pierwszy spacer przyniósł mi wiele refleksji, o czym pisałam powyżej, jednak z powodu braku czasu nie zdołałam zorientować się w topografii nekropolii.
Drugie odwiedziny w tym miejscu zaczęłam od cmentarnej bramy. Nieopodal znalazłam tablicę informacyjną, którą sfotografowałam z nadzieją, że posłuży mi za przewodnik. Zależało mi na dotarciu do najstarszej części cmentarza, ale tu spotkało mnie rozczarowanie. Okazało się, że takowa nie istnieje – z przedwojennych pochówków zostało niewiele i są one rozrzucone w różnych miejscach. Cmentarz jest bardzo duży, a jego urozmaicony teren nie ułatwiał mi zadania. Ponadto fakt, że w myśl prawa po dwudziestu latach nieopłacone groby można przeznaczyć na nowe mogiły, spowodował, że te pochodzące z pierwszych lat po wojnie, sąsiadują z tymi stosunkowo świeżej daty. Mapka również okazała się mało użyteczna ze względu na słabą czytelność oznaczeń, przez co z historycznych nagrobków zdołałam odnaleźć jedynie nieliczne, trzy pochodzące z czasów przed II wojną światową i kilka z lat czterdziestych ubiegłego stulecia .
Lidzbarski cmentarz to nie tylko komunalna nekropolia, lecz także ważne miejsce pamięci, gdzie odbywają się uroczystości patriotyczne. Wspominałam już, że poniżej pagórka, na którym wznosi się kaplica Ukrzyżowania, znajduje się plac w kształcie ronda, przy którym stoi XIII kaplica Drogi Krzyżowej. Na jego środku umieszczono czarny, granitowy krzyż z inskrypcją „BÓG HONOR OJCZYZNA”. Napis na prawym boku cokołu głosi: „W HOŁDZIE POLEGŁYM, POMORDOWANYM I ZAMĘCZONYM OBROŃCOM OJCZYZNY 1939–1956” a na lewym „OBROŃCOM OJCZYZNY I TYM CO NIE PRZEZYLI WIĘZIEŃ OBOZÓW ŁAGRÓW I ZESŁANIA”.
Pomnik ufundowała lokalna społeczność, która w dużej części składa się z Kresowiaków i ich potomków, wśród których nadal żywa jest pamięć ofiar stalinizmu i hitleryzmu.
Na Cmentarzu Leśnym można znaleźć groby, przy których stoją brzozowe krzyże — to znak, że spoczywa tam żołnierz, partyzant, zesłaniec albo więzień obozu koncentracyjnego. Podobne krzyże, zbite z brzozowych żerdzi, otaczają pomnik. Kiedy odwiedziłam cmentarz po raz drugi, był 7 listopada, kilka dni po Święcie Zmarłych, a jednocześnie tuż przed Narodowym Świętem Niepodległości. U stóp pomnika stały kwiaty i mnóstwo zniczy, a na brzozowych krzyżach wisiały zdjęcia i biogramy przypominające ludzi, którym Polska zawdzięcza swą niepodległość. Byli wśród nich politycy i żołnierze znani z podręczników do historii — Ignacy Paderewski, Józef Piłsudski, Roman Dmowski, Wincenty Witos, Józef Haller i Tadeusz Bór-Komorowski. Obok nich upamiętniono tych, którzy w wojskowym mundurze walczyli na frontach II wojny światowej, oraz żołnierzy podziemia, którym niejednokrotnie mundur zastępowała jedynie biało-czerwona opaska na rękawie.
Takimi biało-czerwonymi wstążkami oznaczono również brzozowe krzyże przy nagrobkach. Pod nimi również umieszczono biogramy, dzięki którym za imionami i nazwiskami można dostrzec konkretne ludzkie losy. Bardzo mnie poruszyła ta inicjatywa, łącząca ogólnokrajową historię walki o wolność z lokalną historią Lidzbarka Warmińskiego, przypominająca o tym, że wśród powojennych mieszkańców miasta byli ludzie, których życiorysy stanowiły część tej wielkiej historii.
Cmentarz w Lidzbarku Warmińskim jest nie tylko pięknym miejscem, ale również szczególnym świadkiem przemian, jakie dokonały się na tych terenach w ciągu minionych osiemdziesięciu lat. To niemal cały wiek — w tym czasie na świat przyszły dzieci, wnuki i prawnuki tych, którzy przyjechali na Warmię w wagonach towarowych, niejednokrotnie zaledwie z tobołkiem na plecach lub walizką w ręku. Ich rodzice i dziadkowie podnosili miasto z powojennych zniszczeń, budowali tu swoje życie, a z czasem znaleźli swoją małą ojczyznę.
Kiedy w ubiegłym roku po wielu latach wróciłam do Lidzbarka, z trudem rozpoznawałam miasto, które po raz pierwszy widziałam w dzieciństwie podczas szkolnej wycieczki. Ta przemiana bardzo mnie ucieszyła, bo jako mieszkanka sąsiednich Mazur wiem, jak trudny i długotrwały jest to proces. Miasto to żywa tkanka, która wciąż się zmienia. Przychodzą nowi ludzie, pojawiają się kolejne pomysły i koncepcje jego rozwoju, zmienia się przestrzeń, a nauczycielka-historia dopisuje kolejne rozdziały...
*Moje wspomnienia z pierwszych lat w Ostródzie można znaleźć po linkiem









































































