czwartek, 1 stycznia 2026

Lombardia. Kościoły Lodi cz. I — San Francesco.


W poprzednim poście o Tempio Civico dell'Incoronata zapowiadałam jeszcze jeden wpis o Lodi i jego pięknych kościołach. W tym niespełna czterdziestotysięcznym mieście znajdziemy ich ponad dwadzieścia, z czego większość należy do parafii katolickich. Wśród nich jest kilka interesujących zabytków, a ja — podobnie jak to było w przypadku Incoronaty — trafiłam tam w zasadzie przez czysty przypadek. 

Chociaż często bywałam w mediolańskim biurze informacji turystycznej i skrzętnie gromadziłam wszelkie materiały na temat miejsc, które warto zobaczyć w Lombardii, nigdy nie natrafiłam na żadną broszurę czy choćby ulotkę dotyczącą Lodi. Jedynym zabytkiem, o którym słyszałam, był kościół San Bassiano w oddalonym o kilka kilometrów Lodi Vecchio. Mimo wszystko, wiedząc z doświadczenia, że w każdym z włoskich miast można znaleźć coś wartego uwagi, postanowiłam, że kiedyś tam pojadę po prostu dla zabicia czasu. Nie bez znaczenia był fakt, że miałam w pamięci walki o most w Lodi podczas kampanii napoleońskiej, więc przy okazji chciałam się rozejrzeć, czy pozostały jakieś ślady tego zdarzenia. 

Tak się złożyło, że zanim tam dotarłam, trafiłam na bloga, z którego dowiedziałam się, że w tym mieście nie ma nic interesującego, ale będąc przejazdem w okolicy, można wpaść "do Lodi na lody" jak to głosił tytuł posta. Szczerze mówiąc, po takiej rekomendacji powinnam spokojnie zostać w domu albo zmienić cel podróży, ale coś mi szeptało do ucha, żeby jednak nie rezygnować z tego planu. Dzięki temu podszeptowi zupełnie niechcący trafiłam do miejscowości, która — jak się okazało — jest pełna ciekawych zabytków. Było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo jedyną konkretną wskazówką, jaką dysponowałam, była dość ogólnikowa mapa miasta, na której zaznaczono katedrę i pozostałe kościoły. Jak wiadomo, często są to zabytki o dużej wartości, więc postanowiłam zwiedzić przynajmniej te leżące w zabytkowej części miasta. O Duomo pisałam w pierwszym poście, drugi wpis poświęciłam sanktuarium Madonna dell’Incoronata, a teraz chciałabym opowiedzieć o jeszcze dwóch świątyniach, również zasługujących na uwagę.

Pierwszą, o której chcę tu napisać, jest romańsko-gotycki kościół pod wezwaniem św. Franciszka. Jego budowę rozpoczęto w 1280 roku, w miejscu, gdzie niegdyś stał niewielki kościółek św. Mikołaja, należący do braci minorytów, będących częścią wspólnoty franciszkańskiej. Dzięki inicjatywie ówczesnego biskupa Lodi Buongiovanniego Fissiraga, mnisi podjęli się budowy większej świątyni oraz nowego klasztoru. Ich głównym darczyńcą był bratanek biskupa, miejscowy arystokrata Antonio Fissiraga, wraz ze swą małżonką Florą dei Tresseni. Obydwoje pochodzili z zamożnych rodzin, a ponieważ nie posiadali potomstwa, większość swego majątku przeznaczyli na cele dobroczynne. Antonio, który w tym czasie pełnił w Lodi funkcję podesty i w związku z tym był najważniejszą osobą w mieście, z własnych funduszy hojnie wspierał budowę kompleksu, a ponieważ nie brakowało też innych donatorów, prace postępowały stosunkowo szybko. Najważniejszą część budowy ukończono w 1290 roku, natomiast jej ostateczne zakończenie datuje się na rok 1304.

Na początku XVI wieku kościół i przyległy klasztor opuścili bracia minoryci, których zastąpili bernardyni, czyli franciszkanie reformowani, jednak i oni musieli odejść w związku z kasatą zakonu. Stało się tak, ponieważ tym czasie Lombardia wchodziła w skład Cesarstwa Austriackiego, gdzie w 1782 roku zakazano działalności zakonów kontemplacyjnych, pozostawiając jedynie te, które prowadziły szkoły, przytułki i szpitale. W 1840 roku cały obiekt kupili ojcowie z zakonu barnabitów, których misją było kształcenie młodzieży. Barnabici w budynkach klasztornych utworzyli kolegium, które istnieje do dziś i nadal prowadzi działalność wychowawczą oraz edukacyjną.








Kościół podobnie jak klasztor wzniesiono z cegły, jednak z niewiadomych przyczyn jego fasada pozostała niewykończona — brakuje jej typowego trójkątnego zwieńczenia, które dodałoby budowli lekkości i elegancji. Tę skromną elewację zdobią dwa półcylindryczne pilastry oraz wysoki, ostrołukowy ganek wsparty na terakotowych kolumnach o kamiennych cokołach. Pod nim kryje się portal utworzony przez wiązki kolumn z liściastymi kapitelami, a powyżej widnieje piękna XVI-wieczna rozeta z różowego marmuru. Po bokach rozety umieszczono dwa ostrołukowe otwory okienne, przedzielone marmurowymi mullionami, a ponieważ z założenia nie ma w nich szyb, widać przez nie niebo. 

Kościół wzniesiono na planie krzyża łacińskiego — jego wnętrze składa się z trzech naw, przedzielonych masywnymi cylindrycznymi kolumnami o prostych kamiennych kapitelach, wspierających ostrołuki i żebrowe sklepienie. Jednak tym, co wyróżnia tę świątynię i sprawia, że zalicza się ona do grona zabytków narodowych, jest ogromna ilość cennych fresków, jakimi ją ozdobiono w okresie od XIV do XVIII wieku.

Freski są niemal wszędzie — począwszy od sklepień i ścian, a skończywszy na masywnych późnoromańskich kolumnach. Te bogate zdobienia nie służyły jedynie upiększeniu świątyni; ich obecność odgrywała o wiele głębszą i bardziej istotną rolę. Zgodnie z doktryną franciszkanów była to swego rodzaju Biblia pauperum, skierowana do wiernych nieumiejących czytać. Za pomocą obrazów przekazywała im zasady wiary i opowiadała o ludziach, których Kościół uznał za świętych z racji ich cnotliwego życia lub męczeńskiej śmierci. Jeśli chodzi o stylistykę, wyraźnie widać ewolucję, jaką przeszło malarstwo naścienne na przestrzeni niemal czterystu lat, gdy kolejni twórcy pozostawiali w San Francesco własną wizję religii katolickiej. Kiedy pod koniec XIII wieku rozpoczęto ozdabianie kościoła, profesja malarza fresków nie cieszyła się jeszcze takim uznaniem, jakie miała zyskać w kolejnych stuleciach. Malarstwo naścienne, które tak pięknie rozwinęło się w XIV i XV wieku, było w powijakach i dopiero zaczynało wyzwalać się spod sztywnych reguł wpływów bizantyjskich.









Malarstwo należące do tego wczesnego okresu jest mi bardzo bliskie: jeszcze nieporadne, pozbawione perspektywy, a nierzadko także pogłębionej znajomości anatomii. Jego niedoskonałości nie tylko mi nie przeszkadzają — przeciwnie, widzę w nich szlachetne zmagania z oporną materią sztuki w dążeniu do wyrażenia idei, która sama w sobie pozostaje niewyrażalna. Nawet najdoskonalszy obraz może ukazać jedynie to, co zewnętrzne, ponieważ kształt nie jest w stanie wyrazić tego, co duchowe. Sens dzieła nie rodzi się więc z iluzji formy, lecz z przeczucia idei istniejącej poza czasem i przestrzenią. Jest to swoisty przepływ energii, którą malarz przekazuje widzowi poprzez obraz, niezależnie od swojej biegłości warsztatowej.

Jak już wspomniałam, niemałe zasługi w tym względzie położyli właśnie franciszkanie, którzy poprzez swe malowane świątynie, misteria i bożonarodzeniowe szopki przyciągali wiernych do kościoła, działając na ich wyobraźnię. Jednak mimo ważnej roli, jaką odgrywały ich dzieła, ówcześni malarze w większości nadal byli jedynie anonimowymi rzemieślnikami, podporządkowanymi wizji zleceniodawcy.

W San Francesco do najstarszych należą freski na sklepieniach, które prawdopodobnie ukończono jeszcze w XIII wieku. Obejmują one proste dekoracje: w nawie głównej są to gwiazdy, kwiaty i rozety na białym tle, natomiast boczne sklepienia prezbiterium prezentują niebieskie tło ze złotymi gwiazdami. Zauważyłam, że kolor niebieski zastosowany w tej świątyni jest daleki od nasycenia i blasku, jaki widzimy w Tempio dell’Incoronata. Prawdopodobnie farby na bazie lapis lazuli były dla franciszkanów zbyt drogie, w związku z tym jako barwnik zastosowano tańszy urzet barwierski, który z czasem płowieje i zmienia kolor pod wpływem światła.

Ponieważ autorzy fresków w San Francesco pozostali bezimienni, historia malarstwa lombardzkiego nadała im miana od dzieł, jakie po sobie pozostawili. Dwaj z nich to działający w pierwszej połowie XIV wieku Mistrz Czterech Żywiołów oraz Mistrz Grobowca Fissiraga, Mistrz San Bassiano, znany w latach 1321–1328, a także Mistrz Ady Negri i Mistrz Opowieści o Świętej Katarzynie, znani od drugiej połowy XIV wieku.

Freski centralnego sklepienia prezbiterium, przypisywane Mistrzowi Czterech Żywiołów, przedstawiają Ewangelistów siedzących na tronach z przynależnymi im symbolami, u ich stóp widnieją małe, monochromatyczne figury „Żywiołów” i „Temperamentów”. Temu samemu artyście przypisuje się malowidła na sąsiedniej części sklepienia — przedstawiają one czterech Doktorów Kościoła katolickiego: świętych Ambrożego, Hieronima i Augustyna oraz papieża Grzegorza, zwanego Wielkim. Obydwa freski wykazują duże podobieństwo stylistyczne, lecz ten drugi, datowany na lata 1315–1316, dowodzi większej sprawności warsztatowej twórcy.

Nieco później w kościele działał Mistrz Grobowca Fissiraga, autor fresku nad sarkofagiem Antonia Fissiragi, który uwiecznił klęczącego donatora trzymającego w dłoniach model kościoła. Jemu przypisywany jest również piękny wizerunek Madonny z Dzieciątkiem w prawej nawie.

Mistrz San Bassiano jest twórcą kilku fresków zdobiących filary, m.in. Chrztu Chrystusa z symbolicznym ujęciem Jordanu jako góry wody zasłaniającej nagość Syna Bożego, wizerunku świętego Mikołaja oraz św. Franciszka po otrzymaniu stygmatów. Jednak jego najpiękniejszym dziełem jest Pogrzeb Antonia Fissiragi z 1327 roku, przedstawiający zmarłego w zakonnym habicie, leżącego na katafalku, w otoczeniu franciszkanów trzymających pochodnie.

Pod koniec XIV wieku w kościele pozostawili swe dzieła Mistrz Ady Negri oraz Mistrz Opowieści o Świętej Katarzynie. Pierwszemu z nich przypisuje się Madonnę z Dzieciątkiem, przedstawioną w gronostajowej sukni, z rozpuszczonymi blond włosami i smukłymi dłońmi oraz piękną scenę Nawiedzenia. Co ciekawe, ten nieznany malarz swe miano zawdzięcza Adzie Negri, poetce urodzonej w Lodi, żyjącej na przełomie XIX i XX wieku (pisałam o niej w poście Powrót nad Addę - z wizytą w sławnym mieście Lodi.). Ada Negri, która po śmierci została pochowana w kościele św. Franciszka, uwielbiała ten fresk, o czym pisała w swych wierszach i autobiograficznej książce.

Dziełem drugiego mistrza są Mistyczne Zaślubiny św. Katarzyny Aleksandryjskiej, gdzie Madonna z Dzieciątkiem, otoczona przez anioły, w imieniu Syna Bożego ofiarowuje świętej ślubny pierścień. Temu mistrzowi przypisuje się także subtelne i wyrafinowane freski na filarach kościoła, przedstawiające postacie świętych oraz Madonnę z Dzieciątkiem.


Wśród tych pięknych malowideł zauważyłam jedno, zaskakujące ujęciem tematu i wprost niezwykłym realizmem. Przedstawia ono Marię w zaawansowanej ciąży, która trzyma na rękach Dzieciątko Jezus; przed nią klęczy anonimowy mężczyzna, a obok stoi św. Antoni. Byłam pod wielkim wrażeniem tego wizerunku — Maria na tym fresku to nie wyidealizowana Madonna del Parto, lecz zmęczona kobieta o opuchniętej twarzy, która siedzi odchylona do tyłu, jak to robi większość ciężarnych. Fresk datowany jest na 1420 rok; niewiele wiadomo o artyście, który namalował tę zadziwiającą scenę — mówi się o nim jedynie, że jego styl jest zbliżony do bardziej znanego twórcy Michelina da Besozzo.

Zastanawiałam się nad jego przekazem — czy malarz odwoływał się do tradycji mówiącej o tym, że Jezus miał młodsze rodzeństwo, więc pokazywał Marię jako Bożą Rodzicielkę, a jednocześnie zwykłą ziemską matkę? A może w ten sposób nawiązywał do Arki Przymierza, jak często nazywano Madonnę, podkreślając, że nosi ona w sobie Słowo Boże, a Dzieciątko na Jej rękach to objawienie tego Słowa całemu światu?

W prawej nawie kościoła zwraca uwagę kaplica, która na dwudziestu dwóch panelach opowiada dzieje San Bernardino. Jest ona pięknym przykładem piętnastowiecznego malarstwa, w którym widoczne są wpływy Masolina i Vincenza Foppy. Freski są datowane na lata 1476–1478, lecz choć znany jest czas ich powstania, brakuje wzmianki co do imienia malarza, który je stworzył. Mówi się, że mógł to być Gian Giacomo da Lodi, wspomniany w dokumentach dotyczących budowy, jednak brak ostatecznego dowodu na poparcie tej tezy.

Znani są natomiast twórcy obrazów z XVI i XVII wieku — jeden z nich przedstawiający spotkanie św. Antoniego z Ezzelinem da Romano, jest dziełem Giovanniego Battisty Trottiego, natomiast drugi będący wizerunkiem Madonny da Caravaggio namalował Enea Salmeggia. (Caravaggio to niewielkie miasteczko nieopodal Mediolanu, gdzie miało miejsce objawienie Matki Boskiej i gdzie w młodości mieszkał malarz Michelangelo Merisi, który od niego wziął swój przydomek). Wiadomo też, że autorem pięknych XVI-wiecznych fresków, m.in. Madonny ze świętym Franciszkiem, Bonawenturą i donatorem, jest pochodzący z Lodi Francesco Soncino, uczeń i współpracownik Callista Piazzy, znanego nam z sanktuarium dell’Incoronata.






W kościele pochowano wiele znanych i zasłużonych osób, jak wspomniana już przeze mnie poetka Ada Negri, Francesco de Lemene (pisałam o nim w poście o sanktuarium w związku z przebudową, której był inicjatorem, a także jednym ze sponsorów) oraz Agostino Bassi.

Agostino Bassi to bardzo ciekawa, choć mało znana postać — uczony, o którym warto wspomnieć, gdyż dzięki wieloletniej pracy uratował włoski przemysł jedwabniczy i stworzył podwaliny mikrobiologii. Choć z wykształcenia był prawnikiem, posiadał również rozległą wiedzę z zakresu entomologii. Wykorzystał ją podczas badań nad chorobą larw jedwabników, która w pierwszej połowie XIX wieku pustoszyła hodowle we Włoszech i Francji. Bassi odkrył, że epidemię wywołuje żywy organizm, i zalecił środki zapobiegające jej szerzeniu. Nakazał dezynfekcję i utrzymywanie stanowisk w czystości, dzielenie gąsienic na mniejsze grupy, a także izolowanie i niszczenie chorych osobników. Ponieważ Bassi pełnił ważną rolę w administracji państwowej, wydane przez niego zalecenia szybko wprowadzono w życie, co pozwoliło na odbudowanie hodowli i całego przemysłu jedwabniczego. Z jego obserwacji korzystał Ludwik Pasteur, twórca nowoczesnej epidemiologii i mikrobiologii.

W XVII i XVIII wieku świątynia przeszła transformację w stylu baroku, co znacznie wpłynęło na jej wygląd. W 1810 roku, po kasacie klasztoru franciszkanów, kościół przekazano sąsiedniej parafii Santa Maria del Carmine. Kiedy trzydzieści lat później przejęli go barnabici, cały obiekt był w bardzo złym stanie i wymagał pilnego remontu. W związku z tym przeprowadzono w nim gruntowną modernizację, połączoną z renowacją fresków. W 1960 roku rozpoczęto następny, niemal dwudziestoletni etap prac konserwatorskich, wykonanych zgodnie ze współczesnymi kanonami. Niektórych fragmentów fresków nie udało się odzyskać, lecz większość wróciła do swej dawnej świetności i jest wspaniałym przykładem sztuki sakralnej, jaką tworzyli artyści ze szkoły lombardzkiej XIV i XV wieku.


Chociaż kościół San Francesco nie stanowił celu mojej podróży, to z perspektywy czasu okazał się jednym z jej najważniejszych punktów — miejscem, w którym historia, sztuka i wiara splatają się w jedną całość. Dla mnie była to jedna z tych niespodzianek, które na długo pozostają w pamięci i sprawiają, że pobyt w takim miejscu staje się prawdziwie niezapomnianą przygodą.

Jest to pierwsza część wpisu - będzie jeszcze ciąg dalszy na temat kościoła Sant' Agnese.



poniedziałek, 29 grudnia 2025

Życzenia na Nowy Rok — tym razem trochę inne niż zwykle.


W tym roku zamiast tradycyjnych noworocznych życzeń chciałam wszystkim podarować wiersz napisany przez poetę, malarza i filozofa Bogdana Chorążuka. Jest on dla mnie bardzo ważny, a jego słowa towarzyszą mi od lat w dobrych i złych chwilach. W dobrych przypominają, że trzeba się cieszyć tym, co mamy tu i teraz, a w tych gorszych są zastrzykiem energii i optymizmu. Zawiera wszystko, czego nam potrzeba w życiu — spokój, miłość, przyjaźń i wiarę w dobro.


A bodaj to każdy w domu 
słodko pędził chwile
troskliwością otoczony,
przyjmowany mile.

A bodaj to w każdej chwili
samo było śliczne,
komu dnie łaskawie płyną,
temu zdrowie liczne.

A bodaj to każda ręka
przyjacielem była,
dobre niechaj się pamięta,
zapomni niemiłe.

A bodaj to choćby wieki
same wesołości,
niechaj złe się nie doczeka -
więcej jest miłości!

Bądźmy wszyscy dobrej myśli,
gwiazda powodzenia błyśnie,
bądźmy weseli jak przy niedzieli!
Niech nam będzie jak najlepiej,
by łaskawie czas uciekał,
bądźmy spokojni i zawsze godni.


Zapewne wiele osób dobrze zna te słowa, które tak pięknie wyśpiewał Tadeusz Wożniak. Jednak będzie mi miło, jeśli ich posłuchacie jeszcze raz w tych ostatnich dniach odchodzącego roku i poniesiecie ze sobą jako dobą wróżbę na nadchodzące dni z najlepszymi życzeniami od 
                                                 Elżbiety — Sukienki w kropki.


                


czwartek, 25 grudnia 2025

Boże Narodzenie — życzenia świąteczne.



Drodzy przyjaciele — blogerzy i czytelnicy,
niech ten szczególny moment w roku przyniesie nam światło rozjaśniające nocne ciemności, pogawędki bez pośpiechu oraz mnóstwo chwil, które pozostają w pamięci i sercu.


Z okazji Świąt życzę Wam spokojnego odpoczynku, cichej radości, która przychodzi niespodziewanie i zostaje na dłużej. Niech będzie także jak najwięcej czasu na to, co naprawdę Was porusza: na dobre rozmowy, na sztukę, która nie musi się tłumaczyć, i na podróże — te długie i te bardzo małe, które zmieniają nasze spojrzenie na świat, a przede wszystkim niech będzie wokół Was jak najwięcej szczęścia i miłości!


W ubiegłym roku opisywałam nasze perypetie związane z choinką „do góry nogami”. Wygląda na to, że pomysł się sprawdził i udało nam się skutecznie przechytrzyć kotki. Co prawda sporym powodzeniem cieszą się dekoracje stojące na komodzie i stole, ale te — dla świętego spokoju — na noc wędrują do kuchni, gdzie są poza zasięgiem kocich pazurków i ząbków.

Poniżej zamieszczam kolaż z kilkoma migawkami z naszego poddasza w świątecznym anturażu.









 

środa, 26 listopada 2025

Lombardia. Sanktuarium dell'Incoronata - renesansowy skarb Lodi.


W poprzednim poście o położonym nad rzeką Adda mieście Lodi, wspomniałam o jego pięknych kościołach. Początkowo miałam zamiar poświęcić im wspólny wpis, lecz zmieniłam zdanie, ponieważ jeden z nich jest tak niezwykły, że zasługuje na to, aby potraktować go w sposób szczególny. Tą świątynią jest Santuario dell'Incoronata, wspaniały zabytek wzniesiony w stylu renesansu lombardzkiego. Jego pełna nazwa to Tempio Civico Beata Vergine Incoronata (Świątynia Miejska Błogosławionej Dziewicy Ukoronowanej), co bezpośrednio wiąże się z jej statusem i historią powstania. 

Sanktuarium wzniesiono przy wąskiej uliczce, dwa kroki od centralnego Piazza della Vittoria i katedry. Historia mówi, że niegdyś w tym miejscu znajdował się budynek tawerny ozdobiony freskiem przedstawiającym Madonnę z Dzieciątkiem w towarzystwie św. Katarzyny. Niestety, domostwo to było przybytkiem pijaństwa, rozpusty i zgorszenia dla dużej części mieszkańców, którzy byli oburzeni faktem, że dzieje się to tuż obok świątyni tak szacownej, jak duomo. Podobno nawet wizerunek Matki Boskiej zapłakał nad tą bulwersującą sytuacją, co uznano za cud – wiele osób przybywało tam, aby się modlić, a ich wiarę umocniły niewytłumaczalne uzdrowienia, które przypisano wstawiennictwu Madonny.

Z tej przyczyny władze Lodi postanowiły, że osoby uprawiające niemoralny proceder zostaną usunięte na obrzeża miasta, a dla przebłagania Boga za popełnione grzechy w tym miejscu stanie świątynia poświęcona Niepokalanej Dziewicy. Ten zamiar zrealizowano w latach 1488–93, przy jej projektowaniu pracował utalentowany lombardzki architekt, urodzony w Lodi uczeń Bramantego Giovanni Battagio. Pracami budowlanymi kierował Gian Giacomo Dolcebuono – o jego randze świadczy fakt, iż miał swój udział przy wznoszeniu mediolańskiej katedry i wspaniałej Certosy nieopodal Pavii (o Certosie pisałam tu Lombardia. Certosa di Pavia, czyli pustelnia nieopodal Pavii.). Ponieważ sanktuarium powstało dzięki decyzji i nakładom obywateli, ówczesny biskup Lodi, Carlo Pallavicino, zadecydował, że po wsze czasy pozostanie ono własnością gminy, czego widomym znakiem są tarcze herbowe miasta, jakie można zobaczyć wśród dekoracji.

Cudowny fresk umieszczono w ołtarzu głównym nowopowstałego kościoła, który konsekrowano już w 1501 roku, lecz prace nad jego upiększeniem ostatecznie zakończono dopiero w latach 60. XVI wieku.

Jak wspomniałam, sanktuarium wzniesiono  przy wąskiej uliczce – patrząc w jej stronę z centralnego placu ponad dachami domów możemy dostrzec jego kopułę i spiczastą wieżę. Ponieważ przylegają do niego budynki mieszkalne, bardzo łatwo jest przeoczyć wejście, które znajduje się pod niewielkim portykiem zamkniętym ozdobną, barokową kratą z furtą pośrodku. W portyku jest dwoje niepozornych drzwi prowadzących do wnętrza świątyni, a obok nich widnieją freski pochodzące z pierwszej połowy XX wieku. Jeden z nich przedstawia legendę o cudownym wizerunku, a drugi położenie kamienia węgielnego pod przyszły kościół, lecz one absolutnie nie zapowiadają tego, co zobaczymy, kiedy wejdziemy do środka.

Budowla swym kształtem miała nawiązywać do opisów świątyni Salomona w Jerozolimie, dlatego wzniesiono ją na planie ośmiokąta i nakryto ośmiopołaciową kopułą. Ponieważ liczba osiem symbolizuje nieskończoność, taki model architektoniczny był przez budowniczych uznawany za najlepiej oddający istotę boskości. Jednak w średniowieczu ta forma nie była wykorzystywana – kościoły zwykle wznoszono na planie krzyża, a sanktuarium w Lodi było pierwszą budowlą tego typu w północnych Włoszech.

Ten oktagonalny plan wymusił wiele innych ciekawych rozwiązań – wnętrze ma trzy poziomy: na pierwszym są nisze, gdzie umieszczono wejścia i kaplice oraz apsyda z ołtarzem głównym. Z tego powodu w kościele nie ma tradycyjnych, wysokich okien a światło dzienne wpada jedynie z góry przez okulus w kopule, mniejsze okulusy u jej podstawy i niewielkie, półprzezroczyste okna w galerii oraz apsydzie. Są jeszcze okrągłe okienka w niszach, lecz one pełnią funkcję typowo ozdobną, gdyż ich szyby przypominające masę perłową przepuszczają niewiele światła. Drugi poziom to empora, gdzie znajduje się wyżej wspomniana galeria przeznaczona dla kobiet, natomiast trzeci stanowi kopuła.

Kiedy tam weszłam, doznałam niesamowitego uczucia, że cała ta przestrzeń wiruje wokół mnie; potrzebowałam dłuższej chwili, aby się z nią oswoić i zrozumieć, czym jest to, na co patrzę. Wnętrze kościoła sprawia wręcz hipnotyzujące wrażenie dzięki rytmicznej powtarzalności kaplic poprzedzielanych pilastrami oraz niewiarygodnej ilości wszelkiego rodzaju ornamentów, wśród których dominuje kolor niebieski i złoty. Jest to prawdziwy horror vacui – nie znajdziemy tu ani jednego skrawka ściany pozbawionej polichromii, obrazów lub złoceń. 

Na przestrzeni wieków wystrój sanktuarium przeszedł pewne zmiany – sklepienie, które (podobnie jak to ma miejsce w galerii) było pomalowane na niebiesko ze złotymi gwiazdami, przemalowano w pierwszej połowie XIX wieku. Była to konieczność, ponieważ wskutek nieszczelności zewnętrznego poszycia kopuły doszło do infiltracji wody deszczowej i jej częściowego zniszczenia. Po zakończeniu remontu malarz Enrico Scuri na zlecenie miasta pokrył sklepienie freskami, przedstawiającymi świętych związanych z Lodi oraz wniebowstąpienie Matki Boskiej co prawdopodobnie bardziej odpowiadało ówczesnym gustom.

Tempio dell’Incoronata jest uważane za przykład doskonałej architektonicznej harmonii, która działa  na tych samych zasadach, jakie mają zastosowanie podczas komponowania muzyki. Ma to potwierdzenie we współczesnych badaniach, które wykazały, że istotnie proporcje świątyni i zachodzące w niej relacje przestrzenne można porównać z muzycznymi interwałami. 

Nie ma w tym niczego zaskakującego – już starożytni Grecy uważali, że matematyka, na której opiera się architektura, ma bardzo ścisły związek również z muzyką. Co więcej, twórca projektu Giovanni Battaggio i współczesny mu wybitny teoretyk muzyki Franchino Gaffurio (wspominałam o nim w poprzednim poście) pochodzili z Lodi i dobrze się znali. Bardzo możliwe, że Battaggio konsultował z nim swoją wizję, co może tłumaczyć niezwykłe oddziaływanie wnętrza sanktuarium na ludzkie zmysły.

Powyżej pisałam o kształcie i wielkości okien – ich rozmieszczenie również może kryć głęboki zamysł mający swe źródło w nauce Pitagorasa i zasadach Akademii Platońskiej, do których tak chętnie odwoływali się artyści Odrodzenia. Uważa się, że wibracje przestrzeni, koloru i światła oddziałują w ten sam sposób co fale dźwiękowe. Jeśli architekt potrafi należycie zastosować zasady, jakie nimi rządzą, jego dzieło sprawia wrażenie podobne do pięknej muzyki; w przeciwnym razie wywołuje uczucie nieprzyjemnego dysonansu.

Nie wykluczone, że zawrót głowy jakiego doświadczyłam po wejściu do wnętrza świątyni, był w pewnym sensie efektem zamierzonym przez jego twórców. Gdy minęło pierwsze oszołomienie, ogarnął mnie nieopisany spokój, który sprawił, że przebywanie w tym miejscu było dla mnie niezwykłym doznaniem nie tylko wizualnym, lecz przede wszystkim duchowym.

W świątyni znajduje się pięć kaplic umieszczonych w bogato dekorowanych niszach: Kaplica Męki Pańskiej, św. Pawła, św. Antoniego Opata, św. Jana Chrzciciela oraz kaplica organowa. W tej ostatniej znajduje się instrument zamknięty w przepięknej szafie z przełomu XV i XVI wieku, będącej jednym z najstarszych zachowanych elementów wyposażenia.

Całe sanktuarium jest nadzwyczaj bogato udekorowane – jednak z pierwotnego renesansowego wystroju do naszych czasów dotrwała jedynie część elementów. Możemy je zobaczyć w postaci złotych ornamentów na pięknym, niebieskim tle zdobiących pilastry i gzymsy wokół ołtarza głównego, na balustradzie kaplicy organowej, w niektórych ołtarzach bocznych i na poziomie galerii.  Wykonano je techniką polegającą na pokrywaniu sztukaterii i drewnianej snycerki złotem, na które nakładano warstwę błękitnej farby. Wypukłe elementy przecierano, odsłaniając złoto, natomiast na płaskich grawerowano wzory metodą graffito, co pozwalało uzyskać efekt lśniących, złotych linii.

Była to technika nie tylko pracochłonna, ale również bardzo kosztowna ze względu na użycie złota, i drożej od niego niebieskiej farby, którą uzyskiwano z lapis-lazuli — minerału trudno dostępnego, a przez to bardzo drogiego. Mimo to już w 1529 roku zdecydowano o radykalnej zmianie wyglądu wnętrza. Inicjatorem prac był książę Mediolanu Francesco II Sforza – dzięki niemu nowy wystrój świątyni powierzono miejscowej pracowni prowadzonej przez dwóch braci Piazza: Martino i Alberto (dziełem tego ostatniego jest piękny poliptyk w kaplicy św. Antoniego).

Talent w rodzinie Piazza przechodził z ojca na syna, dlatego aż trzy pokolenia malarzy o tym nazwisku przez ponad czterdzieści lat pracowały przy dekorowaniu sanktuarium. Najsłynniejszym z nich był Callisto, syn Martina, którego wspierali jego bracia Scipione i Cesare, a później także synowie Muzio i Fulvio. Z przekazów wiadomo, że Callisto nie tylko wykonywał malowidła, lecz także odpowiadał za projekty paneli ołtarzowych i ornamentów, w których wykazał się znakomitą znajomością perspektywy i niezwykłą wyobraźnią.












Przemalowania, jakich dokonano w XVI i XIX wieku, to nie jedyne modyfikacje pierwotnego projektu. Już w XVII stuleciu usunięto niszę, w której mieścił się renesansowy ołtarz główny, a w jej miejscu dobudowano apsydę z dodatkowym balkonem dla chórzystów. Decyzję o tej modernizacji podjął miejscowy arystokrata, a jednocześnie członek miejskiej Rady Dziesięciu, urodzony w Lodi Francesco de Lemene — humanista z wykształcenia, poeta z zawodu, cieszący się wielkim poważaniem współmieszkańców.

Przebudowę przeprowadził Carlo Fontana, architekt pracujący dla papieskiego dworu. (Fontana urodził się nieopodal Como; jak wielokrotnie wspominałam na blogu, była to okolica, z której wywodziło się wielu utalentowanych budowniczych i artystów znanych jako komaskowie lub magistri comacini). Natomiast polichromie w apsydzie wykonał pochodzący z Mediolanu Andrea Lanzani — notabene przyjaciel zleceniodawcy.

Zabytkowy fresk z cudownym wizerunkiem umieszczono w nowej barokowej nastawie. Na szczęście ze starego ołtarza ocalały piękne tablice ze scenami z życia Marii namalowane przez Ambrogia da Fossano zwanego Bergognone (Burgundczyk). W istocie malarz ten urodził się w Piemoncie, a przydomek zawdzięczał faktowi, że w swym malarstwie hołdował wzorcom pochodzącym ze szkoły burgundzkiej. Czasem mówi się o nim, że był współtwórcą lombardzkiego renesansu, jednak jego twórczość zalicza raczej do okresu quattrocenta. 

Kocham malarstwo tej epoki; jeszcze nieco sztywne, lecz w którym wyraźnie czuje się powiew popychający sztukę w stronę antycznych inspiracji. Jest w nim wielki wdzięk oraz słodycz, styl bywa nieco naiwny i nie tak doskonały, jak to, co już czeka za progiem, ale nosi w sobie świeżość poranka i kropli rosy na płatkach kwiatów. 

Malarstwo Bergognone przypadło mi do serca od chwili, kiedy podczas zwiedzania Certosy koło Pawii, zobaczyłam jego fresk przedstawiający przepiękną Madonnę z Dzieciątkiem. W pierwszej chwili zwróciłam uwagę na płaszcz Marii w kolorze intensywnego, nasyconego błękitu – Bergognone, jak każdy malarz tej epoki, sam sporządzał farby, a ta szczególna niebieska barwa była jego znakiem rozpoznawczym. Jednak kiedy moje oczy ogarnęły całość malowidła, szczególnie wrażenie wywarła na mnie twarz Matki Boskiej – nie była to wyidealizowana twarz wybitnej piękności, raczej urocze oblicze młodej kobiety o subtelnych rysach i nieskończenie smutnych oczach. Miałam wrażenie, że choć trzyma na kolanach małe dziecko, te oczy już widzą mękę dorosłego syna, więc na jej ustach nie gości nawet cień uśmiechu… 

Od tamtej pory na terenie Lombardii widziałam wiele dzieł tego płodnego malarza, który przez wiele lat cieszył się dużym uznaniem, co skutkowało licznymi zamówieniami. Porównując jego obrazy, doszłam do wniosku, że postać, którą zobaczyłam na fresku w Certosie, była jego archetypem Madonny, ponieważ można ją odnaleźć na wielu innych wizerunkach. Nie wykluczone, że była to jego ulubiona modelka, a może pewnego razu zauważył w niej wyraz, o jaki mu chodziło, i później korzystał ze szkiców – jak Botticelli, który niezliczonym kobiecym postaciom nadawał rysy nieżyjącej Simonetty Vespucci?

W sanktuarium można zobaczyć cztery panele Bergognone, które pierwotnie zdobiły ołtarz główny, a po XVII-wiecznej modernizacji zostały przeniesione do kaplicy św. Pawła. Po raz kolejny zachwycił mnie kunszt tego artysty – nie tylko w warstwie wizualnej, lecz przede wszystkim z powodu głębi psychologicznej, jaką nadał swoim postaciom.

Zwiastowaniu widzimy Marię jako wiotką, młodziutką dziewczynę, która unosi rękę, broniąc się przed przyjęciem tego, o czym mówi jej anioł, choć jej los już został przesądzony. To ona jest wybranką,  nad jej głową unosi się Duch Święty pod postacią gołębicy, dzięki któremu słowo stanie się ciałem. W Nawiedzeniu Maria pełna powagi i świadoma swego macierzyństwa, zdecydowanym gestem ujmuje ramię również ciężarnej Elżbiety, która niebawem urodzi przyszłego Jana Chrzciciela. Jest w tym obrazie ogromny ładunek emocji – oto spotykają się dwie krewne, dwie przyszłe matki, a ich synowie kiedyś złożą ofiarę ze swego życia i dadzą początek nowej erze w dziejach ludzkości.

Pokłon Trzech Króli to piękna, pełna ciepła scena, w której młoda matka o pulchnych, niemal dziecięcych policzkach, bez zdziwienia czy zaskoczenia, przyjmuje królewskie dary dla swojego maleństwa, które trzyma na kolanach. Jednak najpiękniejsza i najbardziej wymowna jest scena Ofiarowania w świątyni, gdzie widzimy Marię taką, jaką malarz namalował w Certosie i na wielu innych obrazach. Jest to ta sama znana mi smukła postać i smutna twarz, otoczona delikatnymi, ciemnymi włosami. Na obrazie Maria w obecności krewnych podaje swe dziecko kapłanowi gestem, jakim składa się ofiarę. Patrząc na to, co się dzieje, mamy wrażenie, iż tylko ona wie, że w tym momencie zaczyna się wypełniać przeznaczenie jej syna – jeszcze odległe, lecz nieuniknione. 

Cała świątynia i jej niezwykła historia zrobiły na mnie wielkie i niezapomniane wrażenie. Jednak nawet gdyby tak nie było, chętnie pojechałabym do Lodi, żeby zobaczyć te wspaniałe obrazy mojego ulubionego malarza. 

Ostatni panel jest ciekawy również z tego względu, że miejsce, gdzie rozgrywa się scena Ofiarowania jest wiernym przedstawianiem Tempio dell'Incoronata w jego najwcześniejszej postaci. Może trudno to dostrzec na niezbyt wyraźnym zdjęciu, jednak tak jest w istocie. Na obrazie widzimy pierwotny wystój sanktuarium – napisy i błękitno-złote dekoracje – inna jest podłoga, lecz to nie jest dowolność ani błąd malarza, ponieważ obecna posadzka powstała dopiero około 1543 roku. 


Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o trzech interesujących obrazach, które umieszczono na mniej poczesnych miejscach – na ścianach pod organami i pod chórem (zdjęcia niezbyt oddają ich wygląd, ponieważ chroni je szkło, w którym odbija się otoczenie). Dwa z nich przedstawiają Madonnę z Dzieciątkiem; styl, w jakim je namalowano, świadczy o tym, że prawdopodobnie pochodzą z XV wieku. Szukałam jakiejś wzmianki na ich temat, lecz niczego nie znalazłam. Być może namalowali je nieznani malarze, których dzieła nie cieszyły się wielką renomą?

Ja zwróciłam na nie uwagę, ponieważ mimo prostoty warsztatu wydały mi się pełne wyrazu. Zwłaszcza ten, na którym stojąca Matka Boska otula Jezusa połą swego płaszcza, odznacza się dużym wdziękiem i realizmem przedstawianych postaci. 

Moją uwagę przykuł również obraz, na którym Jan i Maria Magdalena podtrzymują martwego Chrystusa. Twórca wspaniale uporał się z tym trudnym tematem – jego Jan ujmujący dłoń zmarłego jest pogrążony w obezwładniającym smutku, natomiast Maria Magdalena rozpacz zmienia w działanie i delikatnym, a jednocześnie pewnym ruchem obnażonego ramienia wspiera jego ciało na swojej piersi.

Wydało mi się to bardzo piękne i wymowne, tym bardziej że muskularny tors Jezusa, dzięki umiejętnie zastosowanemu skrótowi, wygląda, jakby niemal unosił się w powietrzu. Mimo bólu, malującego się na twarzy Jana, ta dziwna lekkość każe zapomnieć o męce, a przypomina o zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu.

Mam wrażenie, że rolę protagonistki na tym obrazie pełni Maria Magdalena – o ile Jan jest raczej bierny, to na niej spoczywa ciężar martwego ciała, które obejmuje gestem niemal macierzyńskim. Cierpienie nie odbiera jej sił, a raczej je wzmaga, by mogła wypełnić swą powinność. Dlatego to ona, jako jedna z pierwszych, podąża do Grobu Pańskiego, gdzie będzie świadkiem zmartwychwstania a później zwiastunką dobrej nowiny. 

Opuszczając kaplicę organową, pomyślałam, że w tej świątyni nic nie jest przypadkowe i nawet obraz schowany w półmroku potrafi przemówić z niezwykłą siłą... Chętnie bym się dowiedziała, kto go namalował, lecz i na jego temat brak informacji. Raczej nie był to Callisto ani inny malarz z rodziny Piazza, bo nie ma tu żadnych podobieństw z ich dziełami, które można oglądać w sanktuarium.   

W poprzednim poście Lombardia. Powrót nad Addę - z wizytą w sławnym mieście Lodi pisałam o zabytkach i bogatej tradycji historycznej tej miejscowości. Jednak nawet na tym tle Tempio Civico Beata Vergine Incoronata okazało się czymś naprawdę wyjątkowym, choć nie będę ukrywać, że przed wycieczką niewiele o nim wiedziałam. Zaskoczyło mnie niesłychane bogactwo jego wystroju, tym bardziej że, jak wspomniałam na wstępie, jest to kościół będący własnością miasta, więc od początku jego istnienia wszystkie ciężary finansowe ponoszą obywatele.

Faktem jest, że świątyni nigdy nie brakowało ofiarnych darczyńców – portrety tych najbardziej znamienitych i zasłużonych można zobaczyć w korytarzu prowadzącym do zakrystii. Sama zakrystia również jest warta uwagi ze względu na bogato rzeźbione XVIII-wieczne meble i wspaniałe rokokowe freski na suficie. To pomieszczenie stylistycznie odbiega od reszty świątyni, ale mimo to wygląda pięknie i niezwykle interesująco.

Osoby odwiedzające sanktuarium w sobotę lub niedzielę mogą zwiedzić niewielkie Museo dell’Incoronata, w którym przechowuje się zabytkowe krucyfiksy, naczynia liturgiczne, meble, świeczniki i cenne inkunabuły. Niestety, ponieważ w Lodi byłam w dzień powszedni, ominęła mnie ta możliwość podobnie jak w przypadku muzeum przy katedrze – jednak to, co zobaczyłam, wystarczyło, by Incoronata na długo została w mojej pamięci.