Mam za sobą wiele niezapomnianych dni, jednak jeden z nich jest szczególnie żywy w moich wspomnieniach... Widziałam dużo miejsc, być może piękniejszych, zabytki cenniejsze i cieszące się większą sławą, jednak wycieczka nad Lago Maggiore, jaką zrobiłam pewnej wiosny, pozwoliła mi zobaczyć miejscowość skromną, a jednocześnie nieopisanie uroczą; wrażenia, jakie na mnie wywarł blask tego dnia, jego kolory i zapachy, czas chyba nigdy nie zatrze w mojej pamięci.

Wszystko to zaczęło dawno temu, gdy po raz pierwszy płynęłam promem z Laveno do Intry. Po lewej stronie wdziałam białe wyrobiska w zboczach schodzących na skraj wody i Wyspy Boromejskie, a po prawej ogromną połać jeziora, zamkniętą pomiędzy zielonymi łańcuchami gór. Cały ten turkusowo - zielony pejzaż roztapiał się w błękitnej poświacie; jego głębia sprawiła, że mimo hałasującego silnika promu i obecności innych ludzi wokół mnie, poczułam się, jak ptak bujający w przestworzach. Mój wzrok błądził po okolicy i właśnie wtedy zauważyłam w oddali niewielki cypel, a na jego krańcu wysoką, trójkątną skałę, wrastającą w wody. Nawet z daleka widać było, że porasta ją bujna roślinność, u podnóża poprzetykana zgaszoną czerwienią dachów ludzkich siedzib. Widok był bardzo intrygujący, nawet pomyślałam o tym, że być może, warto byłoby się tam kiedyś udać.

Później też niejednokrotnie miałam okazję oglądać skałę z innej perspektywy, kiedy krążyłam po okolicy, zwiedzając różne ciekawe miejsca na obu brzegach jeziora. Z mapy dowiedziałam się, że nosi ona nazwę Rocca di Calde' a czerwone daszki należą do kilku małych miejscowości wchodzących w skład gminy Castelveccana. Kiedy podjęłam decyzję o definitywnym wyjeździe z Włoch, postanowiłam, że spróbuję zrealizować różne małe wycieczki, które zawsze odkładałam na później, między innymi właśnie tę nad Lago Maggiore, do miejsca, gdzie wznosiła się Rocca. Wymyśliłam plan, że na te wyprawy będę przeznaczała dni wolne po zakończeniu każdego cyklu nocnych dyżurów, jakich zwykle miałam cztery, lub pięć, pod rząd.Starałam się wtedy nie kłaść spać po powrocie z pracy, żeby bez problemu móc zasnąć wieczorem, więc była to dobra okazja, aby wyskoczyć w jakieś spokojne, ładne miejsce, gdzie mogłabym pospacerować dla zabicia czasu, nie męcząc się zbytnio.

Moja wycieczka nad Lago Maggiore zaczęła się od podróży do Laveno
(link), które z racji swego położenia jest bazą wypadową dla osób przybywających od strony Mediolanu; tam przesiadłam się na pociąg jadący do Luino i w krótkim czasie znalazłam się w Calde', celu mojej podroży. Wysiadłam na niewielkiej stacyjce po czym bez ociągania ruszyłam w drogę, biorąc za cel pierwszą z brzegu uliczkę sąsiedniej frakcji Castello, wychodząc z założenia, że w tak małej miejscowości trudno jest zabłądzić. Przed wyjazdem nie robiłam żadnego zwiadu na jej temat, więc z niejakim zdziwieniem na szczycie skały dostrzegłam wyniosły kształt przypominający obelisk, a poniżej, mniej więcej w połowie zbocza, niewielki kościółek, usytuowany na uskoku wyglądającym niczym naturalny balkon. Bez wątpienia należało tam dotrzeć i obejrzeć to wszystko z bliska, jednak problemem było odnalezienie drogi prowadzącej na górę. Okolica sprawiała wrażenie kompletnie wyludnionej, na wąskich uliczkach nie spotkałam nikogo ale za to znalazłam tablicę informacyjną z planem okolicy, gdzie zaznaczono ścieżki prowadzące do interesujących mnie miejsc.

W wiosce zatrzymałam się na chwilę
aby obejrzeć niewielką budowlę przykrytą czterospadowym daszkiem, ozdobioną freskami, gdzie w niektórych miejscach czas zatarł wyobrażone kształty, pozostawiając zaledwie plamy jaskrawych kolorów. Z tablicy informacyjnej wynikało, że jest to kaplica "Al pozzo" czyli "Przy studni" pochodząca z XV wieku, prawdopodobnie wzniesiona ku czci św. Antoniego, jako wotum po epidemii półpaśca, we Włoszech potocznie nazywanego "fuoco (ogień ) di San Antonio". Na jednej ze ścian widnieje wizerunek tego świętego, a obok postać Madonny z małym Jezusem.

Niegdyś w tym miejscu nie tylko czerpano wodę; przy okazji mieszkańcy wioski mogli porozmawiać o ważnych a także mniej istotnych sprawach, czyli był to swego rodzaju klub czy też świetlica ludowa pod gołym niebem. Obecnie, choć ta pierwotna funkcja odeszła do przeszłości, kapliczka nadal jest zadbana i ozdobiona kwiatami.
Kiedy minęłam ostatnie zabudowania, znalazłam się u podnóża wzniesienia, na uroczej łączce z soczyście zieloną trawą, poprzetykaną białymi i żółtymi kwiatami. Nieopodal natrafiłam na wąską ścieżkę, biegnącą po porośniętym lasem, stromym zboczu góry, bez wątpienia prowadzącą na jej szczyt. W niedługim czasie znalazłam się na rozległej, trawiastej polanie; domyśliłam się, że gdzieś tu musi być kościół, który widziałam z dołu. Faktycznie, po chwili pomiędzy drzewami zobaczyłam najpierw wieżę, a następnie jego szare ściany.Tę niewielką świątynię wzniesiono na samym skraju urwiska otoczonego metalową barierką. Kościół pod wezwaniem św. Weroniki jest datowany na XVI wiek. Wszystko wskazuje na to, że jeszcze wcześniej była tam kaplica, stanowiąca część zabudowań zamkowych, jako że już od wczesnego średniowiecza miejsce to było ufortyfikowane. Kościółek jest niewielki, lecz ładnie utrzymany. Co prawda, nie mogłam wejść do wnętrza ponieważ zamykała je metalowa krata, jednak drzwi były otwarte, więc mogłam zajrzeć do środka i choć z daleka obejrzeć freski w absydzie.

W XVI wieku, podczas wojen o mediolańską sukcesję, twierdza wpadła w ręce Szwajcarów i została zburzona. Kiedy pozbyto się Szwajcarów, kościół podniesiono z ruin i przebudowano. Z pierwotnej bryły pozostała jedynie absyda oraz dwie arkady krużganka. Ten krużganek jest świetnym punktem widokowym, można z niego podziwiać wspaniałą panoramę, jaka się rozciąga przed naszymi oczarowanymi oczami. Tym razem sprzyjała mi pogoda, był koniec kwietnia, czas, kiedy Lombardzkie góry i jeziora pokazują się w pełni swej urody. Zachodnią część Lago Maggiore spowijał błękit rozświetlony blaskiem słońca a zielone Prealpy i szafir nieba, chyba nikogo nie pozostawiłyby obojętnym na te uroki. Kochałam ten pejzaż, mimo iż widywałam go tak często, nigdy nie miałam go dość i mogłam podziwiać bez końca.

Wiosenne powietrze było ciepłe, a jednocześnie rześkie, jeszcze było daleko do letnich upałów i dużej wilgotności, które zwalają człowieka z nóg.
Świeża zieleń czarowała oczy, stanowiąc niezrównane tło dla kwiatów w pełni rozkwitu. Foschia nie przesłaniała okolicy, więc mój wzrok biegł swobodnie w dal, aż po horyzont zamknięty alpejskimi szczytami. Wody jeziora, przy brzegu szmaragdowe bo odbijają zieleń lasów porastających góry, dalej od niego stawały się zwierciadłem nieba, na które słońce rozsypywało garście złotych łusek. Domy w wioskach , pomalowane na ciepłe pastelowe kolory lub w naturalnej barwie szarego kamienia, aż po swe czerwonawe dachy zatopione w zieleni ogrodów, dawały poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Był to widok tak kojący, że starałam się nie myśleć o tym, iż kiedyś kręciło się tu uzbrojone wojsko nie znające litości dla pokonanych... Na tym gęsto zarośniętym trenie podobno nadal można dostrzec ślady dawnych umocnień, jednak nie znając dokładnie miejsca ich usytuowania, nawet nie próbowałam szukać tych nikłych śladów przeszłości. Pozostało mi jeszcze dotarcie do obelisku; zrezygnowałam z dłuższej, wygodnej ścieżki, skutkiem czego dostarczyłam sobie mocnych wrażeń wdrapując się na szczyt po bardzo stromym zboczu, gdzie są liczne miejsca, które można pokonać jedynie dzięki łańcuchom.

Po krótkiej, lecz forsownej wspinaczce, znalazłam się u stóp budowli w kształcie latarni morskiej, będącej pomnikiem upamiętniającym żołnierzy poległych na frontach wszystkich wojen. Mimo, że z natury jestem racjonalistką sentymenty nie są mi obce, więc w obliczu podobnych pomników zawsze wpadam w zadumę nad pokrętnymi losami narodów i ludzkich jednostek, będących niczym mrówki rozdeptywane nogą nieuważnego przechodnia. To dobrze, że ktoś myśli o tym, aby upamiętnić te wszystkie istnienia, przedwcześnie zmiecione z tego świata, szkoda jednakże, iż ta pamięć niczego nie zmienia w ludzkiej naturze, zawsze skłonnej do przemocy i dowodzenia swoich racji poprzez posyłanie innych na śmierć i poniewierkę... Kiedy tam byłam, ząb czasu zaczynał kruszyć bazę pomnika, pomiędzy kamiennymi płytami na stopniach schodów rosła trawa, a najbliższe otoczenie wyglądało na zaniedbane. Na szczęście podobno są plany doprowadzenia tego miejsca do porządku a nawet znaleziono fundusze na ten cel.
Droga powrotna poprowadziła mnie północnym zboczem wzniesienia, od strony jeziora. Tu znowu mogłam podziwiać pejzaż okolicy - po lewej stronie miałam przeciwległy brzeg, z miasteczkiem Ghiffa
(link) na pierwszym planie, a kiedy patrzyłam przed siebie widziałam inne, okoliczne miejscowości, z górskim łańcuchem w tle, zaczynającym się od Monte Lema
(link) a kończącym na Monte Tamaro.

Droga zaprowadziła mnie do frakcji San Pietro, biorącej swą nazwę od kościoła parafialnego.
Tu mogłam z bliska popatrzeć na urocze wille i zgrabne domki, otoczone ogrodami pełnymi kwitnących krzewów kamelii, ozdobione bujnymi festonami glicynii z mnóstwem fioletowych kiści. Podczas tego spaceru zatoczyłam spory łuk u podnóża góry i znów znalazłam się w Calde, miejscu, gdzie rano rozpoczęłam wędrówkę. Tym razem poszłam nad brzeg jeziora, ponieważ chciałam obejrzeć z bliska nieczynne wapienniki, znajdujące się u stóp skały.
Podobne piece można często zobaczyć w wielu okolicznych miejscowościach nad Lago Maggiore oraz Lago di Lugano; obecnie nieczynne, nadal pozostają interesującym świadectwem przeszłości.

Jeśli o mnie chodzi, zawsze podziwiałam ich estetykę i harmonię budowy, smukły kształt zakończony czerwonawym wylotem z daleka nieodmiennie kojarzył mi się z młodymi grzybami, które dopiero co wychynęły z leśnego poszycia. Niestety, brama wiodąca na teren wapienników była zamknięta. Wiele pomniejszych budynków na terenie fabryczki nosiło ślady działań artystycznych okolicznych miłośników street - artu, jednak nie wydawało mi się właściwym pójście w ich ślady i forsowanie ogrodzeń, tym bardziej, że na bramie widniała tablica, głosząca, iż jest to teren prywatny, a wstęp osobom postronnym surowo zabroniony. Pocieszyłam się możliwością obejrzenia z bliska zabytkowej wieży obserwacyjnej, uczepionej do przybrzeżnej skały. Wyglądało na to, iż wieżę (podobno wzniesioną w późnym średniowieczu) wielokrotnie rekonstruowano, jednak mimo wszystko, była to jedna z niewielu pozostałości dawnych fortyfikacji.

Już po moim wyjeździe z Włoch, w internecie znalazłam informację, że grupa młodych ekologów postanowiła oczyścić i uporządkować teren wapienników, który widziany z bliska był obrazem nędzy i rozpaczy.Skutkiem tych działań przybyły nowe murale, a zniknęły śmieci zalegające tam od wielu lat, szkoda, że już nie mogłam tego zobaczyć!. Jednak ku mojej wielkiej radości na You Tube trafiłam na świetny filmik, zrobiony za pomocą drona, który bardzo ładnie pokazuje nie tylko bardzo ciekawą strukturę wzniesienia, ale także same wapienniki i zdobiące je murale. Jak widać, tony odpadków zniknęły, a całość, z miejsca opuszczonego i okrutnie zdegradowanego, stała się ciekawym przyczynkiem do historii lombardzkiego przemysłu, zyskując status parku archeologicznego.
Poniżej zamieszczam link do tegoż filmu, a pod nim, dla porównania, inny, obrazujący stan przed rewitalizacją terenu
https://www.youtube.com/watch?v=r09Qmf1emHw
https://www.youtube.com/watch?v=-0la91KZCE0
Oczywiście, jak zwykle zapraszam do obejrzenia pozostałych zdjęć, które zrobiłam tego dnia
//photos.google.com/album/AF1QipM_EItTSFg-2k0pNMtE1SlAHErD1FKFGu8nCZi3
Bardzo ciekawy i pięknie okraszony zdjęciami wpis. Jestem pod wrażeniem doskonalego warsztatu pisarskiego. Świetnie się czyta i można zaraz przenieść się w Twoje ulubione miejsca :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie i życzę dużo radości :)
Cześć Kris! Cieszy mnie że miejsce Ci się podoba tak samo jak mnie. Mam nadzieję że jako miłośnik industrialnych klimatów z zainteresowaniem obejrzałeś filmiki o wapiennikach. U nas chyba nie ma podobnych bo i materiału do przeróbki raczej brak. ciekawa jestem czy wiesz coś na ten temat? Również serdecznie pozdrawiam!
UsuńU nas są wapienniki na Jurze Krakowsko - Częstochowskiej. Chyba już nie są używane, ale Jura to przecież skały wapienne. Bardzo fajne miejsce nam pokazałaś. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuń
UsuńDzięki za info, poszukam sobie czegoś o Jurze bo jestem ciekawa czy technologia była podobna. Miejsce istotnie jest fajne na spokojny wypoczynek no i w okolicy jest mnóstwo do zwiedzania, mogę polecić z czystym sumieniem. Również pozdrawiam!
Bardzo podobają mi sie blogi o takiej tematyce. Na pewno będę częściej tutaj zaglądać.
OdpowiedzUsuńDzięki i zapraszam!
UsuńBardzo podobają mi się stronki o takiej tematyce. Jestem pod wrażeniem.
OdpowiedzUsuńPodoba mi się tematyka tego bloga. Jest bardzo interesujący i wciągający. Dzięki za ten wpis. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTakie miejsca z dala od zgiełku mają to coś czego każdy z nas szuka - spokój :) Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńSuper blog. Lubię blogi o takiej tematyce. Będę częściej tutaj zaglądać.
OdpowiedzUsuńZazdroszczę takiego wyjazdu. Zdjęcia piękne. :)
OdpowiedzUsuńO jesteś, dawno tu nie zaglądałam, wspaniały post jak zawsze, urzekasz opisami pieknych włoskich miejsc... przepraszam ale ja od ub roku fruwam między Polską a Japonią, powoli wracamy do kraju i stąd u mnie nieco męczący tryb życia.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam Elu :)
Ciekawy blog. Jestem pod wrażeniem. Będę częściej tutaj wpadać. Podoba mi się tematyka bardzo.
OdpowiedzUsuńBlog pełen ciekawych relacji i inspiracji :) Posty na medal :) Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńMiejsca w ciszy, z dala od hałasu są bardzo ciekawe i inspirujące. Można się wyciszyć i świetnie spędzić czas :)
OdpowiedzUsuńŚwietny blog. Bardzo lubię blogi tego typu. Jestem pod wrażeniem.
OdpowiedzUsuńBlog pełen pozytywnej energii i koloru. Taka ilość czytelników tylko to potwierdza. Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńŚwietny post :)
OdpowiedzUsuńPodoba mi się ten post, jak z resztą cały blog. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńŚwietny wpis :)
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawy post. Dużo wiadomości, piękne zdjęcia.
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam
This scenery is absolutely beautiful! I love the different land formations and the waterways around this land. Very pretty. Thanks for the share, hope you had a fantastic weekend. Keep up the posts.
OdpowiedzUsuńWorld of Animals
Widoki prześwietne! Mega :)
OdpowiedzUsuńSpokój to coś czego człowiek zawsze będzie pragnął :) Można śmiało powiedzieć, że blog ten jest bardzo oryginalny, posty napisane w fajny, przystępny sposób dla czytelnika. Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńBlog robi ogromne wrażenie. Widać tutaj włożone serce i wysiłku z pasji. Pozdrowienia
OdpowiedzUsuńCóż za widoki ja oszaleje. Ale cudnie. Bardzo fajnie piszesz. Ta Lombadia jest po prostu Oszałamiająco piękna.
OdpowiedzUsuńFajne podejście to tego typu tematu :) Taka ilość czytelników tylko to potwierdza. Pozdrowienia :)
OdpowiedzUsuńo tak, takie miejsca są najlepsze na wypoczynek. Tłumy ludzi to zdecydowanie nie dla mnie
OdpowiedzUsuńPrzyjemnie zwiedziłaś miejsce i piękne zdjęcia
OdpowiedzUsuń