Powitanie.


Witam wszystkich czytelników, zarówno tych stałych, jak i okazjonalnych, zainteresowanych urodą północnych regionów Włoch. Znajdziecie tu kontynuację mojego bloga pod tym samym tytułem http://sukienkawkropki.blox.pl/html. Dla zachowania ciągłości, postanowiłam przenieść w to miejsce część moich starych postów, uaktualnionych i poprawionych. Mile są widziane komentarze, jak również pytania osób, które wybierają się w opisywane przeze mnie strony.
Na wszystkie z przyjemnością odpowiem!

sobota, 8 października 2016

Lombardia. Wycieczka na Monte Cornizzolo.



Jednym z najdawniejszych wspomnień, jakie kojarzą mi się pejzażem Brianzy jest widok  Monte Cornizzolo, niezbyt wysokiego wzniesienia leżącego na południowym skraju Triangolo Lariano.
 Jechałam wówczas pociągiem relacji Mediolan - Canzo-Asso, gdzie w małej miejscowości u podnóża Prealp miałam podjąć moją pierwszą pracę na terenie Lombardii. Wtedy też zobaczyłam okolicę, która na przeciąg długich dziesięciu lat stała się moim miejscem do życia i w pewnym sensie moją małą, tymczasową ojczyzną. Jednak ta odległa przyszłość była jeszcze zakryta przed moimi oczami, za to patrząc przez okno pociągu mogłam bez umiaru chłonąć obcy mi pejzaż i z zainteresowaniem spoglądać na tablice z nazwami kolejnych stacji.

 Dziwiło mnie to, że niejednokrotnie były one dwuczłonowe, dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że są to po prostu nazwy sąsiadujących ze sobą miejscowości, czasami położonych po dwóch stronach torów i na pierwszy rzut oka tworzących jeden organizm. Podróż trwała dość długo, pociąg zatrzymywał się często, a kolejne miasteczka nie porażały urodą. Dopiero kiedy minęliśmy Seveso, okolica nabrała charakteru i wdzięku. Zabudowa, dotychczas ciągnąca się niemal nieprzerwanie i jedynie od czasu do czasu nieco rzednąca, stała się bardziej zwarta, a granice  miejscowości bardziej wyraźne. Za oknem coraz częściej ukazywały się połacie pól, co pozwalało mojemu spojrzeniu biec dalej; dzięki temu mogłam dostrzec rozległe przestrzenie Brianzy, zamknięte na horyzoncie łańcuchem gór

Kiedy pociąg pokonywał odcinek drogi pomiędzy Arosio i Inverigo, po raz pierwszy ujrzałam charakterystyczną sylwetkę Mone Cornizzolo z rozpłatanym zboczem, gdzie pośród lasów porastających jej stoki widać było wnętrze góry zbudowane z biało - różowego granitu.  Ponieważ ten granit był poprzecinany poprzecznymi liniami zieleni, z daleka wyglądało to niczym ogromy tort, z którego odkrojono solidny kawałek. Zorientowałam się, że był to teren kamieniołomu, gdzie warstwami wydobywano materiał, tworząc stopnie w ścianie wyrobiska. Po pewnym czasie, kiedy na stałe zamieszkałam w Lombardii, przywykłam do tego widoku, który mimo to zawsze mnie frapował i niezmiennie  kojarzył z tortem. Kiedy krążyłam po okolicy miałam też okazję spojrzeć na zachodnią grań góry, wznoszącą się łagodnym łukiem w stronę szczytu. Mogłam wtedy dostrzec ścieżkę biegnącą po trawiastym zboczu, znajdującym się ponad linią lasu leżącego u jej podnóża.

 Tu muszę się podzielić fascynacją podobnym widokiem, który nieodmiennie sprawiał, że ogarniała mnie nieprzeparta chęć pójścia takim szlakiem; temu uczuciu zawsze towarzyszyła myśl, że wraz z kolejnymi pokonanymi metrami będzie mi dane zobaczyć wciąż więcej i więcej, że otworzą się przede mną pejzaże i przestrzenie, jakie jedynie przeczuwałam stojąc na dole... To pragnienie było motorem moich wypraw, pozwoliło mi zwalczyć początkowy lęk przed samotnymi wędrówkami i poprawić moją kondycję fizyczną. Dzięki temu pokonałam wiele moich ograniczeń, zyskałam wiarę w siebie i własne siły, a także wewnętrzne przekonanie, iż jedynie ode mnie zależy, jakie wyzwania podejmę i czy wyjdę z nich zwycięsko. Dziesięć lat spędzonych w Lombardii było dla mnie okazją do wielu pięknych wycieczek, jednak zawsze miałam więcej planów, niż czasu dla ich realizacji, więc głównym problemem było dla mnie nie "gdzie", ale "kiedy" i "jak". Pytanie o to kiedy, miało też jeszcze jeden aspekt, a mianowicie pogodowy. Pomijając dni, kiedy padało, albo zanosiło się na burzę więc o wędrówce w góry nie mogło być mowy, trzeba było też zwrócić uwagę na  afę, czyli upał połączony z wilgotnym powietrzem, co powoduje niebezpieczną dla zdrowia duchotę i również nie sprzyja podobnym wyprawom.

 Na Monte Cornizzolo wybierałam się długo, ponieważ mając ją niemal w zasięgu ręki, sądziłam, że kiedyś, kiedy nie będę mała czasu czy ochoty na odleglejszą wyprawę, przyjdzie i na nią kolej, więc wciąż odkładałam ten pomysł na później. Dopiero podczas ostatniego włoskiego lata zdecydowałam, że teraz, albo nigdy - poza tym wciąż miałam przed oczami wspaniały widok, kiedy poprzedniego roku zobaczyłam ją podczas lotu   samolotem, w sąsiedztwie masywu Corni di Canzo, gdzie wiele lat wcześniej po raz pierwszy miałam okazję podziwiać piękno Prealp. Lato tamtego roku nie rozpieszczało pogodą, także dzień, jaki przeznaczyłam na tę wycieczkę nie zapowiadał się dobrze, ranek był mglisty i słońce ledwie prześwitywało, miałam jednak nadzieję, że w ciągu dnia widoczność się poprawi, chociaż doświadczenie mi podpowiadało, że to jest to raczej nadzieja złudna.
 Kiedy dotarłam pociągiem do Erby, welon wilgoci nadal spowijał wszystko wokoło, jednak  mimo to, odważnie wsiadłam do autobusu jadącego do Eupilio, wioski leżącej u podnóża góry na wysokości 383 m n.p.m.

 Cornizzolo ma wysokość 1241 m, więc przewyższenie, jakie miałam do pokonania wynosiło ponad 800 m, wiedziałam też, że od szczytu dzieli mnie mniej więcej 7 km i że prawdopodobnie przynajmniej tyle samo muszę liczyć na powrót (miałam zamiar wracać innym szlakiem). Szybko znalazłam się na obrzeżach Eupilio, gdzie zatrzymałam się nieopodal małego kościółka. Najpierw zobaczyłam tam coś, co wyglądało na polowy ołtarz i chyba nim było w istocie, a tuż obok, na ścianie niewielkiego, wiejskiego budynku, znalazłam pamiątkową tablicę ze zdjęciami dwóch mężczyzn. Napis, jaki na niej umieszczono, mówił o dwóch partyzantach, rozstrzelanych w tym miejscu przez nazistów.
Ta historia wzbudziła moje zainteresowanie, więc po powrocie do domu przeszukałam internet i znalazłam na ten temat kilka informacji, z których wynikało, że pamięć tych poległych nadal jest otoczona szacunkiem miejscowej społeczności i przywoływana podczas lokalnych uroczystości patriotycznych, zaś w miejscu ich śmierci ludzie spotykają się celem wspólnej modlitwy (do tego służył ten polowy ołtarz).
 Po wyjściu poza granice miasteczka ruszyłam przed siebie asfaltową drogą prowadzącą w pobliże szczytu, gdzie znajduje się schronisko SEC "Marisa Consigliere"  a także teren działania lokalnego Aeroklubu, prowadzącego szkółkę lotniarską. W weekendy można tu spotykać wielu rowerzystów, którzy na tej trasie skutecznie szlifują kondycję, gdyż z racji sporego nachylenia i wielu ostrych zakrętów uchodzi ona za jedną z trudniejszych, jednak w dzień powszedni jest tu naprawdę spokojnie i wręcz bezludnie.

 Początkowo droga prowadziła przez las, aż w pewnym momencie doszłam do na pozór opuszczonych zabudowań, gdzie napotkałam stado kóz. Bardzo lubię obserwować kozy, gdyż są to sympatyczne stworzenia, skłonne do różnych figlarnych zachowań. Także i tym razem miałam okazję popatrzeć na kózki, które naśladując koty wdrapały się na wielką stertę drewna, gdzie wylegiwały się w malowniczych pozach. Drugie kozie stado napotkałam kiedy z asfaltowej drogi zboczyłam na leśną ścieżkę. Szczerze mówiąc, nieco się wystraszyłam, gdyż zwierzaki  niczym szalone pędziły przez zarośla, robiąc przy tym sporo hałasu. Ponieważ były poza zasięgiem mojego wzroku, obawiałam się, że mogą to być dziki, lub wataha bezpańskich psów, więc ścierpła mi skóra na myśl o takim niebezpiecznym spotkaniu.

 Kiedy ujrzałam kozy, humor od razu mi się poprawił; tym bardziej, że nie zwracały one na mnie najmniejszej uwagi i spokojnie zajęły się skubaniem trawy na niewielkiej polance. Po chwilowym postoju przewodnik stada zameczał rozkazująco i wszystkie jak jeden mąż rzuciły się galopem w krzaki. Poza kozami i ptakami po drodze na szczyt nie napotkałam żadnego  żywego stworzenia, szczęśliwie ominęło mnie także nieprzyjemne spotkanie z gzami, które podobno na Monte Cornizzolo potrafią się mocno dać we znaki, do tego stopnia, że ta góra ma z ich powodu złą sławę. Pod tym względem miałam fart, za to pogoda kompletnie mnie zawiodła, wilgotnemu powietrzu daleko było do przejrzystości, sylwetki okolicznych gór były mocno rozmyte a dalsze szczyty leżące po drugiej stronie Jeziora Lecco zaledwie majaczyły w głębi. Cała okolica parowała w ogromnym upale, więc również widok Brianzy z jej  uroczymi jeziorami Annone i Pusiano, z pewnością wiele tracił z powodu niesprzyjającej aury.

Jednak musiałam się z tym pogodzić, bo gdybym chciała czekać na lepsze warunki, ta wyprawa (oraz wiele innych) być może nigdy nie doszłaby do skutku. Jak już niejednokrotnie wspominałam, podczas upalnego lata dobra widoczność w Lombardii to rzadkość, a ja,  mając w miesiącu jedynie kilka wolnych dni, musiałam się kontentować tym, co przyniosła pogoda, albo zostać w domu na  co oczywiście nie miałam najmniejszej ochoty. Oprócz słabej widoczności spotkała mnie jeszcze inna niezbyt miła niespodzianka; otóż miałam zamiar wejść na szczyt górską ścieżką widoczną z dołu na zachodnim zboczu i sądziłam, że bez trudu znajdę miejsce, w którym się ona zaczyna, więc nie przyłożyłam się należycie do czytania opisu szlaku w internecie. Początkowo wędrowałam po asfaltowej drodze prowadzącej do schroniska; tym sposobem wyszłam poza linię lasu, aż znalazłam się na wysokości gdzie zaczynają się górskie pastwiska i znalazłam tam punkt orientacyjny, jakim jest wielki, ponad stuletni buk.

Tu gdzieś powinna zaczynać się owa ścieżka, zastanawiałam się, czy powinnam jej szukać w prawo, czy też w lewo od drzewa,  lecz ani rusz nie mogłam sobie tego przypomnieć, więc na chybił, trafił, poszłam w prawo. Niestety, była to zła decyzja, gdyż wejścia na ścieżkę nie znalazłam. Zrobiłam spory kawałek drogi po asfalcie, kiedy za kolejną serpentyną ujrzałam w oddali szczyt góry, nieco po lewej stronie, co niezbicie świadczyło o tym, iż pomyliłam drogę. W tej sytuacji mogłam wrócić w pobliże starego buka i na  nowo rozpocząć poszukiwania, albo pokornie maszerować dalej w stronę schroniska. Uważam, że chodzenie w góry asfaltową drogą to coś, co kompletnie mija się z celem, ale w tym wypadku poddałam się ze względu na stratę czasu, jaka mi groziła gdybym znowu zaczęła błądzić po zboczu, tym bardziej, że musiałam myśleć o znacznie dłuższej drodze powrotnej. Byłam z tego powodu zła na siebie niczym osa, i w tym momencie nawet jadowite gzy nie miałyby u mnie żadnych szans. Mimo wszystko poszłam dalej przed siebie i w niedługim czasie dotarłam w pobliże schroniska wzniesionego przez SEC (Societa Escursionisti Civatesi). Przez chwilę pokręciłam się po okolicy, obejrzałam niewielką kapliczkę oraz zabytkowy krzyż wykuty w kamieniu leżący nieopodal na ziemi, miałam też okazję popatrzeć z góry na  zabytkowy, romański kompleks świątynny San Pietro al Monte, gdzie byłam rok wcześniej o czym pisałam tutaj.

Teraz pozostało mi jedynie wejść na wierzchołek góry, co też uczyniłam, tym razem idąc po ubitej ścieżce. Okazało się, że na tej wysokości słońce świeci dość ostro, lecz za to o wiele łatwiej się oddycha, gdyż opary wilgoci pozostały nieco niżej. Na szczycie wzniesiono duży metalowy krzyż będący także odgromnikiem, posadowiony na okazałym, cementowym cokole, na którym umieszczono pamiątkową tablicę. Pod tym symbolem kultu zastałam stadko złożone z kilku owiec; przez chwilę obserwowałam je z zaciekawieniem z powodu ich dość zaskakującego zachowania.
Otóż trzy owieczki chyba próbowały szukać odrobiny schronienia przed upałem, więc jedna z nich stanęła w cieniu postumentu, a dwie inne schowały głowy pod jej brzuchem.

Nigdy nie widziałam czegoś podobnego, ale byłam pełna uznania dla  sprytu tych zwierząt. Ze szczytu mogłam popatrzeć na zachodnie zbocze, gdzie zobaczyłam  ścieżkę, której początku nie mogłam znaleźć oraz okoliczne góry: Capanna Mara, pasmo Monte Bolettone, ciągnące się aż do Como, Monte Barzaghino, Monte Scioscia i kilka pomniejszych pagórków. Daleko w dole widziałam miasteczko Canzo gdzie miałam zamiar zakończyć moją wędrówkę, a nieopodal Corni di Canzo, za którymi w gęstych oparach wilgoci zaledwie mogłam się domyślać zarysów obu Grigni. Na zachodzie dostrzegłam białą nitkę drogi prowadzącej na Monte Rai gdzie na szczycie ustawiono potężna wieżę antenową. Monte Rai to ciekawe miejsce, na jej zboczu znajdują się formacje skalne, które chętnie bym zobaczyła, nie mówiąc o panoramie okolicy jaka się stamtąd roztacza, więc przez chwilę rozważałam zmianę planu.

Po chwili zastanowienia jednak zrezygnowałam tego z pomysłu; co prawda z Monte Rai także można dojść do Canzo, ale moja i tak długa droga powrotna wydłużyłaby się jeszcze bardziej, a poza tym mam ogromną awersję do wszelkich anten oraz  przekaźników, źle się czuję  w ich pobliżu i z reguły unikam jak przysłowiowego ognia. N ścieżkę do Canzo trafiłam bez trudu, więc ochoczo ruszyłam w dół, aż doszłam do ogromnej skały zwanej Ceppo dell'Angua, wyrastającej ze zbocza. Ponieważ wcześniej kilkakrotnie byłam w dolinie u podnóża  Monte Cornizzolo, nie raz miałam okazję podziwiać tę fascynującą  formację przypominającą głowę cukru. Tym razem ku mojemu wielkiemu zadowoleniu mogłam popatrzeć na nią z drugiej strony i po raz kolejny zadziwiła mnie jej wielkość; rosnące na niej drzewa, mimo iż byłam dość blisko, wydawały się maleńkie, niczym krzaczki.

Cale północne zbocze Monte Cornizzolo jest porośnięte mieszanym lasem z przewagą drzew liściastych, więc szło mi się bardzo przyjemnie, chociaż stroma i kamienista ścieżka wymagała ciągłej uwagi; kilkakrotnie też mój wierny kijek uchronił mnie przed przyspieszonym zjazdem na tylnej części ciała. Niebawem doszłam do koryta malowniczego strumienia Ravella, gdzie latem ciurka niezbyt szeroka strużka wody, lecz jego szerokość i wygładzone kamienie w łożysku świadczą o tym, że kiedy zacznie padać deszcz, ta strużka zamieni się w wielokrotnie szerszą,  rwąca rzekę. Przeszłam przez strumień po prowizorycznej przeprawie ułożonej z kamieni i wyszłam na ładną, brukowaną drogę, będącą częścią geologicznej ścieżki dydaktycznej. Ta zaprowadziła mnie do miejsca zwanego Fonte di Gajum, gdzie oprócz polany ze stołami i ławami piknikowymi oraz restauracji z zapleczem hotelowym, znajduje się źródło, od którego to miejsce wzięło swą nazwę.

 Po krótkim odpoczynku i napełnieniu butelki źródlaną wodą ruszyłam w dalszą drogę, ponieważ miałam zamiar w miarę szybko dotrzeć na dworzec w Canzo. Canzo-Asso jest dobrze skomunikowane z Mediolanem, jeździ tu lokalny pociąg, który zatrzymuje się w Boviso - Masciago, stąd do domu, gdzie mieszkałam, miałam pięć minut drogi.  Jednak Canzo, choć ma niezbyt wielu mieszkańców, jest dość rozległe; to śliczne, malownicze miasteczko, pełne zieleni, z licznymi, ładnymi willami i domkami ukrytymi w zadbanych ogrodach. Oprócz tego posiada też bardzo ładne centrum historyczne, z wieloma domami liczącymi sobie ponad sto lat. W większości przeszły one gruntowną restrukturyzację, więc ich mieszkańcy mogą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji, jednak z przyjemnością zauważyłam, że w bramach prowadzących na podwórka pozostawiono zabytkowe, drewniane odrzwia. Bardzo lubiłam Canzo, bywałam tam dość często i szczerze mówiąc, nieco zazdrościłam jego mieszkańcom. Swego czasu, nawet zastanawiałam się, czy nie podjąć pracy w tamtejszym RSA, czyli domu opieki dla osób starszych i przewlekle chorych.

Jednak w takim wypadku należy pamiętać o tym, że po ciepłych miesiącach nadchodzą jesienno - zimowe szarugi i krótkie dni, kiedy to sytuacja zmienia się radykalnie, a życie w takim miejscu staje się dość monotonne. Jednak tym razem mogłam się cieszyć latem i jego urokami, zrobiłam wiele kilometrów, ale byłam bardzo zadowolona z tej wycieczki. Nie tylko doprowadziłam do skutku dawno powzięty zamysł; mimo iż pomyliłam drogę, po raz kolejny mogłam popatrzeć ze szczytu na okolicę, a do tego porównać dwa odmienne światy, czyli południowe i północne zbocze góry. 

    Pomiędzy Monte Cornizzolo, Monte Rai i masywem Corni di Canzo rozciąga się przepiękna  dolina Val Ravella, warta tego, aby jej poświęcić odrębną notatkę, więc niebawem jeszcze raz wrócimy w te strony. 

Więcej zdjęć z tej wycieczki można obejrzeć w albumie>https://photos.google.com/share/AF1QipPbOZAOwZnJIz_LLBebqwuYCZm2E6EpOQs4nfA2NOtFHlkByLHpo6vP0INIkrKBig?key=V0dhN3JEZUdNbDNtUFhwNHlrSFIzOHpRXzJzUTBn

10 komentarzy:

  1. Niesamowite widoki. Piękna wycieczka i wspaniały opis.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Góry zawsze fascynują, szkoda ze zdjęcia nie oddają rzeczywistości, bo na żywo nawet ta mgiełka miała wiele uroku. Również pozdrawiam!

      Usuń
  2. Najszlachetniejsze pobudki Tobą kierowały tj. poznanie. No i te źródełka - niezbędne w Alpach, także w tych Alpach Robaczkowych - jak je nazywam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe określenie na Pre-Alpy czy to dlatego że przy tych prawdziwych są małe jak robaczki? To fakt, że wielkością nie grzeszą, ale dla mnie były w sam raz, ze względu na kondycję oraz czas, jaki mogłam poświęcić na wycieczkę.

      Usuń
  3. Tak mawiał mój ulubiony ksiądz do owieczek: "co u was robaczki?"
    Drugą nazwą przeze mnie stosowaną są Alpy Ziołowe. Robaczki nawiązują - ironicznie - do ich rzekomej podrzędności (nazwa Prealpy jest sama w sobie stygmatyzująca). Zioła do odczuć, to określenie nasunęło mi się już pierwszego dnia pobytu w Alpach Kotyjskich :) Znajome tymianki, dziurawce i takie swojskie ciepło, leczniczy spokój jaki można łatwo znaleźć w tych "gorszych" Alpach. Żałuję, że nie miałem okazji wgłębić się w nie pieszo. Na szczęście zaliczyłem kilka magicznych noclegów w namiocie.
    Symbolem takich Alp jest dla mnie francuska Col du Pas de Lauzun - mikra przełęcz o wysokości 504 m a zapewniająca mnóstwo wrażeń wizualnych i zapachowych oraz brak wrażeń dźwiękowych (cisza i spokój).

    OdpowiedzUsuń
  4. Widok z góry na tą krainę jest niesamowity, jak z bajki. Ciekawy post. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach te Włochy. Już nie mogę się doczekać momentu, kiedy tam będę:)
    Jak na razie podróżuję razem z Tobą i bardzo mi się to podoba:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pospacerowałam z Tobą...świetna relacja. Bardzo lubię te Twoje opowieści :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Super opowiadasz. Gratuluję pasji i wiedzy.

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak zawsze świetna fotorelacja, widoki cudowne, niezapomniane no i te figlarne kozy, pewnie bym je także polubiła :)

    OdpowiedzUsuń